Serwisowanie pomników

W czasach, gdy buduje się i odsłania coraz więcej pomników osób, które nie mają żadnych zasług dla polskiego lotnictwa, a bywa, że można by im wręcz wytknąć parę szkód, jakie polskie lotnictwo przez nie poniosło, tym smutniej wygląda pomnik w Parku Lotników w Krakowie, ogrodzony taśmą i kartkami z napisem takim, jak widać na poniższym zdjęciu.

Polska. Kraj, który lubi stawiać pomniki. Lubi także je burzyć. Na ostatnim miejscu jest chyba bieżąca troska o ich serwisowanie (po drugiej stronie ulicy otwarto niedawno spektakularną fontannę, było to w przeddzień drugiej tury wyborów samorządowych).

IMG_20181029_102510

Nieswojo

Uwielbiam zupę ostro – kwaśną do tego stopnia, że w każdej, nawet najgorszej restauracji orientalnej w Krakowie (i nie tylko w Krakowie) rekompensuje mi ona niedociągnięcia warsztatowe azjatyckich tłumaczy języka angielskiego i kwiatki, jakie – za ich sprawą – trafiają do instrukcji obsługi i na opakowania.

IMG_20181101_132140

Nie żeby to było jedyne, co można wytknąć na powyższym opakowaniu, ale dla mnie najwspanialszą perełką jest uneasy to be scratched. Słusznie, kto by tam lubił być drapany. Ba, nawet jak ktoś lubi, drapanie musi być bardzo delikatne, by nie pozostawić po sobie trwałych śladów. Każdy więc czuje się nieswojo, kiedy go drapią bez zachowania umiaru.

Autor tego tekstu musiał nie tylko zapomnieć o wyrażeniu scratch resistant, ale uległ fałszywemu przekonaniu, że słowa easy i uneasy to przeciwieństwa, tymczasem w tym kontekście tak nie jest. Język potrafi być bardzo nielogiczny i można wyciągnąć zupenie mylne wnioski zakładając, że działa zawsze według tych samych zasad. Ładnie to ilustruje zagwozdka, jaką czytaliśmy na zajęciach o conondra:

If fire fighters fight fire and crime fighters fight crime, what do freedom fighters fight?

Co ciekawe, to niefortunne sformułowanie (uneasy to be scratched) bezkrytycznie skopiowały na swoich witrynach Amazon i Walmart w opisach podobnych produktów. Być może ktoś uznał, że o to właśnie chodzi, że produkty te niemiło się drapie…

Nirvana MTV Unplugged

Chyba na żadnym koncercie w moim życiu nie byłem tyle razy, co na tym. Trochę dzięki podróżom w czasie, takim, jak ta poniżej. Trochę dzięki mniej magicznym sposobom, jak kupiona ponad ćwierć wieku temu w sklepie w Amsterdamie płyta, wychodzi na to, że całkowicie nielegalna, bootleg jakiś, który potem ode mnie wszyscy pożyczali i namiętnie kopiowali. Dzisiaj już sam tej płyty nie mam, a – gdybym nawet miał – nie miałbym na czym odtworzyć.

A jednak, na jutjubie jest stosowna maszyna do podróży w czasie… Skłamałbym potwornie, gdybym powiedział, że 11:45 to jedyne miejsce, w którym zaczyna się numer, od którego tracę dystans do wszystkiego, co ważne. Albo i nieważne. Umówmy się, nic nie jest tak naprawdę szczególnie istotne.

Łacina w Nowej Hucie

Stereotyp nowohuckiego tubylca młodego pokolenia jako prostaczka na dopalaczach jest bardzo krzywdzący. Kolejny dowód znalazłem w samym centrum Nowej Huty na murze w jednej z bram. Czy u Was w okolicy młodzież wyznaje sobie miłość w języku Cycerona? W Nowej Hucie owszem. Po przeciwnej stronie ulicy, na wprost bramy, w której zrobiłem to zdjęcie, znajduje się magiczny portal, którym Basia przenosi się do Paryża.

Ten wpis to odświeżany kotlet sprzed ponad roku. A to dlatego, że nowohucki Romeo chyba nie trafił w gusta mieszkańców bloku Osiedle Szkolne 35, więc próbowano go już dwukrotnie zamalować. Ale on się nie poddaje. On nadal kocha. Nadal wyznaje miłość po łacinie w samym środku Nowej Huty. Zdjęcie powyżej z lipca 2017. Zdjęcie poniżej z dzisiaj.

IMG_20181102_160913

Kruszynce szczerze zazdroszczę. Mnie chyba nikt aż tak nie kocha… A jeśli nawet ktoś mnie odrobinę kocha, to nie umie tego tak pięknie wyrazić po łacinie.

Don’t let him flat-line

Nauczyłem się nowego słowa, a przy okazji najadłem się wstydu. Wzornictwo przemysłowe, wiedząc, że mam (jakże przemiłe i inspirujące) problemy z tymi skurczybykami z trzeciego semestru informatyki stosowanej, postanowiło mnie niedawno wspomóc i podpowiedziało mi, czym ich zaskoczę.

Niszowe użycie biss w kontekstach komputerowych, wspomniane przez Urban Dictionary, to nic. Z jednej strony to accidentally email an unintended large group of people instead of replying to a single recipient, z drugiej – akronim oznaczający because I said so.

Kolokwialne bibble-babble, czyli po polsku gadka-szmatka, to też nic aż tak imponującego.

Ale gdy mi wzornictwo rzuciło zdaniem Don’t let him flat-line, wyrwanym z kontekstu, nie mogłem jakoś skojarzyć, co mógłby oznaczać taki krótki, złożony z samych prostych wyrazów komunikat. Dopiero gdy mi powiedzieli, że to żargon medyczny podpatrzony w serialu House, M. D. (każdy odcinek tego serialu oglądałem przynajmniej ze trzy razy), coś mi zaczęło świtać w głowie.

Tymczasem na pierwszym i na drugim roku informatyki stosowanej, gdy w ramach ciekawostki rzuciłem w nich tym zdaniem, popatrzyli na mnie zdziwieni i spytali, co w tym takiego szczególnego. Jakub z II roku z niedowierzaniem uznał, że chyba sobie z nich żartuję, pytając o coś tak oczywistego, a następnie, płynną angielszczyzną, używając słów takich jak cardiac monitor, pulse, heart rhythm, life functions i parameters, wyjaśnił etymologię tego całego flat-line, które dla mnie, wyrwane z kontekstu, stanowiło zagadkę.

Studenci niestacjonarni z Wydziału Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej (też informatycy) napisali w ankietach o mnie straszliwą opinię, iż – zamiast rozmawiać z nimi na zajęciach o informatyce – rozmawiam z nimi o życiu. No tak, teraz już wszystko wiadomo. Rozmawiam o czymś tak przyziemnym, jak o życiu, bo czym więcej miałbym coś do powiedzenia wobec takich geniuszy? Ja po prostu za głupi jestem.

Yay by yay

Nauczyłem się nowego słowa. To będzie nowy cykl wpisów na moim blogu, w którym będę się dzielił rzeczami, które udało mi się znaleźć i zaskoczyć nimi studentów, albo których nauczyłem się od studentów, bo sam nie miałem o nich pojęcia. Odkąd mam studentów lepszych (pod względem znajomości języka angielskiego) od siebie, muszę się bardzo starać, by coś wyhaczyć, czego oni nie znają. Przeważnie mi się ich zaskoczyć nie udaje, a oni uczą mnie czegoś nowego nieustannie.

Na drugim roku informatyki stosowanej w ubiegłym roku udało mi się tylko raz przyjść do nich z czymś, czego nie znali. To było „yay”.

„Yay” to oczywiście taka oznaka radości, wybuch emocji, coś w rodzaju polskiego (?) „WOW!”, „jupi!” czy „hurra!”. O tym znaczeniu każdy głupi na drugim roku informatyki stosowanej wiedział.

Ale nie wiedzieli, że tego wyrazu można używać podobnie jak „that” w wyrażeniach typu „yay big”, „yay tall”, „yay many”, czyli po polsku „taaki duży”, „taaki wysoki”, „tyyle”. Podwójne użycie samogłosek celowe, bo wyrazu „yay” w tym kontekście używamy często wspierając się gestykulacją i pokazując rękoma wymiary. Stąd nawet „yay by yay”, czyli dwuwymiarowe, wsparte demonstrowaniem przy użyciu rąk, określenie rozmiaru. Po polsku „tyle na tyle”.

Wczoraj, z pewną nieśmiałością, poszedłem do jednej z grup C1 z czymś, co mi wpadło w oczy podczas czytania na Kindlu i co dla mnie było nowym wyrazem. Byłem już bliski uznania, że po raz drugi odniosłem zwycięstwo nad tymi diabłami wcielonymi z drugiego roku informatyki stosowanej, bo wczoraj nikt – nawet Tomek – nie wiedział, co to znaczy „arid”. Niestety, dzisiaj – w drugiej grupie C1 na tym samym roku – Radek pozbawił mnie złudzeń. Na moim koncie pozostanie nadal tylko to jedno zwycięstwo. To z „yay by yay”. „Arid”, „aridity”, „to aridify” – słowo, które sam poznałem w ubiegłym tygodniu, dla Radka jest oczywiste, bo zna je od dawna, z jakiejś gry bodajże.  No żesz cholera. Dobrze jest mieć takich studentów, człowiek nie ma wyjścia, tylko musi się sam rozwijać.

Labtop

Byłem na czwartym roku anglistyki, w malowniczym zameczku w Waterloo pod Brukselą z grupą studentów z mojej uczelni, a także z miłą paczką Rosjan i Arabów, studiowaliśmy sobie w ramach wymiany na brukselskiej uczelni kształcącej tłumaczy. To była wymiana w ramach Sokratesa, takiego ówczesnego Erasmusa.

Od abstynentów Arabów uczyliśmy się pić whisky, po którym nie mieliśmy kaca, a z Dymitrim, studentem z Moskwy, zamknąłem się kiedyś w pokoju i udawaliśmy, że mnie jednemu udało się go poderwać, chociaż marzyły o nim wszystkie nasze koleżanki. Ola była tak rozgoryczona, że waliła w drzwi pokoju, w którym mieszkałem z Januszem, nie dowierzając w to, co faktycznie w ogóle nie miało miejsca. Sporą część moich studiów w Brukseli stanowiły pobyty w Amsterdamie u mojego przyjaciela Wojtka, który był potem świadkiem na moim ślubie, podobnie jak Janusz spędził sporo czasu u brata w Stuttgarcie. Wraz ze studentami z innych krajów zepsuliśmy belgijską mikrofalówkę, bo podgrzewaliśmy w niej konserwy w puszkach. Na końcu korytarza mieszkała Amerykanka, od której pożyczyłem kasę na autobus do Polski na święta. Gdy chciało się porozmawiać z rodzicami lub ze znajomymi w Polsce, trzeba się było ustawić w długiej kolejce do stacjonarnego telefonu przy klatce schodowej.

Któregoś dnia Julia, germanistka, zadała nam trudne pytanie, jak to się mianowicie pisze po angielsku „komputer przenośny”. Czy „laptop”, że niby na kolanach się go trzyma, czy „labtop”, że taki laboratoryjny. Po dłuższej dyskusji doszliśmy wszyscy wspólnie do wniosku, że – choć początkowo mieliśmy wątpliwości – jesteśmy pewni, że „labtop”. Z pewnymi siebie minami powiedzieliśmy Julii, że na pewno „labtop”. Tak, na pewno. Wydawało nam się, że podjęliśmy bardzo mądrą decyzję, a Julia była pewna, że mamy rację. W końcu dziś niektórzy z nas mają doktorat, niektórzy są habilitowani, dla Julii już wówczas byliśmy autorytetami i darzyła nas zaufaniem. Nie było internetu, a do najbliższego sklepu szło się przez park ze dwa kilometry.

W radio bez przerwy leciał Coolio i „Gangsta’s Paradise”, ale to były dla mnie najlepsze lata mojego życia i nigdy ich nie zapomnę. A ta piosenka pozostanie dla mnie jednym z największych przebójów na mojej prywatnej liście, obok Toski Pucciniego i Requiem Mozarta.

Dzisiaj uczę angielskiego studentów informatyki stosowanej, a moi byli studenci mieszkają w Amsterdamie, Bristolu, Dublinie, Edynburgu, Glasgow, Londynie, Los Angeles, Nowym Jorku, San Francisco i Sidney. No comment.


Pisuar w Kopenhadze

Przy samym dworcu głównym w Kopenhadze, skoro już tak ostatnio dużo o podróżach pociągiem, znajduje się takie oto mocno eksponowane miejsce. Za zapewniającą dość umiarkowaną prywatność perforowaną blachą znajdują się dwa stanowiska służące do oddawania moczu na stojąco, więc raczej jest to przybytek przeznaczony wyłącznie dla mężczyzn. Nie skorzystałem, ale bryła tego obiektu tak mnie zaintrygowała, że nieopacznie podszedłem bliżej, by zobaczyć, cóż to takiego (jakby nie było podpisane). Idea, by miejsce do sikania było przejrzyste na wylot i by stało przy samym dworcu, zdziwiła mnie, ale Duńczykom wydaje się być całkiem naturalna.

IMG_20180921_165644

Przyszłość kolei

Kolej darzę wielką sympatią i mam wiele wspomnień związanych z koleją, które sprawiają, że jest mi naprawdę ciepło i miło nawet w chłodne jesienne dni. A jednak dołożyłem ostatnio stacji Częstochowa Stradom (chociaż doceniam to, jak bardzo się zmieniła od czasów mojej młodości i fakt, że właściwie przejęła rolę dworca głównego w Częstochowie od położonej w centrum miasta między Aleją Wolności a ul. Piłsudskiego stacji Częstochowa Osobowa).

Natomiast sporo zostało polskiej kolei do nadrobienia, jeśli chodzi o znajomość języka angielskiego i w ogóle języków obcych.

Gdy zobaczyłem te podpisy pod guzikami i po kilkunastu minutach rozkminy zrozumiałem, o co przypuszczalnie chodzi, zacząłem się rozglądać wokół z nadzieją, że to taki odosobniony przypadek językowego nieudacznictwa:

IMG_20180929_133814

Niestety, nie trzeba było się wiele rozglądać, by zrozumieć, że to nie była odosobniona wpadka, nawet jeśli tym razem komuś „poślizgnął” się tylko czasem palec.

IMG_20180929_134315

Potem z mieszanymi uczuciami oglądam instrukcję obsługi hamulca ręcznego.

IMG_20180929_134325

Następnie patrzę na kolejną naklejkę z kolejnym komunikatem i z ulgą uspokajam się na moment. Na moment, bo w końcu dochodzę do tego fragmentu po niemiecku, w którym ktoś uznał, że „Teile” to dokładnie to samo, co „Telle”.

IMG_20180929_134334

A potem tak sobie myślę, no cholera, po co w ogóle pisać w obcych językach, jeśli się w obce języki nie potrafi? Przecież to Polskie Koleje Państwowe. Piszcie po polsku, jak ktoś polskiego nie zna, to niech się nauczy.  Prędzej się nauczy polskiego, niż jakiegoś wymyślonego języka przypominającego angielski, rosyjski, francuski czy niemiecki. A w każdym razie pożytek będzie większy.

Magia w windzie

W środy rano to pierwsza kobieta, z którą rozmawiam. Otwierając się radośnie, wita mnie słowami „Drzwi kabiny otwierają się”. Naciskam delikatnie dwa guziki na panelu sterującym umieszczonym na jej chłodnej, metalicznej ścianie, i wiezie mnie do pracy. Ma dość bogaty repertuar tekstów:
– Drzwi kabiny zamykają się.
– Winda rusza do góry.
– Piętro drugie.
– Drzwi kabiny otwierają się.
– Winda rusza w dół.
Czasami wydaje mi się, że jest trochę zbyt gadatliwa. Bywa, że przez ładnych kilka minut nie mogę się otrząsnąć i zapomnieć o tych wszystkich komunikatach. Dudnią mi w tyle głowy i ciężko się przez nie skoncentrować. Winda rusza do góry. Winda przebija dach i odlatuje do nieba. Winda spada. Drzwi kabiny nie otworzą się. Sufit windy spada na głowy pasażerów.
Winda była współfinansowana przez Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Bez wątpienia jest potrzebna i niezaprzeczalnie wolę jeździć nią, niż starymi windami, których cały rząd czeka na nas przy samych schodach. Ale do tej windy mam bliżej – i z pokoju, w którym trzymam swoje rzeczy, i z sali, w której mam większość zajęć…
Poza tym to jest winda magiczna. Szanuję jej inteligencję i nigdy w życiu nie nazwałbym jej sztuczną. Ponieważ z nią rozmawiam, obdarza mnie zaufaniem i bywa, że zdradza mi jakiś sekret. Już dwukrotnie, zatrzymując się na szóstym piętrze, wyrzuciła z siebie komunikat: „Poziom minus dwa” (takiego piętra w ogóle w budynku nie ma). Za każdym razem dzień był wyjątkowy i stało się coś szczególnego. Dlatego zawsze słucham jej z uwagą i z niecierpliwością czekam na kolejny znak.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed czterech lat. Gdy jechałem na pierwsze zajęcia z pierwszym rokiem informatyki stosowanej w tym roku, winda – po raz trzeci, odkąd nią jeżdżę – powiedziała: „Poziom minus dwa”. Mam nadzieję, że to dobra wróżba na naszą współpracę z nowym pierwszym rokiem. Z tej okazji odgrzewam.