O ludziach binarnie

Z cyklu kawałów z brodą dla informatyków. Ale w sumie także dla matematyków.

There are 10 types of people in the world: those who understand binary, and those who don’t.

Czyli (ten dowcip można akurat dość łatwo przetłumaczyć na polski, trzeba się tylko pilnować, żeby nie napisać rzeczownika w dopełniaczu liczby mnogiej po „10”, więc – by zachować sens dowcipu, proponuję odwrócenie szyku):

Typów ludzi jest dokładnie 10: ci, którzy rozumieją system binarny, i ci, którzy go nie rozumieją.

Jeśli nie rozumiesz tego dowcipu ani po angielsku, ani po polsku, twoja wiedza matematyczna może być pewnie opisana tą samą cyfrą w systemie binarnym i dziesiętnym.

Perwersje historii

Tysiące osób LGBT, nawet jeśli żadna z nich nie znała tego terminu, zginęło w Powstaniu Warszawskim i wskutek niego. To wynika z czystej statystyki i nie potrzeba do tego niestandardowej analizy „Kamieni na szaniec”. Zginęły dziesiątki tysięcy „lewaków”, wśród nich Krzysztof Kamil Baczyński, niekwestionowany autorytet i bohater współczesnych Polaków, także tych z prawej strony politycznej sceny. Wśród egzotycznych przypadków można wpaść na Janka „Rudego” Bytnara, który miał być rzekomo i gejem, i antysemitą, i nacjonalistą, koncepcja dla niektórych dzisiejszych patriotów nie do pojęcia.
Historia, oglądana z pewnej odległości, zaskakuje.
Moja Babcia, Marta, która zmarła w 1994 roku, pod koniec życia odczuwała lęk przed Żydami. Pięćdziesiąt lat swojego życia spędziła w mieszkaniu w kamienicy po Żydach wywiezionych na zagładę z bocznicy kolejowej na wyspie, która dzisiaj jest spacerowym klejnotem nad Wartą w pobliżu największej galerii handlowej w mieście. Po przemianach ustrojowych 1989 roku Babcia bała się, że potomkowie właścicieli kamienicy wrócą i upomną się o swoje.
Bała się Żydów, a przecież jednym z najjaskrawszych wspomnień jej życia był obraz Niemca, który – w przypływie złości – chwycił żydowskie dziecko za nogi i roztrzaskał jego głowę o mur. Obraz ten był w pamięci mojej Babci tak silny, że opowiadała o nim wielokrotnie także i mnie, przez co – choć urodziłem się kilkadziesiąt lat po wojnie – stał się on dla mnie wspomnieniem historycznym związanym z Babcią w równym stopniu, co wybór Jana Pawła II na papieża w 1978 roku, o którym usłyszałem z archaicznego, stojącego pod telewizorem babcinego radia, albo sierpień 1980, kiedy lepiłem figurki z plasteliny w babcinej kuchni, nie rozumiejąc euforii kuzyna Jacka, wpadającego od czasu do czasu do mieszkania.
Po Powstaniu Warszawskim moja Babcia uciekła pieszo z dziećmi z Warszawy do Częstochowy. Warszawa wyglądała wtedy tak, że mało który Polak z XXI wieku potrafi sobie wyobrazić. Trochę można się na ten temat dowiedzieć w muzeum, które pozostanie zapewne najtrwalszym dziełem i żywym pomnikiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ale we współczesnym świecie jest miasto, które mogłoby posłużyć do ekranizacji opowieści o Warszawie sprzed lat. To miasto to syryjskie Aleppo. Gdy moja Babcia uciekała do rodziny do Częstochowy, na szczęście nikt nie kazał jej czekać na pomoc rodziny na miejscu, w Warszawie.
Uciekała sądząc, że jest wdową. Rozmawiała z rzekomymi naocznymi świadkami śmierci mojego Dziadka. Dziadek przyjechał pociągiem z Poznania do Częstochowy dopiero kilka miesięcy po zakończeniu wojny. Owocem tej wojennej tęsknoty i spotkania po latach jest moja Mama, urodzona w 1946 roku.
Historia jest bardzo perwersyjna i pełna zaskoczeń. Obchody rocznic wybuchu i upadku Powstania Warszawskiego co roku przypominają nam o tym w wyjątkowo dobitny sposób. Nie tylko póki żyją jeszcze naoczni świadkowie Powstania, ale także później, gdy ostatniego z nich zabraknie, obchody powinny pozostać apolityczne.

Cholerny Owsiak

Ten wpis ukazał się 1 sierpnia 2006 roku. Od tamtej pory – niestety – zupełnie się nie zestarzał.

Jurek Owsiak jest wariatem nieszkodliwym, a nawet i pożytecznym. W styczniu tego roku na ratowanie życia dzieci poszkodowanych w wypadkach i naukę pierwszej pomocy jego Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zebrała prawie dziesięć milionów dolarów. Jurek i jego żona Lidia nie mają pewnie wiele życia poza tą wielką ideą, którą rozkręcili. A Jurek budzi dobro i empatię w młodych ludziach od tak dawna, że w międzyczasie zdążyła powstać i przeminąć III Rzeczpospolita.
Jurek Owsiak, podobnie jak ja zresztą, wstydzi się Polski takiej, jaka nas obecnie otacza. Ale kiedy na Przystanku Woodstock pod wpływem otaczającego go entuzjazmu zmienił zdanie i krzyknął do młodych ludzi „Jestem z was cholernie dumny”, mój ojciec zapewne prychnął z pogardą. I pewnie nie dlatego, a przynajmniej nie tylko dlatego, że nie umie sobie wyobrazić dumy z dziwnie ubranych i uczesanych nastolatków podrygujących w rytm muzyki, której nie rozumie. Powodem pogardy dla Owsiaka bardzo często jest to, jakich używa słów.
Niestety w dobie dość ograniczonych umiejętności w zakresie czytania ze zrozumieniem nie każdy się zastanawia nad tym, jakie treści mu są przekazywane, natomiast dość łatwo jest wychwycić pojedyncze słowa czy slogany i na ich podstawie oceniać wypowiedź, nawet jeśli ocena ta niewiele ma wspólnego z faktyczną treścią wypowiedzi. I tak często jest z wypowiedziami Jurka Owsiaka.
Gdy Jurek mówi „Róbta co chceta” do tego jego powiedzenia dopisywana jest jakaś satanistyczna wizja ludzi, którzy zwabieni tego rodzaju hasłem zaczynają masowo kopulować z kim popadnie, zażywać narkotyki i popijać alkohol. Jakby zło było esencją tego, co chce robić człowiek. Jakby człowiek tylko dlatego robił dobro, że nie wolno mu czynić zła. A gdyby mógł robić, co chce, to zaraz zacząłby kraść, mordować i oddawać się czynom lubieżnym. Bardzo smutna wizja świata i bardzo dziwny zbieg okoliczności, że taką wizję mają przeważnie ludzie wierzący w bardzo miłosiernego i optymistycznego Boga.
Gdy Jurek obwieścił, że jest cholernie dumny z uczestników Przystanku Woodstock, u wielu słuchaczy doszło do kolejnego przekłamania treści tej wypowiedzi, ponieważ wyraz „cholernie” spowodował jakieś zwarcie w ich korze mózgowej i zablokował dostęp do treści tego okrzyku dumy. A treść była przecież taka, że w tym kraju, w którym jest tyle powodów do wstydu, który Owsiaka wkurwia do tego stopnia, że przyznał to otwarcie i tymi dokładnie słowami, jest jednak coś, co napawa go dumą, radością, nadaje sens jego życiu i działaniom.
Język ma to do siebie, że oddaje emocje na rozmaity sposób. Czasem jest to użycie środków stylistycznych, czasem intonacja, a czasem nie da się czegoś oddać nie używając wulgaryzmów. Co ciekawe, wyraz wulgarny potrafi czasem wyrażać emocje skrajnie pozytywne. W moim systemie oceniania istnieją pewne mechanizmy dające dużą autonomię uczniom, którzy są aktywni i wykazują się osiągnięciami na tle klasy. Uczeń, który wielokrotnie wykaże się czymś wysoce ponad przeciętną, dostaje na kilka miesięcy premię w postaci pełnej swobody w decydowaniu o tym czego, kiedy i jak się uczy. Kiedyś gdy sprawdzałem jakąś pracę domową i chłopaki między sobą rozmawiali o tym, czemu Wojtek jej nie zrobił, jeden z uczniów wyjaśnił drugiemu, że Wojtek nie musi, bo jest … przechujem. I tak oto wyraz bardzo wulgarny został przez Tomka użyty w bardzo swoistym – pozytywnym – kontekście. Może tylko w takim wulgarnym wyrazie dało się zamknąć cały podziw, szacunek i zazdrość, jakie w tej sytuacji kłębiły się w Tomku?
Dlatego trochę mi szkoda Owsiaka. We wrogiej mu politycznie atmosferze pada ofiarą ludzi, którzy łapią go za słówka, ale tak naprawdę nie słyszą co mówi.

Upadek wartości

Ten wpis to recykling wpisu sprzed 11 lat. Ja już od dawna nie pracuję w szkole, Artur jest żonaty, Piotr ma dwójkę dzieci, a moja koleżanka nauczycielka może ma już większe doświadczenie.

Moja dwudziestokilkuletnia koleżanka nauczycielka opowiada mi o tym, jak pełni dyżury w męskiej toalecie pilnując, żeby jej siedemnasto- czy osiemnastoletni uczniowie nie palili w szkole papierosów. Jest oburzona, bo ostatnio któryś z nich oddawał mocz do pisuaru, gdy weszła do toalety, przez co utrudniał jej pełnienie dyżuru.
To straszne, że oni nic sobie z niej nie robią. Do czego to doszło, żeby uczeń nie krył się z tym, że pali papierosy. Oni powinni przecież udawać, że nie palą, powinni się z tym kryć, nie mówić o tym. A w ogóle tym gnojom to się w głowach poprzewracało. Wcale im nie przychodzi do głowy tuszować tego, że mają w kieszeni na tyłku paczkę papierosów, jej kształt wyraźnie się przebija przez spodnie. A jak się składają na wycieczkę to widać u nich w portfelach bardzo różne rzeczy – zdjęcia jakichś lafirynd tam mają, albo prezerwatywy. No przecież to się w głowie nie mieści.
A jakie żarty czasami się ich trzymają, o jakiej tematyce! Jak można się odezwać przy nauczycielu na takie dorosłe i kontrowersyjne tematy! No to już trzeba w ogóle wartości nie mieć żadnych.
Dlatego moja koleżanka bardzo to wszystko przeżywa, bo przecież gdzie jak gdzie, ale w szkole muszą być w końcu jakieś wartości.
Nie palę i bywa, że mnie odpycha smród papierosów od któregoś z moich uczniów. Zdarzyło mi się parę razy spytać w takiej sytuacji, co pali i czy zdaje sobie sprawę, że śmierdzi. Spytałem się kiedyś jednego dziewiętnastolatka, który wszystkie przerwy spędza prowadzając się po korytarzu z dziewczyną, a czasem zajmując się czym innym niż prowadzanie, czy nie wydaje mu się, że zmusza ją do całowania się z popielniczką.
Rozumiem też, że szkoła nie może pochwalać nałogów ani pozwolić na to, by niepalący nie byli się w stanie wysikać. Ale czy ten palący uczeń to naprawdę regenerat wyprany z wszelkich wartości?
Piotr nie wyparł się tego, że pali, przyznał, że dziewczynie to przeszkadza i ogranicza mu ona to palenie. I mówi, że może nawet dla niej przestanie.
Artur nosi w portfelu zdjęcie Jana Pawła II, a w tej samej przegródce ma prezerwatywy. Zwykle nie zaglądam do portfeli moich uczniów, ale mieszkałem z Arturem przez tydzień czasu podczas praktyki i zdarzało się nam czasem za coś razem płacić. Odbyliśmy nawet dość długą rozmowę na temat tego, czy papież i prezerwatywy w jednym portfelu nie kłócą się ze sobą. I to nie była rozmowa z człowiekiem bezmyślnym ani z człowiekiem całkowicie wypranym z wszelkich wartości.
Myślę, że życie to nie laboratorium, w którym ostrożny naukowiec pooddzielał od siebie wszystkie substancje i w hermetycznie zamkniętych naczyniach posegregował je bezpiecznie i poopisywał. Dobro i zło występują w życiu na przemian, a czasami trudno je od siebie odróżnić. Bywa, że jest mniejsze zło, albo zło konieczne, bywa że cel uświęca środki, a przynajmniej ktoś tak twierdzi.
Wierzę mocno, że każdy człowiek ma jakieś wartości, a także w to, że większość z tych wartości wszyscy mamy takie same. Norbert, który parę lat temu podczas seansu w Teatrze Bagatela po paru piwach zwymiotował, był bardzo porządnym uczniem i większość nauczycieli tak go pewnie wspomina.
Gdybyśmy nigdy nie popełniali błędów życie nie miałoby większego sensu. Popełnianie błędów jest przecież bardzo, bardzo dydaktyczne. Rozmowa na ten temat także.

Łacina w Nowej Hucie

Stereotyp nowohuckiego tubylca młodego pokolenia jako prostaczka na dopalaczach jest bardzo krzywdzący. Kolejny dowód znalazłem w samym centrum Nowej Huty na murze w jednej z bram. Czy u moich czytelników w okolicy młodzież wyznaje sobie miłość w języku Cycerona? W Nowej Hucie owszem. Po drugiej stronie ulicy, na wprost bramy, w której zrobiłem to zdjęcie, znajduje się magiczny portal, którym Basia przenosi się do Paryża.

Oświęcim tylko po niemiecku

Wielokrotnie (na przykład tutaj albo tutaj) dawałem wyraz swojemu zdziwieniu, że projekt sztucznej inteligencji translatorskiej w postaci tłumacza Bing, mimo iż wspierany przez tak wielką firmę i mający bodziec do rozwoju w postaci poważnej konkurencji, jest tak nieudolny.
Ale gdy zobaczyłem, że Bing chce mi tłumaczyć z niemieckiego poniższego tweeta, popadłem w głęboką zadumę.


No bo jaki jest sens polegać na mechanizmie tłumaczeniowym, który nie potrafi nawet rozpoznać, z jakiego języka tłumaczy? To była pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy.
Potem zaintrygowało mnie, że to być może sukces polskiej dyplomacji w walce z używaniem sformułowania „polskie obozy koncentracyjne” i że – niejako na wszelki wypadek – Microsoft postanowił uznawać, że jak napisano Auschwitz, to absolutnie nie inaczej, tylko po niemiecku?
Bez względu na przyczynę tej wpadki, nasuwający się wniosek jest jednoznaczny i dyskwalifikuje on Bing jako narzędzie do tłumaczenia automatycznego. A skutki tłumaczenia angielskiego tweeta z niemieckiego na polski zdają się tylko potwierdzać ten smutny wniosek.

Mury

VIII kadencja Sejmu RP przejdzie do historii. To, że było się posłem tej kadencji, będzie wyjątkowym powodem do hańby albo do chwały. Nie mam wątpliwości, bez względu na to, dokąd nas zaprowadzi ta kadencja, że Kamila Gasiuk-Pihowicz będzie miała w historii zapisane miejsce po zupełnie innej stronie niż, dajmy na to, Dominik Tarczyński. Ale jakie będzie miejsce Pawła Kukiza, dość trudno dzisiaj wyrokować.
Kiedyś Kukiza wzruszała pieśń patriotyczna Jacka Kaczmarskiego. Wczoraj – tak przynajmniej to zrozumiałem – Paweł Kukiz uznał, że nie może przeszkadzać w noszeniu cegieł na budowę muru. Patrząc na głosowania posłów jego ugrupowania w różnych sprawach w tym i w ubiegłym roku, trudno się oprzeć wrażeniu, że stoją czasami przy betoniarce ramię w ramię z jedynie słuszną partią władzy.

Hity sesji letniej

Większość moich studentów to bardzo inteligentni ludzie, którzy stale dostarczają mi inspiracji i mobilizują do intelektualnego wysiłku. Ale bywa, że zdarzają im się rozbrajające wpadki. W tegorocznej sesji moje ulubione to:

  • „Nie zostawiaj auta na luzie” przetłumaczone jako „Don’t chill out* in the car” – to na inżynierii wzornictwa przemysłowego, gdzie część studentów, a zwłaszcza studentek, nawet będąc bardzo dobra językowo, ostentacyjnie okazuje brak zainteresowania tematyką samochodową (choć część z nich będzie w przyszłym roku wybierać specjalizację związaną z projektowaniem środków transportu);
  • „Threesome**” jako „trójkąt” – to student, który powinien nie tylko wiedzieć, jak po angielsku „trójkąt”, ale który powinien znać określenia takie, jak „prostokątny”, „równoboczny”, „równoramienny”, „rozwartokątny” itd.

* chill out – zrelaksować się, całkowicie się wyluzować;
** threesome – troje ludzi, określenie najczęściej kojarzone z seksem grupowym.

Miłosierni w tramwaju

Jest taki tramwaj w Krakowie, którym papież Franciszek jechał z Franciszkańskiej na Błonia. Charakterystyczny, pomalowany na żółto, opisany wielojęzycznymi napisami. No i jadę sobie dzisiaj takim tramwajem do pracy z myślą, że przyjdzie czwarty rok transportu poprawiać kolokwium i znowu je obleje… Spoglądam z góry na to miejsce, na którym siedział kiedyś Franciszek podczas Światowych Dni Młodzieży i zastanawiam się, czy to wypada w ogóle, żebym się znęcał nad studentami…

Wysiadam na przystanku pod Wydziałem i patrzę jeszcze raz na tramwaj, którym przyjechałem, a tam wielkimi literami, w dodatku po angielsku, „błogosławieni miłosierni”… No może studenci transportu okażą się miłosierni i tym razem napiszą na kartkach trochę więcej niż poprzednio.

Cuda w tramwaju

Tramwaj linii 75, taka scena. Wszyscy pasażerowie w pobliżu tego młodzieńca zastanawiają się, czy napoczęta butelka z wódką, ktorą trzyma w ręku, to faktycznie wódka, czy coś innego. Gość zdaje się jednak być dość zmęczony i wyraźnie daje to po sobie poznać ciężkimi westchnieniami, jest niedziela rano, więc może faktycznie miał „pracowitą” nockę. Jest kontaktowy i reaguje na sytuację wokół. Gdy do tramwaju wsiada na jednym z przystanków pan w podeszłym wieku, chłopak wymachując flaszką w kierunku staruszka proponuje, że ustąpi mu miejsca, mężczyzna jednak z niezrozumiałych względów oddala się. Chłopak odkręca butelkę, pociąga z niej kilka głębszych łyków, ponownie wzdycha głęboko, a po chwili wylewa sporą część płynu z butelki przez okno na torowisko (to stary tramwaj, bez klimatyzacji, i co poniektóre okna są otwarte). To, co w butelce zostaje, zakręca starannie i jedziemy wszyscy razem dalej, część pasażerów wymienia porozumiewawcze uśmiechy.
Nowa Huta, miasto cudów, i Kraków, miasto, w którym – pomimo smogu – każdy może oddychać pełną piersią, bo dla każdego jest miejsce.