Tag: Andrzej Duda

Polski przywódca z Londynu

Sadiq Khan, burmistrz Londynu, opublikował dzisiaj kondolencyjnego tweeta w języku polskim. Szkoda, że z takiej okazji, ale tak oto człowiek stojący na czele społeczności będącej domem wspólnym wielu Polaków napisał tweeta sensownego, na poziomie i bez błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych. Bardzo mi kogoś takiego w naszej rzeczywistości w kraju brakuje. Tragedia, do której doszło wczoraj w Gdańsku, była przewidywana i wieszczona przez wielu od dawna. Czy zrobiliśmy cokolwiek, by jej zapobiec, czy brnęliśmy ślepo niczym ćmy do lampy, by ziścić najczarniejsze scenariusze? Czy wyciągniemy z tej tragedii jakieś wnioski? Bardzo chciałbym nie wątpić w to, że nam się uda.

To jest bul

Ze sporą krytyką spotkały się redakcyjne skróty Żeromskiego na tegoroczne Narodowe Czytanie, imprezę od lat inicjowaną i wspieraną przez Prezydenta Rzeczypospolitej.

Ale ktoś, kto prowadzi konta głowy państwa w mediach społecznościowych, dał urzędowi prezydenta dzisiaj jeszcze większy powód do wstydu.

„Co raz”? Może niech pracownicy prezydenta trochę więcej czytają. Albo mniej piszą. Albo jedno i drugie. Bo wychwalając literaturę i polszczyznę, co widać na załączonym obrazku, potrafią polszczyznę obrazić mimo limitu znaków na Twitterze.

https://t.co/yrs0BU45iL

Gdy widzę, jak utrzymywane z moich podatków instytucje i urzędy państwowe popisują się niekompetencją, mam wrażenie, że to jest naprawdę państwo teoretyczne. Pytaniem retorycznym pozostaje, czy Andrzej Duda jest lepszy jako głowa państwa niż jego pracownicy jako mistrzowie ortografii.

Kremówki w Starym Sączu

Nie mogę się nadal otrząsnąć po wystąpieniu Prezydenta Rzeczypospolitej w Starym Sączu. Nie wysłuchałem go w całości, bo w ogóle nie planowałem słuchać, po prostu znalazłem się przypadkowo w sytuacji, w której nie dało się uniknąć mniej lub bardziej świadomego przyswajania sobie mądrości, jakimi Głowa Państwa raczyła się podzielić z narodem, suwerenem, odbiorcą TVP Info czy jak chciał, tak zwał.
Usłyszałem, że Pan Prezydent jako dziecko jeździł na wakacje do Starego Sącza, na trzy lub na dwa miesiące. Jak już chodził do szkoły, to na dwa miesiące. Że chodził z dziadkiem po szóstej rano do kościoła. Że służył do mszy, zupełnie jak jego stryjowie (obaj, chociaż o drugim przypomniał sobie Prezydent po chwili). Przezabawne, ale za rogiem był sklep. Po mszy dziadek wchodził na zakupy i kupował pieczywo, masło i ser biały. Ludzie szli przez Rynek masowo w kierunku stacji kolejowej, ze wszystkich stron się zlewali w jeden pochód maszerujący na pociąg do pracy do Nowego Sącza. Pan Prezydent nie pamięta, czy mieli do pracy na siódmą, czy na siódmą piętnaście, ale jeździli codziennie do pracy w nowosądeckich Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego. Przy ulicy Jagiellońskiej, której nazwę ktoś Panu Prezydentowi szczęśliwie podpowiada, ktoś tam mieszkał. Chodziło się na lody. Jakaś tam pani, przywołana z imienia i nazwiska, była „ciocio-babcią” Pana Prezydenta. Była przemiła.
Słuchałem tego z niedowierzaniem. Wyciągnąłem dwa wnioski. Po pierwsze, cóż taki człowiek mógłby powiedzieć o przestrzeganiu prawa i Konstytucji, o bieżących problemach narodu i państwa? Z jaką mógłby wyjść inicjatywą, by pogodzić zwaśnione plemiona naszej ojczyzny? Jak miałby odpowiadać przed Trybunałem Stanu za zarzuty, które zdają się być formułowane wobec niego w zupełnie innym języku niż ten, który jest mu znany i bliski? Po drugie, muszę pamiętać o tym niechlubnym wystąpieniu i przypominać sobie o nim za każdym razem, gdy przyjdzie mi do głowy zrobić dygresję podczas zajęć ze studentami. Jestem wykładowcą, nie prezydentem. A już na pewno nie papieżem, żeby mieć prawo opowiadać o kremówkach i być przy tym nadal ciekawym, sympatycznym i rzeczowym. Będę się odtąd bardzo starał.

Premiera Smoleńska

Krakowscy grafficiarze (choć to może zbyt dumne słowo w tym określonym przypadku) entuzjastycznie przyjęli premierę lansującego teorie spiskowe filmu „Smoleńsk”.

Cr2YXWkXEAAbTqT

Nieładnie tylko, że ktoś pozwolił sobie tak zniekształcić nazwisko Prezydenta RP, w końcu to głowa państwa. Nie należy jej porównywać do części ciała nieszczególnie dumnej, nawet jeśli przez wielu pożądanej.

Środki wyrazu

Mija rok kontrowersyjnej prezydentury Andrzeja Dudy i jego zwolennicy i przeciwnicy prześcigają się w komentarzach i szafowaniu zaletami i wadami głowy państwa. W dyskusji tej niektórzy mają pretensję do jednego czy drugiego komentatora o użycie zbyt mocnych słów lub zbyt obrazowych porównań.
No ale co począć. Są takie sytuacje, gdy trzeba być wyrazistym. Na przykład jeśli masz garaż w centrum Krakowa, a chcesz mimo to bez przeszkód wyjechać z niego samochodem albo – przeciwnie – zaparkować wracając do domu, nie można przebierać w słowach.

DSC_0048

Trybuna Ludu

Wiecie, co mają ze sobą wspólnego poniższe profile z Twittera? Tak, to osoby, które obserwuje Prezydent Andrzej Duda.

Prezydent śledzi łącznie wpisy 777 osób. Czytanie ich przemyśleń musi mu codziennie zabierać sporo czasu. Nareszcie mamy władzę, która wsłuchuje się w głos ludu. Prawdziwego ludu.

Autobusy i tramwaje

Kilka dni temu mieliśmy rocznicę tego dnia, kiedy szwaczka Rosa Parks, wracając do domu autobusem, była tak zmęczona, że zignorowała prawo, usiadła i nie chciała ustąpić miejsca białemu pasażerowi, chociaż sama była kolorowa. Została wówczas aresztowana za naruszenie przepisów obowiązujących w środkach transportu publicznego.
Nasza Rosa Parks, Henryka Krzywonos, nie była pasażerką. Zatrzymała prowadzony przez siebie tramwaj w pobliżu Opery Bałtyckiej, a tym samym rozpoczęła strajk trójmiejskiej komunikacji publicznej w 1980 roku. W tym tygodniu próbowała przypomnieć posłom parlamentarnej większości, że 35 lat temu walczyliśmy o wolność i demokrację, którą teraz trwonimy i pozwalamy jej przeciekać sobie między palcami.
A potem, także w tym tygodniu, zwrócił się do nas Prezydent Wszystkich Polaków (przynajmniej w swoim mniemaniu wszystkich) i powiedział nam, że jest ładna pogoda.
Dzisiaj, po sześćdziesięciu latach, nie chce się wierzyć, że w cywilizowanym kraju, za jaki uważamy Stany Zjednoczone, mogła w 1955 roku funkcjonować poniżająca i uwłaczająca ludzkiej godności segregacja rasowa. Nie chce się wierzyć, że w 1980 roku w Polsce panował ustrój socjalistyczny, a niektórzy dygnitarze partii rządzącej w Polsce w 2015 roku byli wówczas działaczami komunistycznego aparatu.
Ciekawe, ilu naszych potomnych będzie pamiętać, że 3 grudnia 2015 była ładna pogoda albo że energicznie gestykulująca głowa państwa tłumaczyła obywatelom, że mogą się obyć bez parasola. I ciekawe, czy przyszli historycy będą o Andrzeju Dudzie, Prezydencie Niektórych Polaków, pisać równie złotymi zgłoskami, co o Rosie Parks albo o Henryce Krzywonos…

Lingwiści wśród polityków

W ostatnich dniach polscy angliści stanęli przed nie lada wyzwaniem, są bowiem ot nagle „in the spotlight” w samym środku kampanii wyborczej, w której oto „patrioci” zarzucają „liberałom”, że ci nie uważali na lekcjach języka angielskiego i że „nie odrobili lekcji” z tego przedmiotu.
Dowiadujemy się bowiem, że jedna z partii „dała ciała” używając sloganu „GO WEST” na jednym ze swoich plakatów czy billboardów, jako że słowa te – zgodnie z wiedzą łatwo dostępną w internetowych (i nie tylko) słownikach – są wyrażeniem idiomatycznym oznaczającym zgon, śmierć, zepsucie i odejście w niebyt.
No cóż, może „patrioci” nie mogą się już doczekać oddania rządów przez „liberałów”, ale prawda jest taka, że idiomy mają to do siebie, że bazują częstokroć na zamierzonej dwuznaczności wyrazów, na zaskakującym zestawieniu znaczeń i skojarzeń, i że niejednokrotnie – poza znaczeniem idiomatycznym – mogą być użyte dosłownie albo w jakimś zupełnie nieoczekiwanym kontekście (na przykład ironicznym).
Platforma Obywatelska wcale nie „dała ciała” sloganem „GO WEST”, chyba że przebój Village People z lat siedemdziesiątych, znany bardziej ze swojego coveru w wykonaniu duetu Pet Shop Boys, wydaje wam się smutny i pesymistyczny. Miło, że propaganda prawicowa umie korzystać ze słowników języka angielskiego. Gdyby jednak się trochę bardziej przyłożyła i skorzystała także z wiedzy pozasłownikowej, może dostrzegłaby, że można – ku zadowoleniu swoich wyborców – przyłożyć PO z zupełnie innej strony. Z kolei PO chyba nieświadomie odwołuje się do wyborców, którzy – w ślad za Krystianem Legierskim – dali się oszukać Andrzejowi Dudzie i zagłosowali na niego w wyborach prezydenckich. No chyba, że PO świadomie mobilizuje mniejszości seksualne, jak sądzicie?

Mam nadzieję, że nikt nie napuści spin doktorów prawicy na użycie „true colours” do promowania biało – czerwonych symboli albo czystości rasowej (np. w walce z tzw. „islamistami”). To by było dopiero zabawne. Dwie wiodące siły polityczne w kraju walczące krypto-metodami o elektorat LGBT…

Głosujmy nie głosując

Nie idę na referendum. Włodzimierz Cimoszewicz, podobnie jak ja, ma ambitne plany na weekend. Ma zamiar cieszyć się tym, że przyroda, korzystając z długo oczekiwanych opadów, odżywa. Tego samego życzę wszystkim moim czytelnikom (co wolno mi jeszcze robić przez niecałe dwie godziny, bo później będzie cisza wyborcza).
Nie róbcie niczego, zwłaszcza w niedzielę, co wymaga okazania dowodu osobistego lub innego dokumentu ze zdjęciem i z numerem PESEL. Szkoda czasu. Szkoda nerwów. Świat jest zbyt piękny, życie jest zbyt ciekawe, szkoda marnować wszystko na jakieś demagogiczne brednie.
Włodzimierzowi Cimoszewiczowi i pozostałym 53 senatorom, którzy postanowili dzisiaj, że 25 października nie będzie kolejnej szopki, serdecznie dziękuję. Mam do tego prawo, bo to na między innymi mój podpis powołują się ci propagandziści, którzy – wydaje się chyba nie tylko mnie – najbardziej ucieszyli się dzisiaj z decyzji Senatu. Od razu uderzyli w jakieś niewyobrażalnie nadęte tuby swojej propagandy, waląc w monumentalne cymbały iście pneumatycznymi młotami. Pewnego pięknego dnia odeślemy tych wszystkich wymachujących pięściami kosmitów w kosmos.
Miłej niedzieli wszystkim. Z dala od wszelkich lokali wyborczych. Dajmy odpocząć także tym ludziom, którzy będą w nich w niedzielę pracować.

Chore referenda

Panowie prezydenci, były i obecny, potraktowali nas jak idiotów i wymyślili sobie – w ramach kampanii wyborczej – referenda. Zapomnieli, że w myśl polskiej konstytucji, referendum ogólnokrajowe ogłasza się w sprawach fundamentalnej wagi ustrojowej. Od tego, czy zrobić chodnik, oczyszczalnię ścieków albo olimpiadę zimową w Krakowie, są referenda lokalne. Dlatego ani w jednym, ani w drugim referendum (o ile do tej parodii demokracji dojdzie do skutku) nie mam zamiaru brać udziału. Mam też nadzieję, że Senat RP przynajmniej w przypadku tego drugiego referendum zachowa zdrowy rozsądek i zahamuje chore ambicje Prezydenta.
Bronisław Komorowski zachował pozory przyzwoitości. Dwa z zadanych przez niego pytań mają charakter faktycznie ustrojowy i mają jako taki sens. Pytanie o jednomandatowe okręgi wyborcze, których gorącym przeciwnikiem jestem z oczywistych względów (to marnowanie 70% głosów wyborców), było jedynym postulatem programowym Pawła Kukiza, kandydata na urząd Prezydenta RP, który zgromadził jedną piątą głosów wyborców i zajął trzecie miejsce w wyścigu o urząd Głowy Państwa. Fakt, że Platforma Obywatelska od lat postuluje to samo i udało jej się to zrealizować na poziomie wyborów samorządowych i wyborów do izby wyższej – Senatu Rzeczypospolitej – nie odbiera byłemu Prezydentowi prawa do zadania pytania o to w referendum. Jest to poniekąd ukłon w stronę kandydata, który zajął trzecie miejsce w wyborach prezydenckich, a który – poza tym jednym – nie miał i nie ma żadnych postulatów.
Pytanie o finansowanie partii ma już mniejszy sens, bo przecież nie można tego pytania zadawać w oderwaniu od pytania o system wyborczy i sposób liczenia głosów. Natomiast trzecie pytanie zadane przez byłego Prezydenta to już parodia, bo pytamy o coś, co w drodze ustawy zostało w tak zwanym międzyczasie rozstrzygnięte. Równie dobrze można by spytać Polaków o to, czy godłem RP ma być orzeł biały, a flaga ma mieć barwy biało – czerwone. Ba, takie pytania będą o wiele bardziej konstytucyjne.
To, co nam próbuje zafundować Prezydent Andrzej Duda, jest jeszcze gorsze. Nie próbuje on nawet zachować pozorów, że pyta o coś konkretnego i o fundamentalnym dla ustroju Państwa znaczeniu. Po prostu pyta o to, co będzie wygodne dla jedynie słusznej partii w nadchodzącej kampanii wyborczej do Parlamentu Rzeczypospolitej. Mam prawo wyrazić swoje oburzenie, bo między innymi na mój podpis w kółko się powołuje Pan Prezydent i jego ulubiona partnerka dialogu społecznego, pani wiceprezes jedynej słusznej partii, Beata Szydło. Tak, jestem jednym z tych sześciu milionów, którzy – nieświadomi popełnianego grzechu – dmuchnęli w żagle Pana Dudy.
Nie pójdę na referendum. Ani na pierwsze, Pana Komorowskiego, ani na drugie (o ile dojdzie do skutku), Pana Dudy. Jedno i drugie to kpina z demokracji, z konstytucji i z ustroju Państwa. To pierwsze w dwóch trzecich ma jako taki sens, to drugie jest zupełnie bez sensu. Pytanie o lasy państwowe to typowy chwyt Prawa i Sprawiedliwości, by wymyślić jakiś rzekomy problem i zrobić z niego aferę, choć w rzeczywistości problem w ogóle nie istnieje. I co, takie wydumane fikcyjne problemy zasługują na wydatek milionów złotych z budżetu Państwa?
Polska polityka jest na naprawdę żenującym poziomie. Osoby sprawujące poważne stanowiska w Państwie próbują nas pytać o to, czy wszyscy powinni być zdrowi i szczęśliwi, czy pogoda powinna być ładna, albo czy cukier powinien być słodki, a sól słona. Internet jest zresztą pełen memów wyśmiewających ideę referendów podczas tegorocznej kampanii wyborczej. Czy padać ma w lipcu czy w sierpniu? Czy chcesz płacić abonament RTV? Czy jesteś za tym, by każdy otrzymywał pensję minimalną w wysokości 5 tysięcy euro, także jeśli nie pracuje?
Wydaje mi się, że powinniśmy zarządzić referenda w zupełnie innej sprawie. Może po prostu trzeba zlikwidować to państwo i poprosić o włączenie do Rosji (tego się w końcu domaga Prawo i Sprawiedliwość proponując powrót do obowiązku szkolnego od siódmego roku życia) albo do Niemiec (tego się w sumie domaga połowa naszych obywateli, którzy – buntując się przeciw emigrantom z Afryki Północnej – chcą jednocześnie korzyści socjalnych dla siebie porównywalnych z tymi, jakie otrzymują obywatele RFN).
Pan Prezydent Lech Kaczyński był pod koniec swojej przedwcześnie zakończonej kadencji jednym z najgorzej ocenianych prezydentów w historii, chociaż – między innymi dzięki swojej małżonce – umiał się zdystansować od skrajnych poglądów środowiska politycznego, z którego się wywodził. Nie miał wówczas najmniejszych szans na reelekcję, chociaż ambitni twórcy jego legendy i legendy tak zwanej IV RP twierdzą inaczej. Panu Prezydentowi Dudzie życzę, by umiał się wzbić ponad tę monopartyjność, o jakiej sobie marzą Jarosław Kaczyński, Krystyna Pawłowicz czy Antoni Macierewicz. Prezydent, który będzie umiał uszanować obywateli nie będących katolikami ani nacjonalistami, nawet jeśli na niego nie głosowałem, będzie miał mój szacunek. I szacunek wielu innych ludzi.
Póki co, jakoś nie wierzę w to, by Pan Andrzej Duda na mój szacunek miał w przyszłości kiedykolwiek zasłużyć. A jego decyzje w sprawie referendum były niejako gwoździem do trumny nadziei szans na ten szacunek.