Tag: Częstochowa

Przez pola i krzaki

Zuzanna, lat prawie czternaście, Wiktor, lat cztery, i ja, lat czterdzieści cztery. Z nas trojga najstarsza Zuzanna, bo to pies. Idziemy w pole, daleko jak się da, a potem wracamy. Zuzanna resztkami sił, bo jest już bardzo, bardzo stara.

Wiktor nagle wpada na pomysł, że idąc polną drogą, wyjeżdżoną przez traktory, można uprawiać swego rodzaju slalom i zmieniać raz po raz ścieżki wygniecione przez lewe i prawe koła traktorów. Zaczynamy więc, udając samochody na wirażach, biec a to po lewej, a to po prawej stronie, robiąc dużo hałasu i ciesząc się w niepojęty sposób z tego zmieniania ścieżki.

Przypominam sobie, że – jako dziecko – bawiłem się w coś identycznego. Tyle tylko, że jako dziecko wychowane w mieście, wyobrażałem sobie zmianę torów przez tramwaje, a nie – jak Wiktor, syn kierowcy rajdowego – wyścigi samochodowe. Na podjasnogórskich „Okopach” (nazwa została chyba z czasów II wojny światowej) mieliśmy takich wiejskich dróg w centrum miasta pod dostatkiem.

Biegniemy z Wiktorem – jak idioci – a to lewą, a to prawą stroną drogi. Za nami Zuzanna, bardzo stara suka, próbuje nadążyć i – nie wiedzieć czemu i zupełnie bez sensu – też ciągle zmienia te ścieżki, co przychodzi jej z dużą trudnością. Resztkami sił próbuje iść po naszych śladach.

Zuzanny wkrótce już nie będzie. Zastanawiam się, czy ja będę, gdy Wiktor będzie miał lat czterdzieści cztery, czyli tyle, ile ja mam obecnie. Zastanawiam się, czy będzie biegł za mną po ścieżkach przeze mnie wydeptanych. Jestem więcej niż pewien, że nie będzie. W sumie to dobrze. Świat tylko dlatego idzie do przodu, że ludzie nie biegną po tych samych ścieżkach, co ludzie od nich starsi o jedno czy dwa pokolenia.

Kogoś takiego, jak Wiktor, życzę Wam nie tylko w Nowym Roku. Taki ktoś niech przychodzi na świat co minutę. Żebyśmy nie stali w miejscu i nie chodzili tymi samymi drogami.

Ten wpis jest częścią sylwestrowego cyklu, w ramach którego powstały już następujące odcinki:
– w Sylwestra 2012, o Łukaszu;
– w Sylwestra 2013, o Pawle;
– w Sylwestra 2014, o Tomku;
– w Sylwestra 2015, o Albercie;
– w Sylwestra 2016, o Dominiku;
– w Sylwestra 2017, o Michale;
– w Sylwestra 2018, o Wiktorze (niniejszy wpis)
;
– w Sylwestra 2019, o Adamie.

Wszystkie wpisy ilustrowane są moimi zdjęciami z dzieciństwa i piosenkami. W tym wpisie, wyjątkowo, zamiast mojego zdjęcia, jest zdjęcie kilkutygodniowej Zuzi.
W Sylwestra 2020 roku ukaże się wpis o Maksymilianie.

Przyszłość kolei

Kolej darzę wielką sympatią i mam wiele wspomnień związanych z koleją, które sprawiają, że jest mi naprawdę ciepło i miło nawet w chłodne jesienne dni. A jednak dołożyłem ostatnio stacji Częstochowa Stradom (chociaż doceniam to, jak bardzo się zmieniła od czasów mojej młodości i fakt, że właściwie przejęła rolę dworca głównego w Częstochowie od położonej w centrum miasta między Aleją Wolności a ul. Piłsudskiego stacji Częstochowa Osobowa).

Natomiast sporo zostało polskiej kolei do nadrobienia, jeśli chodzi o znajomość języka angielskiego i w ogóle języków obcych.

Gdy zobaczyłem te podpisy pod guzikami i po kilkunastu minutach rozkminy zrozumiałem, o co przypuszczalnie chodzi, zacząłem się rozglądać wokół z nadzieją, że to taki odosobniony przypadek językowego nieudacznictwa:

IMG_20180929_133814

Niestety, nie trzeba było się wiele rozglądać, by zrozumieć, że to nie była odosobniona wpadka, nawet jeśli tym razem komuś „poślizgnął” się tylko czasem palec.

IMG_20180929_134315

Potem z mieszanymi uczuciami oglądam instrukcję obsługi hamulca ręcznego.

IMG_20180929_134325

Następnie patrzę na kolejną naklejkę z kolejnym komunikatem i z ulgą uspokajam się na moment. Na moment, bo w końcu dochodzę do tego fragmentu po niemiecku, w którym ktoś uznał, że „Teile” to dokładnie to samo, co „Telle”.

IMG_20180929_134334

A potem tak sobie myślę, no cholera, po co w ogóle pisać w obcych językach, jeśli się w obce języki nie potrafi? Przecież to Polskie Koleje Państwowe. Piszcie po polsku, jak ktoś polskiego nie zna, to niech się nauczy.  Prędzej się nauczy polskiego, niż jakiegoś wymyślonego języka przypominającego angielski, rosyjski, francuski czy niemiecki. A w każdym razie pożytek będzie większy.

Niewzruszeni

Znudzona mina „minister” edukacji narodowej Anny Zalewskiej na jasnogórskich wałach podczas homilii papieża Franciszka zdumiała mnie. Ja nie próbuję już nawet hamować łez słuchając Franciszka. Popłakałem się słuchając tego, co mówił na Wawelu tuż po przyjeździe do Krakowa, choć nie umknęło mej uwadze, że niektórzy jego kontestatorzy oklaskują słowa, które wyraźnie skierował przeciw postawie, jaką codziennie lansują. Wieczorem, gdy przemawiał z okna papieskiego na Franciszkańskiej 3, zamurowało mnie. Dzisiaj z wielkim wzruszeniem wysłuchałem jego słów wypowiedzianych do zgromadzonych „pod szczytem” w Częstochowie, następnie – chociaż nie słuchałem papieża na żywo na krakowskich Błoniach – płakałem rzewnie śledząc to, co mówi, na Twitterze, a potem odczytawszy w całości przesłanie, jakie skierował do młodzieży z ołtarza między 3 Maja a Focha. Kiedy wieczorem, znowu z okna na Franciszkańskiej, mówił o sprzeczkach małżeńskich i o tym, jak się w nich odnajdywać, ogarnęło mnie dziwne uczucie, że świat jest prosty, a ja w to wierzę, jestem przepełniony nadzieją i optymizmem.
Papież Franciszek nie zna polskiego i martwi się z tego powodu. Ja, słuchając Franciszka, sam sobie się dziwię, jak znakomicie rozumiem wszystko, co mówi po hiszpańsku, włosku czy po łacinie.
Jeżeli kiedyś przez Ciebie w moim oku zakręciła się łza, jesteś w bardzo dobrym towarzystwie. Jeśli popłakałem się przez Ciebie, to stoisz w jednym szeregu z papieżem Franciszkiem. Bardzo Ci za to dziękuję. Takie łzy – czy to z żalu, czy złości, czy ze wzruszenia – pozwalają docenić bardziej to, na czym nam zależy i zrozumieć, dlaczego to jest dla nas ważne. Pani Zalewskiej życzę serdecznie, żeby też ją kiedyś coś wzruszyło. Może postawa Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, Andrzeja Rzeplińskiego, który skromnie, bez ochrony, uczestniczy w Światowych Dniach Młodzieży w najbardziej newralgicznych miejscach, na przykład siedząc na pomniku Adama Mickiewicza w Rynku Głównym wśród entuzjastycznie bawiącego się tłumu? Nie przejmuje się również tym, że jacyś biegający za papieżem faryzeusze polskiego rządu wykreślili go z listy osób zaproszonych do odwiedzenia jutro wraz z Franciszkiem obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu (chociaż on akurat ma do tego spore moralne prawo), bo uważa, że za ogrodzeniem obozu można przeżywać tę wizytę równie głęboko i równie szczerze się modlić.

Światowe Dni Strachu

DSC_0127

Światowe Dni Młodzieży to jedno z najbarwniejszych wspomnień mojej młodości. Tak, bo chociaż za tydzień czekają nas w Krakowie Światowe Dni Młodzieży z papieżem Franciszkiem, to przecież nie są to pierwsze Światowe Dni Młodzieży w Polsce, a i te, które odbyły się w Częstochowie w 1991 roku, były już kolejną edycją tych zainicjowanych przez Jana Pawła II cyklicznych spotkań.
Mam więc barwne wspomnienia z gigantycznej imprezy kościelnej, która przetoczyła się przez moje miasto w sierpniu 1991 roku. Byłem tuż po maturze, miałem swoją pierwszą, wakacyjną pracę w księgarni przy IV Liceum Ogólnokształcącym, tym z kultowej piosenki Muńka Staszczyka. Częstochowy nigdy nie pamiętam tak żywej, tak kolorowej, tak barwnej, jak przez te kilka dni i nocy, gdy na wystawionym na chodnik przed księgarnią stoisku przez prawie całą dobę sprzedawaliśmy okolicznościowe koszulki, pocztówki i pamiątki. Mieliśmy taki ruch, że wydawało nam się, że potężny utarg przyniesie nam jakieś kokosy, ale chaos, w jakim pracowaliśmy, zaowocował mankiem na bodajże 8 milionów złotych (to było przed denominacją złotego, moja pierwsza pensja wynosiła mniej więcej tyle samo).
Chcąc nie chcąc byłem wówczas uczestnikiem lub obserwatorem rozmaitych imprez, spotkań, rozmów. Przyrodzona młodym otwartość sprawiła, że wymiar duchowy i religijny nikomu chyba nie przeszkadzał w tym, by korzystać z uciech wszelkiego rodzaju. III Aleja tętniła życiem przez całą noc, ludzie grali na gitarach i innych instrumentach, śpiewali, tańczyli. Obcy ludzie bawili się ze sobą w najlepsze, nie zważając na barierę językową czy jakąkolwiek inną. Po tym, co wtedy się działo, jakoś mnie też nie bulwersują internetowe memy pokazujące prezerwatywy z logo Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.
Ale przez te 25 lat sporo się zmieniło i porównanie atmosfery oczekiwania na Światowe Dni Młodzieży w Częstochowie w 1991 roku i w Krakowie w 2016 roku nie skłania do optymizmu. Wydaje się, że chociaż w tylu różnych aspektach świat zmienił się na lepsze i żyje nam się o wiele wygodniej, to jednak zmierzamy w jakimś niewiadomym kierunku i nie wiem, czy nie skręciliśmy w międzyczasie w jakąś ślepą uliczkę.
Po Krakowie jeżdżą wprawdzie (na liniach prowadzących przez Franciszkańską) tramwaje papieskie z inspirującymi cytatami z papieża Franciszka, ale większość Krakowian nie wyczekuje spotkania z Franciszkiem tak, jak czekali na każde spotkanie ze „swoim” papieżem, Janem Pawłem II. Ba, papież Franciszek, który jednym z haseł swojego pontyfikatu uczynił pomoc syryjskim (i nie tylko) uchodźcom, a za motto krakowskiego spotkania z katolicką młodzieżą obrał wers 7 rozdziału 5 Ewangelii Mateusza: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”, przez wielu młodych Polaków jest traktowany z niechęcią, a w najlepszym razie z pobłażliwością. Nawet polski episkopat zdaje się Franciszka kontestować, gdy w liście adresowanym do młodzieży z okazji zbliżającego się zjazdu w Krakowie ani razu nie wspomina o Franciszku, chociaż trzykrotnie powołuje się na Jana Pawła II.
Każda rozmowa o nadchodzących Światowych Dniach Młodzieży zdumiewa mnie ogromem niechęci, nagromadzonych negatywnych emocji. Z jednej strony jest to niechęć do przyjmowania gości spoza Krakowa, pretensje o paraliż komunikacyjny i innego rodzaju utrudnienia, z drugiej – i to jest wątek dominujący, pojawiający się za każdym razem, gdy ktoś wspomni o zbliżającej się imprezie – jest powszechny, mniejszy lub większy, ale niektórych wręcz paraliżujący strach. Niektórzy są przekonani, że Światowe Dni Młodzieży staną się celem zamachu terrorystycznego, i w związku z tym wyjeżdżają z Krakowa, a swoim dzieciom i wnukom nie pozwalają wziąć udziału w imprezie. Babcia jednego z moich studentów zamartwia się, ponieważ zdecydował się on pomagać w obsłudze imprezy jako wolontariusz. Na wieść o tym, że Franciszek z greckiej wyspy Lesbos zabrał ze sobą kilka rodzin muzułmańskich do Watykanu, jedna z moich znajomych oznajmiła, że papież oszalał i że jak nie zabiją go w samolocie, to znak, że czekają tylko na to, by urządzić nam piekło w Krakowie.

DSC_0089

Na ulicach Krakowa pojawiły się też ogłoszenia podobne do tego na zdjęciu. W 1991 roku w Częstochowie te niemal dwa miliony ludzi, którzy nagle przyjechali do miasta, było dla nas – z całym szacunkiem dla duchowego wymiaru wydarzenia – okazją do większego utargu. To, że mielibyśmy zamknąć podwoje naszej księgarni na czas Światowych Dni Młodzieży, jest dla mnie nie do pomyślenia. Mam nadzieję, że za dwa tygodnie okaże się, że entuzjazm, jaki przywiozą ze sobą do Krakowa młodzi ludzie z różnych krajów, sprawi, że fobie niektórych mieszkańców miasta rozejdą się po kościach, a obawy przed atakiem terrorystycznym to zwykłe strachy na lachy, które rozpierzchną się szybko i nie przysłonią nikomu radości z przeżywania imprezy.
Telewizja Polska, która ostatnio przeinaczyła słowa prezydenta Obamy, pewnie przeinaczy też słowa Franciszka. Obama podczas szczytu NATO w Warszawie dyplomatycznie skarcił rząd i prezydenta Rzeczypospolitej, nawołując ich do poszanowania prawa i przestrzegania reguł demokracji. Powiedział też, że jest pewien, że polska demokracja poradzi sobie z obecnym kryzysem. Telewizja Polska, kierowana przez Jacka Kurskiego („ciemny lud to kupi”), puściła swoim widzom przekaz, że Obama pochwalił polską demokrację i zapewnił, że ma się ona dobrze. Papież będzie wzywał do miłosierdzia dla uchodźców, telewizja publiczna powie, że uznał imigrację i multikulturalizm za zagrożenia współczesnego świata. Ale to są nieistotne szczegóły. Propagandowe zapędy i nieprofesjonalizm telewizji powoli stają się normą, ale udane Światowe Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 roku przebiją się do świadomości ludzi, taką mam nadzieję. Tych, którzy w Krakowie pozostaną, tych, którzy tu przyjadą, ale także – prędzej czy później – tych, którzy na czas młodzieżowego zlotu miasto opuszczą.

Dzień bez Smoleńska

Ten wpis to odgrzewany kotlet z 3 lutego 2011…

Miał być dzień bez Smoleńska. Ale nie da rady. Przypomniało mi się, że jak chodziliśmy do podstawówki, to mieliśmy zaprzyjaźnioną szkołę w Smoleńsku. Przepraszam, próbowałem.

P.S. z 10 kwietnia 2016. Szacun dla wszystkich, którym udało się dzisiaj ani słowem nie wspomnieć o Smoleńsku w mediach społecznościowych ani żadnych innych. Mnie się nie udało, chociaż miałem silne postanowienie…

Pomnik Smoleński

W polskiej debacie politycznej nieprzerwanie od pięciu lat wypływa, przeważnie z odgłosami i zapachami przypominającymi bulgotanie i wyziewy z rur kanalizacyjnych, kwestia godnego upamiętnienia ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu. Jedni chcą pomnika monumentalnego, który przyćmi swoimi rozmiarami wszystko w promieniu wielu kilometrów, inni pod byle pretekstem odrzucają każdy, nawet najbardziej skromny pomysł. Jedni i drudzy zapominają, że samolotem Tupolew do Smoleńska leciały 10 kwietnia 2015 roku osoby, których – poza chęcią uczestnictwa w rocznicowych uroczystościach patriotycznych – nie łączyło zbyt wiele, a niekiedy dzieliło prawie wszystko. Różnice polityczne i światopoglądowe nie przeszkodziły im w tym, by lecieć jednym samolotem i w nim – niestety – wspólnie zginąć. Tym bardziej przykre są takie próby upamiętniania tej tragedii, w których jedna, druga czy trzecia siła polityczna próbują wykorzystać budowę ewentualnego pomnika do doraźnych celów politycznych, partyjnych.
Trochę to pewnie wina patosu, który zalega na naszym dyskursie politycznym niczym śniedź na pomnikach. Na ulicach polskich miast pojawia się wprawdzie coraz więcej małej architektury o charakterze mniej podniosłym, raczej dekoracyjnym, artystycznym i funkcjonalnym, ale większości z nas nadal trudno sobie wyobrazić, że godny pomnik nie musi koniecznie być posągiem na gigantycznym postumencie ani nie musi zawierać w sobie odniesienia do krzyża, który przecież nie dla wszystkich osób, które zginęły pod Smoleńskiem, był znakiem o tym samym znaczeniu.
Czyż nie pięknie można by uczcić każdą z dziewięćdziesięciu sześciu ofiar smoleńskiej tragedii, wytyczając w okolicach Krakowskiego Przedmieścia szlak spacerowy i oznaczając go specjalnymi emblematami w chodniku, z których każdy poświęcony był innej z ofiar? Podobne oznaczenia w Londynie bardzo pięknie oddają hołd księżnej Dianie, i nie sposób ich nie zauważyć szczególnie tam, gdzie po jej śmierci żałoba ogólnonarodowa dała o sobie znać najwyraźniej.

By upamiętnić kogoś, kogo się kochało i o kim chce się pamiętać, można także na przykład ufundować ławkę i podpisać ją imieniem tej osoby. Nie musi to być zaraz posąg tej osoby siedzący na ławce, chociaż akurat takie pomniki – których zresztą na polskich ulicach zjawiło się w ostatnich latach sporo – są bardzo sympatyczne i przyciągają licznych turystów i przechodniów. Fajnie jest się sfotografować, siedząc na jednej ławce z Julianem Tuwimem, Haliną Poświatowską czy Markiem Perepeczko.

Albo można posadzić drzewo ku czyjejś pamięci. Taki żywy pomnik nie będzie miał nawet za złe gołębiom, jeśli zostanie przez nie „zaznaczony”.

Strajk podczas pogrzebu

Próbuję sprawdzić w brytyjskich mediach, jak Angole postrzegają dzisiejszy wielki protest Polaków na Wyspach. Wygląda na to, że nie postrzegają go w ogóle. Trwa transmisja na żywo z żałobnej mszy i pogrzebu wielkiej gwiazdy muzyki pop lat sześćdziesiątych i na świecie chyba nic innego w tym momencie się nie dzieje. Cała planeta zamarła wraz z tą dziewczyną z Liverpoolu. Cilla Black zmarła 2 sierpnia w swoim domu w Hiszpanii. Miłujący Facebooka wyspiarze polskiego pochodzenia wybrali sobie chyba niezbyt szczęśliwy dzień na to, by zwrócić na siebie uwagę. Ba, ci chcący oddać krew za (dla?) braci Angoli zdołali bodaj zebrać dwakroć więcej lajków niż ci chcący protestować przeciwko prześladowaniu imigrantów na Wyspach…
Patrzę – unosząc lekko brwi ze zdumienia – jak Sir Cliff Richard, nieświadom chyba, że wszystkie brytyjskie stacje telewizyjne i usługi strumieniowe w internecie podpisują to jako „requiem”, czyli „mszę żałobną”, opowiada kolejne dowcipy. Kościół pełen żałobników trzęsie się ze śmiechu. Cliff Richard beztrosko zaczyna sobie śpiewać piosenkę…
Tak właśnie ma być na moim pogrzebie. Mam nadzieję, że moi nieliczni bliscy będą pamiętać, by dobrze się tego dnia bawić, i będą mieć odwagę, by o tym nie zapomnieć. Wydaje się może, że trzeba by z tej Polski prowincjonalnej i zapyziałej pojechać gdzieś na koniec świata, by się na to odważyć, ale przecież na koniec świata jest nie tak znowu daleko… Z Wimbledonu do Camden to tylko kilkanaście stacji metrem… A takie Camden można w Polsce znaleźć co krok, na przykład przy Alei Wolności w Częstochowie albo w Proszowicach na 3 Maja. To jest dopiero koniec świata…

Naście lat Güntera

Ten wpis to odgrzewany kotlet z 14 sierpnia 2006, odgrzewany z okazji śmierci Güntera Grassa. Jacek Kurski nie jest już w tamtej partii, poza Grassem także niektórzy inni bohaterowie wpisu już nie żyją, a Marcin zasłużył się w międzyczasie dla naszej ojczyzny dużo bardziej niż mogłem sobie wtedy wyobrazić. Kółko filmowe od lat nie istnieje, a wkrótce ja sam także znikam. Na bębenku zagrać nie umiem, nawet blaszanym, więc chociaż odgrzewam kotlet.

Gdy do pierwszej klasy liceum czy technikum przychodzą nowi uczniowie, przez kilka miesięcy trzeba się z nimi uczyć porozumiewać. Nie ciągną się już za warkoczyki i nie plują na siebie, ale nie za bardzo jeszcze wiedzą, po co przyszli do szkoły średniej i w ogóle niespecjalnie świadomie uczestniczą w tym, co się wokół nich dzieje. Większość jest niesamodzielna, nierozgarnięta i w ogóle takie z nich „pindzie”.
Nagle w trzeciej klasie panowie w technikum stają się ni stąd ni zowąd takimi dojrzałymi partnerami do dyskusji, którzy uważnie słuchają tego, co się do nich mówi, sami chcą, aby ich słuchać. Mówiąc, wkładają w to dużo serca i rozumu. Ale to jest w trzeciej klasie, gdy już mają dowody osobiste i prawa jazdy, większość z nich ma już za sobą nie tylko pierwsze doświadczenia seksualne, ale spore życie intymne, niejeden z nich przejmuje w domu pałeczkę po dziadku czy ojcu jako gospodarz i głowa rodziny. Wielu z nich pracuje, robi interesy.
To są niby ci sami faceci, których się poznało dwa – trzy lata wcześniej, przynajmniej tak samo każdy z nich ma na imię i nazwisko i trochę przypomina z wyglądu tego dzieciaka z pierwszej klasy. Gdybym tak jednak w klasie maturalnej miał każdego ucznia postrzegać przez pryzmat pierwszego wrażenia, jakie na mnie zrobił w pierwszej klasie i przez kilka pierwszych miesięcy naszej znajomości, nie zwracając uwagi na to, jak bardzo się zmienił, robiłbym sobie i uczniom wielką krzywdę.
Taki Marcin na przykład był w pierwszej klasie nadpobudliwym dzieciakiem ubliżającym kolegom w niewybredny sposób, mającym trudności z usiedzeniem w ławce i zwykle lekko rozkojarzonym. Jeszcze na początku drugiej klasy trzeba go było ciągle monitorować, bo jedyne co go interesowało na angielskim to skąpo czy raczej wcale nieodziane panienki w najbardziej perwersyjnych zakątkach internetu, a przy okazji próby infekowania szkolnego serwera rozmaitymi spyware’ami. Dziś jest to prawie dwumetrowy facet z wielkimi barami, który gdy przyjdzie wcześniej na lekcje, prosi o płytę z programem i włącza sobie powtórki podczas przerwy, a kiedy mamy dwie lekcje pod rząd, w przerwie też robi powtórki. Czasami podnosi rękę i mówi „E, sprawdzę sobie pocztę, dobra?”.
W zasadzie gdyby rozwój Marcina zatrzymał się dla mnie na tym etapie, na jakim Marcin był dwa lata temu, na lekcji powinien siedzieć zakuty w kajdanki i przywiązany do swojego krzesła. Tymczasem jest to facet, który – kiedy wstaje i mówi że „idzie się odlać” – wiem, że za moment wróci i nie zwiedzi po drodze całego świata.
Marcin z pierwszej klasy był o rok starszy od Güntera Grassa, który w 1942 roku marzył o pływaniu w łodzi podwodnej i zgłosił się do wojska. Chciał się wyrwać z domu, chciał pływać U-bootem.
Marcin z pierwszej klasy był sympatycznym, ale głupim gnojkiem. Gdyby go oceniać na podstawie tego, jaki wtedy był, nigdy nie powinien mieć prawa przystąpić do matury, iść na studia, zakładać rodziny, zostać burmistrzem czy prezydentem Rzeczypospolitej. Tymczasem Marcin, którego dzisiaj znam, śmiało mógłby zostać Prezydentem Rzeczypospolitej już teraz. Tyle, że zgodnie z ordynacją wyborczą póki co może co najwyżej zostać radnym. Wkrótce będzie mógł starać się o zostanie posłem.
Jest taki polski poseł, który zachowuje się dużo mniej poważnie niż Marcin. Dzisiaj jako jeden z największych autorytetów moralnych (za takiego się widać uważa) potępił Güntera Grassa za to, że jako siedemnastolatek był przez krótki okres czasu w Waffen-SS. Poseł ten, Jacek Kurski, niejednokrotnie wygadywał głupoty by doraźnie rozprawić się z politycznym przeciwnikiem. Ostatnio oskarżał Platformę Obywatelską i komitet wyborczy Donalda Tuska o rzekome finansowanie kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi oraz parlamentarnymi z pieniędzy nielegalnie wyprowadzonych z PZU. Dość szybko okazało się, że argument wysunięty przez Kurskiego był niewypałem i w rzeczywistości prędzej mógłby obciążać jego własną partię, niż Platformę. Ziejąca z jego filmu „Nocna zmiana” niechęć do wszystkiego, co postępowe albo lewicowe, mnie osobiście przyprawia o dreszcze.
Kurski mówi o sobie, że jest człowiekiem walącym prosto z mostu prawdę prosto w twarz. Powiedział na przykład o Marianie Krzaklewskim „rozlazła baba”, o Unii Wolności „Żydzi i masoni”, o Lechu Wałęsie „polityczny trup”. Za swoją gadkę znany jest pod pseudonimem bulteriera swojej partii.
Ja bardzo sobie cenię facetów, którzy mówią prosto z mostu. Cenię sobie prostych facetów. Sam za takiego się uważam. Bardzo szanuję szczerych ludzi, którzy mówią, co myślą. Pod warunkiem, że myślą.
Dawno nie słyszałem, żeby Marcin pieprzył bez sensu niczym Jacek Kurski. Wydoroślał po prostu. Bez wahania zagłosuję na niego w każdych wyborach, w jakich się zdecyduje startować. Bo obecny Marcin myśli, zanim powie.
Mój ojciec jest rówieśnikiem Grassa. W 1945 roku, gdy Grass nie był już w Waffen-SS, mój ojciec przeszmuglował z sąsiedzkiego klasztoru ojców Jezuitów, z którego właśnie przed Rosjanami uciekli niemieccy żołnierze, drewniane, malowane politurą narty. Na tych nartach czterdzieści lat po zakończeniu wojny uczyłem się jeździć.
Jeśli dobrze rozumiem Jacka Kurskiego, to choćbym niczym Grass był laureatem Nobla i największym pisarzem mojego narodu, to jestem naznaczony tym piętnem, tą skazą, bo nauczyłem się jeździć na nartach na parszywych, pohitlerowskich nartach z piwnicy mojego ojca. Bo jako nastolatek nie rozumiałem, że na tych nartach jeździli hitlerowscy SS-mani.
Mój ojciec jako nastolatek po raz pierwszy w życiu zobaczył film, gdy pomalował kaloryfery w kinie dla niemieckich żołnierzy przy Al. Kościuszki w Częstochowie – dziś jest tam oddział PKO BP. Jak rozumiem jest mocno niestosowne, że dzisiaj prowadzę kółko filmowe w internacie mimo tej haniebnej karty z życiorysu mojego ojca. Myślę, że aby odkupić tą winę, powinienem raz na zawsze zrezygnować z chodzenia do kina, a może i z centralnego ogrzewania.

Przy kolacji bez matury

W prawie wszystkich spotkaniach towarzyskich, a i w kontaktach służbowych, wychodzi ostatnio prędzej czy później temat rzekomej potwornej zapaści w systemie egzaminów zewnętrznych, miażdżącej ponoć w swoich wynikach kontroli NIK-u, a także krzywdzie, jaką komisje okręgowe, komisja centralna, ministerstwo i partia rządząca (a jakże) z zamysłem czynią biednym maturzystom i innym egzaminowanym. Leniwe, wredne urzędasy do spółki z egzaminatorami, których jedynym celem jest wyżycie się na biednych zdających i leczenie swoich kompleksów na ich cierpieniu, robią wszystko co mogą, by najwybitniejsi młodzi ludzie nie dostali się do wymarzonych liceów czy na upragnione studia.
Nic dziwnego, temat ostatnio bardzo modny. Patrząc na to okiem laika łatwo ulec zmanipulowaniu i uwierzyć w najgorsze brednie. W jednej z gazet przeczytałem dość nerwowy artykuł o krzywdzie, jaka ostatnio stała się dziewczynie, która uzyskała słaby wynik z matury z języka szwedzkiego, chociaż przecież wychowała się w Szwecji. Dziennikarz zapomniał sprawdzić, a może celowo zataił fakt, że matura z tego języka odbyła się ostatnio 10 lat temu. W innej gazecie przeczytałem dłuższy wywód na kilka szpalt o tym, jakie są konsekwencje stosowania zadań i arkuszy, które nie podlegają standaryzacji. Skąd jednak autor wziął wiedzę o tym, że arkusze standaryzowane nie są, nie wiadomo, wiedza ta jest – o ile mi wiadomo – mylna. Zabawne są też dywagacje o mitycznym „kluczu” podejmowane przez osoby, które nie mają pojęcia o tym, jak ocenianie wygląda.
System oceniania zewnętrznego nie jest idealny. Ale, co ciekawe, system ten ma z założenia się doskonalić. Gdy został stworzony, wbudowano w niego mechanizm stałej racjonalizacji. I od tamtej pory system poddawany jest stałej ewaluacji, a w oparciu o wnioski praktyczne ewoluuje ku lepszemu.
W histerii przeciwko ocenianiu zewnętrznemu niektórzy mają nawet odwagę postulować powrót do oceniania w szkole. Przypominam sobie wtedy swoją maturę i zastanawiam się, jak to możliwe, że zdałem z polskiego, chociaż miałem pisać o bohaterze romantycznym, a całą moją pracę poświęciłem Poświatowskiej, Bursie, Wojaczkowi i Hłasce. Ba, otrzymałem ocenę celującą! No tak, to była matura wewnętrzna, a ja byłem stypendystą Prezydenta Miasta w dziedzinie kultury i laureatem ogólnopolskiego konkursu poetyckiego. Nawet anonimowość naszych prac była tylko teoretyczna, a kryteria oceniania musiały być całkowicie umowne.
Gdy skończyliśmy pisać maturę z matematyki, pamiętam długą kolejkę przez całą salę, w której staliśmy, by oddać profesorowi owoce swojej pracy. W kolejce tej niejedno zadanie można było sobie sprawdzić, uzupełnić, poprawić. Profesor zaznaczał zielonym długopisem miejsca, w których nasze prace zawierały skreślenia i poprawki. Krążyły legendy o tym, że zaznaczał na zielono miejsca bez żadnych skreśleń, aby potem w tych miejscach samemu na niebiesko nanieść poprawki na naszą korzyść. W takiej samej kolejce na języku polskim czytałem wypracowania kilku koleżanek i kolegów, by wyłapać błędy ortograficzne (z tego akurat byłem dobry).
Od mojego przyjaciela marynarza, którego przy okazji pozdrawiam i gratuluję mu jako świeżo upieczonemu doktorowi nauk, dowiedziałem się niedawno, że na stronie swojego liceum ogólnokształcącego – wprawdzie w piątej setce, ale jednak – jestem umieszczony na liście wybitnych absolwentów. Sprawdziłem, faktycznie. Jestem wybitnym absolwentem II Liceum Ogólnokształcącego im. R. Traugutta w Częstochowie. Musiałem zrobić na kimś duże wrażenie, nie wiem tylko, czy lejąc wodę, czy ściągając, czy pomagając ściągać innym. Szkoły średniej nie wspominam źle, mam o niej dobre zdanie, nie raz pisałem tutaj o świetnych nauczycielach, którzy mnie uczyli, ale – szczerze powiedziawszy – procedury i kryteria oceniania zmieniły się od tamtych czasów nie do poznania. Zdecydowanie na lepsze.

Przy kawie, winie czy przy świecach, rozmawiajmy o miłości, radościach i problemach naszego codziennego życia. O ocenianiu zewnętrznym rozmawiam tylko z osobami, które najpierw obejrzą w całości poniższe filmy z Marcinem Smolikiem na konferencji OSKKO w Krakowie.

Egzamin ponadgimnazjalny

Jak donosi lokalny częstochowski dodatek Gazety Wyborczej, Akademia Jana Długosza w Częstochowie (do strony internetowej uczelni nie linkuję … z litości) pomaga przygotować się do matury i do egzaminu „ponadgimnazjalnego”.
Ciekawe, czy to gazeta podkłada nogę uczelni, czy też uczelnia faktycznie prowadzi kursy przygotowujące ludzi do egzaminu, który nie istnieje. Bo co to niby za egzamin, egzamin ponadgimnazjalny? Taki unoszący się w powietrzu nad gimnazjami, niczym sterowiec? Bo przecież chyba nie chodzi o egzamin w kwietniu III klasy gimnazjum?

Następna strona »