Znużeni czytaniem i słuchaniem tekstów o oczyszczaniu stali, produkcji aluminium z tlenku glinu i podobnymi rzeczami, studenci informatyki z pierwszego roku myślą już tylko o tym, żeby zajęcia się skończyły i żeby pójść do domu. Tymczasem ja zarzucam ich kolejną porcją słownictwa matematycznego, tym razem o potęgowaniu i pierwiastkach. Na ich twarzach bez wyrazu trudno dostrzec nadzieję, gdy mówię im, że już wkrótce skończymy, niech tylko ustalą w parach odpowiedzi do dwóch ćwiczeń na dobieranie. Zostawiam ich na moment, a kiedy wracam, zadowoleni z siebie pokazują mi całkowicie niepoprawne, losowo udzielone odpowiedzi wypisane na tablicy. Nie powiedziałem, że mają uzgodnić prawidłowe odpowiedzi, oznajmiają, czyli że zajęcia należy uznać za skończone.
Logika informatyków jak zawsze rzuca mnie na kolana i rozbraja. W dodatku bywa, że jest bardzo pomocna.

Studenci mechaniki i budowy maszyn wsparci przez studentów automatyki, zainspirowani tablicą zapisaną na zajęciach poprzedzających nasze, poinformowali mnie dzisiaj, iż całki zostały wymyślone w jednym jedynym celu, ale za to bardzo szlachetnym. Dzięki całkom wiadomo podobno, ile wódki zmieści się w lampce do wina i ile wina zmieści się w kieliszku przeznaczonym do picia wódki. No i generalnie - jak wysoki będzie słup cieczy alkoholowej przelany z jednego kieliszka do drugiego w zależności od jego kształtu. Dzięki całkom można więc sobie zaoszczędzić całego szeregu kosztownych i szkodliwych dla zdrowia eksperymentów, pozwalających empirycznie mierzyć ilość alkoholu w różnych naczyniach.
Panowie z energetyki mieli wprawdzie zupełnie inne zdanie w tej sprawie, uważali bowiem, że całki wymyślono po to, by licznik prądu elektrycznego miał co robić, a nie żeby tylko tak wisiał bezczynnie na ścianie w przedpokoju.
Mimo tej niewątpliwie fundamentalnej różnicy zdań jestem głęboko przekonany, że gdy jeden ze studentów powiedział, że matematyka jest piękna i logiczna, w jego oczach widać było miłość szczerą i głęboką, w dodatku podzielaną przez wielu innych studentów. Pozostaje mi tylko życzyć, by matematyka odwzajemniła się miłością moim studentom, a także by wszyscy oni, zwłaszcza ci przerażeni perspektywą egzaminu, znaleźli dla niej zastosowanie w swoim życiu.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed... dziesięciu lat. Ukazał się 28 października 2007 roku. Postanowiłem go odświeżyć, ponieważ doszedłem do wniosku, że załączone do niego tym razem zdjęcie jest znakomitą ilustracją opisanego uwielbienia studentów dla Królowej Nauk. Dziesięć lat temu nie było Snapchata, więc takich zdjęć nie dostawałem.

Jest pewien postęp.
I rok informatyki zaczął się martwić o mnie i moje dobre samopoczucie. To chyba dobry kierunek. Tak dla mnie, jak i dla nich. Poczułem wyraźną ulgę widząc, jak się o mnie troszczą.
Panów, którzy nie odważyli się przyjść dzisiaj na wejściówkę po piątkowym snapie z flagą, uspokajam. Na snapy jestem już uodporniony, a dawki, jakie dostawałem i nadal dostaję od studentów II roku, są nie do przebicia.

Dostałem SMS-em, w Snapach, na Hangoutach i na WhatsAppie kilka zaproszeń na jutrzejszy Protest Studentów na Rynku Głównym w Krakowie.

Dziękuję za zaproszenia, ale nie mogę wziąć udziału w #proteststudentow i #studiujeprotestuje. Mam w tym czasie ostatnie (w tym semestrze i w ogóle) zajęcia z grupą 12K1, nikt z nich nie zaprosił mnie jutro na Rynek, więc widocznie traktują moje jutrzejsze zajęcia bardzo poważnie i część z nich będzie chciała coś na nich załatwić.
Wyraziłem swoje poparcie w petycji online. Mogę także obiecać, że jeśli ktoś z grupy 12K1 nie jest jeszcze dopuszczony do egzaminu albo nie sfinalizował jeszcze kwestii swojego zwolnienia z tego egzaminu czy jakiejkolwiek innej sprawy związanej z zaliczeniem mojego przedmiotu, a chciałby jutro być na Rynku Głównym, na pewno znajdziemy jakieś wyjście z tej sytuacji i umówimy się w terminie, który będzie dogodny dla obu stron i z niczym nie będzie kolidować. Choćby w najbliższą niedzielę. Wystarczy się odezwać.

 


To zdjęcie zrobiłem w środę po południu podczas zajęć z drugim rokiem informatyki. Na pierwszy rzut oka, nic się nie dzieje i każdy zajął się swoją własną osią czasu na fejsie i lansuje się do bólu, stąd taka cisza i skupienie. Otóż nie, 12K1 pisze na tym zdjęciu kolokwium online, każdemu wylosowało się trzydzieści pytań ze stu i tylko dwóch z nich zaliczy to kolokwium za pierwszym podejściem, w tym Patryk najlepiej (w momencie uchwyconym na zdjęciu jeszcze tego nie wiedzą). Łukasz wprawdzie nie zaliczy, ale i tak będzie miał kilka konstruktywnych i merytorycznych uwag do wylosowanych pytań i trzeba będzie poprawić klucz, żeby te uwagi uwzględnić. Grzegorz udzieli kilku odpowiedzi niestandardowych, których analiza również zaowocuje rozszerzeniem klucza. W środę, dzięki tym zabawom na komórkach, dowiedziałem się, że Brainfuck (to akurat wkład Mateusza z innej grupy, nie ma go na tym zdjęciu, nawet za kolumną) Hamburger to fachowe słownictwo programistyczne.
Gdy Bogusław Śliwerski napisał na swoim blogu apel, by nie zabraniać korzystania z komórek w klasie, już w jednym z pierwszych komentarzy padł argument o ściąganiu na klasówkach.
Kilka tygodni temu miałem na zajęciach hospitację. Przywykłem już wprawdzie do tych okresowych odwiedzin jednej czy drugiej szefowej na naszych zajęciach, ale zawsze się to wtedy trochę przeżywa i myśli o tym przez kilka dni. Tuż po hospitacji, na zajęciach w różnych grupach pierwszego roku, sprawdzaliśmy pewne dość skomplikowane ćwiczenia z transformacji. W jednej grupie czytanie zrobionych ćwiczeń zajęło nam chyba połowę zajęć, a i tak nie mogłem mieć pewności, że każdy zrozumiał, jak i dlaczego wygląda poprawna odpowiedź. Pisanie wszystkiego na tablicy zajęłoby nam chyba drugie tyle czasu, o ile w ogóle markery nie wypisałyby się w połowie tego podsumowania. W kolejnej grupie, w której robiliśmy dokładnie to samo, poprosiłem ich o wyciągnięcie smartfonów, weszliśmy wszyscy na jeden wspólnie edytowany Dokument Google, podzieliliśmy się zdaniami, każdy szybko napisał 2-3 wyznaczone zdania w przypisanym im miejscu, i w kilka minut mieliśmy gotowy cały dokument do przejrzenia i sprawdzenia. Było to o wiele bardziej efektywne niż metoda w pierwszej grupie, ale przez chwilę, gdy pisali, wyglądało to zupełnie tak, jak ta scena na zdjęciu. I pomyślałem wtedy, że gdyby ktoś nagle wszedł do sali i zobaczył całą grupę studentów stukających coś na komórkach, pierwsze wrażenie byłoby jednoznaczne. Nic nie robią. Przypomniałem sobie od razu hospitację sprzed kilku dni i pomyślałem, jak to by wyglądało, gdyby taka scena miała miejsce podczas lekcji hospitowanej i ocenianej, co mogłaby powiedzieć szefowa, gdyby weszła i zobaczyła taką scenę.
A potem przypomniałem sobie wpis profesora Śliwerskiego sprzed kilku miesięcy i to, jak wiele kontrowersji budzi korzystanie z telefonów komórkowych i innych urządzeń mobilnych podczas zajęć wśród uczniów, rodziców, nauczycieli... W jak wielu szkołach, zamiast korzystać z dobrodziejstw tych urządzeń, zakazuje się całkowicie korzystać z nich w godzinach lekcji, tak jakby w ten sposób miał się ktoś lepiej przygotować do życia, jakie czeka na niego poza murami placówki.
Nie wyobrażam sobie, żebyśmy podczas zajęć w grupach na poziomie C1 nie mieli pod ręką urządzeń, które są w stanie w każdej chwili pomóc nam rozstrzygnąć wątpliwości w wymowie, znaleźć przykłady użycia idiomu, z którym się dotąd nie zetknęliśmy, czy zasięgnąć na żywo języka u rodzimego użytkownika języka angielskiego, w dodatku specjalisty w dziedzinie, która jest przedmiotem naszych zajęć. Nie rozumiem zupełnie, co kieruje nauczycielami, którzy chcą swoich uczniów czy studentów i samych siebie pozbawić tego narzędzia. To przypomina scenę z rysunku umieszczonego przez profesora Śliwerskiego na wstępie wpisu...

Studentka trzeciego semestru informatyki wpadła podczas pobytu w Berlinie na taką osobliwość tłumaczeniową. Ciekawe, czy ktoś, kto sporządzał ten napis, miał nadmiar wiedzy informatycznej, czy deficyt znajomości języka angielskiego. Swoją drogą, to mi uświadomiło, że także polski wyraz "wejście" nie jest tak jednoznaczny, jak by się wydawało.

Przy okazji, gratulacje dla Julii, Przemysława, Konrada i Michała - czworga studentów informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym, którzy zakwalifikowali się do II etapu XVIII Ogólnopolskiej Olimpiady Języka Angielskiego Wyższych Uczelni Technicznych na Politechnice Poznańskiej. Trzymamy za Was kciuki!

1

Studenci pierwszego roku dziwią się, że staram się zapamiętać, jak się nazywają. Podobno to bez sensu, przecież studenci "tak szybko odchodzą"... Szkoda sobie zaśmiecać głowę.
Mam swoje powody, którymi nie podzielę się publicznie, ale o których moim studentom mówię (przy okazji pozdrawiam mojego kolegę z liceum, byłego studenta Uniwersytetu Adama Mickiewicza, dziś mieszkającego na stałe w Anglii).
Ale mam i takie, którym można się pochwalić na blogu. Otóż są takie chwile, jak dzisiaj, że przychodzi ci na zajęcia cały ostatni semestr informatyki, wszyscy na jedną godzinę, bo to ich ostatnie zajęcia w tym tygodniu, a ktoś odwołał im zajęcia odbywające się z moimi na zakładkę, więc albo połowa roku musiałaby czekać, albo mieliby nieobecność, więc przyszli wszyscy na raz. Do tego jeszcze przyszedł gość z Ministerstwa Magii, Sławek, więc było naprawdę bardzo ciasno. Trzy osoby siedziały na ławce z boku, pod ścianą, bo nie mieściły się w normalnych miejscach.
Przez ten tłok i zgiełk zapomniałem sprawdzić obecność, więc - gdy już wszyscy poszli - wyjąłem arkusze całego roku i nazwisko po nazwisku, osoba po osobie, zrobiłem to już po ich wyjściu. Miałem lekkie wątpliwości przy dwóch nazwiskach. Wątpliwości te rozstrzygnąłem na korzyść osób, których dotyczyły. Co do całej reszty, miałem absolutną pewność, że wiem, czy dana osoba na zajęciach była, czy nie, i odnotowałem to na liście w odpowiedni sposób.
Zostały mi jeszcze tylko trzy spotkania z ostatnim semestrem informatyki. Dziś, gdy zauważyłem, z jaką łatwością przyszło mi sprawdzenie ich listy obecności już po ich wyjściu, zrozumiałem też, jak bardzo mi ich będzie brakować, gdy w semestrze letnim nie będzie ich już w moim obciążeniu ani planie zajęć.

1

W miniony piątek, nie doczekawszy się na stworzenie przez grupę studentów jednego wspólnego tekstu na koniec zajęć, z bólem serca (świadom, że będę przez to miał pracowitą niedzielę) poprosiłem, by w zaistniałej sytuacji każdy wykonał zadanie samodzielnie i przesłał mi je mailem do godziny 14:30 w niedzielę.
Pierwsze maile dotarły w sobotę, kilka w ostatniej chwili. W niedzielę po południu, gdy zegar na moim komputerze obwieścił godzinę 14:30, maile spływały nadal. Zacząłem odpowiadać na nie krótko, jednym zdaniem po angielsku, przypominając, że zadanie domowe należało przesłać w uzgodnionym terminie.
Ale z informatykami nie wygrasz. W kilka minut po jednej z moich dyscyplinująco - dyskwalifikujących odpowiedzi dociera do mnie mail od Krzysztofa, w którym - poprawną angielszczyzną - Krzysztof zapewnia mnie, że jest w pełni świadomy tego, że pracę należało przesłać w określonym terminie, ale zwraca mi uwagę, że - wyznaczając termin przesłania zadania - nie uzgodniliśmy strefy czasowej, zgodnie z którą termin ten będzie rozliczany. A na Hawajach na przykład był blady świt, gdy Krzysztof wysyłał swoją pracę domową. Czemu więc miałbym jej nie przyjąć? No zgadza się. Przyjąłem.
Zadając im pracę domową wydałem instrukcję zawierającą potwornego buga...

Idąc przewiązką (taki zawieszony na wysokości pierwszego piętra na filarach korytarzowy łącznik pomiędzy dwoma budynkami) widzę, że z budynku głównego zbliża się tłum studentów, a na jego czele moi studenci z drugiego roku informatyki. Grzecznie otwieram im drzwi na oścież i czekam cierpliwie, aż wszyscy przejdą. Trzymam drzwi, żeby nie musieli się wysilać i naprężać mięśni. Drugi rok informatyki - równie grzeczny - kłania mi się i bez cienia zastanowienia daje się przepuszczać w wąskich drzwiach do przewiązki. Sytuacja zdaje się być zupełnie naturalna.
Z kolei napierający za moimi informatykami tłum obcych studentów nagle hamuje, gdy mnie widzi i uzmysławia sobie, że to jakiś wykładowca przepuszcza ich i trzyma im drzwi. Patrzą po sobie z konsternacją, kilku robi do mnie jakieś dziwne miny, a jeden mówi, wskazując wymownie na moich studentów: "Co za chamy!".
I dopiero w tym momencie dociera do mnie, że ci obcy studenci widocznie nie wiedzą, że uniwersytety są dla studentów, nie dla wykładowców, i że to do nich należy przyszłość, a my tylko pokazujemy im drogę, jaką sami przeszliśmy, i prosimy, by ponieśli nasz bagaż dalej i sami wybierali kolejne zakręty w podróży, w którą my się już z nimi nie udamy.