Kategoria: Język obcy

Kto gra w karty

Pokerową twarz pokazał nam wszystkim Wojciech Więcek, student informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, który przygotował bazę z anglojęzyczną terminologią pokerową i udostępnił ją na różne platformy. Cytując słowa autora, słownictwo to przydatne jest dla „osób, które chcą się wdrożyć w ten wspaniały świat ludzi o niesłusznie wątpliwej moralności i uczciwości, aby zrozumieć ich bełkot”.

Kurs Poker Dictionary for Beginners – Słownik pokerowy jest obecnie dostępny jako:

Don’t let him flat-line

Nauczyłem się nowego słowa, a przy okazji najadłem się wstydu. Wzornictwo przemysłowe, wiedząc, że mam (jakże przemiłe i inspirujące) problemy z tymi skurczybykami z trzeciego semestru informatyki stosowanej, postanowiło mnie niedawno wspomóc i podpowiedziało mi, czym ich zaskoczę.

Niszowe użycie biss w kontekstach komputerowych, wspomniane przez Urban Dictionary, to nic. Z jednej strony to accidentally email an unintended large group of people instead of replying to a single recipient, z drugiej – akronim oznaczający because I said so.

Kolokwialne bibble-babble, czyli po polsku gadka-szmatka, to też nic aż tak imponującego.

Ale gdy mi wzornictwo rzuciło zdaniem Don’t let him flat-line, wyrwanym z kontekstu, nie mogłem jakoś skojarzyć, co mógłby oznaczać taki krótki, złożony z samych prostych wyrazów komunikat. Dopiero gdy mi powiedzieli, że to żargon medyczny podpatrzony w serialu House, M. D. (każdy odcinek tego serialu oglądałem przynajmniej ze trzy razy), coś mi zaczęło świtać w głowie.

Tymczasem na pierwszym i na drugim roku informatyki stosowanej, gdy w ramach ciekawostki rzuciłem w nich tym zdaniem, popatrzyli na mnie zdziwieni i spytali, co w tym takiego szczególnego. Jakub z II roku z niedowierzaniem uznał, że chyba sobie z nich żartuję, pytając o coś tak oczywistego, a następnie, płynną angielszczyzną, używając słów takich jak cardiac monitor, pulse, heart rhythm, life functions i parameters, wyjaśnił etymologię tego całego flat-line, które dla mnie, wyrwane z kontekstu, stanowiło zagadkę.

Studenci niestacjonarni z Wydziału Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej (też informatycy) napisali w ankietach o mnie straszliwą opinię, iż – zamiast rozmawiać z nimi na zajęciach o informatyce – rozmawiam z nimi o życiu. No tak, teraz już wszystko wiadomo. Rozmawiam o czymś tak przyziemnym, jak o życiu, bo czym więcej miałbym coś do powiedzenia wobec takich geniuszy? Ja po prostu za głupi jestem.

Przyszłość kolei

Kolej darzę wielką sympatią i mam wiele wspomnień związanych z koleją, które sprawiają, że jest mi naprawdę ciepło i miło nawet w chłodne jesienne dni. A jednak dołożyłem ostatnio stacji Częstochowa Stradom (chociaż doceniam to, jak bardzo się zmieniła od czasów mojej młodości i fakt, że właściwie przejęła rolę dworca głównego w Częstochowie od położonej w centrum miasta między Aleją Wolności a ul. Piłsudskiego stacji Częstochowa Osobowa).

Natomiast sporo zostało polskiej kolei do nadrobienia, jeśli chodzi o znajomość języka angielskiego i w ogóle języków obcych.

Gdy zobaczyłem te podpisy pod guzikami i po kilkunastu minutach rozkminy zrozumiałem, o co przypuszczalnie chodzi, zacząłem się rozglądać wokół z nadzieją, że to taki odosobniony przypadek językowego nieudacznictwa:

IMG_20180929_133814

Niestety, nie trzeba było się wiele rozglądać, by zrozumieć, że to nie była odosobniona wpadka, nawet jeśli tym razem komuś „poślizgnął” się tylko czasem palec.

IMG_20180929_134315

Potem z mieszanymi uczuciami oglądam instrukcję obsługi hamulca ręcznego.

IMG_20180929_134325

Następnie patrzę na kolejną naklejkę z kolejnym komunikatem i z ulgą uspokajam się na moment. Na moment, bo w końcu dochodzę do tego fragmentu po niemiecku, w którym ktoś uznał, że „Teile” to dokładnie to samo, co „Telle”.

IMG_20180929_134334

A potem tak sobie myślę, no cholera, po co w ogóle pisać w obcych językach, jeśli się w obce języki nie potrafi? Przecież to Polskie Koleje Państwowe. Piszcie po polsku, jak ktoś polskiego nie zna, to niech się nauczy.  Prędzej się nauczy polskiego, niż jakiegoś wymyślonego języka przypominającego angielski, rosyjski, francuski czy niemiecki. A w każdym razie pożytek będzie większy.

Oświęcim tylko po niemiecku

Wielokrotnie (na przykład tutaj albo tutaj) dawałem wyraz swojemu zdziwieniu, że projekt sztucznej inteligencji translatorskiej w postaci tłumacza Bing, mimo iż wspierany przez tak wielką firmę i mający bodziec do rozwoju w postaci poważnej konkurencji, jest tak nieudolny.
Ale gdy zobaczyłem, że Bing chce mi tłumaczyć z niemieckiego poniższego tweeta, popadłem w głęboką zadumę.


No bo jaki jest sens polegać na mechanizmie tłumaczeniowym, który nie potrafi nawet rozpoznać, z jakiego języka tłumaczy? To była pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy.
Potem zaintrygowało mnie, że to być może sukces polskiej dyplomacji w walce z używaniem sformułowania „polskie obozy koncentracyjne” i że – niejako na wszelki wypadek – Microsoft postanowił uznawać, że jak napisano Auschwitz, to absolutnie nie inaczej, tylko po niemiecku?
Bez względu na przyczynę tej wpadki, nasuwający się wniosek jest jednoznaczny i dyskwalifikuje on Bing jako narzędzie do tłumaczenia automatycznego. A skutki tłumaczenia angielskiego tweeta z niemieckiego na polski zdają się tylko potwierdzać ten smutny wniosek.

Czasownik zbliżeniowy

Jutro kończy się sesja poprawkowa i zostały nam jeszcze dwa tygodnie wakacji, ale przypomniało mi się akurat coś, co pasowałoby w końcu raz na zawsze ustalić, zanim po raz kolejny sięgnie się, jak co roku, po ćwiczenia z pewnych dwóch podręczników, różnych wydawnictw, które w rozdziałach poświęconych między innymi zakupom i kartom kredytowym uparcie lansują czasownik „swipe” jako czasownik opisujący czynność, którą wykonujemy (czy też kasjer wykonuje) podczas płacenia kartą. Rozumiem jednak, że oba podręczniki są tutaj odrobinę nie na czasie, bo czasownik ten opisuje technikę płacenia kartą polegającą na przesuwaniu jej w czytniku tak, by został odczytany magnetyczny pasek. Kto tak płaci w dzisiejszych czasach? Czy wszystkie karty mają jeszcze w ogóle pasek magnetyczny?
Wydaje mi się, że czasownikiem, który prawidłowo opisuje czynność wykonywaną kartą podczas płatności zbliżeniowej, jest „tap”. Potwierdza to reklama jednego z ogólnoświatowych systemów płatności. Ale ciekawi mnie, czy nie można użyć w tym kontekście innych, bardzo prostych i kolokwialnych czasowników, i czy się ich nie używa. Pytałem o to w kilku sklepach w Londynie, ale sprzedawcy sugerowali rozmaite słowa, w dodatku większość z nich okazywała się być Polakami.
A co się robi kartą z chipem, gdy płaci się nie zbliżeniowo? Czy jest jakiś inny adekwatny, używany w tym kontekście czasownik niż „insert”?
Zadałem pytanie w Usenecie i czekam na odpowiedzi. Będę wdzięczny za wiarygodne opinie. Mam nadzieję, że gdy następnym razem wylądujemy w ćwiczeniu koncentrującym się na sprawdzaniu znajomości czasownika „swipe”, będę mądrzejszy niż dotąd.

Dwujęzyczność w praktyce

Od czasu do czasu słyszy się burzliwe dyskusje o tym, czy na polskich drogach, zwłaszcza na obszarach o pogmatwanej, wielokulturowej historii, stawiać napisy z nazwami miejscowości tylko w języku polskim, czy może informować także o historycznych nazwach wsi i miasteczek w języku obcym, najczęściej niemieckim? Niektóre z tych miejscowości dłużej przecież nosiły nazwę niemiecką, aniżeli polską.
Pół biedy, gdy nazwa polska od obcojęzycznej niewiele się różni – ma fonetycznie podobną formę, np. polski Sopot i niemiecki Zoppot, albo gdy jedna nazwa jest jakby „tłumaczeniem” drugiej, np. polska Jelenia Góra i niemiecki Hirschberg. Ale kto by się tam domyślił, że Königszelt to Jaworzyna Śląska, a Saybusch to Żywiec?
Dlatego, z przyczyn praktycznych, dla wygody turystów sentymentalnych, odwiedzających ziemie swoich przodków i szukających korzeni, dla historyków i dokumentalistów, uważałem zawsze za uzasadnione stosowanie podwójnego nazewnictwa.
Nie dziwi mnie też wszelkiego rodzaju dwujęzyczna informacja w strefie przygranicznej, bo przecież potrzeba matką wynalazków, a gdy robiłem kiedyś zakupy w sklepie w Czeskim Cieszynie, wśród klientów przeważali Polacy.
W tym kontekście zastanawiam się, jakiej narodowości są ludzie, dla których potrzeb w moim miejscu pracy zmodyfikowano ostatnio niezwykle ważne tablice informacyjne, dopisując wersję w drugim języku. No cóż, cel uświęca środki – ważne, by w razie pożaru każdy wiedział, którędy uciekać.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed ośmiu lat.

Chłopiec lub dziewczynka

A oto dowcip, którego chyba nie da się przetłumaczyć na polski, a po angielsku jest prawdziwym majstersztykiem, choć pewnie nie dla każdego zrozumiałym.

A programmer tells a colleague his wife has just had a baby.
– Is it a boy or a girl?
– Yes.

Czyli:

Programista chwali się koledze, że jego żona właśnie urodziła dziecko.
– Chłopca czy dziewczynkę?
– Tak.

Po angielsku pytanie o płeć dziecka jest alternatywą ze spójnikiem LUB. Dziecko – niezależnie od tego, jakiej jest płci – jest chłopcem lub dziewczynką, więc odpowiedź „Tak” jest perfekcyjnie prawdziwa i logiczna.
Wymyśliłem tłumaczenie na język polski, ale humor przesuwa się w tym tłumaczeniu w zupełnie inne miejsce i sens jest nie całkiem taki, jak należy. O ile w ogóle jakiś jest, bo trzeba założyć, że osoba zadająca pytanie ironizuje.

Programista chwali się koledze, że jego żona właśnie urodziła dziecko.
– Zapewne chłopca lub dziewczynkę?
– Tak.

Język europosła

Wbrew pozorom, to nie będzie wpis o tematyce politycznej, ale o językach obcych i o tym, dlaczego warto ich się uczyć.
Kilkakrotnie słyszałem i czytałem dzisiaj słowa oburzonych przedstawicieli obozu rządzącego, protestujących przeciwko podjęciu przez Komisję Europejską procedury monitorowania praworządności wobec Polski. Zaniepokoiła mnie powtarzająca się ciągle przedziwna fraza, której przykład podaję poniżej w postaci dosłownego cytatu słów europosła Ryszarda Legutki:

Sugeruje się „systematyczne zagrożenia dla praworządności” w Polsce. Przepraszam bardzo, jakie systematyczne zagrożenie dla praworządności w Polsce?

Przez ćwierć, góra pół sekundy, byłem za sprawą słowa „systematyczne” gotów przyznać ułameczek racji panu europosłowi. W mojej pokrętnej głowie zrodziło się jednak dziwne przeczucie. Sięgnąłem do źródła i obawiam się, że miałem – z czego chyba jednak się nie cieszę – rację.

Jak widać na powyższym schemacie, udostępnionym przez Fransa Timmermansa na jego TT, nie ma mowy o żadnym „systematycznym zagrożeniu”, tylko o „zagrożeniu systemowym”.

SYSTEMIC – sɪˈstɛmɪk; affecting an entire system; adj systemowy

SYSTEMATIC – ˌsɪstəˈmætɪk; done using a fixed and organized plan; adj systematyczny

Nie poczułem szczególnej dumy i radości z tego, że moja intuicja nie zwiodła mnie na manowce, bo trudno się cieszyć, że politycy komentują coś, czego nie rozumieją. Ale cóż, wczoraj niejeden przedstawiciel władzy komentował decyzję Trybunału Konstytucyjnego, której w ogóle nie przeczytał, chociaż była po polsku…

Fremde Sprachen

Wer fremde Sprachen nicht kennt, weiß nichts von seiner eigenen (Kto nie zna obcych języków, nie ma pojęcia o swoim własnym).

To jeden z najsłynniejszych cytatów z wielkiego niemieckiego mistrza. Johann Wolfgang Goethe jest także osobą, której przypisuje się autorstwo jeszcze ciekawszego stwierdzenia o znajomości języków:

Je mehr Sprachen du sprichst, desto mehr bist du Mensch (Im większą liczbą języków władasz, tym bardziej jesteś człowiekiem).

Ten drugi cytat, dużo adekwatniejszy na potrzeby tego wpisu, funkcjonuje też w nieco innej formie:

Wie viele Sprachen du sprichst, sooft mal bist du Mensch.

Niektórzy przypisują te słowa byłemu czeskiemu prezydentowi Tomasowi Masarykowi, niektórzy twierdzą, że to słowackie przysłowie. Mniejsza o to. Słowa te wyrażają niepodważalną prawdę.
Podobnie jak słowa Ernsta Moritza Arndta:

Wer seine Sprache nicht achtet und liebt, kann auch sein Volk nicht achten und lieben (Kto nie szanuje i nie kocha swego języka, ten nie uszanuje i nie pokocha swojego narodu).

I to by było na tyle. Tyle mojego komentarza do ciekawego artykułu Romana Giertycha adresowanego do konserwatystów, a odsłaniającego kulisy władzy Jarosława Kaczyńskiego w latach 2005-2007 i jej upadku.
W artykule tym pisze Giertych:

Ktoś, kto nie zna żadnego języka obcego, nie jest w stanie zrozumieć świata poza Polską.

Nie przypuszczałem kilka lat temu, że będę polecał teksty, których autorem jest mecenas Giertych.