1

Na dworcu kolejowym Kraków Główny mijałem się dzisiaj z dwoma panami, z których jeden prowadził na smyczy pieska zrobionego z puszek po piwie, a drugi gestykulował bardzo energicznie, tłumacząc coś temu pierwszemu. Piesek miał łeb, tułów, ogon, cztery łapy, wszystko co trzeba. Do jego misternej i bardzo naprawdę starannej konstrukcji użyto puszek po piwie trzech różnych marek (możliwe, że licząc te marki nieco się pomyliłem). Piesek poruszał się bardzo zgrabnie i dosyć cicho dzięki mechanizmom z kółkami, zamocowanym na końcu każdej z jego psich łap oddzielnie.
Mijaliśmy się, gdy panowie z pieskiem wchodzili do Galerii Krakowskiej. W tłumie przechodniów - czy to klientów tego centrum handlowego, czy pasażerów udających się na pociąg, na autobus na RDA albo na tramwaj na przystanek w tunelu - nikt nie zwracał szczególnej uwagi na pieska z surowców wtórnych, nawet gdy panowie strofowali pieska, żeby się nie szarpał na smyczy i żeby szedł spokojnie.
Od dłuższego czasu, gdy przyjeżdżam do Krakowa, chociaż nie stąd pochodzę, a i mieszkam w jednej z gmin ościennych, a nie w samym mieście, czuję się tak, jakbym wracał do domu. Trochę dzięki takim blaszanym pieskom i temu, jak naturalne się wydają wszystkim wokół.
Kraków, miasto Karola Wojtyły (pozdrowienia dla Basi), miasto otwarte także na blaszane pieski z puszek, co akurat mi nie przeszkadza, nawet jeśli sam wolę te żywe, te autentyczne (patrz zdjęcie poniżej). Tutaj naprawdę można się poczuć u siebie, nawet jeśli jesteś zupełnie nie z tej ziemi...

DSC_0076

Ktoś kupił domenę internetową, ktoś zapłacił za hosting, ktoś zrobił prostą stronę internetową. Szacun za to. Na stronie 5zdan.pl można dzięki temu komuś zaapelować do Pana Prezydenta i Pani Premier o poszanowanie prawa, można - choć to w sumie spóźniony apel - poprosić Senatorów o odrobinę refleksji, a można także - to gest bardzo piękny - wyrazić solidarność z jednym z największych bohaterów współczesnej Polski, profesorem Andrzejem Rzeplińskim, Prezesem Trybunału Konstytucyjnego, atakowanym przez arogancką władzę dążącą do destrukcji instytucji sądu konstytucyjnego i wielu innych instytucji Państwa. Profesor Rzepliński to człowiek, któremu nasze dzieci i wnuki będą stawiać pomniki. Człowiek, którego nazwisko będzie w podręcznikach historii wyróżniane na równi z Rejtanem.
Grupie Przyjaciół, Marii Ejchart-Dubois, Paulinie Kieszkowskiej-Knapik, Mikołajowi Pietrzakowi i Filipowi Wejmanowi, za ich inicjatywę serdecznie dziękuję. Zapraszam także do odwiedzania strony i podpisywania wszystkich listów i apeli. Nie trzeba dużo czasu na to, by przeczytać, pod czym się podpisujemy. Oto list do Profesora Rzeplińskiego:

Panie Profesorze!
Dziękujemy Panu i Trybunałowi za niezłomność w obronie Państwa Prawa.
To jest szczególnie potrzebne, gdy politycy próbują zabrać Polakom Konstytucję.
Sprzeciwiamy się bezprawnym próbom zastraszenia Pana.
‎Ale za twarda Rzepa do zgryzienia.
‎Jesteśmy z Panem i z Trybunalem!!!

1

Jakiś czas temu zainspirowały mnie podczas spaceru chodnikowe memy w centrum Warszawy.
Muszę częściej patrzeć pod nogi, bo w okolicach mojej pracy aż się roi od memów podpisanych w dokładnie ten sam sposób. Najbardziej inspirujący wydał mi się poniższy. Jedna litera, a czyni taką wielką różnicę. A może właśnie nie ma wielkiej różnicy? Na inne języki chyba całkiem nieprzetłumaczalne.

DSC_0125

3

Omran Daqneesh, pięcioletni chłopiec z Aleppo, stał się wczoraj słynny, gdy jego zdjęcie, zrobione w karetce po tym, jak wyciągnięto go z gruzów po nalocie bombowym, obiegło wczoraj świat, pokazywane we wszystkich (no może nie wszystkich) telewizjach i przekazywane na portalach społecznościowych.
Na budujących mury, zamykających drzwi i serca przed uciekinierami z obszarów objętych wojną i głodem, zdjęcia mają ograniczony wpływ. Gdy w ubiegłym roku w podobny sposób, niczym wirus, rozprzestrzeniło się po monitorach naszych komputerów i ekranach telewizorów zdjęcie, na którym trzyletni Aylan Kurdi leży martwy na plaży w Bodrum w zachodniej Turcji, pojawiły się głosy, że zdjęcie to było manipulacją i zostało zainscenizowane (fakt, że przed wykonaniem słynnego zdjęcia ciało martwego chłopca najprawdopodobniej rzeczywiście było przenoszone).
Może odrobinę większą siłę rażenia od zdjęcia ma film. Może poruszy sumienie chociaż niektórych spośród tych, którzy czują się bezpiecznie i wygodnie w swoich twierdzach z betonu, dosłownie i w przenośni. Ci z nas, którzy spędzili kiedyś przed laty urlop w Damaszku, Aleppo czy w Syrii w ogóle, a dzisiaj widzą zdjęcia miejsc w naszych wspomnieniach przebarwnych i tętniących życiem, a dziś przypominających Warszawę po Powstaniu, wiedzą jak bardzo mogą być kruche te nasze mury.

4

Byłem dziś na cmentarzu na grobie Przyjaciela, który - gdyby żył - skończyłby dzisiaj trzydzieści pięć lat. Była to jedna z tych osób, których uważa się za przyjaciół nie dlatego, że spędzają z nami czas albo że dobrze się z nami bawią, ale dlatego, że cokolwiek nam mówią, mówią prawdę, także tę bolesną. Uważał, że wyprowadzanie z błędu jest ważniejsze od podtrzymywania na duchu. Wydaje mi się, że dr Gregory House i dr James Wilson z serialu House, M.D. to dobra ilustracja przyjaźni, jaka nas łączyła. Jestem pewien, że nie tylko mnie go brakuje.
Żył intensywnie i szczerze, był jednym z najmądrzejszych ludzi, jakich spotkałem, chociaż zmarł tak młodo. Ostatnim przełomowym wydarzeniem historycznym, jakie miało miejsce za jego życia, były zamachy terrorystyczne 11 września 2001 w Nowym Jorku, o których dowiedziałem się stojąc w kolejce w aptece na parterze jego bloku. Martwił się, że świat idzie w złym kierunku. Nie doczekał się nowej płyty Red Hot Chilli Peppers, która dzisiaj jest już klasyką. Będę jej pewnie słuchał dzisiaj wieczorem, bo - kiedy się ukazała - nie potrafiłem się nią cieszyć.
Jeśli to komuś bardziej odpowiada, o godzinie 18.00 może się udać na mszę w kościele parafialnym w Proszowicach.

Oglądaliście Dzień świra? Dzisiaj, za każdym razem, kiedy wchodzę na portal społecznościowy, przypomina mi się jedna ze scen w tym filmie. I mam wrażenie, że to w ogóle wiodący motyw naszej współczesności, a scena jest bardzo aktualna, a może była po prostu prorocza... Niestety.

Początek sierpnia spędziłem z Andrzejem Bursą. Chodziliśmy na spacery do parku albo nad rzekę, siedzieliśmy na ławce pod blokiem, leżeliśmy razem na łóżku. W łóżku nie musieliśmy na szczęście się martwić o Miłość, na chwilę tylko kiedyś wpadł Tomek i jeden dzień martwiliśmy się razem, lecz w jego, nie w naszej sprawie (vide Andrzej Bursa, Miłość). Przy okazji, przekonaliśmy się, jak blisko jest z Proszowic roku 2016 do centrum Krakowa lat pięćdziesiątych XX wieku. Nic dziwnego, tu rządzi proboszcz, a nie burmistrz.
Zabierałem Andrzeja ze sobą na przejażdżki tramwajem albo nad zalew w Nowej Hucie, dość daleko od jego ukochanego Śródmieścia. Byliśmy też razem nieopodal Garncarskiej, bo jechaliśmy Alejami, ale trzymałem go wtedy zamkniętego między okładkami. Otworzyłem go za to i na Plantach, i na Błoniach, i na Rynku Głównym... Bywa, że razem ziewaliśmy - nawet jeżeli ktoś wkręcił iskry bólu w nasze szczęki, by nam to utrudnić (vide Andrzej Bursa, Przecież znasz wszystkie moje chwyty...).
To były dla mnie chwile cenne, ale też nie pozbawione rozczarowań. Po wielu latach od naszego ostatniego spotkania zauważyłem na przykład, że Andrzej niezbyt dobrze zna angielski i w jednym z jego kultowych wierszy, który - jak dla mnie - ważniejszy jest w literaturze polskiej niż niektóre dzieła Krasińskiego - po prostu zrobił parę byków. Mówię oczywiście o wierszu Języki obce. W tym samym wierszu symptomatyczne stało się, że to, co jest ideą główną tego wiersza, ironia związana z nierealnością podróży czytelnika czy poety do Stanów czy jakiegokolwiek kraju anglojęzycznego, czytelnikowi współczesnemu właściwie trzeba wyjaśniać, gdyż z centrum Krakowa łatwiej chyba dzisiaj i szybciej można się dostać do centrum Londynu, niż do Szczecina, Kołobrzegu czy Trójmiasta.
Z przykrością odnotowałem, że język Andrzeja, podobnie jak język Zygmunta i innych wieszczów, oddalił się od języka współczesnej młodzieży, i niektórzy mogą mieć problem z wierszami, w których używa słów - na przykład - rosyjskich. A tak jest w wierszu, w którym poeta "apiat" cierpi za miliony, wierszu nie mniej kultowym.
Kilkakrotnie nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że obcując z Andrzejem, tak naprawdę nie zajmuję się poezją, lecz polityką. Jak wyznałem Janinie, czytając wiersz Pantofelek albo opowiadanko Smok, nie mogłem nie skojarzyć tego, co mówi do mnie Andrzej, z postaciami współczesnej polskiej sceny politycznej. Na rozstanie z Andrzejem (pewnie znowu tylko na jakiś czas, bo przecież - jak Wernyhora - wróci, vide Andrzej Bursa, Wernyhora) znalazłem jednak słowa, które mnie trochę uspokoiły. Skłoniły do kompromisu. Nawet jeśli to tylko jedna strona ma ustąpić, a druga nie cofnie się o krok. Andrzej "ululał" mnie tymi słowami na amen. Idę się zalać jak jasna cholera (vide Andrzej Bursa, Nadzieja). Chyba zostanę wariatem. Na zawsze.

4

Dzisiaj chyba dobra okazja, żeby poinformować, że kilka tygodni temu Dawid Zoń udostępnił drugą aktualizację bazy Supermemo UX poświęconej broni. To baza polsko - angielska, w której Karol Wieczorek zgromadził ponad 300 słów związanych z bronią i militariami, od krzemiennego grota strzały po silnik turboodrzutowy. Aktualizacja ma poprawki w nawigacji, usunięto część zdublowanych lub zbędnych haseł, a inne zilustrowano przykładami lub plikami graficznymi.

By uruchomić bazę, należy pobrać darmowy program ze strony producenta i dodać do niego rozpakowane archiwum z bazą (otworzyć w tym programie plik .smpak).
Użytkownicy mogą zgłaszać uwagi i poprawki do zawartości bazy, które zostaną uwzględnione w kolejnych aktualizacjach.

1

Wydawałoby się, że tak zwany nigeryjski szwindel, rodzaj oszustwa internetowego polegającego na wyłudzeniu przy pomocy poczty elektronicznej pieniędzy, to coś, z czym narzędzia antyspamowe w darmowych nawet usługach pocztowych radzą sobie świetnie, a użytkownicy przywykli już do wiadomości tego rodzaju na tyle, że potrafią je rozpoznać i zignorować, nawet jeśli do nich dotrą.
Tymczasem wczoraj sam o mało nie dałem się oszukać. Rano dostałem maila od znajomego z Francji, z którym nie widziałem się od kilku miesięcy i myślałem nawet ostatnio, że trzeba by do niego zadzwonić i spytać, jak się czuje. Wiadomość była dość dziwna, bo rozesłana do ukrytej listy odbiorców, poza tym była w całości po francusku, chociaż językiem, którego używamy komunikując się z tym znajomym, jest raczej angielski. Nie zwróciłem jednak na to w pierwszej chwili uwagi, ponieważ treść wiadomości była tajemnicza i niepokojąca. Otóż P. informował mnie w niej, że wpadł w straszne tarapaty i nie chce niepokoić swojej rodziny, a potrzebna mu jest pilnie pomoc. Napisał, że nie jest dostępny pod telefonem i że czeka na moją odpowiedź, czy może na mnie liczyć. Jeśli tak, napisze dokładniej, o co chodzi.
Odpisałem dość szybko, że oczywiście mu pomogę, jeśli tylko będę w stanie, a po kilkunastu minutach przyszedł kolejny mail od niego. Tym razem, po krótkim wstępie, w którym dał wyraz temu, jak bardzo się krępuje swoją prośbą i jak ma nadzieję, że nie będzie ona miała negatywnego wpływu na naszą znajomość, napisał, że jest w Mali w Afryce, a ściślej w Bamako, gdzie padł ofiarą napadu i nie ma pieniędzy, kart kredytowych ani telefonu. Potrzebna mu pomoc finansowa, by opłacić hotel i wrócić do domu.
Byłem już skłonny odpisywać na tę wiadomość, gdy pojawiły się we mnie jednak wątpliwości. Zastanowiło mnie, że ten kolejny email również był po francusku. Pierwszy P. rozesłał do wszystkich adresatów w swojej skrzynce mailowej, więc to zrozumiałe, ale dlaczego na mojego maila po angielsku znowu odpowiedział po francusku? Nie chciał niepokoić rodziny, więc wiadomo, że nie będę dzwonić na jego numer domowy i sprawdzać, co się dzieje, ale na komórkę postanowiłem spróbować zadzwonić. Przecież, skoro mu ją skradziono gdzieś w afrykańskim Mali, powinna być niedostępna.
Jakież było moje zdziwienie i ulga, gdy dodzwoniłem się do znajomego i zastałem go w dobrym zdrowiu i humorze. Porozmawialiśmy przez chwilę, umówiliśmy się, że spróbujemy się spotkać na kawę, gdy przyjedzie do Polski w październiku.
Wydawało mi się, że na nigeryjski szwindel (Nigerian scam) jestem odporny. Wystarczyło jednak, by wiadomość została wysłana ze skrzynki znajomego i by miała nieco inną treść niż te, które zwykle dostawałem (przeważnie o gigantycznym spadku zostawionym mi przez jakiegoś afrykańskiego dyktatora), a potraktowałem ją poważnie.

1

Obłęd smoleńskiej religii zatacza coraz szersze koła. Trudno tu mówić o oparach absurdu, bo mamy raczej do czynienia z absurdem gęstym jak smoła, w której w dodatku niektórzy beztrosko się nurzają, taplają i ochlapują nią radośnie wszystko wokół siebie. Zaczynamy chodzić po omacku i lepić się do każdej przeszkody, jaką mamy na drodze, a władza i sprzyjające jej propagandowo media publiczne podgrzewają smołę i nakręcają niesmaczną zabawę we wzajemne ochlapywanie się nią przez Polaków.
Doktor Maciej Lasek, przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, od lat atakowany jest przez środowiska związane z obecną władzą, ponieważ nie przymyka oczu na luki logiczne w kolejnych teoriach spiskowych wymyślanych przez Antoniego Macierewicza i jego specjalistów, którzy - nawiasem mówiąc - specjalistami są od wszystkiego tylko nie od lotnictwa. Manipulacje legislacyjne partii rządzącej mogą wkrótce doprowadzić do utraty samodzielności szanowanej na całym świecie instytucji, jaką jest Komisja, a także nie tylko do utraty stanowiska przez Macieja Laska, ale do wygaszenia stosunków pracy z wszystkimi członkami Komisji. Jednocześnie polski parlament urządził społeczeństwu kolejny cyrk w postaci specjalnej podkomisji, która po raz kolejny "bada" przyczyny katastrofy smoleńskiej za całkiem przyzwoite pieniądze. Wkrótce czeka nas premiera filmu, w którym - sądząc po zwiastunach i po medialnych przeciekach - przebieg katastrofy smoleńskiej zostanie poważnie zniekształcony, by wspomagać mit założycielski Prawa i Sprawiedliwości oraz legendę i kult Lecha Kaczyńskiego.
W dyskusji w mediach społecznościowych Maciej Lasek, sprowadzając do absurdu argumenty konspiratorów, wrzucił wczoraj jako komentarz mem, przedstawiający prezydenckiego Tupolewa ostrzeliwanego przez statek kosmiczny Imperium z Gwiezdnych Wojen, z napisem "Smoleńsk - historia prawdziwa". Ten wyrwany z kontekstu mem stał się informacją tak bardzo godną uwagi zdaniem partyjnej telewizji, że w głównym wydaniu Wiadomości pokazano zrzut ekranowy posta Macieja Laska na Twitterze. Komentarz, jakim go opatrzono, był niewiarygodnym odwróceniem ról. Okazało się nagle, że to nie Antoni Macierewicz i jego kolesie od sześciu lat żartują sobie z katastrofy smoleńskiej, wysuwając coraz to kolejne teorie spiskowe, wzajemnie się wykluczające i zaprzeczające niekiedy prawom fizyki, logice i zwykłemu rozsądkowi, kpiąc sobie z inteligencji Polaków i z pamięci ofiar. Okazało się, że to Maciej Lasek żartuje sobie rzekomo z ofiar katastrofy i z niej samej, propagując nieprawdopodobne teorie spiskowe. Obrażeni memem wrzuconym przez doktora Laska wypisują w komentarzach jakieś przerażające farmazony o tym, że dopiero za rządów Prawa i Sprawiedliwości można obchodzić żałobę po ofiarach Smoleńska, gdyż wcześniej było to zakazane.
Nie wiem, jak zwolennicy partii rządzącej, ale ja mam już serdecznie dość wrzawy medialnej i politycznego zamętu wokół tragedii, jaka miała miejsce 10 kwietnia 2010 roku. Określone środowisko polityczne przywłaszczyło sobie tą tragedię i oburza się na Macieja Laska, że obraża pamięć ich znajomych, którzy zginęli w Smoleńsku. Tak jakby nie zginął tam żaden znajomy Macieja Laska, tak jakby większość Polaków nie znała - bliżej lub dalej - albo przynajmniej nie identyfikowała się z częścią ofiar. W kwietniu 2010 roku praktycznie każdy z nas stracił kogoś w Smoleńsku.
Dzisiaj niektórzy - w geście solidarności z Maciejem Laskiem - wrzucają w mediach społecznościowych ten sam mem, wokół którego było wczoraj tyle hałasu. Innych to oburza, chociaż zupełnie im nie przeszkadzało, gdy w marcu 2011 Gazeta Polska umieściła na okładce wybuchającego prezydenckiego Tupolewa na celowniku z sugestią, że został zestrzelony.
I tylko gdzieś tam w tyle głowy tli się jakaś maleńka nadzieja, że powiedzenie "ciszej nad tą trumną" ma jakiś sens i w końcu wszyscy w ten sens uwierzymy.

lasekmaciej

zestrzelony