Zajęcia z orbity

Nasze ostatnie stacjonarne, tradycyjne (w przeciwieństwie do zdalnych) zajęcia na Wydziale odbyliśmy rok temu, 11 marca. Rano wszystko było jeszcze normalnie, chociaż widmo koronawirusa krążyło już nad Krakowem, a do Szpitala Żeromskiego trafił już „pacjent zero”. Podczas zajęć o 11:00 dotarła do nas wiadomość o godzinach rektorskich i zawieszeniu zajęć, na 14:30 przyszła już tylko garstka studentów, na których czekała wielka siatka pięknych czerwonych jabłek. Zjedliśmy te jabłka – umywszy je uprzednio w ciepłej wodzie – i posiedzieliśmy chwilę przy sześciu ławkach zestawionych razem w jeden wielki stół, co pozwalało zachować dystans społeczny (choć to pojęcie chyba wówczas jeszcze nie funkcjonowało).

Gdy we wrześniu zajrzałem przez oszklone drzwi sali A209 i zobaczyłem, że te nieszczęsne ławki nadal stoją połączone tak, jak je zostawiliśmy 11 marca, zrobiło mi się bardzo smutno. Zrozumiałem, jak nieubłaganie wszystko się zatrzymało i jak naiwny byłem na przełomie czerwca i lipca, gdy wydawało mi się, że te niespełna cztery miesiące pracy zdalnej w semestrze letnim to rozdział zamknięty i że nie będzie już kontynuacji. Tymczasem nie dość, że w październiku zasiedliśmy znowu przed ekranami komputerów zamiast przed tablicą, to teraz planujemy już kolejny semestr letni i założenie jest takie, że nadal będziemy pracować zdalnie. Moi studenci z piątego roku, którzy studia drugiego stopnia zaczęli na dwa tygodnie przed lockdownem, do końca studiów magisterskich będą się uczyli przez internet. 11 marca, gdy będziemy obchodzić rocznicę zawieszenia zajęć stacjonarnych, przypuszczalnie daleko jeszcze będzie do powrotu do stanu sprzed pandemii, o ile kiedykolwiek to jeszcze nastąpi.

Pod koniec poprzedniego semestru z ulgą kończyłem te zdalne zajęcia i pocieszałem się, że nie było najgorzej. Zaczęliśmy się od razu z większością grup spotykać synchronicznie, na początku na Skype, potem na Google Meet, a potem już – i do tej pory nieprzerwanie – na Microsoft Teams, gdy władze uczelni wyposażyły nas w to narzędzie. Dwie grupy były trochę oporne, ale po grupowej wideorozmowie na Snapchat’cie w jakiś poniedziałkowy poranek przekonali się i od tamtej pory przeszli transformację nie do poznania – z istot pragnących tylko rozwiązywać quizy na Moodlu w prawdziwe gwiazdy ekranu, które przed kamerą i mikrofonem czują się zupełnie naturalnie, by nie powiedzieć, że aż nadto swobodnie.

Pamiętam, że miałem wtedy ochotę w czerwcu podzielić się na blogu kilkoma tapetami, których w poprzednim semestrze używałem często jako tła podczas naszych spotkań. Wydawało mi się, że to będzie dobry sposób na pożegnanie się z nauką zdalną, która – wbrew mojemu naiwnemu optymizmowi – zdecydowała się jednak z nami pozostać na dłużej. Od tamtej pory nieustannie doskonalimy wszyscy nasz warsztat (tak nauczyciele akademiccy, jak i studenci), developerzy rozwijają narzędzia (np. Microsoft Teams wzorem Zooma wprowadził wreszcie ostatnio tzw. breakout roomy, choć dzięki pomysłowości koleżanek od jakiegoś czasu stosowaliśmy już pewne prowizoryczne obejście, które umożliwiało nam i tak dzielenie grup na podzespoły). W miarę tych postępów zaczynamy dostrzegać pozytywne aspekty uczenia online, a nawet dochodzimy do wniosku, że pewne rzeczy zawsze należy już załatwiać przez internet.

Od jakiegoś czasu zachęcam moich kolegów i koleżanki, nie tylko na uczelni, do korzystania podczas zajęć ze studentami i uczniami z kamer. Moim zdaniem nie tylko ułatwia to komunikację, ale przede wszystkim sprawia, że doświadczenie nauki przez internet staje się odrobinę bliższe temu, co znamy z klasy. Ta pogłębiona forma kontaktu wydaje mi się także stanowić swego rodzaju remedium na apatię i depresję, na którą wielu z nas narzeka. Z niektórymi kontrargumentami nie sposób dyskutować, bo jeśli na przykład nauczyciel twierdzi, że rozumie uczniów, którzy nie chcą włączać kamer, bo są brzydcy i pryszczaci, to po pandemii powinien im konsekwentnie pozwolić siedzieć w klasie z workami na głowach, a ich kompetencje społeczne zdaniem takiego nauczyciela niewarte są zapewne tego, by im poświęcać uwagę.

Ze zdziwieniem natomiast spotykam się z argumentami o tym, że nie każdy chce pokazywać wnętrze swojego domu, bo niektórzy mieszkają skromnie, może nawet biednie, a w skrajnych przypadkach możliwe nawet, że się wstydzą swoich warunków mieszkaniowych. Jakkolwiek trudno nie przyznać racji, że takie przypadki są możliwe, to nauczyciel formułujący takie argumenty sprawia wrażenie, jakby nie wiedział, że prawie każda platforma używana obecnie do komunikacji zdalnej i do uczenia online obsługuje co najmniej funkcję rozmycia tła, dzięki której widzimy wyraźnie jedynie osobę siedzącą przed kamerą, a jej otoczenie i to, co się za nią znajduje, jest nieostre i nie do rozpoznania. Najpopularniejsze platformy (wszystkie, które wymieniłem dotąd w tym wpisie) obsługują także możliwość ustawienia spersonalizowanego tła, które całkowicie zastąpi obraz z kamery, a wszystko to bez żadnego specjalistycznego sprzętu w rodzaju greenscreena czy oświetlenia. Ostatnio na przykład chodzę na zajęcia z takiej oto ekskluzywnie urządzonej celi w Alcatraz:

bunkier

Dzięki tej funkcji zdarzyło mi się już wielokrotnie uczyć i z chatki Hobbita, i z wszystkich common roomów Hogwartsu, z klasy profesora Snape’a, z pokładu statku Enterprise ze Star Treka, z pokładu ISS (Międzynarodowej Stacji Kosmicznej). W czerwcu poszedłem na angielski z obecnym drugim rokiem informatyki stosowanej z tapetą przedstawiającą wnętrze sklepu Olivandra z różdżkami na ulicy Pokątnej i pod koniec zajęć wielu studentów też ustawiło sobie podobne tapety, czyli poniekąd wszyscy byliśmy w tym sklepie. Tyle, że każdy miał inne zdjęcie, jakbyśmy siedzieli naprawdę w różnych zakątkach sklepu. Cudowna iluzja, że naprawdę jesteśmy razem, chociaż przez internet. Funkcja spersonalizowanego tła nie działa rzeczywiście przeważnie na urządzeniach mobilnych czy w przeglądarce internetowej, ale rozmycie tła jest już w tej chwili powszechnie dostępne. W Google Meet do niedawna trzeba było używać wtyczek, w tej chwili funkcja działa już na każdym systemie operacyjnym, ale tylko w przeglądarce Google Chrome.

enterprise-d-bridge-wallpaper-700x459

Z moich doświadczeń wynika, że większość studentów nie krępuje się zupełnie warunkami mieszkaniowymi ani porządkiem lub jego brakiem w pokoju, z którego łączą się na zajęcia (chyba zresztą o tym napiszę w oddzielnym wpisie). Jeśli wrzucają spersonalizowane tapety, to robią to raczej dla beki, na przykład gdy tapeta przedstawia wnętrze Pantografu (kawiarenki w tramwaju stojącym na terenie naszego Wydziału) albo jakiegoś innego miejsca na uczelni. Bywa, że dają wyraz swoim przekonaniom politycznym lub obyczajowym (zwłaszcza w dobie Strajku Kobiet stało się to dość częste, a władze uczelni poinstruowały nas nawet, by ignorować tego rodzaju demonstracje poglądów, dopóki nie stoją one w sprzeczności z obowiązującym prawem) albo dają upust zainteresowaniom (np. tapety z grafiką z gier komputerowych, wnętrza salonów samochodowych albo z Gry o Tron).

hobbyton

Natomiast moja ulubiona tapeta poniżej, udałem się z nią w tle kiedyś na egzamin doktorski nawet. W telewizji wszyscy teraz się pokazują na tle swoich biblioteczek, żeby pokazać, ile mają książek. No to ja też, nie będę gorszy.

release_1_room_of_requirement__1_

Na zawsze zdalnie

Dopiero co pisałem o zaletach nauczania zdalnego i o tym, że po powrocie na kampus pewnych rzeczy będzie mi brakowało. Dziś chciałbym dać przykład czegoś, co już na zawsze powinno pozostać na uczelni zdalne, a w każdym razie – powinna być taka opcja dla zainteresowanych.

Dzisiaj odbyliśmy egzamin doktorski z języka angielskiego z kandydatem, który był podczas egzaminu w Warszawie, gdzie mieszka i pracuje (aczkolwiek sporo czasu – z uwagi na obowiązki zawodowe – spędza także w Niemczech). Jednocześnie ja i reszta komisji byliśmy na Politechnice Częstochowskiej, Politechnice Krakowskiej, w Krakowie, Nowej Hucie i na wsi pod Krakowem. Gdyby nie pandemia, musielibyśmy wszyscy razem spotkać się w jednym pomieszczeniu na około pół godziny. W tym konkretnym przypadku ludzie z trzech różnych województw – mazowieckiego, śląskiego i małopolskiego – musieliby się umówić i spotkać w Czyżynach.

Naukowcy związani z naszym Wydziałem rozsiani są na codzień na wielu kontynentach, co najmniej od Kalifornii po Chiny. Odkąd zmagamy się z pandemią COVID-19, egzaminy doktorskie z języka angielskiego zdarzyło mi się prowadzić z doktorantami łączącymi się z różnych krajów, a nawet kontynentów. Zastanawiam się, czy na egzamin z języka angielskiego naprawdę ludzie muszą przyjeżdżać na Politechnikę Krakowską, jak to było przed pandemią, czy też może jednak możemy zacząć korzystać z możliwości technologicznych, jakie są teraz udziałem każdego studenta i każdego nauczyciela akademickiego, a o których ludzie renesansu czy oświecenia nie mogli nawet marzyć, bo wykraczało to poza ich możliwości pojmowania?

To było – moim zdaniem – pytanie retoryczne.

Zajęcia w czasie zarazy

Nagraliśmy wprawdzie nasze ostatnie zdalne* zajęcia w grupie 41K9, na drugim stopniu informatyki stosowanej, na których Krzysztof przedstawił prezentację na temat digital twin, ale nie będziemy tego nagrania może rozpowszechniać. Natomiast – co by nie mówić – nie było najgorzej. Frekwencja była przyzwoita, część osób regularnie się odzywała, zadawali pytania i odpowiadali sobie na nie, uzupełniali wzajemnie stan swojej wiedzy. Nie powiem, żebym rozumiał wszystko, o czym mówili (nie żeby źle mówili po angielsku, ale tematyka przerastała mnie nieco intelektualnie). Nie mniej nasze zajęcia wypadły chyba nieco lepiej, niż te, które podesłała nam właśnie dla rozweselenia koleżanka z pracy. Warto swoją drogą obejrzeć, nie tylko dla poprawy nastroju, ale także w ramach gimnastyki językowej.

*gwoli wyjaśnienia dla potomności, jeśli ludzkość przeżyje, w związku z pandemią koronawirusa od dwóch tygodni zajęcia na uczelni odbywają się przez internet

Nauczyciel za dużo widzi

W sobotę w samo południe, na ruchliwym deptaku ulicy Karmelickiej pomiędzy śpieszącymi w różnych kierunkach ludźmi, w cieniu przejeżdżającego tramwaju, tuż przed siedzibą dużego niemieckiego banku, bez najmniejszej żenady obsikuje pień drzewa młody mężczyzna. Trudno powiedzieć, czy poza mną ktokolwiek to zauważył. Na ławeczce obok starszy pan czyta gazetę, z drugiej strony drzewka dwie starsze panie pochylając się nad wózkiem dziecięcym poprawiają dziecku poduszkę. W promieniu kilkunastu metrów od sikającego mężczyzny jest przynajmniej dwadzieścia bardzo zajętych sobą osób.
Mężczyzna kończy sikać, bez najmniejszego pośpiechu czy zakłopotania zapina rozporek, podnosi z ziemi jakieś torby i wolnym krokiem oddala się w kierunku Alej.
Z pobieżnej, poczynionej w ułamku sekundy obserwacji otoczenia wnioskuję, że poza mną nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na to, co się dzieje. I tak się właśnie zastanawiam, czy to nie jakieś skrzywienie zawodowe, jakaś belferska perwersja, widzieć kogoś czy coś nawet wtedy, gdy nikt inny tego nie zauważa i nikogo to nie interesuje.
Daleki jestem od pochwalania zwyczaju publicznego oddawania moczu. Ale czy ten mężczyzna sikał w centrum miasta w środku dnia dlatego właśnie, że jego wychowawca w szkole podstawowej nie zwracał mu uwagi, by należycie się zachowywać? Czy jeśli nagle przestaniemy zwracać naszym uczniom uwagę, by nie ciągnęli się za warkoczyki, nie opluwali się wzajemnie, nie bili się i tym podobne, wszyscy oni wyrosną na takich sikających na Karmelickiej żuli (nawiasem mówiąc, pan wyglądał bardzo elegancko)?
Mamy poczucie pedagogicznej misji i wydaje nam się, że od nas i wyłącznie od nas zależy, jaki człowiek za lat dwadzieścia czy trzydzieści stać będzie na przystanku na ulicy Karmelickiej. Niesamowicie wyolbrzymiamy swoją rolę i wydaje nam się, że od nas wszystko zależy.
Nie doceniamy zwykle innych ludzi, a jeśli nawet, to zwykle nie za życia. Nie potrafimy dostrzec w ludziach ich wewnętrznego pokładu dobra, ich wewnętrznego pragnienia do dokonania wyboru między tym, co godne potępienia, a tym, co godne pochwały. Wielu nauczycielom wydaje się, że jeśli nie da się po łapach komuś, kto ma brud za paznokciami, to tego brudu nigdy nie wyczyści. Że jeśli komuś da się wolną rękę, to na pewno zabłądzi i zejdzie na manowce. A przecież to są ludzie, jak i my, i zgodnie z definicją bycia człowiekiem oni sami muszą dokonywać wyborów.
Swego czasu poseł będącej u władzy w Polsce partii, która w dodatku miała swojego ministra edukacji, lansował w parlamencie ideę przywrócenia w szkołach kar cielesnych, a cała jego partia pragnęła uzależnić promocję do następnej klasy od oceny z zachowania (i odniosła w tym pewien, w rzeczywistości ograniczony czynnikami naborowo – subwencyjnymi, sukces). Życzyłbym panu (byłemu) posłowi, by przyszedł kiedyś do mnie na lekcję w technikum mechanicznym i spróbował wymierzyć karę cielesną któremuś z uczniów. Dostałby krótko mówiąc i prosto z mostu wpierdol i prawdę mówiąc nic więcej się moim zdaniem nie należy osobie, która – nie będąc w stanie na niczym innym oprzeć swojego autorytetu – buduje go na kiju.
Kraków to piękne miasto, które kocham naprawdę. To miasto, w którym afisze reklamujące premierę filmu sensacyjnego demaskującego ciemne karty historii Kościoła (Kod Da Vinci) patrzyły w oczy plakatów witających papieża Benedykta XVI podczas jego wizyty w siedzibie biskupstwa poprzednika. To miasto, w którym doświadczony tragedią osobistą ksiądz Ormianin porzuca wszelkie chrześcijańskie wartości i organizuje nagonkę na współbraci oskarżając ich o współpracę ze służbą bezpieczeństwa, wbrew papieskim homiliom zapominając o specyfice czasów, w których żyli ludzie starsi od niego i mądrzejsi, ludzie bez których wysiłków niejednokrotnie nie byłby w stanie dzisiaj organizować swoich konferencji prasowych. To miasto, w którym można sikać w samo południe na ruchliwej ulicy i nikt tego nie zauważy. To miasto, w którym można być kibicem Wisły lub Cracovii, ale można się spotkać razem na modlitwie o duszę odchodzącego starca, wielkiego człowieka, którego i tak się nie szanuje.
Kraków to miasto, w którym się dokonuje wyborów. W którym się jest człowiekiem. I jako takie, bardzo mi to miasto odpowiada. Nie urodziłem się tutaj, ale czuję się tutaj jak u siebie w domu.

Ten wpis to odgrzewany kotlet z 2006 roku.

Angielski komputerowy

Tradycyjnie, jak prawie co roku, udostępniamy kolejną odłonę naszej kultowej bazy słownictwa, stworzonej przed laty przez Wojciecha Ciępkę jako baza Supermemo. Baza ze słownictwem komputerowym, internetowym i programistycznym przeszła od tamtej pory prawdziwą metamorfozę, została udostępniona jako kurs na innych niż Supermemo platformach, poprawiona i rozbudowana.

W tym roku wyjątkowy wkład w rozwój bazy włożyły studentki drugiego roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, Aleksandra Jarczyk i Aleksandra Ogiela, które dodały polskie tłumaczenia do wszystkich haseł bazy. W ten sposób każde pojęcie jest teraz zdefiniowane po angielsku, ale także przetłumaczone.

Angielsko – angielska baza słownictwa komputerowego z polskimi tłumaczeniami pojęć jest obecnie dostępna w formie:

Seniors

Nasza wydziałowa stocznia zaczyna właśnie wodować kolejne statki, zaczynają się obrony prac inżynierskich studentów czwartego roku informatyki. Na bardzo szerokie wody wypłyną wkrótce jednostki naprawdę innowacyjne, wybitne, z których nasz politechniczny przemysł stoczniowy może być dumny. Jako anglista, z którym mieli lektorat, nie mam w tym dziele swojego wielkiego udziału, a jednak gotów jestem udzielić osobistej gwarancji na szczelność kadłuba każdego wypuszczanego w morza i oceany tegorocznego inżyniera.

Gdy kończyłem zajęcia z nimi na drugim roku, biurowca ze zdjęcia powyżej jeszcze nie było, wylewano dopiero pod niego fundamenty, co mogliśmy obserwować z wysokości naszego szóstego piętra. Serce mi pękało jak podczas rozstania z obecnymi sophomores, bo seniors byli pierwszym rokiem studentów, który – co teraz już stało się normą – podjął wyzwanie, by nauczyć mnie jak najwięcej i poszerzyć nieco moje ciasne horyzonty. Nie żeby starsi studenci niczego mnie nie nauczyli, ale od seniors nie trzeba tego było wyciągać na siłę, a niektórzy z nich czerpali wyraźną satysfakcję z łatania dziur mojej ignorancji albo wyprowadzania mnie z błędu.

Niektórym z nich zawdzięczam niezapomniane emocje, wzruszenia, doznania estetyczne. Z niektórymi zdarzyło mi się konstruktywnie i merytorycznie poróżnić, wiążę z nimi w pamięci przykłady zaufania i inspiracji. Studenci tacy, jak oni, przekonują mnie o tym, że praca wykładowcy akademickiego to wymarzone zajęcie, mistyczne obcowanie z ludźmi, którzy chcą się rozwijać i ciągną ciebie za sobą w ten ekscytujący skok na bungee, jakim jest stały rozwój, poszukiwanie nowych rozwiązań, rysowanie nowych schematów blokowych i debuggowanie zakamarków naszego umysłu.

Butelkę szampana rozbijam w burtę każdego okrętu, który wypłynie w najbliższych tygodniach w świat. Po pokładach części z nich powalczę z chorobą morską i innymi moimi słabościami na studiach drugiego stopnia (już się nie mogę doczekać, ci to dopiero znają mój „mały” język), ale wszystkim, bez względu na to, jakie mają plany po obronie, życzę, by nigdy nie dotarli do przystani, w której utkną na zawsze i pokryją się wodorostami. Już przerośliście mnie tak, jak budynek Podium przerósł nasze szóste piętro, rośnijcie dalej i pamiętajcie, że sky is the limit. Albo i nie jest.

Graduates

Na drugim stopniu studiów informatycznych część studentów zna mnie z pierwszego stopnia, a część to studenci z Wydziału Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej, z Akademii Górniczo – Hutniczej albo z innych uczelni, którzy postanowili – z różnych względów – zdobyć dyplom magistra inżyniera na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej.

Doszedłem ostatnio do wniosku, że ci, którzy na studiach magisterskich spotykają się ze mną po raz drugi, znają nie tylko angielski, ale jeszcze jeden język obcy. Oni potrafią mówić po „małemu” i rozumieją, co Mały mówi. Kiedy coś mówię, oni rozumieją bez problemu. Ci z AGH, z Elektrycznego i po innych studiach inżynierskich, rozumieją opacznie albo wcale nie rozumieją.

Bywa, że ci znający mój „mały” język wykorzystują swoją przewagę okrutnie. Pod koniec semestru przyszedł do mnie niedawno jeden z tych nie znających mojej mowy studentów, bo „moje” ziomki, ci mający ze mną ten wspólny język, a przynajmniej rozumiejący, co mówię, wkręcili go tak okrutnie, że przeraził się, jakby był na pierwszym roku.

Okazuje się zatem, że z moimi studentami uczymy się dwóch języków obcych. Odkrywamy – w coraz większym stopniu razem – meandry języka angielskiego, ale przy okazji uczymy się też… najmniejszego języka świata. Nie żeby był z tego jakiś większy pożytek.

Wśród tegorocznych wkrótce magistrów inżynierów mój „mały” język najlepiej opanowali chyba Heniek, Maciej, Marcin, Michał i Paweł. Gratuluję i życzę równie wielkich sukcesów w poważniejszych dyscyplinach…

W Maku

Student młodszego roku chwali mi się, że jest przy kasie, bo pracował w Maku. Przyzwyczajony, że oni (informatycy) często już bardzo wcześnie znajdują dobrze płatną pracę w swoim zawodzie, zaczynam się zastanawiać, czy użył prawidłowej nazwy.

W chwili, gdy go prostuję i mówię mu, że chyba pracował w Apple, nie w Maku, zdaję sobie sprawę z tego, że miał na myśli McDonald’s. Ale już nie gryzę się w język, tylko dodaję, że pracy w Apple to w sumie mu nie życzę. To chyba nie jest szczyt marzeń i możliwości dla kogoś, kto studiuje informatykę.

Freshmen

Na pierwszym roku informatyki stosowanej mam w tym roku jakichś wyjątkowych studentów. Po raz pierwszy – odkąd uczymy się ze skryptu ze słownictwem matematycznym – wszyscy studenci pamiętają podstawówkowe działania w słupku i potrafią o nich mówić po polsku i po angielsku, nie trzeba im tłumaczyć, jak się dzieli bez użycia kalkulatora. Po raz pierwszy rozumieją też pełną skrótów myślowych krzyżówkę na końcu trzeciego rozdziału.

Poza tym, po raz pierwszy w grupie studentów mniej zaawansowanych jestem w stanie postawić poprzeczkę tak wysoko, że właściwie każdy, kto chce zaliczyć semestr, musi płynnie mówić po angielsku. Pod poprzeczką jest kilka osób, reszta bez problemu mogłaby na starszych latach chodzić do grup bardziej zaawansowanych.

Ale jest coś jeszcze. I to jest naprawdę inspirujące. Niektórzy z nich naprawdę wzbudzają szczery zachwyt kolegów ze starszych lat, gdy chodzi o tak zwane „powołanie”. Podobno to „programiści z prawdziwego zdarzenia”.

Dla mnie było także szczególnie wzruszające, gdy po odwołanych wieczornych zajęciach w poniedziałek, w nocy z poniedziałku na wtorek odebrałem od nich kilka snapów pokazujących dziwne, jakby dyskretne i delikatne ujęcia kamienic na Rynku Głównym w Krakowie podczas spontanicznego spotkania mieszkańców miasta po śmierci Prezydenta Adamowicza.

Na dodatek, skurczybyki, są inteligentni i kulturalni. Wczoraj jeden z nich spytał, czy mogą – po zjedzeniu jabłek – wyrzucić ogryzki do kosza. Zapamiętał, że mamy zajęcia w sali, która jest salą instytutową i jesteśmy tam tylko dzięki gościnności instytutu, a w dodatku do sali tej sprzątaczka wchodzi przed naszymi zajęciami, więc powinniśmy zostawiać tę salę w stanie naprawdę idealnym. Zażartowałem, żeby się nie martwił, że w końcu za coś mi na tej uczelni płacą, więc wyrzucę po zajęciach śmieci.

Wieczorem pakuję się i patrzę, a kosz na śmieci jest opróżniony i ktoś wymienił w nim worek na świeży, dostarczony dawno temu przez sprzątaczkę, która już dwie godziny temu poszła do domu. Nie mam najmniejszego pojęcia, kto z nich to zrobił, nikogo o to nie prosiłem, nikogo – tym bardziej – nie musiałem dopilnować, by to zrobił.

Kiedy idę do pokoju lektorskiego i słucham, jak niektóre z koleżanek narzekają, że mają studentów słabych, niekulturalnych, bez ogłady, mało błyskotliwych, myślę sobie, jakim jestem szczęśliwym człowiekiem, że mam zajęcia ze studentami z Instytutu M-7. Z każdym rokiem coraz bardziej mnie inspirują, coraz więcej się od nich uczę, coraz bardziej szanuję, podziwiam, i nie mogę się nadziwić, że tyle mnie szczęścia w życiu spotkało i mogę z nimi pracować…

Polski przywódca z Londynu

Sadiq Khan, burmistrz Londynu, opublikował dzisiaj kondolencyjnego tweeta w języku polskim. Szkoda, że z takiej okazji, ale tak oto człowiek stojący na czele społeczności będącej domem wspólnym wielu Polaków napisał tweeta sensownego, na poziomie i bez błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych. Bardzo mi kogoś takiego w naszej rzeczywistości w kraju brakuje. Tragedia, do której doszło wczoraj w Gdańsku, była przewidywana i wieszczona przez wielu od dawna. Czy zrobiliśmy cokolwiek, by jej zapobiec, czy brnęliśmy ślepo niczym ćmy do lampy, by ziścić najczarniejsze scenariusze? Czy wyciągniemy z tej tragedii jakieś wnioski? Bardzo chciałbym nie wątpić w to, że nam się uda.