Zalety zdalnego nauczania – część druga

Przez ostatni tydzień we wszystkich grupach pierwszego stopnia, w których uczę, poprosiłem moich studentów o to, by w kilkuosobowych zespołach sformułowali listy dziesięciu największych zalet zdalnego studiowania, nie zważając na wady, bo i takie bez wątpienia istnieją. Jeden z zespołów sporządził listę składającą się z siedemnastu punktów, były zalety powtarzające się w większości zespołów, ale do ostatniego dnia zdarzały się też nowe, oryginalne pomysły. Część z tych zalet to bezdyskusyjne i poważne argumenty na rzecz studiowania przez internet, część ma charakter mniej lub bardziej dowcipny, ale i wówczas zdarza się, że łamią powszechnie panujące na ten temat stereotypy. Pozwolę sobie tutaj podsumować dzisiaj to, co usłyszałem od moich studentów przez miniony tydzień, uzupełniając przy tym mój wpis sprzed kilku miesięcy, w którym opisałem z punktu widzenia nauczyciela akademickiego, czego będzie mi brakować, kiedy wrócimy do nauczania stacjonarnego na kampusie (co niekoniecznie tak szybko się stanie). Podobnie jak wówczas, także i tym razem zastrzegam, że poniższe uwagi są charakterystyczne dla określonej grupy wiekowej – studentów pierwszego stopnia studiów (na drugim stopniu studiów stosunek do tej sprawy jest zupełnie inny) – i mogą być zupełnie nietrafne dla innych grup wiekowych, zwłaszcza dla dzieci.

Studiowanie online daje nam pewne niezaprzeczalne korzyści, które dla wszystkich były oczywiste i które trudno podważyć. Dotyczą one przede wszystkim kwestii ekonomicznych i zarządzania czasem. Studenci, którzy nie mieszkają w Krakowie, nie muszą tu wynajmować mieszkania ani płacić za akademik, co samo w sobie jest już olbrzymią oszczędnością dla kieszeni – czy to ich własnych, czy to ich rodziców. Żeby nie było rodzicom tak dobrze, powiedzmy sobie szczerze, że nauka zdalna oznacza, że można spokojnie żerować na rodzicach, bo mieszka się z nimi, mama nakarmi, upierze, uprasuje… Kilka miesięcy temu autentycznie widziałem, jak po nieudanych próbach odgonienia mamy pewien dwudziestolatek daje jej się podczas moich zajęć karmić łyżeczką. Ten przykład jest może lekko patologiczny, ale nie da się ukryć, że studiując przez internet większość studentów spędza więcej czasu z rodziną i z bliskimi. Jedna z grup stwierdziła także, że jest mniej okazji do konfliktów i bójek, co trochę mnie zaskoczyło, ale zdecydowałem się to przytoczyć.

Nie trzeba podróżować na uczelnię, dzięki czemu oszczędza się i pieniądze, i czas. Nie wydajesz na paliwo ani na bilet miesięczny (nie wiedzieć czemu nikt nie wspomniał o jednorazowych), możesz się wyspać, bo wystarczy zerwać się z łóżka na pięć minut przed zajęciami, podczas gdy przed pandemią wielu studentom dojazd na uczelnię w godzinach porannych zajmował nawet półtorej godziny. Pamiętam, jak niektórzy studenci drugiego roku pojazdów samochodowych, którzy teraz wpadają na angielski w poniedziałek o 7:30 w ostatniej chwili i bywa, że jeszcze się na początku angielskiego ubierają, przyjeżdżali na Wydział kwadrans przed siódmą, by zdążyć przed korkami, przez które by się spóźnili, gdyby wyjechali z domu chwilę później. Tym samym na zajęcia przez internet mało kto się spóźnia, zresztą frekwencja w ogóle jest lepsza. Na zajęcia przez internet można przecież przyjść nawet leżąc w łóżku, nawet z gorączką, jeśli tylko ma się ochotę i czuje się na siłach.

Plan zajęć na uczelni pełen jest zwykle różnego rodzaju okienek. Jeżdżąc na Wydział, student marnuje mnóstwo czasu siedząc bezczynnie w przerwach między zajęciami. Pewnie, mógłby iść do biblioteki czy zrobić coś innego, a równie pożytecznego, w praktyce jednak większość tego czasu przepada. Trzygodzinna przerwa między zajęciami spędzona w domu nigdy nie jest zmarnowana. Ba, niektórzy twierdzą, że spędzając tak dużo czasu w domu są w stanie bardziej zadbać o porządek w swoim pokoju, pomóc w różnych domowych obowiązkach, zrobić coś pożytecznego.

Studia przez internet pozwalają się uczyć we własnym tempie. Materiały są dostępne przez całą dobę, profesorowie chętniej się nimi dzielą, sprawozdania można oddawać nie zważając na to, w jaki dzień tygodnia i o której godzinie prowadzący jest dostępny w swoim gabinecie. Wyniki testów składających się z zadań zamkniętych są przeważnie dostępne natychmiast po przesłaniu odpowiedzi, nie trzeba czekać na ich sprawdzenie przez prowadzącego, w dodatku nie trzeba się martwić, że prowadzący zgubi nasze testy, co przecież też się studentom zdarzało. Łatwiej jest sprawdzić, kiedy profesor jest dostępny, łatwiej jest się z nim skontaktować (w większości przypadków).

Ponieważ na przytłaczającej większości zajęć nie włącza się kamer, nie ma czegoś takiego jak dress code, na zajęcia można się ubrać tak, jak nam jest wygodnie, można się na nie zresztą w ogóle nie ubrać i też nikt nie zauważy. Nie trzeba dbać o makijaż, fryzurę, nie trzeba się golić. Ba, nawet na tych zajęciach, na których prowadzący wymaga włączenia kamery, można zawsze użyć np. aplikacji, o której pisałem już dwukrotnie we wpisach o wizycie Elona Muska i Billa Gatesa na angielskim w moich grupach, a ona już zadba o to, by prowadzącemu wydawało się, że siedzimy grzecznie przy komputerze ubrani, uczesani, ogoleni i z umytymi ząbkami. Niektórzy studenci zresztą nie przejmują się nawet włączoną kamerą, więc właściwie nie dziwi mnie już brak spodni na zajęciach, zwłaszcza odkąd jedna z moich studentek postanowiła sobie podczas zajęć obciąć paznokcie. Naturalne jest oczywiście to, że na zajęciach można w dowolnej chwili jeść, pić (w tym alkohol), palić (nie tylko papierosy), a w łóżku można leżeć niekoniecznie samemu. Ba, będąc w łóżku z kimś, można nie tylko leżeć. Można także się przespać (w każdym tego słowa znaczeniu).

Część studentów uważa, że nauka przez internet ułatwia dbanie o zdrowy styl życia, w szczególności stosowanie zdrowej diety. Po pierwsze, podczas większości zajęć online można bez problemu przygotowywać posiłki, więc zamiast fast foodów zjadanych w pośpiechu między zajęciami na Wydziale, można sobie pozwolić na staranny dobór świeżych, wartościowych składników do przemyślanych, zbilansowanych, smacznych posiłków. Co więcej, można sobie bez problemu poradzić ze spożywaniem tych posiłków w regularnych przedziałach czasu, o odpowiedniej porze, co podczas zajęć na kampusie bywa bardzo trudne. Pozostając przy pozytywnym wpływie na styl życia, niektórzy studenci twierdzą, że znużenie spowodowane czasem spędzanym przed ekranem powoduje, że w czasie wolnym przestają bez przerwy korzystać ze smartfonów, znajdują sobie nowe hobby, decydują się na uprawianie sportu… Próbują czegoś nowego, byle w czasie wolnym nie siedzieć już przed komputerem.

Studiując przez internet dużo łatwiej jest pójść na wagary. Na niektórych zajęciach wystarczy się zalogować i udawać, że jest się obecnym, niektóre zajęcia bywa, że trwają krócej, niż powinny. Ale nawet gdyby wszystko odbywało się tak, jak należy, nawet studenci, którzy chcą skorzystać z wykładów w całości, mogą to zrobić na swoich warunkach, dostosowując to do swoich możliwości i godząc to z innymi swoimi zobowiązaniami czy zainteresowaniami. Chociaż nie wolno legalnie rejestrować zajęć, większość z nich jest nagrywana, więc można sobie odtworzyć wykład o dowolnej porze, można też zwiększyć tempo jego odtwarzania, jeśli zdający mówi wolniej niż nasza percepcja jest w stanie wchłonąć przekazywane treści. Nie trzeba robić notatek, bo można przeważnie zrobić zrzut ekranowy ważnych notatek czy ekranów prezentowanych przez prowadzącego. Niektórzy studenci podkreślają, że od trzech semestrów praktycznie nie używają papieru, przez co – ich zdaniem – są bardziej przyjaźni dla środowiska. Przy okazji, wspomniany wcześniej brak konieczności podróżowania na Wydział i z powrotem, bywa że więcej niż raz dziennie, także ma wymiar ekologiczny.

Jeśli prowadzący nagle nas o coś zapyta na zajęciach, bardzo łatwo jest udać, że ma się problemy techniczne. Nie działa mikrofon, kamera, internet, jest tysiące przeszkód. Część prowadzących jest wystarczająco naiwna, by uwierzyć w te wszystkie opowieści, a jeśli nawet nie wierzy, nie ma żadnego sposobu, by udowodnić, że student próbuje ich oszukać. Istnieją bardzo wyrafinowane narzędzia służące do oszukiwania prowadzących pod tym względem. Można sobie na przykład zainstalować aplikację, która będzie przydzielała zdefiniowane przedziały przepustowości poszczególnym aplikacjom. I tak na przykład będzie można grać w grę komputerową online bez żadnych przeszkód, a jednocześnie Zoom będzie miał problemy z łączem internetowym. W niektórych platformach można dość łatwo oszukać nauczyciela prostym zabiegiem, polegającym na zmianie swojej nazwy użytkownika na „Reconnecting…”. Niektórzy prowadzący dają się w ten sposób nabrać.

Jeśli chodzi o gry komputerowe, warto zwrócić uwagę na to, że dla części studentów możliwość grania podczas zajęć nie wyklucza wcale aktywnego udziału w tychże zajęciach. Niektórzy twierdzą, że jest im się łatwiej skupić na wykładzie, jeśli mogą podzielić swoją uwagę i jedną półkulą mózgu grać, a drugą słuchać wykładu. To samo dotyczy słuchania muzyki. Efektywność nauki poprawia także i to, że siedzi się w wygodnym fotelu komputerowym w domu, a nie na jakimś koślawym krzesełku z PRL-u. W każdej chwili można też pójść do ubikacji i wcale nie wyklucza to uważania na zajęciach, a nawet brania w nich aktywnego udziału.

Do zajęć mamy dostęp (i możemy je prowadzić, nawiasem mówiąc) z każdego zakątka świata. Można jechać w odwiedziny do babci i tam uczestniczyć w zajęciach. Wyjechać nad morze, w góry, na wyspę na Morzu Śródziemnym, a nadal uczestniczyć w zajęciach. Mam studentów, którzy podczas nauczania zdalnego nie mieszkają ani w Krakowie, ani w swoich rodzinnych miejscowościach, tylko np. w Hiszpanii, Holandii czy Szwecji. Część studentów z Ukrainy i Białorusi mieszka w akademikach, część wróciła do domu.

Większość studentów mówi, że łatwiej jest zaliczyć testy i zdać egzaminy, aczkolwiek wskazują tutaj różne powody. Część z nich przyznaje wprost, że łatwiej jest ściągać, odpowiedzi na źle postawione pytania łatwo jest znaleźć po prostu w internecie, część prowadzących układa głównie testy wielokrotnego wyboru, w których dystraktory są w tak oczywisty sposób złe, że nie sposób je wybrać. Do tego dochodzi oczywiście współpraca między studentami na innej platformie aniżeli ta, na której odbywa się test. Na przykład studenci przystępują do testu na Moodle’u, a jednocześnie pomagają sobie wzajemnie go rozwiązać pozostając w kontakcie przez Discord. Co więcej, studenci uświadomili mi coś bardzo oczywistego, nie wiem, czemu nie zdawałem sobie z tego wcześniej sprawy. Mianowicie, jeżeli próbujemy im utrudnić wykonanie testu poprzez ustawienie losowej kolejności pytań, w rzeczywistości ułatwiamy im zadanie. Każdemu losuje się inne pytanie jako pierwsze, a tym samym po przystąpieniu do pierwszego pytania testu grupa ma już całą pulę wszystkich pytań i wystarczy, że każdy rozwiąże jedno pytanie, a tym samym cała grupa ma wszystkie odpowiedzi na wszystkie pytania. Łatwiejsza współpraca między studentami za pośrednictwem Discorda czy innych narzędzi nie musi wcale być wątpliwa etycznie. Niektórzy podkreślają, że wspólna praca nad projektami i zadaniami pomaga im się uczyć i rozwija ich bardziej niż praca samodzielna.

Jeśli nauczyciel – czy to dla uatrakcyjnienia wizualnie swojego kursu, czy to dla stworzenia jakiegoś rodzaju zadania, którego wykonanie w Moodlu jest niemożliwe albo wymaga specjalistycznej wiedzy – korzysta z jednej w z wielu dostępnych platform pozwalających na tworzenie interaktywnych, multimedialnych ćwiczeń, student ma opcję zrobić te ćwiczenia uczciwie i z pożytkiem dla siebie, ale może też znaleźć na Githubie skrypt, który tego rodzaju ćwiczenia rozwiązuje za niego. Wystarczy pobrać i uruchomić.

Same zajęcia są też nieco łatwiejsze do zniesienia, na przykład podobno nie ma w ogóle tak zwanych wejściówek, czyli szybkich testów czy sprawdzianów na początku zajęć. Nauczyciele (a przynajmniej część nauczycieli) są bardziej pobłażliwi w egzekwowaniu obecności, punktualności i aktywności na zajęciach. Przeważnie zgadzają się też przedłużyć termin wykonania zadania lub oddania projektu. Dużo łatwiej jest także studiować dwa kierunki równocześnie, także na różnych uczelniach.

Część studentów podkreśla, że studia przez internet są prawdziwą szkołą życia i przygotowują do wyzwań, które ich czekają w życiu zawodowym. Wielu z nich będzie w przyszłości pracować zdalnie, przynajmniej częściowo, więc doświadczenie tego rodzaju jest dla nich bardzo przydatne i to zarówno dzięki możliwości poznania narzędzi (tak sprzętu, jak i oprogramowania), ale także nabycia pewnych nawyków i umiejętności przydatnych w telepracy. Zdalne studia uczą samodyscypliny, nikt nie stoi nad tobą i nie pilnuje, byś rzetelnie pracował, musisz się sam do tego zmusić i stale to kontrolować. Kształtuje to też samodzielność i niezależność, uczy organizowania się w efektywny sposób. Lepsze zarządzanie czasem i to, że w ogóle ma się więcej czasu, nie oznaczają koniecznie, że ten czas musi być przeznaczony na rozpustę czy swawolę. Można poświęcić go na pracę nad samym sobą, można także nawiązać lepszą więź z Bogiem.

Generalnie rzecz biorąc, łatwiej jest pogodzić pracę i studia. Można studiować, będąc w pracy. Tak jak podczas wykładu można kosić trawę, opróżniać szambo czy robić zakupy, tak nawet podczas ćwiczeń, na których prowadzący wymaga włączenia kamery, można siedzieć w słuchawkach przed komputerem i kodzić, jednocześnie sprawiając wrażenie, że pilnie się uczy przez całe ranki (popołudnia i wieczory).

Studenci pierwszego roku podkreślają, że jest im o wiele łatwiej zaliczyć WF. Mają niespotykany wcześniej wybór aktywności do zdeklarowania, a nauczyciel wychowania fizycznego rozlicza ich z nich na podstawie śledzenia tej aktywności przy użyciu dedykowanej aplikacji. Kto chce, decyduje się po prostu na długie spacery. Inni uprawiają jogging, pływają, można też zdecydować się na różnego rodzaju sporty i gry, także zespołowe, możliwości są praktycznie nieograniczone, a pożytek z tego jest chyba większy niż wówczas, gdy przed pandemią forma zajęć bywała narzucana.

Część studentów mówi, że dzięki nauce przez internet czują się bezpieczniejsi. Ponoszą mniejsze ryzyko infekcji nie tylko COVID-19, ale także innymi chorobami. Nie dźwigają ze sobą książek, zeszytów i laptopów, nie nadwyrężają kręgosłupów. Jeśli jesteś nieśmiały, łatwiej jest się odezwać podczas zajęć, gdy zajęcia są przez internet. Jeśli nie masz ochoty udzielać się towarzysko, nie musisz. Ba, nikt tego nawet nie zauważy. Podobnie jak nikt nie zauważy, że jesteś dziwakiem, co w normalnych warunkach nie umknęłoby uwadze reszcie roku. Łatwiej jest także unikać kontaktu z ludźmi, których wolimy nie spotykać na naszej drodze. Jeśli lubisz swojego kota albo psa, możesz go trzymać na kolanach i głaskać podczas zajęć.

Konieczność przestawienia się na naukę online wymusiła rozwój umiejętności komputerowych u studentów i nauczycieli, zmodernizowała cały system edukacji w zupełnie nieoczekiwanym tempie, nie stałoby się to, gdyby nie pandemia. Przed studentami i profesorami otworzyły się drzwi, które inaczej pozostałyby zamknięte. Developerzy udostępniają swoje aplikacje na preferencyjnych warunkach, dość powszechne jest udostępnianie licencji na profesjonalne oprogramowanie za darmo na czas pandemii, a przynajmniej ograniczenie restrykcji nakładanych na darmową wersję oprogramowania. Wiele osób, tak studentów jak i nauczycieli akademickich, dokonało znaczących inwestycji w swój warsztat pracy. Komputery, kamery, mikrofony, szerokopasmowe łącza internetowe. Poznaliśmy całe mnóstwo narzędzi i platform, o których nie mielibyśmy pojęcia, gdyby nie pandemia.

W kilku grupach, niezależnie od siebie, pojawił się argument, że podczas zajęć można w każdej chwili wyskoczyć przez okno, jeśli nam tylko przyjdzie na to ochota. Nie wiem, na ile to był poważny argument.

Studenci pozytywnie postrzegają to, co na początku pandemii wydawało nam się być zmorą nauczania zdalnego. Mówią, że wpadki, które zdarzają się na zajęciach i wyciekają do internetu, stają się memami i bawią ludzi, a w końcu to dobrze, gdy ludzie mają się z czego śmiać. To jeden z memów ze mną, z moich zajęć.

Zalety zdalnego nauczania

Od połowy marca prowadzę zajęcia zdalne w czasie rzeczywistym, w godzinach wynikających z harmonogramu. Wszystko wskazuje na to, że to trudne wyzwanie, przed którym stanęliśmy u zarania pandemii, będzie trwało dłużej niż rok (przymierzamy się już do układania planu zajęć na semestr letni i zakłada on, że lektorat nadal będzie się odbywać przez internet). Zarówno w debacie publicznej, jak w rozmowach prywatnych przeważają głosy krytyczne, kwestionujące jakość i skuteczność zajęć online – czy to z naturalnej skłonności do narzekania, czy to ze związanych z sytuacją stresów, napięć czy wręcz depresji, czy to w oparciu o rzeczywiście negatywne doświadczenia. Niejako dla kontrastu, dla pocieszenia, a może ku refleksji postanowiłem się podzielić kilkoma pozytywnymi spostrzeżeniami. Pewnie, że chciałbym, jak wszyscy, aby ta przeklęta pandemia jak najszybciej się skończyła i żebyśmy wszyscy wrócili na kampus i uczyli w klasie, ale są pewne aspekty uczenia online, których mi będzie brakowało, gdy już wrócimy. Może warto sobie zdać sprawę z tego, że there’s a silver lining even to this pandemic cloud.

Na początek muszę zastrzec, że moje spostrzeżenia są charakterystyczne dla określonej grupy wiekowej – studentów pierwszego i drugiego stopnia studiów – i mogą być zupełnie nietrafne dla innych grup wiekowych. Zdaję sobie sprawę z tego, że przed zupełnie innymi problemami stoją rodzice i nauczyciele dzieci w nauczaniu początkowym, i absolutnie tego nie porównuję, choć także i w ich sytuacji można pewnie znaleźć jakieś dobre strony na osłodę, ku pokrzepieniu. Nie bez znaczenia jest także fakt, że po depresyjnych i spirytystycznych doświadczeniach poprzedniego semestru, gdy część studentów włączała kamery, a część kryła się za awatarem (bywa że nie mającym wiele wspólnego z ich rzeczywistą fizjonomią) czy wręcz za ikoną z inicjałami, wprowadziłem od października bezwzględną zasadę, że na zajęciach wszyscy mamy włączone kamery i sprawne, prawidłowo skonfigurowane mikrofony. Gdyby nie to, część moich pozytywnych doświadczeń nie miałoby miejsca albo straciłoby na wyrazistości. Oto trzy przykłady, które jako pierwsze przyszły mi na głowy, na pozytywne aspekty uczenia przez sieć.

Przede wszystkim praca w parach i grupach, jakże naturalna metoda podczas nauki języka obcego. W klasie robi się hałas i rozgardiasz, ludzie wzajemnie się zakłócają, przekrzykują, podkradają też sobie pomysły. Gdy nawet podejdę do jakiejś grupy, nie zawsze rozumiem wszystko, o czym mówią, bo zakłóca mi to hałas z innych grup. Im bardziej zaawansowana grupa, a tym samym im bardziej ciekawe i autentyczne to, o czym mówią, tym jest gorzej. Online jest zupełnie inaczej. Sam podział na grupy jest łatwiejszy, nie wymaga przemieszczania się po klasie, przesuwania stołów i przestawiania krzeseł, automatycznie można to zrobić w kilka sekund. Następnie każda grupa pracuje sobie oddzielnie, ich rozmowa nie jest zakłócana hałasem z innych grup. Raz zdarzyło mi się na piątym roku wejść do grupy, w której właśnie wszyscy szczerze dzielili się radosną nowiną, że żaden z nich nie ma pojęcia, co było na zajęciach przed angielskim, gdyż każdy tylko wstał, zalogował się, żeby mieć obecność, a następnie poszedł spać (nie włączają tam kamer). Raz też wszedłem, a oni wszyscy o koronawirusie, bo okazało się, że – całkiem przypadkowo – przydzieliłem do czteroosobowej grupy samych chorych i przebywających na kwarantannie. Ale przeważnie rozmawiają na temat, robią to, co mieli robić, a jeśli mieli rozwiązać jakiś problem, to nie odgapiają pomysłów od innych, bo są w tym pokoju czy kanale sami (pewnie, że mogliby to obejść, ale nie zauważyłem, żeby kombinowali);

Druga sprawa – frekwencja. Nie wiem, jakie Wy macie doświadczenia, ale moi studenci po prostu chodzą na te zajęcia bardziej sumiennie, niż chodziliby, gdyby one były na Wydziale. Wiosną zwróciłem uwagę studentce, że nie wypada leżeć w łóżku na angielskim, na co się dowiedziałem, że ma gorączkę 38.5 i leży w łóżku, bo jest chora. Gdy jej powiedziałem, że nie musi w takim razie przecież być na angielskim, zaparła się, że jak najbardziej musi, bo jej się bardzo nudzi, a poza tym chciała się z nami zobaczyć. Od tamtej pory nie zwracam już nikomu uwagi na leżenie w łóżku na angielskim (co zresztą rzadko się zdarza). W ubiegłym tygodniu spytałem się studenta chorego na COVID-19, czy naprawdę chce pisać klasówkę w tej sytuacji, na co natychmiast padło zapewnienie, że da radę i że w ogóle już się dobrze czuje. Kilka dni temu dostałem maila od studentki z pytaniem, czy może następnego dnia o 12:00 wyłączyć na chwilę kamerę, bo ma teleporadę u lekarza. Oczywiście odpisałem jej, że nie musi w ogóle przychodzić w tej sytuacji na zajęcia, albo może z nich zwyczajnie wyjść wcześniej, ale przecież Ci wszyscy ludzie w normalnych warunkach, poza pandemią, w ogóle by nie przyszli na angielski. Leżeliby chorzy w domu albo byliby u lekarza. W ubiegłym roku na drugim stopniu pod koniec każdy już sobie wykorzystywał te swoje przysługujące mu nieobecności, więc bywało, że wiatr hulał po sali między mną i nielicznymi gośćmi, którzy mieli jeszcze coś do załatwienia. I w sumie się nawet im nie dziwię ani nie mam żalu, bo skoro np. Kamil musiał półtorej godziny jechać autem na moje poranne zajęcia, po czym wracał do domu, to piątek był dla niego dniem straconym z punktu widzenia pracy. W tym roku na drugim stopniu jest kilka osób, które chodzą na zajęcia i ze swoją grupą, i z grupą równoległą, która chodzi z nimi na zmianę. Większość z nich pracuje zdalnie, elastycznie regulują swój czas pracy, więc jeśli ktoś ma ochotę, przychodzi na angielski w obu grupach. Tak nigdy nie było, gdy zajęcia odbywały się na kampusie.

I wreszcie kontakt. Paradoksalnie, ja mam z moimi studentami lepszy kontakt na zajęciach przez internet. Tutaj każdy siedzi w pierwszej ławce. Dosłownie każdy. W klasie niektórzy są schowani za filarem, siedzą w ciemnym rogu. Nie wiem, co robią, gdy się odwrócę tyłem do nich. Przez internet widzę każdy gest, uśmiech, złość, skrzywienie twarzy. Pracuję na dwóch ekranach i na jednym z nich zawsze ich widzę, a z drugiego korzystam, jeśli coś razem piszemy albo jeśli coś sobie udostępniamy. Nie chodzi o to, żebym ich jakoś pilnował i terroryzował. Jak widzę, że któryś z nich odebrał telefon, zdjął słuchawki i rozmawia z dziewczyną czy współlokatorem, albo wyszedł na moment (te sytuacje zdarzają się, ale nie tak często, by utrudniało to pracę), nie próbuję mu zadawać pytania, bo wiem, że mnie w tym momencie nie słyszy. Dzięki temu nie mamy znanego z memów wywoływania duchów na naszych lekcjach. Widzę, kto łączy się z komputera, a kto ze smartfonu, więc nie proszę o niektóre rzeczy tych drugich, bo wiem, że im trudniej. Wiele rzeczy komunikujemy sobie bez włączania mikrofonu, takich organizacyjnych. Np. jak czekam, żeby wszyscy otworzyli książkę tam, gdzie trzeba, to pytam, czy już każdy ma, a oni kiwają albo kręcą głowami. W niektórych grupach spodobało im się to może infantylne trochę podnoszenie ręki przy pomocy myszy, jak się coś chce. 🙂

Są pewne rzeczy, na które nie ma co narzekać. W każdej sytuacji są pozytywy i to nauczanie zdalne, na które przeważnie utyskujemy, też takie ma. Ale fakt, oby się jak najszybciej skończyło. Mógłbym jeszcze wymienić kilka innych rzeczy, które przyszły mi do głowy, ale poprzestanę na tych zupełnie moim zdaniem bezdyskusyjnych i niezaprzeczalnych (choć rozumiem, że nie w każdej grupie wiekowej tak to wygląda i że każdy ma tu trochę inne doświadczenia).

Średniki

Dostałem wczoraj długiego maila od byłego studenta, programisty. Na koniec, w podsumowaniu, Marcin pisze:

Wyszedłem już z wprawy pisania, a każde zdanie najchętniej kończyłbym średnikiem.

Piękne. It really made my day.

O wektorach

Po wielogodzinnej uczcie intelektualnej, w której ze zdumieniem słuchałem między innymi tego, jak młodsi ode mnie o ćwierć wieku informatycy rozmawiają o Dantem i jego „Boskiej komedii”, kilku najbardziej wytrwałych wyszło na poranny tramwaj i pokłócili się. Jeden z nich, Kamil, pisze do mnie: „Oni pojechali tramwajem w zły zwrot!!!”.

Komunikat wprawił mnie w chwilowe zdumienie, ale za moment nastąpił podziw i intelektualny zachwyt. No tak. Tramwaj linii 52, bez względu na to, czy jedzie na Osiedle Piastów, czy na Czerwone Maki, kierunek ma jeden. Jak wektor. Natomiast zwroty są zupełnie różne.

To był przykład tego rodzaju języka, jakiego informatycy używają bez przerwy. Oni są do bólu precyzyjni. Potocznie może się mówi, że tramwaj jedzie w kierunku takim czy innym. Ale tramwaj po obu stronach ulicy, na obu przystankach, jedzie w tym samym kierunku. Najwyżej zwrot dany skład ma inny. Elementarne pojęcia z dziedziny matematyki i fizyki.

Nie masz pojęcia, o co chodzi? Nie próbuj nawet iść i uczyć angielskiego młodych inżynierów. Polegniesz. Pozostań na planecie Dantego, chociaż ona tym informatykom też nie jest obca…

Królewska sesja

Odbyliśmy wczoraj ostatnie normalne planowe zajęcia w tym semestrze w jednej z grup. Jesteśmy jeszcze umówieni, ale to już tak poza planem, z kilkoma innymi, ale to już takie niedobitki, studenci, którym czegoś brakuje do zaliczenia i potrzebne im są dodatkowe spotkania. Większość wczoraj była głęboko przekonana, że czeka ich sesja we wrześniu, choć prowadzący nazywa się Lipiec, ale jestem dobrej myśli i trzymam za nich kciuki, by jak najszybciej rozpoczęły im się wakacje, a także by we wrześniu mieli czas na pracę domową z angielskiego. Wydaje się, że niektórzy z nich też mają w sobie odrobinę optymizmu…

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Studia Tagi

Google przed sesją

Im bliżej sesji, tym więcej zawsze maili, na które odpowiadać przychodzi z delikatnym zniecierpliwieniem. Szczególnie drażnią te, w których studenci pytają o rzeczy wcześniej z nimi samymi ustalone, dostosowane do ich własnych życzeń i preferencji, np. gdy umówisz się z nimi na specjalny, dodatkowy termin właśnie dla nich, ale oni sobie zapomną zapisać, kiedy. Albo gdy pytają o rzeczy ogólnodostępne dla każdego na stronie internetowej instytutu, na drzwiach przed pokojem konsultacji, w wiadomości wysłanej do nich na mail grupowy i udostępnionej na grupie w mediach społecznościowych.

Na jeden taki mail dziennie można odpowiedzieć, ale gdy ich przychodzi kilkanaście, coś może w człowieku pęknąć i cierpliwości zabraknie. A przecież nie każdy student ma ochotę rozsierdzić wykładowcę przed sesją lub w jej trakcie, nie każdy może sobie także pozwolić na taką bezpośredniość w stosunku do prowadzącego, jak Jakub z C2, który spytał mnie wczoraj, czy jestem szesnastoletnią dziewczynką przeżywającą rozterki z chłopakiem. Jest prosty sposób, by nie podpaść osobie, która ma Ci dać zaliczenie, i warto z niego skorzystać przed napisaniem maila.

Jeśli jesteś studentem innego kierunku niż informatyka stosowana, być może bardziej przemówi do Ciebie poniższa instrukcja.

Kolejna wieczerza

Wyjątkowo wzruszyło mnie to zdjęcie. Mogłem już takich zdjęć dostać wiele, ale to w sumie jest pierwsze. Dla mnie wygląda jak „Ostatnia wieczerza”  Leonarda da Vinci, tylko jadła i trunków brak, za co Marcina serdecznie przepraszam. Zgadza się, tu zawaliłem. Wybacz.

Przy okazji pozwalam sobie zaprosić wszystkich na imprezę organizowaną przez nasze koło naukowe 4 grudnia w Sali Konferencyjno – Wystawowej „Kotłownia” Politechniki Krakowskiej. Tym razem będzie strawa duchowa, ale będzie też to i owo dla ciała.

ITAD (IT Academic Day) Politechniki Krakowskiej odbywa się już po raz dziesiąty, to jubileuszowa edycja. Aż dziwne, że nadal mieścimy się w Kotłowni… Kto wie, może za rok konieczny będzie powrót do Muzeum Lotnictwa, w którym ta cykliczna impreza odbywała się przed laty…

Juwenalia

Jak co roku na wiosnę, dbamy o bezpieczeństwo i higienę pracy. W każdym razie nasi studenci bardzo dbają.
Miłej zabawy, zwłaszcza tym, którzy poza studiami nie mają póki co żadnych obowiązków. To Wam (zwłaszcza tym z informatyki) bardzo szybko się skończy. Korzystajcie, póki to jeszcze możliwe.

Swastyka z pinezek

Mniej więcej od sesji toczę grotestkową walkę z kimś, kto przy naszym pokoju lektorskim w Czyżynach uparcie tworzy z aktualnie nieużywanych pinezek na tablicy ogłoszeń swastykę. Wygląda mniej więcej tak:

Gdy zobaczyłem to „dzieło” po raz pierwszy, w kraju dotkniętym okupacją hitlerowską w szczególnym wymiarze, ba, kilkadziesiąt kilometrów od Oświęcimia, z którego to miasta w dodatku wielu studentów studiuje na naszym wydziale, niektórzy nawet dojeżdżając codziennie, nie potraktowałem go poważnie i po prostu wypiąłem większość pinezek z tablicy i położyłem je na półce pod nią.
Od tamtej pory jednak już trzykrotnie ktoś zadał sobie „trud”, by „odbudować” „zniszczoną” przeze mnie swastykę na tej samej tablicy, na której koleżanka Kasia wiesza swoje genialne wierszyki poświęcone wymowie angielskiej. Dwa tygodnie temu „przerobiłem” swastykę na polską lotniczą szachownicę, w tym tygodniu połowę pinezek zdjąłem i zabrałem do wnętrza zamykanego na klucz pokoju, by uniemożliwić rekonstrukcję.
Widząc wytrwałość kogoś, kto te swastyki nam przed drzwiami tworzy, zaczynam mieć wątpliwości, czy to tylko głupi dowcip, czy jednak nie coś więcej. Wiem, że i na pierwszym i na drugim roku mam studentów bardzo inteligentnych i otwartych, studentów z drugiego i trzeciego stopnia nie podejrzewam o to, by mieli czas przesiadywać pod naszym pokojem lektorskim i nudzić się w stopniu wystarczającym, by bawić się tam w takie „artystyczne” instalacje. Ale może się mylę?
Cóż, patrząc na klimat dyktowany przez władze naszego kraju, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że prędzej mnie ktoś oskarży o propagowanie faszyzmu poprzez umieszczenie na blogu zdjęcia w niniejszym wpisie, niż ktoś się zajmie faszystami od lewa do prawa, od Gdańska po Jasną Górę, otwarcie manifestującymi swoje poglądy w Polsce coraz bardziej im pobłażliwej, o ile nie przyjaznej.

Anonimy prywatne i służbowe

Ten wpis ukazał się po raz pierwszy w 2009 roku. Od tamtej pory nieaktualna stała się tylko jedna rzecz – nikt już nie wysyła esów. Reszta bez zmian.

Co roku z okazji czy to świąt, czy to Nowego Roku, dostaję dziesiątki anonimowych SMS-ów, czasami z numerów, których w ogóle nie znam. Nauczyłem się już na te wiadomości nie odpisywać, bo kilkakrotnie skończyło się to tak, że anonimowy nadawca nie chciał mi się przedstawić, dopóki ja mu się nie przedstawię, a potem okazywało się, że w ogóle mnie nie zna i że rzekomo nie wysyłał mi życzeń.
Takie zabawne incydenty można jednak potraktować z przymrużeniem oka i nie wynikają z nich żadne negatywne konsekwencje czy nieporozumienia.
Mam jednak elektroniczne – czy to przez SMS, czy email, czy komunikator – kontakty o charakterze służbowym z setkami uczniów, studentów, nauczycieli. Bywa, że dostaję wieczorem pytanie o to, co trzeba przynieść następnego dnia na angielski albo jaką ktoś dostał ocenę z wypracowania. Nie zawsze wiem, kto mi to pytanie zadaje, bo nie każdy raczy się podpisać, a niektórym zdarza się zmieniać numer telefonu za każdym razem, gdy zmieniają dziewczynę. Z kolei adresy mailowe typu zorro@serwer.com czy duzy.wacek@buziaczek.com niewiele mówią o tożsamości nadawcy. Nazwa użytkownika na serwerze potrafi zresztą być bardzo myląca, bo znam pewnego łysego brodacza o identyfikarze „malutka”.
Niewielu konfiguruje sobie pocztę mailową tak, by ich pełne imię i nazwisko wyświetlało się w polu „OD”, co pozwalałoby łatwo zidentyfikować nadawcę, a jeśli nawet system pocztowy zmusza ich jakoś do tego, to pozostają uparcie anonimowi i w rezultacie mam już bodajże czterech uczniów o imieniu i nazwisku „Dawid Fotka.pl”.
Te do pewnego momentu zabawne sytuacje stają się żałosne, gdy trzeba załatwić coś naprawdę poważnego – przesłać mi na przykład jakąś ważną wiadomość, pracę na zaliczenie, wypracowanie czy cokolwiek, w czym imię i nazwisko nadawcy są dla nas obojga bardzo istotne. Tymczasem bywa, że ktoś się naprawdę napracuje, prześle mi pracę, a ja nie wiem, od kogo ona spłynęła i kogo za nią nagrodzić. To tak, jakby połowa klasy oddała niepodpisane klasówki albo połowa abiturientów nie nakleiła kodu szkoły i numeru PESEL na swoim egzaminie maturalnym.
A dzisiaj dostałem od kogoś dramatycznego maila, że nie wie jeszcze dokładnie, czego mu brakuje, żeby zaliczyć semestr. Ale nie mam pojęcia, czy jest to kobieta, czy mężczyzna, a tym bardziej, jak się nazywa, więc nie będę w stanie odpowiedzieć na postawione w mailu pytanie.
W tych anonimowych elektronicznych listach rozwesela jeszcze jedno. Ludzie bardzo się boją podpisać się lub przedstawić w treści bądź nagłówku maila, ale zupełnie im nie przeszkadza, że korzystają z darmowych kont mailowych w portalach utrzymujących się z reklam doklejanych do wiadomości. Najzabawniejsze są maile, jakie otrzymuję z darmowych kont w Interii i w Wirtualnej Polsce. Bywa, że w mailu są dwie linijki tekstu i raptem dziesięć słów, a potem jest obszerna reklama, której treść w dodatku nijak nie przystaje ani do treści maila, ani do charakteru mojej znajomości z nadawcą maila.
Ostatnio notorycznie dostaję na przykład maile, których stopki zachęcają mnie do skorzystania z rewelacyjnej oferty, dzięki której w ciągu niespełna miesiąca opanuję podstawy języka angielskiego, a kilka tygodni temu dostałem od studenta praktycznie pustego maila ze stopką reklamową zachęcającą mnie do tego, abyśmy w ramach oszczędzania wody kąpali się odtąd razem.
Internetowe pragnienie anonimowości, netykietowa ignorancja i komputerowy analfabetyzm nie są chyba jednak zbiorami całkowicie rozłącznymi.