Kategoria: Angielski

Brakuje do giga

There is a band called 1023 MB.
You haven’t heard of them because they haven’t made it to a gig yet.

Piąty rok informatyki, grupa 41K7, twierdzi, że to suchar. Ale mi się ten dowcip bardzo podoba.
Jeśli go nie rozumiesz, widocznie nie wiesz, że „gig” to wyraz dwuznaczny. To skrót od „gigabyte”, czyli 1024 megabajty. Ale to także koncert, występ przed publicznością.

Totalne zanurzenie

Jak wiadomo, jednym z celów wysłania anglisty do kraju anglojęzycznego na kurs metodyczny jest swego rodzaju „zanurzenie” w tamtejszej rzeczywistości językowej. Nie będę twierdził, że niczego mnie ta brutalna immersja nie nauczyła, ale na każdym kroku po londyńskim bruku czułem pewną ironię w fakcie, że w wielokulturowej masie ludzi nie spotkałem zbyt wielu ludzi mówiących po angielsku lepiej od siebie. W metrze wszyscy wokół mówili zwykle po polsku, niemiecku, francusku, raz trafiłem na grupę Amerykanów rozmawiających z Australijczykiem o jego psie. Tubylcy chyba głównie milczeli ze słuchawkami na uszach. W restauracji, gdy jadłem obiad, prawie zawsze wokół mnie słychać było język polski. Gdy miałem problem z dogadaniem się z kelnerką i zaczynałem już powątpiewać w swoją znajomość języka, na jej piersi dojrzałem plakietkę z pięknym imieniem „Kasia”. Gdy usłyszałem słowo „Żywiec” wypowiadane przez sprzedawczynię w lokalnym sklepie podczas dostawy towaru, też do mnie dotarło, że nie wszyscy pracujący w tym sklepie imigranci to Azjaci, a rodzimego swojskiego Angola chyba nie było ani jednego.
Ale kiedy przechodząc koło centrum handlowego na odległym przedmieściu zobaczyłem przed sklepem operatora telefonii komórkowego reklamę „Beztroskiego 4G” zachęcającą mnie „Testuj naszą ofertę przez trzy miesiące bez limitu danych”, zatęskniłem trochę za Krakowem. I faktycznie, gdy w tym tygodniu szedłem Warszawską w kierunku Placu Matejki, dziewczyna przede mną rozmawiała z koleżanką przez telefon i piękną angielszczyzną tłumaczyła jej, że bardzo chciała się spotkać, ale coś jej wypadło, a za mną – równie piękną angielszczyzną – jakaś pani strofowała chłopczyka jadącego na rowerku, by trzymał się ścieżki rowerowej.

Odkrycie ortograficzne

Trzeba mieć albo niewyobrażalnego pecha, albo być wrednym i złośliwym niczym ja, by w pierwszym dniu pobytu w Londynie wpaść na tabliczkę z błędem ortograficznym umieszczoną na nieruchomości używanej przez rodzimych użytkowników języka angielskiego…

Hiperpoprawność

Ze śmiechu rozbolał mnie brzuch. A śmiech to zdrowie, więc polecam.
Przy okazji, znamienne, że z takim dużym naciskiem robimy ze studentami pierwszy rozdział „File’a” i kładziemy taki nacisk na to, by poprawnie formułowali pytania w różnych czasach, a twórcy tego filmu krótkometrażowego uznali, że infantylne pytanie (What’s virgin mean?) jest na tyle zabawne i zrozumiałe zarazem, że może być tytułem produkcji, chociaż jest niepoprawne.

Real life communication

Konwersatorium z metodyki. Pan magister za wszelką cenę, w bardzo autorytarny sposób, stara się nas zmusić do przyjęcia dwóch poglądów – że w klasie nie ma prawdziwej komunikacji i że nie da się przewidzieć środków językowych, jakich użyje nasz rozmówca do wyrażenia takich czy innych treści.

Nieautentyczna, nieżyciowa komunikacja w klasie, której przykładami są sztucznie układane dialogi u lekarza o wymyślonych dolegliwościach pacjenta, pytanie o drogę do wymyślonych kin, teatrów, muzeów, udawanie, że jest się kim innym, aniżeli się jest, że jest się gdzie indziej, niż w rzeczywistości. Konkluzja, dla której żadnych alternatyw pan magister nie dopuszcza: nauczyciel tak naprawdę ma zawsze w dupie to, o czym mówią jego uczniowie, sam również gada do nich bez żadnego zainteresowania, bez żadnych emocji, jest mu zupełnie wszystko jedno, co jedli na śniadanie – pyta, bo chce przećwiczyć słownictwo z zakresu artykułów spożywczych.

Dziewczyna, która prowadzi kurs konwersacyjny dla dorosłych, odzywa się, że na każdych zajęciach zdarza się jej rozmawiać o rzeczach, które obie strony w autentyczny sposób interesują, następuje rzeczywista wymiana informacji – o wychowaniu dzieci, o dobrym mechaniku itp. Ten argument nie pasuje do poglądów pana magistra, więc trzeba go szybko zgasić.

To prawda, że w klasie nie zawsze jest czas na ćwiczenie umiejętności mówienia i uczestnictwa w rozmowie. Ale to nieprawda, że wszystko, o czym rozmawiamy z młodzieżą, zupełnie nas nie obchodzi. W mojej szkole jest ponad tysiąc uczniów i wielu dojeżdża do szkoły samochodami. Gdy któregoś dnia rano ktoś się stuknął na skrzyżowaniu na dole przy wjeździe do szkoły z księdzem, rozmawiałem o tym na lekcjach. To prawda, ćwiczyliśmy w ten sposób relacjonowanie wydarzeń, w dodatku o tematyce bardzo typowej do drugiej rozmowy sterowanej w pierwszym zadaniu matury ustnej. Ale mnie naprawdę obchodziło, jak przebiegał wypadek, z czyjej winy do niego doszło, jakie były szkody, ile będzie kosztowała ich naprawa…

Mam 33 lata i nie wiem wielu rzeczy, które dla młodszych ode mnie o jedno pokolenie uczniów są chlebem codziennym. Gdy mi mówią o różnych takich rzeczach, słucham i uczę się. Obchodzi mnie to, jakie mają poglądy, jakiej słuchają muzyki, jakie oglądają filmy. Myślę, że kiedy przestanie mnie zupełnie obchodzić to, o czym mówią, i będę miał na uwadze wyłącznie stwarzanie sytuacji komunikacyjnych do ćwiczenia takiej czy innej funkcji językowej, będzie pora zmienić zawód.

Komunikacja na konwersatorium z metodyki była zupełnie nieautentyczna. Jej wyłącznym celem było doprowadzenie uczestników do poddania się tezom postawionym na początku zajęć. Jakiekolwiek dygresje lub argumenty podważające te tezy zostały zduszone w zarodku. W dodatku mimo całkowitego braku swobodnego wyrażania opinii uczestnicy konwersatorium zostali zbiorowo skrytykowani za bierność i obojętność.

« Poprzednia strona