Beka z pandemii

Zgodnie z regułą opisaną w serialu South Park, każda tragedia – czy to AIDS, czy 9/11, czy inna – z czasem może się stać przedmiotem żartów. Pandemii koronawirusa nie mamy jeszcze wprawdzie za sobą, a od jej początku – jakby nie liczyć – nie minęło jeszcze 22 i 1/3 roku, są jednak pewne sytuacje z pandemią związane, które nieustannie budzą mój uśmiech.

Na kilku sklepach i punktach usługowych w mojej okolicy można w wejściu przeczytać takie na przykład ogłoszenie. A może ostrzeżenie lub groźbę?

Podejrzewam, że zakład fryzjerski, w którym można zostać ostrzyżonym przez osobę ubraną wyłącznie w maseczkę, cieszyłby się w sumie pewnie popularnością. Ale co do ciastkarni albo sklepu ogólnospożywczego mam już pewne wątpliwości. Ciekawe, że zmiana kolejności pierwszej i drugiej linijki tego ogłoszenia całkowicie zmienia jego sens, a jednak nikt tego od półtora roku nie zauważył i ten nieszczęsny komunikat straszy potencjalnych klientów w wielu miejscach w Bieńczycach. Wcale nie lepszy, a może i nawet bardziej niezręcznie sformułowany, zdarzyło mi się kilkakrotnie dostrzec na drzwiach wejściowych do małych sklepów i do drobnych punktów usługowych.

Gdyby go potraktować dosłownie, sam nie wejdziesz. Musisz kogoś ze sobą wziąć na zakupy albo przynajmniej zaczekać, aż ktoś jeszcze będzie chciał kupić drożdżówkę, kawę na wynos, albo dorobić klucze. Jeszcze gorzej reklamuje się zegarmistrz w pawilonie nieopodal mojego bloku. Do jego punktu wejść w ogóle nie można, chyba że on akurat wyjdzie na chwilę.

Cóż, pozostaje się starać zachować dystans i mieć dobry humor, wbrew wszystkiemu. Dokładnie taki filozoficzny spokój panuje wśród moich studentów, z którymi kolejny, już czwarty semestr uczymy się zdalnie. Panowie z III roku – w trosce o nasze wspólne bezpieczeństwo – podczas zajęć zdalnych prowadzonych w ubiegłym tygodniu za pośrednictwem Microsoft Teams mierzyli sobie wzajemnie temperaturę.

Ten wpis, wbrew pozorom, nie szydzi z pandemii COVID-19 ani nie propaguje poglądów sprzecznych ze współczesną nauką. Autor jest zaszczepiony, znał także osobiście osoby, które ciężko przeszły zakażenie albo zmarły z powodu koronawirusa. W każdej sytuacji warto nie ulec szaleństwu, zachować dystans, starać się mieć dobry humor i dbać o komfort psychiczny swój i innych ludzi.

Elon Musk na angielskim

W tym tygodniu moi studenci – zamiast ze mną – mają zajęcia z Elonem Muskiem. Pandemia, lockdown i zawieszenie zajęć stacjonarnych przyzwyczaiły nas do tego, że odległość czy różnica czasu nie są żadną przeszkodą.

Oczywiście to nie jest prawdziwy Elon Musk, tylko efekt zabawy aplikacją Xpression Camera. Pozwala ona na użycie zdjęcia dowolnej osoby (także postaci z kreskówki, rzeźby, obrazu, byle mechanizm aplikacji mógł rozpoznać na obrazie twarz) i udawania, że jest się tą osobą podczas wideokonferencji. Program animuje ruch warg na podstawie odczytu dźwięku z mikrofonu lub obrazu z kamery. Można użyć własnego zdjęcia, dzięki czemu np. nie trzeba się ogolić, uczesać czy elegancko ubrać, a i tak wygląda się podczas rozmowy przyzwoicie. Niestety, póki co program, którego używałem, dostępny jest tylko na Mac OS, ale pracują nad wersjami na inne systemy operacyjne, a może są też inne takie programy.

Jednorożce w Czyżynach

Pisałem wielokrotnie (ostatnio tutaj), że Wydział Mechaniczny Politechniki Krakowskiej to krakowska szkoła magii i alma mater małopolskich naśladowców Harry’ego Pottera i Draco Malfoya. Wystarczy przespacerować się po kampusie z otwartymi oczami i widać to na każdym kroku. Jest wejście do komnaty tajemnic w budynku G, jest magiczny tramwaj „Pantograf” przy budynku D, jest magiczna nowa aula w budynku C i portal do CERN-u w budynku B.

Ale budynek A, czyli główny (po staremu „V”), nie jest wcale gorszy. Od kilku miesięcy stacjonarne zajęcia zawieszone, więc chodzę tam podlewać kwiaty w naszym pokoju od czasu do czasu. Od paru tygodni zupełnie niepotrzebnie, bo zdają podlewać się same, chodzę więc tylko się upewnić, czy nie schną. Gdy zbliżam się do budynku, z okna pokoju samorządu studenckiego wita mnie magiczna istota, tęczowy jednorożec. Patrzę na niego z szacunkiem, bo przecież krew jednorożca zapewnia życie każdemu, kto ją wypije, nawet jeśli będzie o cal od śmierci, aczkolwiek za straszliwą cenę. Zabicie jednorożca jest bowiem potworną zbrodnią, a kto zabije coś tak niewinnego i bezbronnego, zostanie na zawsze przeklęty i będzie wiódł nędzne pół-życie, nie życie nawet. Dlatego zawsze grzecznie pozdrawiam czyżyńskiego jednorożca na powitanie i wchodzę do budynku bez żadnych złych zamiarów.

Untitled Untitled

Studenci czasów zarazy

Od ponad miesiąca – w związku z pandemią koronawirusa, która dotarła na wszystkie kontynenty poza Antarktydą (i Atlantydą może jeszcze) – zajęcia ze studentami prowadzimy zdalnie, z jednymi lepiej nam to wychodzi, z innymi gorzej, ale to jedyne możliwe rozwiązanie. Dzisiaj poszedłem na Wydział przynieść sobie do domu trochę książek, z których regularnie korzystam podczas naszych zajęć, bo papierowa wersja to jednak papierowa wersja. Dziwnie się czułem idąc tam w dwuwarstwowej maseczce, z zachowaniem wytycznych sanitarnych dotyczących społecznego dystansu. Tak jakbym wybierał się na spacer po powierzchni Księżyca albo w ogóle w przestrzeni kosmicznej, a nie idąc na tętniący zwykle o tej porze roku życiem kampus w Czyżynach, na którym studiuje kilka tysięcy studentów. Przy okazji tej niespodziewanie wielkiej wyprawy podlałem te kwiatki w pokoju lektorskim, które jeszcze całkowicie nie uschły, porozmawiałem ze znajomymi z ochrony, wyjrzałem przez okno…

I właśnie podczas wyglądania przez okno naszła mnie wyjątkowo sentymentalna refleksja. Większość moich studentów w tym semestrze to studenci pierwszego roku pierwszego stopnia. Ci, którzy stawiają swoje pierwsze kroki w akademickiej wspólnocie i którzy poznają dopiero specyfikę funkcjonowania żakowskiej braci. Także na pierwszym roku drugiego stopnia spora część moich obecnych studentów to osoby, które ukończyły studia pierwszego stopnia na innych wydziałach i innych uczelniach. Zrobiło mi się ich żal, gdy uzmysłowiłem sobie, że oni w tym roku nie przekonają się, jak pięknie jest w Czyżynach wiosną.

Nie dowiedzą się też na pierwszym roku, co to jest Rajd Politechniki, Juwenalia, Czyżynalia i wiele innych rzeczy, które definiują tak naprawdę bycie studentem. Nie samym chlebem bowiem żyje człowiek i nie samą nauką powinien się zajmować student.

Hogwarts, Czyżyny, Politechnika, Kraków

Młodsi studenci są jacyś tacy niedoinformowani i nie rozumieją, że jak studiujesz informatykę stosowaną na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, to studiujesz w Hogwarts i jesteś nie tylko że Harrym Potterem, ale po prostu takim małym bogiem. To od Ciebie zależy, jak potoczy się historia ludzkości, bo nasza rzeczywistość to tak naprawdę tylko gra online. A zaprogramować da się wszystko.

Starsi studenci, gdy wchodzili na piętro w instytucie M-7, rozumieli, że za tymi magicznymi drzwiami kryje się inna rzeczywistość. Nie rozumiem, czemu ci młodsi potrzebują, by zwrócić im uwagę na to, że z tymi drzwiami jest coś nie tak.

A tymczasem za tymi drzwiami kryje się Hogwarts. A może przejście do Narnii. I wszystko jest możliwe. Na czwartym, najdalej piątym roku, jest to dla Was wszystkich oczywiste.

Żarełko

Co semestr, najlepsza, najmądrzejsza, najbardziej zaangażowana grupa studentów, jaką mam, awansuje do pozycji, w której podlegają procesowi stałego dokarmiania na wszystkich zajęciach lektoratowych z języka angielskiego.

Chciałbym z przyjemnością poinformować, że na semestr letni 2019/2020, grupą taką zostaje grupa C2 z I roku informatyki stosowanej (grupy dziekańskie 11K1/11K2/11K3). Wygraliście w ostrej konkurencji z I rokiem pojazdów samochodowych (11S1/11S2/11S3) i nie bądźcie pewni, że Wasze owoce, warzywa, białka i węglowodany nie pójdą za pół roku do nich. Bo szala przechyliła się naprawdę w ostatniej chwili i niewielkim w sumie wahnięciem…

Zalogowani

Stary numer, a cieszy. Nie ma semestru, by coś takiego się nie stało. Starszy rok przychodzi na zajęcia w laboratorium komputerowym, a tu komputer niewylogowany, ba, przeglądarka otwarta, a w jej kartach otwarte portale społecznościowe, poczta i inne usługi kogoś z młodszego (przeważnie) roku, kto siedział tam chwilę temu.

I tak regularnie dostaję maile z adresów grupowych, w których – zazwyczaj – grupa prosi o jakieś dodatkowe testy, surowsze kryteria oceny, dodatkowe zadanie itp. Dzisiaj przeszedłem samego siebie, dostałem maila od studentów kierunku, którego w ogóle nie uczę.

To już nie pierwszy przypadek w tym roku, choć rok akademicki zaczął się dopiero dwa miesiące temu. Poprzedni przypadek był tak głośny, że dostałem od byłych studentów screeny i memy z moją konwersacją z innymi, tym razem faktycznie moimi studentami, którzy dostali lekcję od kolegów ze starszego roku. To bardzo miłe, że starsi studenci uczą młodszych podstaw bezpieczeństwa i prywatności. Jest to bardzo skuteczne.

Powiększenie maila z drugiego screenu:

O wektorach

Po wielogodzinnej uczcie intelektualnej, w której ze zdumieniem słuchałem między innymi tego, jak młodsi ode mnie o ćwierć wieku informatycy rozmawiają o Dantem i jego „Boskiej komedii”, kilku najbardziej wytrwałych wyszło na poranny tramwaj i pokłócili się. Jeden z nich, Kamil, pisze do mnie: „Oni pojechali tramwajem w zły zwrot!!!”.

Komunikat wprawił mnie w chwilowe zdumienie, ale za moment nastąpił podziw i intelektualny zachwyt. No tak. Tramwaj linii 52, bez względu na to, czy jedzie na Osiedle Piastów, czy na Czerwone Maki, kierunek ma jeden. Jak wektor. Natomiast zwroty są zupełnie różne.

To był przykład tego rodzaju języka, jakiego informatycy używają bez przerwy. Oni są do bólu precyzyjni. Potocznie może się mówi, że tramwaj jedzie w kierunku takim czy innym. Ale tramwaj po obu stronach ulicy, na obu przystankach, jedzie w tym samym kierunku. Najwyżej zwrot dany skład ma inny. Elementarne pojęcia z dziedziny matematyki i fizyki.

Nie masz pojęcia, o co chodzi? Nie próbuj nawet iść i uczyć angielskiego młodych inżynierów. Polegniesz. Pozostań na planecie Dantego, chociaż ona tym informatykom też nie jest obca…

Seniors

Nasza wydziałowa stocznia zaczyna właśnie wodować kolejne statki, zaczynają się obrony prac inżynierskich studentów czwartego roku informatyki. Na bardzo szerokie wody wypłyną wkrótce jednostki naprawdę innowacyjne, wybitne, z których nasz politechniczny przemysł stoczniowy może być dumny. Jako anglista, z którym mieli lektorat, nie mam w tym dziele swojego wielkiego udziału, a jednak gotów jestem udzielić osobistej gwarancji na szczelność kadłuba każdego wypuszczanego w morza i oceany tegorocznego inżyniera.

Gdy kończyłem zajęcia z nimi na drugim roku, biurowca ze zdjęcia powyżej jeszcze nie było, wylewano dopiero pod niego fundamenty, co mogliśmy obserwować z wysokości naszego szóstego piętra. Serce mi pękało jak podczas rozstania z obecnymi sophomores, bo seniors byli pierwszym rokiem studentów, który – co teraz już stało się normą – podjął wyzwanie, by nauczyć mnie jak najwięcej i poszerzyć nieco moje ciasne horyzonty. Nie żeby starsi studenci niczego mnie nie nauczyli, ale od seniors nie trzeba tego było wyciągać na siłę, a niektórzy z nich czerpali wyraźną satysfakcję z łatania dziur mojej ignorancji albo wyprowadzania mnie z błędu.

Niektórym z nich zawdzięczam niezapomniane emocje, wzruszenia, doznania estetyczne. Z niektórymi zdarzyło mi się konstruktywnie i merytorycznie poróżnić, wiążę z nimi w pamięci przykłady zaufania i inspiracji. Studenci tacy, jak oni, przekonują mnie o tym, że praca wykładowcy akademickiego to wymarzone zajęcie, mistyczne obcowanie z ludźmi, którzy chcą się rozwijać i ciągną ciebie za sobą w ten ekscytujący skok na bungee, jakim jest stały rozwój, poszukiwanie nowych rozwiązań, rysowanie nowych schematów blokowych i debuggowanie zakamarków naszego umysłu.

Butelkę szampana rozbijam w burtę każdego okrętu, który wypłynie w najbliższych tygodniach w świat. Po pokładach części z nich powalczę z chorobą morską i innymi moimi słabościami na studiach drugiego stopnia (już się nie mogę doczekać, ci to dopiero znają mój „mały” język), ale wszystkim, bez względu na to, jakie mają plany po obronie, życzę, by nigdy nie dotarli do przystani, w której utkną na zawsze i pokryją się wodorostami. Już przerośliście mnie tak, jak budynek Podium przerósł nasze szóste piętro, rośnijcie dalej i pamiętajcie, że sky is the limit. Albo i nie jest.

Freshmen

Na pierwszym roku informatyki stosowanej mam w tym roku jakichś wyjątkowych studentów. Po raz pierwszy – odkąd uczymy się ze skryptu ze słownictwem matematycznym – wszyscy studenci pamiętają podstawówkowe działania w słupku i potrafią o nich mówić po polsku i po angielsku, nie trzeba im tłumaczyć, jak się dzieli bez użycia kalkulatora. Po raz pierwszy rozumieją też pełną skrótów myślowych krzyżówkę na końcu trzeciego rozdziału.

Poza tym, po raz pierwszy w grupie studentów mniej zaawansowanych jestem w stanie postawić poprzeczkę tak wysoko, że właściwie każdy, kto chce zaliczyć semestr, musi płynnie mówić po angielsku. Pod poprzeczką jest kilka osób, reszta bez problemu mogłaby na starszych latach chodzić do grup bardziej zaawansowanych.

Ale jest coś jeszcze. I to jest naprawdę inspirujące. Niektórzy z nich naprawdę wzbudzają szczery zachwyt kolegów ze starszych lat, gdy chodzi o tak zwane „powołanie”. Podobno to „programiści z prawdziwego zdarzenia”.

Dla mnie było także szczególnie wzruszające, gdy po odwołanych wieczornych zajęciach w poniedziałek, w nocy z poniedziałku na wtorek odebrałem od nich kilka snapów pokazujących dziwne, jakby dyskretne i delikatne ujęcia kamienic na Rynku Głównym w Krakowie podczas spontanicznego spotkania mieszkańców miasta po śmierci Prezydenta Adamowicza.

Na dodatek, skurczybyki, są inteligentni i kulturalni. Wczoraj jeden z nich spytał, czy mogą – po zjedzeniu jabłek – wyrzucić ogryzki do kosza. Zapamiętał, że mamy zajęcia w sali, która jest salą instytutową i jesteśmy tam tylko dzięki gościnności instytutu, a w dodatku do sali tej sprzątaczka wchodzi przed naszymi zajęciami, więc powinniśmy zostawiać tę salę w stanie naprawdę idealnym. Zażartowałem, żeby się nie martwił, że w końcu za coś mi na tej uczelni płacą, więc wyrzucę po zajęciach śmieci.

Wieczorem pakuję się i patrzę, a kosz na śmieci jest opróżniony i ktoś wymienił w nim worek na świeży, dostarczony dawno temu przez sprzątaczkę, która już dwie godziny temu poszła do domu. Nie mam najmniejszego pojęcia, kto z nich to zrobił, nikogo o to nie prosiłem, nikogo – tym bardziej – nie musiałem dopilnować, by to zrobił.

Kiedy idę do pokoju lektorskiego i słucham, jak niektóre z koleżanek narzekają, że mają studentów słabych, niekulturalnych, bez ogłady, mało błyskotliwych, myślę sobie, jakim jestem szczęśliwym człowiekiem, że mam zajęcia ze studentami z Instytutu M-7. Z każdym rokiem coraz bardziej mnie inspirują, coraz więcej się od nich uczę, coraz bardziej szanuję, podziwiam, i nie mogę się nadziwić, że tyle mnie szczęścia w życiu spotkało i mogę z nimi pracować…