Hiperpoprawność

Ze śmiechu rozbolał mnie brzuch. A śmiech to zdrowie, więc polecam.
Przy okazji, znamienne, że z takim dużym naciskiem robimy ze studentami pierwszy rozdział „File’a” i kładziemy taki nacisk na to, by poprawnie formułowali pytania w różnych czasach, a twórcy tego filmu krótkometrażowego uznali, że infantylne pytanie (What’s virgin mean?) jest na tyle zabawne i zrozumiałe zarazem, że może być tytułem produkcji, chociaż jest niepoprawne.

Opublikowano Angielski | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Podwójne standardy

Nieopodal merostwa Paryża i Luwru, wśród ekskluzywnych hoteli i drogich sklepów, na reprezentacyjnej rue de Rivoli, patrzymy ze zdziwieniem, jak grupa policjantów ładuje na pakę zaparkowane skutery. No i jak ma być porządek na świecie, jak policja francuska kradnie pojazdy w centrum Paryża i wywozi je w sobie tylko znanym kierunku?
To wszystko przez te podwójne standardy, wypaczoną moralność, przez którą tak trudno nam czasami rozpoznać, co prawdziwe, a co fałszywe, co dobre, a co złe.
Na szczęście mamy profesora Chazana. Ten nie ma wątpliwości. Dla niego wszystko jest czarno – białe. W świecie jego wartości łatwiej żyć. Nie wymaga to wielkiego wysiłku intelektualnego.

Opublikowano religia | Otagowano , , , , , , | 2 komentarzy

Dżem truskawowy

W wojsku nie ma takiego dżemu. A mnie jeszcze trochę zostało…

Opublikowano Rodzina | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Co masz zrobić dzisiaj…

Czasami zdarza się każdemu nauczycielowi znaleźć jakiś zeszyt sprzed lat, jakąś klasówkę, która zaginęła i odnalazła się o wiele za późno. Ale kiedyś miałem taki przypadek, który uświadomił mi, jak ważne jest, by oddać wszystko na czas.
Kiedyś, kilka lat temu, przeznaczyłem cały dzień we wszystkich klasach na robienie tego samego. I to był jeden z tych dni, który i ja, i pewnie niejeden uczeń i uczennica, pamiętamy do dzisiaj.
Lekcja była z metodycznego punktu widzenia bez sensu, bo podobno poprawianie błędów jest zawsze bez sensu. Każda błędnie zapisana na tablicy forma ma większe prawdopodobieństwo pozostania w głowie, aniżeli jej poprawna wersja. A jednak tego dnia poświęciłem siedem kolejnych lekcji na to, by zapisać na tablicy pełne błędów wypracowanie, a następnie krok po kroku je poprawiać.
Było to wypracowanie, które parę tygodni wcześniej oddał mi do sprawdzenia uczeń z klasy maturalnej, i którego jakoś w natłoku zajęć mu w ogóle nie oceniłem i nie oddałem. Znalazłem je w czerwcu, już po maturze, i omówiłem je z wszystkimi młodszymi klasami po kolei.
Wypracowanie Andrzeja było na temat ze starej matury sprzed lat, The world is a dangerous place, a wyglądało mniej więcej tak, w tłumaczeniu na polski:

Nasz świat to bardzo niebezpieczne miejsce. Jest pełen pięknych rzeczy, ale jest tu też mnóstwo rzeczy okropnych. Nasze życie jest tak delikatne, a mamy tylko jedno życie, a nie – jak koty – siedem.
Gdy rano wychodzimy z domu nie mamy pewności czy w ogóle wrócimy ze szkoły czy z pracy. Może nas porwać jakiś głupek, który zażąda olbrzymiego okupu.
Jeśli żyjesz i wszystko u Ciebie w porządku to masz naprawdę szczęście. Bo może się trafić tak, że zginiesz, umrzesz, i nikt Ci już nie pomoże. Gdy wyjdziesz na spacer, ktoś może Cię przejechać na ulicy. Zwykle jest to jakiś pijany kierowca, tak pijany, że nie może stanąć prosto na własnych nogach. Na przykład idziesz sobie do pracy i słuchasz w radiu listy przebojów, a tu jakiś głupi facet czy kobieta, którzy są oczywiście pijani, jadą 190 na godzinę i nie zatrzymują się na światłach.
Inne niebezpieczeństwa to między innymi narkotyki i alkohol. Po jednym czy dwóch piwach wydaje nam się, że jesteśmy bogami i możemy zdziałać nie wiadomo co, ale przecież nie potrafimy latać, a śmierć zawsze czyha i jest gotowa, by nas zabrać.
To tylko kilka przykładów na to, dlaczego świat jest tak niebezpiecznym miejscem. Nie zapominajmy też, że jakiś obcy kraj może na nas zrzucić bombę atomową i nas wszystkich pozabijać. A wtedy nie będziemy się musieli martwić zagrożeniami tego świata, bo nie będziemy istnieć. Nie będziemy mieć żadnych problemów i nie będziemy też mieć z niczego satysfakcji.

Początek lekcji był bardzo nudny. Pisałem zdanie po zdaniu na tablicy i poprawialiśmy w nim liczne błędy ortograficzne i językowe. Potem zastanawialiśmy się nad tym, na ile to jest poprawnie skonstruowane wypracowanie, na ile jest zgodne z tematem, gdzie można je było trochę rozwinąć.
I dopiero później mówiłem im, na samym końcu, że to jest wypracowanie Andrzeja. Że oddał mi je przed maturą, żebym mu je sprawdził, a ja tego nie zrobiłem. I że znalazłem je dopiero teraz, tuż przed końcem roku szkolnego w innych klasach, dawno po opuszczeniu nas przez maturzystów i dawno po odejściu Andrzeja. Bo Andrzej zginął w wypadku samochodowym pod Radomiem tuż po maturze.
To w gruncie rzeczy słabe,  pełne stereotypów i infantylizmu wypracowanie, nabierało nagle głębi, gdy okazywało się przesłaniem z zaświatów. Przesłaniem od kogoś, kogo większość z tych uczniów i uczennic znała. Niektórzy byli na jego pogrzebie. Sporo osób, nie tylko dziewczyn, wyszło z tej lekcji płacząc. I prawie wszyscy, którzy przez całą lekcję nic nie robili, przed wyjściem przepisali to wypracowanie do zeszytu. Jeśli nie rozumiesz dlaczego, może warto przeczytać jeszcze raz.

* Ten wpis ukazał się pierwotnie 18 grudnia 2005.

Opublikowano Szkoła | Otagowano , , , , , , | 5 komentarzy

Gorzej, lepiej, nienaukowo

Chociaż wydaje się to zupełnie niewiarygodne, ja też kiedyś chodziłem do szkoły i studiowałem, nawet jeśli niektórzy odnoszą wrażenie, że przyniosło to marne efekty. Jako uczeń i student miałem niekiedy nauczycieli, których do tej pory pamiętam i którzy tak wówczas, jak i obecnie stanowią dla mnie inspirację, o czym niejednokrotnie już zdarzało mi się pisać. 30 godzin wykładu z socjologii na studiach nie było wprawdzie szczególnie ważne w moim sylabusie, ale wspominam nadal wykłady profesora Marka Szczepańskiego bardzo pozytywnie. Mówił ciekawie, odwołując się do znanych nam realiów, a jednocześnie kontrastując je z różnymi zaskakującymi ciekawostkami z dziedziny socjologii (cóż więcej mógł z nami zrobić w trzydzieści godzin na auli?).
Zapamiętałem z tych wykładów oraz ze skryptu profesora między innymi to, że moralność to kwestia w skali globalnej bardzo względna i że trudno znaleźć jakieś uniwersalne normy obowiązujące we wszystkich społeczeństwach i wspólnotach ludzkich, nie tylko historycznych, ale nawet współczesnych. Są bowiem plemiona, w których cnotą jest wykazanie się umiejętnością bezkarnego dokonania kradzieży, są narody, także w Europie, w których morderstwo jest w pewnych sytuacjach nie tylko dopuszczalne, ale wręcz wskazane, jeśli stanowi honorowy akt zemsty rodzinnej. Młodzi mężczyźni w niektórych wspólnotach muszą udowodnić swoją męskość dokonując czynów, które w naszym kodeksie karnym są surowo karane. Nawet kanibalizm w niektórych kulturach jest nie tylko dopuszczalny, ale przypisuje mu się pewne szlachetne atrybuty. Podobno jedyną normą, która zdaje się uniwersalnie obowiązywać we wszystkich społecznościach, jest potępienie dla kazirodztwa.
Wspominając wykłady profesora Szczepańskiego z pewnym niedowierzaniem przeczytałem jego komentarz dla Gazety Wyborczej do artykułu o postępującej laicyzacji w Polsce i o tym, że coraz mniej wiernych uczestniczy w obrzędach katolickich, przy czym tendencja ta jest szczególnie silna w archidiecezji częstochowskiej. Marek Szczepański rzeczowo i logicznie próbuje uzasadnić wyniki badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, wskazuje na możliwe przyczyny takich tendencji, zarówno w skali ogólnopolskiej, jak i lokalnej. Zastanawia natomiast jego konstatacja, że może być jeszcze gorzej. Myślę, że to zwykły lapsus językowy i że profesor – tak wybitny naukowiec i specjalista, który wie, że poza kazirodztwem trudno o normy uniwersalne – nie ocenia ludzi na podstawie tego, czy chodzą czy nie chodzą do kościoła. W dyskusji pod artykułem na forum internetowym widać zresztą niejednomyślność – wielu Częstochowian uderzyła ta niezamierzona zapewne ocena i wielu się z nią nie zgadza.
Każdy ma prawo uważać chodzenie do kościoła za dobre albo za złe, jak również postrzegać je jako zupełnie bez znaczenia dla oceny moralnej i etycznej danej osoby. Ale w ustach profesora wartościowanie obrzędowości mieszkańców Częstochowy słowami „gorzej”, „lepiej” itp., brzmi jakoś tak… nienaukowo.

Opublikowano Częstochowa | Otagowano , , , , , , , , | 2 komentarzy

Konkurs papieski

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed dwóch lat. Nikt nie wziął udziału w konkursie – może zainteresowanie osobą poprzednika byłego papieża i jego nauczaniem zmalało, a może nagroda była zbyt małej wartości. Ale może ktoś jednak zna odpowiedź i zaspokoi moją ciekawość.

Pomniki Jana Pawła II, ktorymi obrodziła nasza kraina, wprawiają w zakłopotanie z różnych powodów. Czasami są ordynarnie brzydkie i tandetne, czego przykłady łatwo jest znaleźć w internecie. Czasami stopień ich zagęszczenia na danym terenie jest tak duży, że nie wiadomo dokładnie, czy są wyrazem niesmacznego bałwochwalstwa, czy stanowią swoistą karykaturę.
A bywa, że problem jest zupełnie innej natury. Oto napis bez wątpienia piękny, zarówno w wymiarze estetycznym (ładnie dobrane kolory i krój czcionki), jak i w treści przesłania. Zaintrygowany zwłaszcza tym drugim, od dawna próbuję poznać szerszy kontekst i odnaleźć papieską wypowiedź, z której te piękne słowa zostały wyrwane. Niestety, jak dotąd, dotarłem jedynie do koncepcji funkcjonowania Miejskiego Zespołu Szkół Nr 4 w Będzinie, przedstawionej przez startującą w konkursie na dyrektora tej placówki panią mgr Halinę Rybak – Gredkę, która użyła bardzo podobnego zdania jako motta uczniowskiej konstytucji, startując w konkursie na dyrektora tej placówki (przy okazji gratuluję zwycięstwa):
„Do Was należy odpowiedzialność za to, co stanie się kiedyś rzeczywistością.”
Wprawdzie na swojej stronie internetowej obecna Pani Dyrektor przypisuje autorstwo tych słów Janowi Pawłowi II, ale prawie dokładnie te same słowa (właściwie te same, ale w nieco innej kolejności) Centrum Edukacji Obywatelskiej przypisuje anonimowej uczestniczce obrad XVI Sesji Sejmu Dzieci i Młodzieży w 2010 roku:
„Do nas wszystkich należy odpowiedzialność za to, co kiedyś stanie się rzeczywistością”
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że przesłanie pozbawione przyimka „z”, choć to tylko jedna litera, ma zupełnie inne, i to o wiele głębsze znaczenie. Wydaje mi się ono o wiele bliższe słowom, które Jan Paweł II zawarł w „Liście do młodych całego świata Parati Semper” z okazji Międzynarodowego Roku Młodzieży w 1985 roku:
Do Was należy odpowiedzialność za to, co kiedyś stanie się teraźniejszością wraz z Wami, a obecnie jest jeszcze przyszłością.
Różnica staje się boleśnie wyraźna przy próbie tłumaczenia na angielski (what happens to reality vs what becomes reality). Tu już nie chodzi o jedną literkę.
Rodzi się pytanie: czy przyimek „z” został omyłkowo wstawiony przez kogoś, komu się wydawało oczywiste, że powinien się tam znajdować, by zdanie było poprawne? Czy zdanie z wyrazem „rzeczywistością” na końcu to skrót myślowy podsumowujący przesłanie z listu papieża do młodych czy też Jan Paweł II faktycznie powiedział gdzieś to samo innymi słowami? Takimi, jakie uznano za stosowne powiesić nad wejściem do szkoły?
Jest dla mnie oczywiste, że świat należy do młodych i to od nich zależy, jakie przybierze kształty w przyszłości. Motto na szkole jest moim zdaniem jak najbardziej stosowne. Tylko czy rzeczywiście Jan Paweł II był autorem tych słów? A jeśli tak, to gdzie można je odnaleźć w szerszym kontekście?
Ponieważ jestem głęboko zainteresowany znalezieniem odpowiedzi na powyższe pytania, zobowiązuję się postawić obiad w szkolnej stołówce każdemu, kto oświeci mnie w tej kwestii.

Opublikowano Szkoła | Otagowano , , | 1 komentarz

Zaloty na parkingu

Jak widzisz takie coś na parkingu, to aż strach pomyśleć, co może mieć z tyłu.
Niestety, musiałem przejść na drugą stronę, do parkomatu, i widziałem.
Ale nie podzielę się tym, co było z tyłu. Same oczy wystarczą.

Opublikowano Kraków | Otagowano , , | 2 komentarzy

Oświadczenie lustracyjne

Moja Mama miała na tyle zdrowego rozsądku, że donosiła mnie do końca dziewiątego miesiąca i nie urodziłem się jako wcześniak. Pomyśleć, że gdyby jedzenie jabłek w piwnicy o czwartej nad ranem znudziło jej się trzy tygodnie wcześniej, musiałbym dziś, w XXI wieku, tłumaczyć się, że nie jestem wielbłądem. Data moich urodzin jest na tyle szczęśliwa, że jestem zwolniony z tak zwanego obowiązku lustracyjnego, nawet gdybym się starał o jakąś posadę, na której od starszych kolegów i koleżanek wymagano by tego swoistego certyfikatu moralności.
Nigdy jednak nic nie wiadomo. Może za lat trzydzieści ktoś mi odmówi emerytury, bo uzna, że powinienem był złożyć dobrowolne oświadczenie i przyznać się do współpracy? Może lepiej od razu się przyznać?
W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, jako nastoletni wyrostek, zostałem kiedyś spisany przez Milicję Obywatelską w późnych godzinach wieczornych, gdy w stanie lekko podwyższonej wesołości wracałem do domu. Kilka dni później wezwano mnie na komisariat w zupełnie innej dzielnicy na rozmowę z jakimś milicjantem, którego nazwiska dziś już nie pamiętam. Milicjanta nie było i kazano mi się zgłosić w innym terminie. Gdy przyszedłem powtórnie, znowu go nie było, ale tym razem nie pozwolono mi sobie pójść i pod groźbą aresztowania nakazano spokojnie czekać. Gdy po dwóch godzinach mój milicjant w końcu mnie wziął na przesłuchanie, dowiedziałem się, że jestem podejrzany o kradzież jakichś tajemniczych kół z jakiegoś samochodu zaparkowanego na ulicy, na której od kilku miesięcy nie byłem. Dowiedziałem się, że nie wyjdę, dopóki albo się nie przyznam, albo nie wskażę winowajców. Pan śledczy maglował mnie przez jakieś dwie godziny i nie przyjmował do wiadomości, że nie wiem, o czym mówi. Wielokrotnie wychodził, przy czym za każdym razem wołał do pokoju kogoś, by mnie pilnował. Mój początkowy spokój brał chyba za przejaw bezczelności, ale w końcu pogodził się jakoś z faktem, że nie chcę nikogo sypnąć, i zaczął mi przynosić do podpisania jakieś papiery, dzięki którym – według jego słów – mogłem iść do domu, chociaż rzekomo istniały podstawy do zatrzymania mnie w areszcie.
Podpisałem wszystko bez czytania i dopiero po kilku tygodniach przestałem się bać listonosza. Nie mam pojęcia, co podpisałem, ale jeśli utrzyma się tendencja do nadinterpretowania każdego bzdurnego świstka, to za lat kilka na pewno mogę mieć problemy. Przyznaję się więc od razu: współpracowałem chętnie i gorliwie, podpisywałem wszystko, co mi podsunięto i godziłem się na wszystko, co mi zaproponowano. Byłem wyrostkiem w państwie dziś określanym mianem totalitarnego, miałem w pamięci stan wojenny i czułem strach i respekt.
Ofiarą lustracyjnego ostracyzmu padł ostatnio profesor Miodek, który w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wyjeżdżał na zagraniczne wykłady, a następnie zdawał Służbie Bezpieczeństwa raporty z tego, gdzie był, jaka była pogoda, a także czy zupa nie była czasem za słona.
Mam nieodparte wrażenie, że mamy obecnie do czynienia z dyktaturą zakompleksionych człowieczków, którzy w Polsce Ludowej niczego nie robili, nikomu nie zaleźli za skórę, nie próbowali wyjeżdżać za granicę ani nie mieli ambicji narażających ich na odrobinę cynicznego konformizmu. Dzisiaj, by odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów, a przy okazji rewolucyjnie wyrżnąć pokolenie aktywnych i ambitnych ludzi, do których czują zawiść, zasypują nas świstkami na temat kolejnych autorytetów.
Znalazłem dwa historyczne świstki in blanco, które warto obejrzeć i uzmysłowić sobie, że żyjemy w świecie zaprojektowanym i zbudowanym przez setki i tysiące ludzi, którzy takie lojalki podpisali. Musielibyśmy się cofnąć do ery kamienia łupanego, gdybyśmy chcieli zatrzeć ślady po wszystkim, co ci ludzie zrobili. Musielibyśmy poobsadzać wszystkie ważne stanowiska przedszkolakami, jeśli chcielibyśmy się pozbyć ludzi, którzy coś mają na sumieniu albo coś kiedyś bezmyślnie podpisali. Gdy skupiamy uwagę całego narodu na czymś, co ktoś zrobił przed laty z konieczności, i do czego przywiązywał tyle samo uwagi, co do wykonywanej na siedząco i w odosobnieniu czynności fizjologicznej, powinniśmy się leczyć.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed siedmiu lat.

Opublikowano Polityka | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Krzyżowanie teatru

Dominikanin, ojciec Tomasz Dostatni, widział spektakl „Golgota Picnic” i nie czuje się zgorszony. Przypomina „Apocalypsis cum Figuris” w reżyserii Jerzego Grotowskiego, który w latach siedemdziesiątych spotkał się z krytyką władz kościelnych, w tym z kategorycznymi słowami prymasa Wyszyńskiego podczas kazania na Wawelu, a po dwudziestu latach, w 1998 roku, w Rzymie, to samo przedstawienie otrzymało od kościelnego jury, z kardynałem Glempem jako przewodniczącym komitetu honorowego, międzynarodową nagrodę artystyczną Fra Angelico.
Podobne kontrowersje budziła od początku rock opera „Jesus Christ Superstar”. Nie dość, że w oryginalnej obsadzie rolę Jezusa powierzono wokaliście Deep Purple, Ianowi Gillanowi (a w Polsce Markowi Piekarczykowi z TSA), a obecnie w jednej z polskich telewizji można obejrzeć przedstawienie z gwiazdami takimi, jak Ben Forster, Melanie C i Tim Minchin („wojujący” ateista), to jeszcze Judasz i Maria Magdalena są w tej operze postaciami pozytywnymi. Dzisiaj, czterdzieści kilka lat po światowej premierze, polscy księża i biskupi nie protestują przeciwko emisji spektaklu z londyńskiej O2 Arena, a większość z nich pewnie nie widzi w nim nic niestosownego.
Sztukę Rodrigo Garcíi można kupić na Amazonie. Wyczytałem na Wikipedii, że intencją argentyńskiego dramaturga była krytyka społeczeństwa konsumenckiego i wyrażenie żalu nad losem ludzkości i jej odejściem od nauczania Jezusa. „Golgota Picnic” bez przeszkód pokazywana była w Madrycie przez kilka miesięcy, natomiast w Tuluzie i w Paryżu spektakle budziły kontrowersje i połączone były z demonstracjami przeciwników (i kontrdemonstracjami obrońców wolności słowa).
W Polsce katoliccy fundamentaliści skutecznie zastraszyli organizatorów poznańskiego festiwalu na Malcie i kameralne, przeznaczone dla niespełna dwustu widzów przestawienie, nie odbędzie się. Jeśli ktoś chce posłuchać „Siedmiu ostatnich słów Chrystusa na krzyżu” Józefa Haydna, to może. Ale nie podczas przestawienia „Golgota picnic”, podczas którego wykonuje je nagi pianista. To tu tak naprawdę stało się w ubiegłym tygodniu coś niebezpiecznego dla wolności słowa w Polsce, nie w redakcji jednego z tygodników.
Na zdjęciu powyżej katolicy protestujący przeciw „Golgocie” w Tuluzie w 2011 roku. Pozwolono im sobie poprotestować, a kto chciał, na spektakl poszedł i obejrzał. Inaczej niż w Poznaniu.

Opublikowano sztuka | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Totalitaryzm

Podczas spaceru z psem zbliżam się do Kopca Ofiar Totalitaryzmu i z pewnym zainteresowaniem odnotowuję, że obok płyty z nazwiskami osób, ku czci których wzniesiono kopiec, leży jakaś kartka. Podchodzę bliżej. Przez moją głowę szybko przebiegają skojarzenia z wierszami fanów zostawianymi na grobie Haliny Poświatowskiej na częstochowskim Cmentarzu św. Rocha i Sebastiana, które to wiersze czytywałem z zainteresowaniem jako licealista.

Podchodzę bliżej i podnoszę kartkę. Zdumiony, odczytuję z niej setki razy ten sam komunikat, każda linijka ponumerowana: „Nie będę mówił PIER****SZ na lekcji”. O tej rewolucyjne metodzie pedagogicznej ostatnio nawet wspominałem. Taka kartka na Kopcu ku czci Ofiar Totalitaryzmu. No tak. Szkoła, od wieków przysłowiowa forma opresji, synonim totalitaryzmu, broni uczniom wolności słowa.

Ten wpis, wbrew pozorom, ma bardzo dużo wspólnego z bieżącymi wydarzeniami politycznymi, na temat których nie zabieram słowa, bo sobie na to zupełnie nie zasłużyły.

Opublikowano Szkoła | Otagowano , , , , | 1 komentarz