Kurczaki dla wegan

Co by nie mówić, lubię KFC. I ja, i parę osób, które bardzo kocham, lubimy KFC. Słownik Cambridge na stronie dictionary.cambridge.org jest dla mnie wielkim autorytetem i regularnie z niego korzystam. Natomiast z reklamą kontekstową coś jest nie tak i wygląda na to, o dziwo, że to Google zawalił w tym przypadku. Kurczaki Pułkownika Sandersa podczas wyszukiwania hasła „veganism” to dziwne zestawienie.

Polski przywódca z Londynu

Sadiq Khan, burmistrz Londynu, opublikował dzisiaj kondolencyjnego tweeta w języku polskim. Szkoda, że z takiej okazji, ale tak oto człowiek stojący na czele społeczności będącej domem wspólnym wielu Polaków napisał tweeta sensownego, na poziomie i bez błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych. Bardzo mi kogoś takiego w naszej rzeczywistości w kraju brakuje. Tragedia, do której doszło wczoraj w Gdańsku, była przewidywana i wieszczona przez wielu od dawna. Czy zrobiliśmy cokolwiek, by jej zapobiec, czy brnęliśmy ślepo niczym ćmy do lampy, by ziścić najczarniejsze scenariusze? Czy wyciągniemy z tej tragedii jakieś wnioski? Bardzo chciałbym nie wątpić w to, że nam się uda.

Kawałek historii

Wraz ze studentami niestacjonarnymi II roku transportu wystawiliśmy dzisiaj na charytatywnej aukcji Allegro na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zabytkowy skrypt do maszynoznawstwa z 1947 roku. Autor skryptu, Jan Korecki, pracował na Wydziałach Politechnicznych ówczesnej Akademii Górniczej w Krakowie. To piękny ślad historii zarówno Akademii Górniczo – Hutniczej, jak i Politechniki Krakowskiej.

Paradoksalnie, po tylu latach, książka nadal zawiera wiele aktualnej wiedzy na temat kół i turbin wodnych oraz silników wietrznych (to ostatnie sformułowanie ze strony tytułowej powtarza się w wielu miejscach w skrypcie, choć dzisiaj chyba mówimy „wiatrowych”). Bibliografia zawiera pozycje autorów nie tylko radzieckich, ale także niemieckich – z lat dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych ubiegłego stulecia.

Ciekawa pozycja pokazująca, jak wydawało się skrypty uczelniane przy pomocy maszyn do pisania, tuż po II wojnie światowej. A przede wszystkim, okazja na wsparcie szczytnego celu. Syn mojej koleżanki, Emil, mimo złamania nogi nie poddał się i pracował dzisiaj jako wolontariusz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie szukaj wymówek, bądź jak Emil.

Wyginamy

W czwartek wieczorem przyjmowałem studentów na konsultacjach do 21:45. Siedząc tak długo przed naszym pokojem lektorskim, któryś z nich w końcu zauważył, że na tablicy z ogłoszeniami przy drzwiach wiszą nie tylko wierszyki Kasi ćwiczące poprawną wymowę, ale także zabawny mem o dinozaurach, powieszony przez jedną z koleżanek.

No tak się właśnie czułem cały semestr, siedząc na dyżurach, na które nikt nie przychodzi. Teraz zbliża się sesja i to studenci sobie siedzą i wyginają, czekając w długiej kolejce…

Pamiętajcie tylko, że lepiej nie czekać na darmo, tak samo jak nie warto sobie niepotrzebnie zaprzątać głowy wyimaginowanymi problemami.

Przez pola i krzaki

Zuzanna, lat prawie czternaście, Wiktor, lat cztery, i ja, lat czterdzieści cztery. Z nas trojga najstarsza Zuzanna, bo to pies. Idziemy w pole, daleko jak się da, a potem wracamy. Zuzanna resztkami sił, bo jest już bardzo, bardzo stara.

Wiktor nagle wpada na pomysł, że idąc polną drogą, wyjeżdżoną przez traktory, można uprawiać swego rodzaju slalom i zmieniać raz po raz ścieżki wygniecione przez lewe i prawe koła traktorów. Zaczynamy więc, udając samochody na wirażach, biec a to po lewej, a to po prawej stronie, robiąc dużo hałasu i ciesząc się w niepojęty sposób z tego zmieniania ścieżki.

Przypominam sobie, że – jako dziecko – bawiłem się w coś identycznego. Tyle tylko, że jako dziecko wychowane w mieście, wyobrażałem sobie zmianę torów przez tramwaje, a nie – jak Wiktor, syn kierowcy rajdowego – wyścigi samochodowe. Na podjasnogórskich „Okopach” (nazwa została chyba z czasów II wojny światowej) mieliśmy takich wiejskich dróg w centrum miasta pod dostatkiem.

Biegniemy z Wiktorem – jak idioci – a to lewą, a to prawą stroną drogi. Za nami Zuzanna, bardzo stara suka, próbuje nadążyć i – nie wiedzieć czemu i zupełnie bez sensu – też ciągle zmienia te ścieżki, co przychodzi jej z dużą trudnością. Resztkami sił próbuje iść po naszych śladach.

Zuzanny wkrótce już nie będzie. Zastanawiam się, czy ja będę, gdy Wiktor będzie miał lat czterdzieści cztery, czyli tyle, ile ja mam obecnie. Zastanawiam się, czy będzie biegł za mną po ścieżkach przeze mnie wydeptanych. Jestem więcej niż pewien, że nie będzie. W sumie to dobrze. Świat tylko dlatego idzie do przodu, że ludzie nie biegną po tych samych ścieżkach, co ludzie od nich starsi o jedno czy dwa pokolenia.

Kogoś takiego, jak Wiktor, życzę Wam nie tylko w Nowym Roku. Taki ktoś niech przychodzi na świat co minutę. Żebyśmy nie stali w miejscu i nie chodzili tymi samymi drogami.

Ten wpis jest częścią sylwestrowego cyklu, w ramach którego powstały już następujące odcinki:
– w Sylwestra 2012, o Łukaszu;
– w Sylwestra 2013, o Pawle;
– w Sylwestra 2014, o Tomku;
– w Sylwestra 2015, o Albercie;
– w Sylwestra 2016, o Dominiku;
– w Sylwestra 2017, o Michale;
– w Sylwestra 2018, o Wiktorze (niniejszy wpis).

Wszystkie wpisy ilustrowane są moimi zdjęciami z dzieciństwa i piosenkami. W tym wpisie, wyjątkowo, zamiast mojego zdjęcia, jest zdjęcie kilkutygodniowej Zuzi.
W Sylwestra 2019 roku ukaże się wpis o Adamie.

Dodatkowe nakrycie

Już jutro zaczynam doroczny cykl powtórek wpisów sylwestrowych z noworocznymi życzeniami, których kulminacją będzie w Sylwestra tego roku premiera wpisu o Wiktorze. Zanim jednak przejdziemy do życzeń noworocznych, wypada złożyć te świąteczne. Z memów przesyłanych w życzeniach na portalach społecznościowych w tym roku najbardziej spodobał mi się poniższy.

Cieszę się, że taki punkt widzenia zaczyna się w końcu przebijać do świadomości Polaków. We wrześniu 2015 zrobiłem naprędce demota i wrzuciłem go do sieci. Życzę Wam wszystkim, by nigdy nie przegoniono Was od stołu, oraz byście Wy sami nie przegonili nikogo myślą, mową, uczynkiem czy zaniedbaniem…

Plik z obrazem Vittore Carpaccio „Ucieczka do Egiptu” jest powszechnie dostępny w internecie z licencją Creative Commons.

Prowizorka

Z biegiem czasu nabieram coraz większej pokory i dystansu, akceptując bezkresne obszary swojej niewiedzy, względnie pogłębiającej się amnezji. Znów nauczyłem się nowego słowa, i po raz kolejny daremnie próbowałem się tym popisać przed studentami, którym słowo wcale nie było obce. Słowo podsunął mi były student Kamil, zdawało mu się, że informatycy z C2 będą nim zaskoczeni. Jak zwykle, nie byli.

Słowo jest o tyle ciekawe, że – choć zdążyło się już upowszechnić w potocznej angielszczyźnie – nie zdążyło „okrzepnąć” na tyle, by było jednoznacznie wiadomo, jak się je pisze. Słowniki podają zarówno kludge, jak i cludge. Ta druga pisownia wydaje się być swego rodzaju racjonalizacją i dostosowaniem się do zwyczajowych zasad ortografii angielskiej. Pisownia pierwsza nawiązuje chyba do domniemanego pochodzenia słowa, będącego hybrydą niemieckiego słowa klug i angielskich słów bodge lub fudge.

Słowo to zostało rzekomo po raz pierwszy użyte w magazynie komputerowym w 1962 roku, a autor – J. W. Granholm – w artykule zatytułowanym How to Design a Kludge zdefiniował je jako „an ill-assorted collection of poorly-matching parts, forming a distressing whole”. Od tamtej pory termin kludge używany jest na określenie doraźnego, pospiesznie zaimprowizowanego rozwiązania problemu w działaniu sprzętu komputerowego lub elektronicznego, błędu w działaniu oprogramowania itp.

We współczesnym języku angielskim słowo wyszło poza świat komputerowy i odnosi się do jakiejkolwiek prowizorki, stąd studenci z C2, tłumacząc mi znaczenie tego słowa, zaczęli od przykładu części, która się złamała, i została sklejona taśmą klejącą. Takie tymczasowe, prowizoryczne rozwiązanie.

Wiktionary podaje trzy definicje:

1. (electronics engineering) An improvised device, usually crudely constructed. Typically used to test the validity of a principle before doing a finished design.
2. (general) Any construction or practice, typically inelegant, designed to solve a problem temporarily or expediently.
3. (computing) An amalgamated mass of totally unrelated parts forming a distressing whole.

Wspomniane są także inne alternatywne formy pisowni wyrazu oraz teorie jego pochodzenia.

Narodzenie i obcowanie

Parę tygodni temu, przeglądając ze studentami obecnego piątego roku informatyki stosowanej forum, na którym – jako studenci pierwszego roku – wyjaśniali, czemu wybrali ten kierunek studiów, mogliśmy powspominać kolegów i koleżanki, których już z nami nie ma, mieliśmy – jak zwykle przy tej okazji – ubaw z przewidywań, które się zupełnie nie sprawdziły, albo marzeń, które się spełniły w sposób kilka lat temu zupełnie niewyobrażalny. Jeden z nich napisał na pierwszym roku, że będzie trzepał ciężką kasę w tym zawodzie. Pośmialiśmy się chwilę, ale autor przedmiotowego wpisu potwierdził, że zarabia w tej chwili bardzo przyzwoite pieniądze i że jest z nich zadowolony. A umówmy się, że taka spokojna konstatacja ze strony informatyka w Krakowie oznacza, że jego konto zasila regularnie kwota naprawdę przyzwoita.

To w końcu właśnie tu, na drugim stopniu informatyki stosowanej, byłem parę miesięcy temu świadkiem dyskusji o tym, że za pięciocyfrową pensję nie opłaca się jeździć do pracy osiem kilometrów na peryferie miasta, i że dla niektórych niewyobrażalne jest kiedykolwiek w życiu iść do pracy do firmy, do której trzeba dojeżdżać dłużej niż pięć minut na rowerze. Nasłuchałem się także narzekań o firmach, w których szef zwleka z instalacją w biurze ścianki wspinaczkowej do rozładowywania stresu lub firma dowożąca owoce przywiozła dwa dni z rzędu banany i pomarańcze, co było skandalicznym zaniedbaniem z jej strony i narażało pracowników na dodatkowy stres wynikający z monotonności diety.

Na ostatnich w tym roku kalendarzowym zajęciach, właśnie na drugim stopniu informatyki, frekwencja była nadspodziewanie przyzwoita. Gdy w pewnym momencie zasugerowałem, by jeszcze nie tak dawno zadowolony ze swoich zarobków student zrobił na służbowej kserokopiarce odbitki dla osób nieobecnych, usłyszałem od niego, że już nie pracuje tam, gdzie pracował, i nie ma dostępu do ksera w formacie A3. Spokojnie i z lekką pogardą dla swojego poprzedniego miejsca pracy wyjaśnił, że teraz pracuje w małym, dziesięcioosobowym teamie, i że teraz „zarabiają miliony”.

Gdy jakiś absolwent sprzed lat zaszczyci mnie czasami rozmową, często słyszę z ich strony zdziwienie, że ja „nadal w tym samym miejscu”. Faktycznie, oni są bardzo mobilni i nie wahają się zmieniać miejsca pracy i zamieszkania, jeśli tylko okaże się to dla nich w jakiś sposób korzystne i pożyteczne, a ja nadal pracuję w firmie, która jest dopiero czwartą firmą w moim życiu. Ale prawda jest taka, że mam ku temu powody, a powód podstawowy to fakt, że ta praca to zaszczyt.

Nie powiem, że mam w tym duży udział, albo że jakakolwiek w tym moja zasługa, ale praca ze studentami informatyki stosowanej to co najmniej obcowanie z ludźmi, w których rodzą się moce nadprzyrodzone. Niektórzy przychodzą ze zwiniętymi skrzydłami już na pierwszym roku i muszą je tylko rozprostować. Paru staje się coś na drugim roku. Boskie moce objawiają się u większości z nich na trzecim, a u pozostałych na czwartym roku.

Dla tych na piątym wszystko jest już oczywiste. Na ostatnich zajęciach rozmawialiśmy o druku 4D i o tym, czy pręt nitinolu może – po wydrukowaniu – przyjąć dowolny kształt. Mówię im, że nie przyjmuje dowolnego kształtu, tylko taki, jaki mu został zaprogramowany. Patrzą ze zdziwieniem i niedowierzaniem i mówią, że przecież wszystko można zaprogramować. Nie ma takiej rzeczy, której się nie da stworzyć, nie ma żadnych ograniczeń, wszystko jest możliwe. Informatycy są wszechmogący i o tym wiedzą. Boże narodzenie dla wielu z nich co roku ma miejsce właśnie w Czyżynach.

Stosowny ubiór

Lubię, gdy student umie się zachować jak należy i przychodzi na zajęcia (nie wspominając o egzaminie) odpowiednio ubrany. Dlatego cenię sobie bardzo pracę z informatykami. Nie dość, że dobrze mówią po angielsku, są błyskotliwi i inteligentni, to jeszcze mają styl i klasę.

IMG_20181218_161258 2018-11-13 18.51.55

Google przed sesją

Im bliżej sesji, tym więcej zawsze maili, na które odpowiadać przychodzi z delikatnym zniecierpliwieniem. Szczególnie drażnią te, w których studenci pytają o rzeczy wcześniej z nimi samymi ustalone, dostosowane do ich własnych życzeń i preferencji, np. gdy umówisz się z nimi na specjalny, dodatkowy termin właśnie dla nich, ale oni sobie zapomną zapisać, kiedy. Albo gdy pytają o rzeczy ogólnodostępne dla każdego na stronie internetowej instytutu, na drzwiach przed pokojem konsultacji, w wiadomości wysłanej do nich na mail grupowy i udostępnionej na grupie w mediach społecznościowych.

Na jeden taki mail dziennie można odpowiedzieć, ale gdy ich przychodzi kilkanaście, coś może w człowieku pęknąć i cierpliwości zabraknie. A przecież nie każdy student ma ochotę rozsierdzić wykładowcę przed sesją lub w jej trakcie, nie każdy może sobie także pozwolić na taką bezpośredniość w stosunku do prowadzącego, jak Jakub z C2, który spytał mnie wczoraj, czy jestem szesnastoletnią dziewczynką przeżywającą rozterki z chłopakiem. Jest prosty sposób, by nie podpaść osobie, która ma Ci dać zaliczenie, i warto z niego skorzystać przed napisaniem maila.

Jeśli jesteś studentem innego kierunku niż informatyka stosowana, być może bardziej przemówi do Ciebie poniższa instrukcja.