Wielu moich followersów (wiecie, że jednym ze znaczeń wyrazu follower jest wyznawca?) i stałych czytelników to moi byli i obecni studenci, w tym studenci informatyki. Może niektórych z nich zainteresuje informacja, jeśli jej jeszcze nie znają, o odbywającej się 27 kwietnia o 18:00 w Browarze Lubicz imprezie dla krakowskich programistów JavaScript. Będzie to turniej Yggdrasil Coding Challenge. Konkurs, organizowany przez krakowski oddział Yggdrasil, zrywa ze znaną formułą hackathonu (imprezy nawiasem mówiąc nieobcej moim studentom i byłym studentom), a w zamian proponuje system pucharowy złożony z kilku etapów rywalizacji.
Uczestnicy konkursu poznają temat zadań tuż przed rozpoczęciem kolejnych rund kodowania. Uczestnicy będą walczyć o konsolę PlayStation 4 oraz okulary VR. Spotkanie rozpocznie prezentacja na temat animacji 3D.
Wydarzenie jest otwarte zarówno dla tych, którzy chcą wziąć udział w konkursie jak i zainteresowanych samą prezentacją. Wszyscy, którzy chcą dołączyć do spotkania, powinni potwierdzić swoją obecność dołączając do wydarzenia na Facebooku (trochę mnie to zniechęca, bo nie mam konta na tym portalu, ale cóż, ja tam się zgłaszać nie będę).
Uczestnicy konkursu dodatkowo muszą dokonać rejestracji na meetup.com. W obu przypadkach liczba miejsc jest ograniczona, więc decyduje kolejność zgłoszeń.

Moi Koledzy i Koleżanki Matematycy z Politechniki Krakowskiej w najbliższym czasie będą oficjalnie żegnać dr Pawła Michalca, który nie będzie już pracować na uczelni, ale który - mam nadzieję - będzie jeszcze długo cieszyć swą obecnością i zaangażowaniem tych, którzy mają ten przywilej, by z nim obcować. Ufam, że chociaż jeden czytelnik mojego blogu jeszcze nie rozliczył się z fiskusem i przekaże 1% swojego podatku na dalsze zmagania Dumbledore'a z Politechniki Krakowskiej z bezlitosną chorobą, więc pozwalam sobie powtórzyć wpis sprzed trzech lat, opublikowany w czasach, gdy dr Michalec regularnie inspirował nas do pracy swoją wzorową postawą i relacjami ze studentami, nawet tymi, którzy z zaliczeniem matematyki mieli pewne trudności.

Są takie popołudnia i poranki, świty i zmierzchy, gdy Wydział Mechaniczny Politechniki Krakowskiej zdaje się przypominać Hogwarts, chociaż budynki mają bryłę daleką od takiej, którą dałoby się skojarzyć z zamkiem. Na tym zdjęciu na przykład brązowy kolor elewacji zmienił się tak magicznie, że chwila ta uwieczniła się w mojej pamięci, nie tylko na fotografii. Nawet widoczna w kadrze latarnia przywodzi na myśl skojarzenie z lampami, które na samym początku cyklu o Harrym Potterze czarodziejskim sposobem gasi - jedną po drugiej - Albus Dumbledore na ulicy Pokątnej.
Nad niektórymi z pracujących na Wydziale ludzi unosi się aura magii porównywalna do tej, jaka wisi nad dyrektorem Hogwartsu. Jedną z takich osób jest doktor Paweł Michalec. Studenci odnoszą się do niego z niezwykłą, naturalną życzliwością, a jego cierpliwość w tłumaczeniu im zagadnień matematycznych nawet podczas poprawiania niezaliczonego kolokwium nie ma chyba sobie równych. Urzekające jest też to, z jakim spokojem i zrozumieniem studenci przyjmują od niego wyjaśnienia dotyczące popełnionych przez siebie błędów.
Za późno się zorientowałem, że Pawłowi Michalcowi może pomóc 1% naszego podatku. Zostało jeszcze parę tygodni na złożenie rocznej deklaracji podatkowej i pewnie nie ja jeden miałem rozterkę, dla kogo przeznaczyć ten swój 1%. Ale jeśli ktoś z Was jeszcze się nie rozliczył, a jednocześnie nie zna żadnej organizacji pożytku publicznego, której warto przekazać parę groszy, serdecznie zachęcam do wpisania w swoją deklarację organizacji o wpisie do rejestru KRS 0000055578 z podaniem celu szczegółowego "Paweł Michalec". To nie będą zmarnowane pieniądze, a doktor Michalec odda je z nawiązką swoją zaangażowaną pracą ze studentami, szerząc zamiłowanie braci inżynierskiej do matematyki.

Pierwszym billboardem, jaki zobaczyłem natychmiast po pożegnaniu Zuzanny w ubiegłym miesiącu, była gigantyczna, jasno oświetlona na tle zimowego wieczoru nad Kapelanką reklama filmu, o którym wcześniej w ogóle nie słyszałem, a który właśnie wchodził na ekrany. Trudno nam było się oprzeć wrażeniu, że to znak.

DSC_0043

Film nadal można jeszcze zobaczyć w kinach, a jego reklamy spotkać na każdym kroku. Dziś mogę tylko przekazać uściski dla Eli i Kingi oraz dla strażników magnolii.

1

DSC_0045

Kultowe miejsce, w którym spędziłem - między stołami i grzebiąc na półkach - niezliczone godziny.
Reklama widoczna na zdjęciu przykuła moją uwagę i uważam, że jest poruszająca, choć z tego, co widzę w internecie, budzi mieszane uczucia u osób, które ją zauważają. Po powrocie do domu zainstalowałem sobie nawet aplikację Głównej Księgarni Naukowej przy ulicy Podwale 6 w Krakowie, ale do samej księgarni... nie wszedłem. Nie żebym już w ogóle nie czytał, czytam chyba nawet więcej niż dawniej. Spieszyło mi się, poza tym od jakiegoś czasu nie wyobrażam sobie kupna książek inaczej niż przez internet, a i czytanie na urządzeniu, które mam akurat pod ręką, a synchronizuje się stale z innymi, eliminuje powoli z listy moich lektur zupełnie niewygodne pozycje papierowe, których urok - kryjący się choćby w magii wrażeń dotykowych i zapachowych - nadal jeszcze doceniam...
Bardzo się zmieniłem, bardzo zmienił się świat. W Głównej Księgarni Naukowej na Podwalu spędzałem długie godziny w czasach, gdy byłem w wieku moich obecnych studentów. Tych samych, którzy dziś stoją w kolejce do swego rodzaju filii GKN, sklepu papierniczego przy ulicy Szlak 50 (wejście od Warszawskiej), by wydrukować lekturkę, z którą idą na mój dyżur.
Gdy patrzę na ten skok w aplikacje mobilne, na jaki Główna Księgarnia Naukowa się zdecydowała, widzę, że firma się rozwija, myśli o przyszłości i za kilkanaście lat swoich setnych urodzin się chyba doczeka. Zastanawiam się, na ile ja się jeszcze staram nadążać za moimi studentami i czy zaszedłem cokolwiek do przodu od czasu, kiedy - w ich wieku - robiłem tłok między stołami i regałami na Podwalu 6. I czy jest sens liczyć na setne urodziny, jeśli nie próbuje się dotrzymywać tempa tym, którzy nas przeganiają. A jeśli nie da się już dotrzymywać tempa, to trzeba się chociaż starać nadążać za nimi wzrokiem...

2

Trochę zdziwiony po rozmowie z kilkunastoosobową grupą dorosłej młodzieży o zamiłowaniach artystycznych, że nikt z nich nie ma najmniejszego pojęcia nie tylko o akcji książki Raya Bradbury'iego "Fahrenheit 451", "Nowym wspaniałym świecie" Aldousa Huxleya, ale nawet nie rozumie podstawowych moim zdaniem symboli i skrótów myślowych naszej kultury wywodzących się z "Roku 1984" George'a Orwella, słucham Jakuba, studenta I roku informatyki, absolwenta Zespołu Szkół Łączności przy Monte Cassino w Krakowie, prezentującego opracowany na "lekturkę" tekst techniczny. Mając w pamięci świeże doświadczenie z nieoczytaną grupą humanistów, bez żadnej nadziei na sensowną odpowiedź, w ramach odpytywania go ze słówek w przygotowanym przez niego tekście, proszę po angielsku o wyjaśnienie, czym się różnią w swoim znaczeniu przymiotniki "utopijny" i "antyutopijny". Ku mojemu zdumieniu, Jakub zaczyna szczegółowo wyjaśniać, rzucając przy okazji tytułami książek i filmów i streszczając je pokrótce.
Innym razem, po całej serii snapów, na których były student, także informatyk, pokazuje się z jakąś niezwykle sympatyczną niewiastą w mniej i bardziej intymnych ujęciach oraz podczas mniej lub bardziej hucznej zabawy, piszę mu na Skypie, że sądząc po snapach, jest - niczym Dorian Gray - z każdym dniem coraz młodszy. Artur przyznaje mi rację, że czuje się coraz młodszy, ale jego reakcja na moje spostrzeżenie kończy się konstatacją, że do Doriana Graya lepiej go nie porównywać, bo on za swoją młodość płacił straszną cenę i psuł się od środka.
Do niedawna nie interesowałem się w ogóle operą i nie doceniałem ani zaklętej w niej potęgi emocji i ekspresji, ani sztuki wokalnej, ani innych aspektów artystycznych. Na szczęście w ostatnich tygodniach zaczęło się to zmieniać i obejrzałem między innymi "Il Trovatore" Verdiego. Inaczej w ogóle bym nie zrozumiał, co do mnie mówi jeden ze studentów informatyki, gdy powiedział, że "nie ma co się przejmować niczym Leonora i Manrico w czwartym akcie". Zaprawdę, spadł mi kamień z serca i odetchnąłem z ulgą, że Piotr użył porównania nawiązującego akurat do tej opery, a nie do jakiejś innej, której jeszcze nie zdążyłem poznać. Muszę się naprawdę pospieszyć, jest jeszcze tyle różnych rzeczy, o których nie mam pojęcia, a przecież chodzę po tej planecie już czterdzieści cztery lata... A czymże jest moja wiedza o Verdim czy Puccinim przy wiedzy, jaką muszą mieć dwie studentki instytutu M-7, które w wolnych chwilach dorabiają sobie pomagając przy choreografii i scenografii w krakowskiej operze...

Od niedawna, w każdą środę o godzinie 11:00, prowadzimy w naszym akademickim Radio Nowinki cykliczną audycję Wokół języka. Jutro pierwsza z trzech audycji, w których dwaj moi studenci z Białorusi i Ukrainy będą opowiadać o swoich doświadczeniach studiowania w Krakowie.
Dzięki streamingowi, radia można słuchać na całym świecie.

Na Dworcu Głównym w Krakowie pojawiły się takie oto profesjonalnie wykonane tabliczki zakazujące palenia. Problem w tym, że warstwa ikonograficzna precyzowałaby komunikat tekstowy, gdyby był on wyrażony tylko po polsku. Po polsku bowiem palimy zarówno tytoń, jak i e-papierosy. Natomiast po angielsku są to dwie różne czynności, smoking w przypadku papierosów tradycyjnych i vaping w przypadku elektronicznych.
Praca tłumacza, tak samo zresztą jak i nauczyciela, wymaga wielkiej pokory. W czasach, kiedy przeciętny polski trzydziestolatek mieszka w Wielkiej Brytanii, zagonieni studenci II stopnia znajdują podwykonawców do żmudnej roboty programistycznej w Indiach i innych krajach Dalekiego Wschodu, a studenci I stopnia grają pomiędzy przerwami na naukę w sieci z kolegami z Japonii, Islandii, Kanady i wielu innych krajów, do których pewnie nigdy nie pojadę, trudno się dziwić, że są takie rzeczy pod słońcem, o których filologom się nie śniło, a które moi studenci wypatrzą i na które zwrócą uwagę.

Dostałem SMS-em, w Snapach, na Hangoutach i na WhatsAppie kilka zaproszeń na jutrzejszy Protest Studentów na Rynku Głównym w Krakowie.

Dziękuję za zaproszenia, ale nie mogę wziąć udziału w #proteststudentow i #studiujeprotestuje. Mam w tym czasie ostatnie (w tym semestrze i w ogóle) zajęcia z grupą 12K1, nikt z nich nie zaprosił mnie jutro na Rynek, więc widocznie traktują moje jutrzejsze zajęcia bardzo poważnie i część z nich będzie chciała coś na nich załatwić.
Wyraziłem swoje poparcie w petycji online. Mogę także obiecać, że jeśli ktoś z grupy 12K1 nie jest jeszcze dopuszczony do egzaminu albo nie sfinalizował jeszcze kwestii swojego zwolnienia z tego egzaminu czy jakiejkolwiek innej sprawy związanej z zaliczeniem mojego przedmiotu, a chciałby jutro być na Rynku Głównym, na pewno znajdziemy jakieś wyjście z tej sytuacji i umówimy się w terminie, który będzie dogodny dla obu stron i z niczym nie będzie kolidować. Choćby w najbliższą niedzielę. Wystarczy się odezwać.

 

Przy rondzie u wjazdu do miasta już drugi odcinek okazywania czułości Ilonie przez Bartka.

DSC_0016

Jestem zaintrygowany niejednoznacznością przekazu. Czyżby Ilona nadal łamała serce Bartkowi? A może Bartek i Ilona sklejają już swoje popękane serca? Nie jestem pewien, jakie przesłanie płynie do nas obecnie z billboardu.