Kategoria: Wojna

Obozy śmierci Karskiego

Od kilku tygodni nie pisałem, a tematem numer jeden w polskich mediach nadal są tak zwane „polskie obozy śmierci” i kontrowersje związane z tym sformułowaniem.
Gdyby, jak niektórzy komentatorzy owej kontrowersji, być tak niedouczonym lub tak zaślepionym nienawiścią (w ich mniemaniu patriotyzmem i dumą narodową), ileż złej woli można by się dopatrzyć w kimś, kto w zasadzie był ojcem tego sformułowania, w słynnym kurierze polskiego państwa podziemnego. Jan Karski, prawdziwe nazwisko Jan Romuald Kozielewski, pseudonim „Witold”, 14 października 1944 roku w tygodniku Collier’s próbował nadać rozgłos sprawie nazistowskiego ludobójstwa artykułem zatytułowanym „Polish Death Camp”. Można to sprawdzić w internetowym archiwum tygodnika.
Jeżeli ktoś uważa, że Jan Karski stawiał sobie za cel zniesławienie narodu polskiego, to powinien jeszcze w życiu przeczytać parę książek, nauczyć się rozumienia słów w kontekście, w jakim zostały wypowiedziane, dostrzegać intencje autora słów i radzić sobie z wieloznacznością środków językowych. Takich umiejętności wypada życzyć naszym szlachetnym legislatorom, przedstawicielom władzy wykonawczej i dyplomatom, mam bowiem nieodparte wrażenie, że cierpią na pewien deficyt w tym zakresie.

Perwersje historii

Tysiące osób LGBT, nawet jeśli żadna z nich nie znała tego terminu, zginęło w Powstaniu Warszawskim i wskutek niego. To wynika z czystej statystyki i nie potrzeba do tego niestandardowej analizy „Kamieni na szaniec”. Zginęły dziesiątki tysięcy „lewaków”, wśród nich Krzysztof Kamil Baczyński, niekwestionowany autorytet i bohater współczesnych Polaków, także tych z prawej strony politycznej sceny. Wśród egzotycznych przypadków można wpaść na Janka „Rudego” Bytnara, który miał być rzekomo i gejem, i antysemitą, i nacjonalistą, koncepcja dla niektórych dzisiejszych patriotów nie do pojęcia.
Historia, oglądana z pewnej odległości, zaskakuje.
Moja Babcia, Marta, która zmarła w 1994 roku, pod koniec życia odczuwała lęk przed Żydami. Pięćdziesiąt lat swojego życia spędziła w mieszkaniu w kamienicy po Żydach wywiezionych na zagładę z bocznicy kolejowej na wyspie, która dzisiaj jest spacerowym klejnotem nad Wartą w pobliżu największej galerii handlowej w mieście. Po przemianach ustrojowych 1989 roku Babcia bała się, że potomkowie właścicieli kamienicy wrócą i upomną się o swoje.
Bała się Żydów, a przecież jednym z najjaskrawszych wspomnień jej życia był obraz Niemca, który – w przypływie złości – chwycił żydowskie dziecko za nogi i roztrzaskał jego głowę o mur. Obraz ten był w pamięci mojej Babci tak silny, że opowiadała o nim wielokrotnie także i mnie, przez co – choć urodziłem się kilkadziesiąt lat po wojnie – stał się on dla mnie wspomnieniem historycznym związanym z Babcią w równym stopniu, co wybór Jana Pawła II na papieża w 1978 roku, o którym usłyszałem z archaicznego, stojącego pod telewizorem babcinego radia, albo sierpień 1980, kiedy lepiłem figurki z plasteliny w babcinej kuchni, nie rozumiejąc euforii kuzyna Jacka, wpadającego od czasu do czasu do mieszkania.
Po Powstaniu Warszawskim moja Babcia uciekła pieszo z dziećmi z Warszawy do Częstochowy. Warszawa wyglądała wtedy tak, że mało który Polak z XXI wieku potrafi sobie wyobrazić. Trochę można się na ten temat dowiedzieć w muzeum, które pozostanie zapewne najtrwalszym dziełem i żywym pomnikiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ale we współczesnym świecie jest miasto, które mogłoby posłużyć do ekranizacji opowieści o Warszawie sprzed lat. To miasto to syryjskie Aleppo. Gdy moja Babcia uciekała do rodziny do Częstochowy, na szczęście nikt nie kazał jej czekać na pomoc rodziny na miejscu, w Warszawie.
Uciekała sądząc, że jest wdową. Rozmawiała z rzekomymi naocznymi świadkami śmierci mojego Dziadka. Dziadek przyjechał pociągiem z Poznania do Częstochowy dopiero kilka miesięcy po zakończeniu wojny. Owocem tej wojennej tęsknoty i spotkania po latach jest moja Mama, urodzona w 1946 roku.
Historia jest bardzo perwersyjna i pełna zaskoczeń. Obchody rocznic wybuchu i upadku Powstania Warszawskiego co roku przypominają nam o tym w wyjątkowo dobitny sposób. Nie tylko póki żyją jeszcze naoczni świadkowie Powstania, ale także później, gdy ostatniego z nich zabraknie, obchody powinny pozostać apolityczne.

Mali terroryści

Omran Daqneesh, pięcioletni chłopiec z Aleppo, stał się wczoraj słynny, gdy jego zdjęcie, zrobione w karetce po tym, jak wyciągnięto go z gruzów po nalocie bombowym, obiegło wczoraj świat, pokazywane we wszystkich (no może nie wszystkich) telewizjach i przekazywane na portalach społecznościowych.
Na budujących mury, zamykających drzwi i serca przed uciekinierami z obszarów objętych wojną i głodem, zdjęcia mają ograniczony wpływ. Gdy w ubiegłym roku w podobny sposób, niczym wirus, rozprzestrzeniło się po monitorach naszych komputerów i ekranach telewizorów zdjęcie, na którym trzyletni Aylan Kurdi leży martwy na plaży w Bodrum w zachodniej Turcji, pojawiły się głosy, że zdjęcie to było manipulacją i zostało zainscenizowane (fakt, że przed wykonaniem słynnego zdjęcia ciało martwego chłopca najprawdopodobniej rzeczywiście było przenoszone).
Może odrobinę większą siłę rażenia od zdjęcia ma film. Może poruszy sumienie chociaż niektórych spośród tych, którzy czują się bezpiecznie i wygodnie w swoich twierdzach z betonu, dosłownie i w przenośni. Ci z nas, którzy spędzili kiedyś przed laty urlop w Damaszku, Aleppo czy w Syrii w ogóle, a dzisiaj widzą zdjęcia miejsc w naszych wspomnieniach przebarwnych i tętniących życiem, a dziś przypominających Warszawę po Powstaniu, wiedzą jak bardzo mogą być kruche te nasze mury.