Tag: wychowanie

Nauczyciel za dużo widzi

W sobotę w samo południe, na ruchliwym deptaku ulicy Karmelickiej pomiędzy śpieszącymi w różnych kierunkach ludźmi, w cieniu przejeżdżającego tramwaju, tuż przed siedzibą dużego niemieckiego banku, bez najmniejszej żenady obsikuje pień drzewa młody mężczyzna. Trudno powiedzieć, czy poza mną ktokolwiek to zauważył. Na ławeczce obok starszy pan czyta gazetę, z drugiej strony drzewka dwie starsze panie pochylając się nad wózkiem dziecięcym poprawiają dziecku poduszkę. W promieniu kilkunastu metrów od sikającego mężczyzny jest przynajmniej dwadzieścia bardzo zajętych sobą osób.
Mężczyzna kończy sikać, bez najmniejszego pośpiechu czy zakłopotania zapina rozporek, podnosi z ziemi jakieś torby i wolnym krokiem oddala się w kierunku Alej.
Z pobieżnej, poczynionej w ułamku sekundy obserwacji otoczenia wnioskuję, że poza mną nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na to, co się dzieje. I tak się właśnie zastanawiam, czy to nie jakieś skrzywienie zawodowe, jakaś belferska perwersja, widzieć kogoś czy coś nawet wtedy, gdy nikt inny tego nie zauważa i nikogo to nie interesuje.
Daleki jestem od pochwalania zwyczaju publicznego oddawania moczu. Ale czy ten mężczyzna sikał w centrum miasta w środku dnia dlatego właśnie, że jego wychowawca w szkole podstawowej nie zwracał mu uwagi, by należycie się zachowywać? Czy jeśli nagle przestaniemy zwracać naszym uczniom uwagę, by nie ciągnęli się za warkoczyki, nie opluwali się wzajemnie, nie bili się i tym podobne, wszyscy oni wyrosną na takich sikających na Karmelickiej żuli (nawiasem mówiąc, pan wyglądał bardzo elegancko)?
Mamy poczucie pedagogicznej misji i wydaje nam się, że od nas i wyłącznie od nas zależy, jaki człowiek za lat dwadzieścia czy trzydzieści stać będzie na przystanku na ulicy Karmelickiej. Niesamowicie wyolbrzymiamy swoją rolę i wydaje nam się, że od nas wszystko zależy.
Nie doceniamy zwykle innych ludzi, a jeśli nawet, to zwykle nie za życia. Nie potrafimy dostrzec w ludziach ich wewnętrznego pokładu dobra, ich wewnętrznego pragnienia do dokonania wyboru między tym, co godne potępienia, a tym, co godne pochwały. Wielu nauczycielom wydaje się, że jeśli nie da się po łapach komuś, kto ma brud za paznokciami, to tego brudu nigdy nie wyczyści. Że jeśli komuś da się wolną rękę, to na pewno zabłądzi i zejdzie na manowce. A przecież to są ludzie, jak i my, i zgodnie z definicją bycia człowiekiem oni sami muszą dokonywać wyborów.
Swego czasu poseł będącej u władzy w Polsce partii, która w dodatku miała swojego ministra edukacji, lansował w parlamencie ideę przywrócenia w szkołach kar cielesnych, a cała jego partia pragnęła uzależnić promocję do następnej klasy od oceny z zachowania (i odniosła w tym pewien, w rzeczywistości ograniczony czynnikami naborowo – subwencyjnymi, sukces). Życzyłbym panu (byłemu) posłowi, by przyszedł kiedyś do mnie na lekcję w technikum mechanicznym i spróbował wymierzyć karę cielesną któremuś z uczniów. Dostałby krótko mówiąc i prosto z mostu wpierdol i prawdę mówiąc nic więcej się moim zdaniem nie należy osobie, która – nie będąc w stanie na niczym innym oprzeć swojego autorytetu – buduje go na kiju.
Kraków to piękne miasto, które kocham naprawdę. To miasto, w którym afisze reklamujące premierę filmu sensacyjnego demaskującego ciemne karty historii Kościoła (Kod Da Vinci) patrzyły w oczy plakatów witających papieża Benedykta XVI podczas jego wizyty w siedzibie biskupstwa poprzednika. To miasto, w którym doświadczony tragedią osobistą ksiądz Ormianin porzuca wszelkie chrześcijańskie wartości i organizuje nagonkę na współbraci oskarżając ich o współpracę ze służbą bezpieczeństwa, wbrew papieskim homiliom zapominając o specyfice czasów, w których żyli ludzie starsi od niego i mądrzejsi, ludzie bez których wysiłków niejednokrotnie nie byłby w stanie dzisiaj organizować swoich konferencji prasowych. To miasto, w którym można sikać w samo południe na ruchliwej ulicy i nikt tego nie zauważy. To miasto, w którym można być kibicem Wisły lub Cracovii, ale można się spotkać razem na modlitwie o duszę odchodzącego starca, wielkiego człowieka, którego i tak się nie szanuje.
Kraków to miasto, w którym się dokonuje wyborów. W którym się jest człowiekiem. I jako takie, bardzo mi to miasto odpowiada. Nie urodziłem się tutaj, ale czuję się tutaj jak u siebie w domu.

Ten wpis to odgrzewany kotlet z 2006 roku.

Cholerny Owsiak

Ten wpis ukazał się 1 sierpnia 2006 roku. Od tamtej pory – niestety – zupełnie się nie zestarzał.

Jurek Owsiak jest wariatem nieszkodliwym, a nawet i pożytecznym. W styczniu tego roku na ratowanie życia dzieci poszkodowanych w wypadkach i naukę pierwszej pomocy jego Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zebrała prawie dziesięć milionów dolarów. Jurek i jego żona Lidia nie mają pewnie wiele życia poza tą wielką ideą, którą rozkręcili. A Jurek budzi dobro i empatię w młodych ludziach od tak dawna, że w międzyczasie zdążyła powstać i przeminąć III Rzeczpospolita.
Jurek Owsiak, podobnie jak ja zresztą, wstydzi się Polski takiej, jaka nas obecnie otacza. Ale kiedy na Przystanku Woodstock pod wpływem otaczającego go entuzjazmu zmienił zdanie i krzyknął do młodych ludzi „Jestem z was cholernie dumny”, mój ojciec zapewne prychnął z pogardą. I pewnie nie dlatego, a przynajmniej nie tylko dlatego, że nie umie sobie wyobrazić dumy z dziwnie ubranych i uczesanych nastolatków podrygujących w rytm muzyki, której nie rozumie. Powodem pogardy dla Owsiaka bardzo często jest to, jakich używa słów.
Niestety w dobie dość ograniczonych umiejętności w zakresie czytania ze zrozumieniem nie każdy się zastanawia nad tym, jakie treści mu są przekazywane, natomiast dość łatwo jest wychwycić pojedyncze słowa czy slogany i na ich podstawie oceniać wypowiedź, nawet jeśli ocena ta niewiele ma wspólnego z faktyczną treścią wypowiedzi. I tak często jest z wypowiedziami Jurka Owsiaka.
Gdy Jurek mówi „Róbta co chceta” do tego jego powiedzenia dopisywana jest jakaś satanistyczna wizja ludzi, którzy zwabieni tego rodzaju hasłem zaczynają masowo kopulować z kim popadnie, zażywać narkotyki i popijać alkohol. Jakby zło było esencją tego, co chce robić człowiek. Jakby człowiek tylko dlatego robił dobro, że nie wolno mu czynić zła. A gdyby mógł robić, co chce, to zaraz zacząłby kraść, mordować i oddawać się czynom lubieżnym. Bardzo smutna wizja świata i bardzo dziwny zbieg okoliczności, że taką wizję mają przeważnie ludzie wierzący w bardzo miłosiernego i optymistycznego Boga.
Gdy Jurek obwieścił, że jest cholernie dumny z uczestników Przystanku Woodstock, u wielu słuchaczy doszło do kolejnego przekłamania treści tej wypowiedzi, ponieważ wyraz „cholernie” spowodował jakieś zwarcie w ich korze mózgowej i zablokował dostęp do treści tego okrzyku dumy. A treść była przecież taka, że w tym kraju, w którym jest tyle powodów do wstydu, który Owsiaka wkurwia do tego stopnia, że przyznał to otwarcie i tymi dokładnie słowami, jest jednak coś, co napawa go dumą, radością, nadaje sens jego życiu i działaniom.
Język ma to do siebie, że oddaje emocje na rozmaity sposób. Czasem jest to użycie środków stylistycznych, czasem intonacja, a czasem nie da się czegoś oddać nie używając wulgaryzmów. Co ciekawe, wyraz wulgarny potrafi czasem wyrażać emocje skrajnie pozytywne. W moim systemie oceniania istnieją pewne mechanizmy dające dużą autonomię uczniom, którzy są aktywni i wykazują się osiągnięciami na tle klasy. Uczeń, który wielokrotnie wykaże się czymś wysoce ponad przeciętną, dostaje na kilka miesięcy premię w postaci pełnej swobody w decydowaniu o tym czego, kiedy i jak się uczy. Kiedyś gdy sprawdzałem jakąś pracę domową i chłopaki między sobą rozmawiali o tym, czemu Wojtek jej nie zrobił, jeden z uczniów wyjaśnił drugiemu, że Wojtek nie musi, bo jest … przechujem. I tak oto wyraz bardzo wulgarny został przez Tomka użyty w bardzo swoistym – pozytywnym – kontekście. Może tylko w takim wulgarnym wyrazie dało się zamknąć cały podziw, szacunek i zazdrość, jakie w tej sytuacji kłębiły się w Tomku?
Dlatego trochę mi szkoda Owsiaka. We wrogiej mu politycznie atmosferze pada ofiarą ludzi, którzy łapią go za słówka, ale tak naprawdę nie słyszą co mówi.

Upadek wartości

Ten wpis to recykling wpisu sprzed 11 lat. Ja już od dawna nie pracuję w szkole, Artur jest żonaty, Piotr ma dwójkę dzieci, a moja koleżanka nauczycielka może ma już większe doświadczenie.

Moja dwudziestokilkuletnia koleżanka nauczycielka opowiada mi o tym, jak pełni dyżury w męskiej toalecie pilnując, żeby jej siedemnasto- czy osiemnastoletni uczniowie nie palili w szkole papierosów. Jest oburzona, bo ostatnio któryś z nich oddawał mocz do pisuaru, gdy weszła do toalety, przez co utrudniał jej pełnienie dyżuru.
To straszne, że oni nic sobie z niej nie robią. Do czego to doszło, żeby uczeń nie krył się z tym, że pali papierosy. Oni powinni przecież udawać, że nie palą, powinni się z tym kryć, nie mówić o tym. A w ogóle tym gnojom to się w głowach poprzewracało. Wcale im nie przychodzi do głowy tuszować tego, że mają w kieszeni na tyłku paczkę papierosów, jej kształt wyraźnie się przebija przez spodnie. A jak się składają na wycieczkę to widać u nich w portfelach bardzo różne rzeczy – zdjęcia jakichś lafirynd tam mają, albo prezerwatywy. No przecież to się w głowie nie mieści.
A jakie żarty czasami się ich trzymają, o jakiej tematyce! Jak można się odezwać przy nauczycielu na takie dorosłe i kontrowersyjne tematy! No to już trzeba w ogóle wartości nie mieć żadnych.
Dlatego moja koleżanka bardzo to wszystko przeżywa, bo przecież gdzie jak gdzie, ale w szkole muszą być w końcu jakieś wartości.
Nie palę i bywa, że mnie odpycha smród papierosów od któregoś z moich uczniów. Zdarzyło mi się parę razy spytać w takiej sytuacji, co pali i czy zdaje sobie sprawę, że śmierdzi. Spytałem się kiedyś jednego dziewiętnastolatka, który wszystkie przerwy spędza prowadzając się po korytarzu z dziewczyną, a czasem zajmując się czym innym niż prowadzanie, czy nie wydaje mu się, że zmusza ją do całowania się z popielniczką.
Rozumiem też, że szkoła nie może pochwalać nałogów ani pozwolić na to, by niepalący nie byli się w stanie wysikać. Ale czy ten palący uczeń to naprawdę regenerat wyprany z wszelkich wartości?
Piotr nie wyparł się tego, że pali, przyznał, że dziewczynie to przeszkadza i ogranicza mu ona to palenie. I mówi, że może nawet dla niej przestanie.
Artur nosi w portfelu zdjęcie Jana Pawła II, a w tej samej przegródce ma prezerwatywy. Zwykle nie zaglądam do portfeli moich uczniów, ale mieszkałem z Arturem przez tydzień czasu podczas praktyki i zdarzało się nam czasem za coś razem płacić. Odbyliśmy nawet dość długą rozmowę na temat tego, czy papież i prezerwatywy w jednym portfelu nie kłócą się ze sobą. I to nie była rozmowa z człowiekiem bezmyślnym ani z człowiekiem całkowicie wypranym z wszelkich wartości.
Myślę, że życie to nie laboratorium, w którym ostrożny naukowiec pooddzielał od siebie wszystkie substancje i w hermetycznie zamkniętych naczyniach posegregował je bezpiecznie i poopisywał. Dobro i zło występują w życiu na przemian, a czasami trudno je od siebie odróżnić. Bywa, że jest mniejsze zło, albo zło konieczne, bywa że cel uświęca środki, a przynajmniej ktoś tak twierdzi.
Wierzę mocno, że każdy człowiek ma jakieś wartości, a także w to, że większość z tych wartości wszyscy mamy takie same. Norbert, który parę lat temu podczas seansu w Teatrze Bagatela po paru piwach zwymiotował, był bardzo porządnym uczniem i większość nauczycieli tak go pewnie wspomina.
Gdybyśmy nigdy nie popełniali błędów życie nie miałoby większego sensu. Popełnianie błędów jest przecież bardzo, bardzo dydaktyczne. Rozmowa na ten temat także.

Higiena w Sanoku

Każda wizyta na Podkarpaciu to dla mnie źródło inspiracji i powód do szczęścia i dumy.
Na przykład podczas wizyty w jednym z sanockich liceów przekonałem się, że na Podkarpaciu dba się o higienę, a tamtejsza młodzież musi raz do roku zmienić obuwie. Brawo!

2015-11-21 15.23.29

Polityka analfabetów

Polska polityka stoi na żenująco niskim poziomie i przerażające jest, jak łatwo dajemy się manipulować jako obywatele i jak podatni jesteśmy na jakąś niewyobrażalną zbiorową amnezję. Nośne, chwytliwe hasła sterują naszymi emocjami, nawet jeśli zupełnie nie oddają rzeczywistości ani nie tworzą spójnej całości.
Może za bardzo polubiliśmy komunikaty mieszczące się w standardowym SMS-ie czy tweecie i pozwalamy takim krótkim tekstom przejmować kontrolę nad naszymi umysłami. Widać to w kampaniach wyborczych, w których kandydaci i partie – zamiast przedstawiać program – ograniczają się do sloganów reklamowych. Producenci proszków do prania wysilają się chyba bardziej niż nasi politycy. W kampanii prezydenckiej większość głosów zebrali kandydaci (nie mówię wyłącznie o prezydencie – elekcie), którzy ograniczali się do rzucania frazesami, a ich wyborcze obietnice można by właściwie podsumować porównując je do urodzinowych życzeń zdrowia, szczęścia i pomyślności – konkretów w nich niewiele, a nie każdy składa je szczerze.
Patrzę na wpisy w mediach społecznościowych moich młodych znajomych rozentuzjazmowanych nowym ruchem politycznym skoncentrowanym wokół gościa, na którego koncertach podskakiwałem w ich wieku w Jarocinie, i ze zdumieniem widzę, że zjednoczył ich wokół siebie w zupełnie irracjonalny sposób. Pokładają w nim nadzieję, chociaż – sądząc po ich profilach, wypowiedziach i komentarzach – wszystko ich dzieli. Jedni są zajadłymi antyklerykałami, drudzy domagają się demokracji „religijnej” i biskupów w Senacie, jedni domagają się bezpieczeństwa socjalnego, drudzy są gospodarczymi liberałami, jedni chcą silnej pozycji Polski w Unii Europejskiej, inni domagają się wystąpienia z Unii. To co właściwie ich łączy poza wspólnym zużywaniem transferu i kreowaniem ruchu na profilu Pawła Kukiza?
Gdy oskarżany o bezprogramowość Kukiz wrzucił na swoim profilu postulaty Solidarności z 1980 roku, obserwujący go internauci zaczęli poważnie dyskutować o tym, co zawierały. Mało kto zwrócił uwagę na to, że w otaczającej nas rzeczywistości 2015 roku absurdalne jest domagać się prawa do swobodnego udziału w dyskusji dla każdego, skrócenia czasu oczekiwania na mieszkanie, zniesienia przywilejów dla Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa czy zlikwidowania reglamentacji towarów i usług, czyli tak zwanej sprzedaży „na kartki”. Podwyżka o 2000 zł dla każdego, emerytura dla mężczyzn od 55 roku życia i kobiet od 50 roku życia, a także trzyletnie urlopy macierzyńskie były w tej sytuacji postulatami względnie racjonalnymi.
Gdy Kukiz zaprosił do prowadzonej przez siebie debaty kandydatów drugiej tury wyborów prezydenckiej, proponując zasady, według których czasy przeznaczone dla poszczególnych uczestników debaty nie sumowały się w czas przewidziany na całą debatę, jeden z kandydatów propozycję od razu zaakceptował, a drugi – za pośrednictwem swojego sztabu – poprosił o wyjaśnienie nieścisłości. Zamiast cokolwiek wyjaśniać i poprawiać, Kukiz ogłosił natychmiast na portalu społecznościowym, że potrafiący liczyć kandydat odmawia udziału w debacie. Ten komunikat o wiele trwalej i skuteczniej przebił się do naszej zbiorowej świadomości, niż fakt błędów w zaproszeniu do debaty.
Gdy ci sami ludzie, którzy za swoich rządów z ogólnopaństwową pompą otwierali dwukilometrowy fragment obwodnicy jakiegoś miasta, oskarżają innych, którzy po cichu zbudowali setki kilometrów autostrad i tras szybkiego ruchu, o to, że nic nie robią, jest zabawnie. Jednak przykładem irracjonalnej złości na partię rządzącą, który najbardziej mnie śmieszy, jest desperacja niektórych organizacji gejów i lesbijek, które – rozczarowane faktem, że Platforma przez tyle lat nie doprowadziła do uchwalenia ustawy o związkach partnerskich – włączyły się otwarcie w kampanię kandydata, którego partia prowadziła wojnę o krzyż na Krakowskim Przedmieściu i rozważa karanie ludzi za in vitro. Niektórym wystarczyło jedno spotkanie Andrzeja Dudy z jakąś delegacją mniejszości seksualnych, by uznać, że będzie gotów wystąpić z inicjatywą mającą na celu tak zwaną „równość małżeńską”.
„Taśmy” nagrane przez „spółdzielnię kelnerów” spowodowały ponoć na scenie politycznej „trzęsienie ziemi”. Nie poczułem jakoś pod nogami najmniejszego drżenia, natomiast jakże obłudne jest używanie tych „taśm” w walce politycznej przez ludzi, których środowisko samo zostało odsunięte od władzy w atmosferze skandalu, skompromitowane między innymi nagraniami korupcji, kupczenia stanowiskami, a nagrania ujawnione zostały wówczas przez ich własnego koalicjanta, a nie jakichś kelnerów. Poza tym, czy kogoś naprawdę bulwersują treści tych rozmów w restauracji? Przy stole, przy alkoholu, każdy z nas prowadzi rozmowy, w których używa skrótów myślowych, metafor, żartów. Gdyby tak wyrwane z kontekstu wypowiedzi upubliczniać ze złymi intencjami, nie ostałoby się chyba ani jedno małżeństwo i ani jedna przyjaźń na tym świecie.
Muszę chyba na koniec napisać, że nigdy – nie licząc głosu na Andrzeja Szewińskiego w wyborach do Senatu – nie głosowałem na Platformę Obywatelską. Ale wybory do Senatu, zgodnie z ordynacją wyborczą, to właściwie krok w stronę JOW-ów, więc trudno nawet mówić, że to był głos na Platformę. Celem tego wpisu nie jest opowiedzenie się po jakiejkolwiek stronie sceny politycznej ani atak na kogokolwiek z polityków.
Celem tego wpisu jest apel do ludzi, którzy uczą na wszystkich etapach edukacji. Uczcie dzieci i młodzież czerpania radości z czytania i pisania, inspirujcie do tego, by świadomie analizować przyswajane treści. Nie zmuszajcie do bezrefleksyjnego wkuwania formułek i definicji. Slogany na wiaduktach i nad ulicami miast już kilkadziesiąt lat temu czyniły w naszych głowach podobną pustkę, jak teraz ograniczone liczbą znaków wpisy w portalach społecznościowych. Otwierajcie się na pytania i bądźcie gotowi na dyskusję, różnicę zdań traktujcie zawsze jak wyzwanie, a nie jak powstanie, które należy stłumić w zarodku. Gdy ktoś zakwestionuje coś, co dla was jest oczywiste, nie wyśmiewajcie jego opinii, tylko spróbujcie ją zrozumieć. Kto wie, może uda mu się was przekonać, nauczycie się czegoś i zmienicie zdanie? To największa radość, jaką można mieć w zawodzie nauczyciela. A gdy za lat kilkadziesiąt, siedząc wygodnie w fotelu przed telewizorem, zobaczycie polityków dyskutujących w kampanii wyborczej poważnie, z wzajemnym szacunkiem i dystansem do samych siebie jednocześnie, o sprawach ważnych, a nie o tematach zastępczych, używających argumentów merytorycznych, a nie emocjonalnych sloganów, będziecie mogli przypisać sobie chociaż maleńką część zasługi za to, że Polska zmieniła się na lepsze.

Lekcja w sprawie hymnu

Od paru lat narzekamy w pewnym wąskim gronie, że młodzież jest bierna, nie ma nic do powiedzenia, nie ma zdania, nie zajmują stanowiska w żadnej sprawie, nawet ich dotyczącej, i wszystko im jedno. Ze szkoły są niezadowoleni, ale nie robią niczego, by ją zmienić. Wiedzą, czego im w szkole brakuje, ale nie podejmują żadnych kroków, by wprowadzić zmiany.
Nadzieja przychodzi z najmniej oczekiwanej strony. Panowie z trzeciej klasy zawodówki przyszli do mnie ze starannie przygotowanymi teczkami posegregowanych dokumentów i wprawili mnie – pozytywnie, co mnie samego trochę zdziwiło – w osłupienie.
Od lat podczas uroczystości szkolnych odtwarzamy dość niechlujnie ucięty instrumentalny fragment hymnu państwowego, jedną zaledwie zwrotkę i refren, a następnie nieprzystający do niego zupełnie, długi fragment IX Symfonii Beethovena, mający stanowić odegranie hymnu Unii Europejskiej. Polski hymn jest urywany drastycznie, a po nim „Oda do radości” długo, długo się „rozwija”, by wreszcie, po zakończeniu głównego motywu, zostać wyciszona. Dysproporcja między hymnami Polski i Unii Europejskiej na szkolnych uroczystościach zawsze wydawała mi się estetycznie nieelegancka, ale – wstyd się przyznać – nigdy nie zależało mi na tym na tyle, by zabierać głos.
I oto nagle, po latach obojętności, do naszej szkoły trafiła młodzież, która poczuła się urażona niedostatecznym wyeksponowaniem „Mazurka Dąbrowskiego” na akademii z okazji Dnia Niepodległości. Okazało się, że w pierwszej klasie technikum są panowie, którzy chcieliby ten hymn śpiewać. Ba, gotowi są śpiewać trzy zwrotki. Zaczęli zbierać podpisy pod petycją, by hymn państwowy traktowany był podczas szkolnych uroczystości z należytym szacunkiem. Swoją szlachetną inicjatywą zarazili uczniów kilku innych klas i wspólnymi siłami zebrali już ponad setkę podpisów. Gdy koleżanki z grona pedagogicznego poddały w wątpliwość pomysł śpiewania hymnu i spytały, czy aby naprawdę panowie umieliby zaśpiewać więcej niż jedną zwrotkę, cała klasa stanęła na baczność, by dziarsko i bez cienia fałszu odśpiewać trzy kolejne zwrotki.
Gdy panowie z III klasy szkoły zasadniczej pokazali mi swoją petycję w poniedziałek, miałem mieszane uczucia. Odbyliśmy długą rozmowę, w trakcie której przekonałem się, że rozmawiam z kulturalnymi, świadomymi, oczytanymi ludźmi, których poglądy odbiegają wprawdzie od moich w wielu kwestiach, ale jesteśmy w stanie w wielu sprawach się zgodzić i porozumieć. Dla niektórych z nich Unia Europejska jest symbolem zła, a „Odę do radości” porównują oni z „Międzynarodówką”. Ale jednocześnie zgodziliśmy się szybko, że w swojej petycji niepotrzebnie pisali „unia europejska” z małej litery, a hymn Unii nazwali „jakąś piosenką”, bo w ten sposób na własne życzenie narazili się na to, by być nazywani nieukami i chamami przez osoby, które nie mają z nimi nawet ochoty porozmawiać i spróbować ich zrozumieć. Dość szybko zaakceptowali fakt, że nie z wszystkimi ich poglądami się zgadzam, a ja bez wahania przyznałem im rację, że byle jakie odtwarzanie instrumentalnego fragmentu hymnu nie stanowi należytego okazania szacunku symbolowi państwowemu. A skoro już osiągnęliśmy porozumienie, petycję podpisałem.
Panowie zrobili na mnie wrażenie (lekko przerażające może, ale jednak wrażenie) tym, jak świetnie są zorganizowani. Napisali petycję powołując się na artykuły z Konstytucji i cytując je, układając wszystko w przepełnioną miłością do Ojczyzny, logiczną całość. Swój wysiłek włożony w dyskusję o problemie na szkolnym forum internetowym udokumentowali zrzutami ekranowymi dyskusji, w których mazakiem zamalowali imiona i nazwiska autorów, by zanonimizować zarchiwizowane wypowiedzi. Ze zrzutów – niektórzy twierdzą, że sfałszowanych, ale w internecie wszystko jest do sprawdzenia – wynikało, że na forum zachowywali się kulturalnie i rzeczowo, a przez innych byli obrzucani obelgami. Nie wiedzieć czemu, to nie rzucający obelgi, a właśnie oni zostali na forum zbanowani.
Narodowcem nie byłem i nie jestem. Ale wzruszyło mnie, że oto nagle w szkole są uczniowie, którym nie jest wszystko jedno. Akademia nie jest dla nich złem koniecznym, nie próbują się z niej wymknąć cichaczem, przeczekać ją na parkingu, w parku czy pod sklepem. A będąc na niej, zwracają uwagę na to, co się dzieje. Ba, podejmują dyskusję o tym, z czego są niezadowoleni, wykazują inicjatywę. Uważam, że szkoła powinna docenić ich postawę i pozwolić im wziąć aktywny udział w naprawieniu sytuacji. Ludzie, którzy tak trafnie potrafili zdiagnozować problem, opisać go i wyrazić swój protest, znajdą też pewnie idealne rozwiązanie. W rozmowie ze mną wykazali się daleko idącą otwartością i umiejętnością pójścia na kompromis. Trzeba ich tylko wysłuchać, zrozumieć, i pozwolić im zrobić coś dobrego.

Niepostrzeżenie

W tym roku szkolnym uczę tylko w klasach trzecich i czwartych technikum. Moi uczniowie mają po osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia lat. Czasami na nich narzekam, mam do nich o coś tam pretensje, ale ostatnio przypadkowo odkryłem coś zaskakującego. Zupełnie przypadkiem.
Musiałem coś zrobić w pracy i przez to kilka godzin spędziłem w pracowni, w której kolega i koleżanka prowadzili lekcje z młodszymi klasami – pierwszymi i jedną drugą. Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, były jakieś takie dziecięce buzie panów w pierwszej klasie mechanicznej. W pierwszej chwili nawet myślałem, że to jakaś grupa dzieci odwiedzających naszą szkołę w ramach wycieczki. Potem jeszcze ze zdziwieniem zwróciłem uwagę na parę bardzo szczeniackich odzywek kilku dziewcząt z jakiegoś ekonomika.
I naszła mnie wtedy refleksja, że Ci moi panowie też tacy musieli być, kiedy się po raz pierwszy z nimi spotkałem. I nagle zrobiło mi się tak ciepło na myśl o nich. Że co by nie mówić, nie muszę już ich prosić, żeby nie gadali głośno podczas lekcji, żeby nie włazili ukradkiem na strony pornograficzne… Żeby, jak coś robimy, nie robili czegoś zupełnie innego, a jak już nawet robią coś innego, to przynajmniej robią to po kryjomu, dyskretnie, nie przeszkadzając innym. Że nie mają dziwnych odruchów w postaci nagłych wrzasków, podskoków, nie biją się ze sobą, nie puszczają nagle na cały regulator muzyki. Że zasadniczo nie ma z nimi takich bezpłodnych dyskusji. Że może nie pałają do mnie miłością, zwłaszcza jak ich zmuszam do czegoś, ale przez te trzy lata poznaliśmy się w takim stopniu i na tyle wypracowaliśmy jakieś metody współdziałania, że co najmniej dziesięć minut gadania i działań dyscyplinujących na lekcji kolegi i koleżanki u nas po prostu już nie ma miejsca.
I poczułem się nagle taki szczęśliwy, że ci moi uczniowie już są tacy dorośli i poważni… Oby mi się nie odmieniło, jak pojutrze wejdę do pracowni na lekcję z nimi.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed sześciu lat.

Poprawiny

Dzisiaj Michał przyszedł na angielski. Chyba trzeci raz w tym roku, chociaż już koniec października. A jaki grzeczny był! I do podręcznika się przysiadł, i tak dalej.
Po lekcji inni panowie wyszli już z klasy, a Michał jeszcze jakoś tak zwlekał… Podszedł do biurka, stał przez chwilę i przyglądał się, jak pakuję swoje szpargały. W końcu wykrztusił to z siebie i powiedział, że on już nawet nie pamięta za bardzo, co on mi mówił w niedzielę, jak dzwonił do mnie. Był na poprawinach, był naprany totalnie.
Michałowi najwyraźniej jest głupio. Ale to zupełnie bez sensu. W ogóle nie mam mu za złe, że w środku nocy z niedzieli na poniedziałek zadzwonił do mnie z poprawin i z trudem – nie z powodu tremy, a z powodu nadmiaru spożytego alkoholu – wyartykułował z siebie, jak bardzo pragnie, żebyśmy go nie wyrzucili ze szkoły; jak bardzo pragnie, żebym mu pomógł.
Nie pomogę mu. On sam musi sobie pomóc. Musi przychodzić na angielski, musi chodzić na inne przedmioty. Swój los ma w swoich rękach.
Natomiast trzymam za Michała kciuki. To jest bardzo fajny i mądry facet. I musi sam sobie dać szansę, bo my mu tu chyba wszyscy dajemy. Od tego zresztą jesteśmy.

Ten wpis to odgrzewany kotlet z 2005 roku. Michał ukończył szkołę, tak samo jak ukończą zapewne Wiktor, Paweł, Dominik, Klaudia czy Tomek.

Hymn zakazany

Z blogu kolegi belfra dowiedziałem się o inicjatywie posłów jedynej słusznej partii, polegającej na zobowiązaniu wszystkich szkół podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, by każdy dzień w szkole rozpoczynał się od uroczystego odśpiewania hymnu państwowego, oraz o decyzji Ministerstwa Edukacji Narodowej, które uznało, iż brak jest przesłanek merytorycznych do zobligowania szkół do takiej formy edukacji historycznej i patriotycznej. Tak kolega, jak i portal fronda.pl rwą włosy na głowie i dopatrują się w decyzji ministerstwa kolejnego przykładu na celową depolonizację naszej szkoły.
Przeczytałem uważnie, o co chodzi. Podobno „decyzją MEN zdumieni są wychowawcy, nauczyciele, historycy oraz członkowie organizacji kombatanckich i niepodległościowych.” Przypadkowo jestem i wychowawcą, i nauczycielem, i historykiem, jednak decyzja rządu zupełnie mnie nie zaskoczyła, jestem natomiast zdumiony tym, że komuś mógł przyjść do głowy pomysł, by wycierać sobie gębę „Mazurkiem Dąbrowskiego” i robić sobie farsę w postaci sprowadzania go do jakiegoś cyklicznego bezmyślnego ceremoniału rozpoczynającego każdy dzień w szkole. Na taki pomysł mógł wpaść tylko ktoś, kto szkołę widuje jedynie z daleka, z ósmego piętra swojego wieżowca, przesłoniętą parkiem i kilkoma blokami, i kto w dodatku wyobraża sobie, że szkoła jest tubą propagandową i nie ma do spełnienia żadnych innych funkcji poza przyklaskiwaniem pomysłom polityków. Nie wspominając już o takich drobiazgach jak fakt, że klasy potrafią zaczynać lekcje o różnej porze, a zdarza się nadal, że szkoły pracują na zmiany – często na siebie nachodzące.
Już widzę, jak zastanawiamy się nad powagą obligatoryjnego hymnu w sytuacji, w której ktoś spóźnia się na lekcję, bo nie dokończył papierosa, musiał dać popis palenia gumy na parkingu szkolnym, nie zdążył zjeść kebaba albo miał inny, mniej lub bardziej poważny powód, by nie stawić się punktualnie na rozpoczęcie lekcji. Jeszcze mi w zmaganiach z tymi patologiami hymn państwowy potrzebny…
Ale prawdziwym majstersztykiem jest akcja propagandowa mająca przekonać Polaków, że tą decyzją rząd zakazuje śpiewania hymnu w szkołach. Cóż to za gimnastyka logiczna, by z odmowy wprowadzenia obowiązku rozpoczynania dnia od śpiewania hymnu zrobić akt depolonizacji i przedstawiać ją jako formę zakazywania używania hymnu! Tak jakby hymnu nie śpiewano podczas szkolnych uroczystości, w momentach ku temu stosownych i naprawdę podniosłych. Cóż, może właśnie o taki zamęt w głowach chodziło. Bo przecież chyba nikt tak naprawdę nie wyobrażał sobie, że inicjatywa obowiązkowego zbiorowego śpiewania hymnu przez wszystkich uczniów codziennie rano ma jakiś sens.

Działania pozorowane

Mój kolega z blogosfery, Dariusz Chętkowski, pisze właśnie o działaniach pozorowanych w edukacji. Nie wchodząc w dyskusje o tak podniosłych sprawach, jak mój zacny kolega, chciałbym podzielić się refleksją na temat działań pozorowanych w zakresie bardzo przyziemnej, wydawałoby się jednoznacznej procedury, jak przyjmowanie usprawiedliwień od uczniów, którzy byli nieobecni w szkole.
Polityka wychowawców jest w tej kwestii zupełnie niespójna. Niektórzy bez pytania usprawiedliwiają ciągiem, jak leci, wszystkie nieobecności, o nic nie pytając. Przekłada się to oczywiście bardzo pozytywnie na statystyki i – pośrednio – na oceny ze sprawowania. Inni stosują konsekwentnie, do samej matury, wymóg składania pisemnych oświadczeń o przyczynie nieobecności podpisanych przez rodziców.
Wielokrotnie byłem świadkiem, jak uczniowie pisali – jeden drugiemu – lewe zwolnienia. W niektórych klasach są nawet etatowi pisacze zwolnień, potrafiący udawać różne charaktery pisma i niezwykle kreatywni w wymyślaniu powodów nieobecności. Gdy moi wychowankowie byli w pierwszej klasie, mieliśmy zasadę, że te oddane przez nich usprawiedliwienia zbieram i oddaję potem rodzicom. A mina niektórych rodziców oglądających wypisane przez siebie rzekomo zwolnienia jest, co tu owijać w bawełnę, bezcenna. Gdy stali się pełnoletni, próbowaliśmy znaleźć jakąś inną metodę, by ukrócić to „ściemnianie”. Przyjmowanie zwolnień tylko lekarskich, z policji czy sądu okazało się zupełnie nieżyciowe. Dyskusja o tym, czy kłamstwo o pogrzebie dziadka jest lepsze, niż prawda o tym, że dla kogoś suszenie tytoniu jest ważniejsze od siedzenia na kilku godzinach zastępstw czy innych bezużytecznych lekcji, też nie ma wielkiego sensu. Podobnie trudno od dorosłego ucznia, który na dojazd do szkoły musi sobie sam zapracować, wymagać, by podczas organizowanego przez szkołę z funduszy unijnych kursu spawania czy obsługi wózka widłowego zrezygnował z pracy i siedział w szkole od ósmej rano do wieczora.
Fikcję można oczywiście tworzyć, ze szkodą dla środowiska naturalnego i z pożytkiem dla kabareciarzy. Można na przykład dostać takie usprawiedliwienie, w którymś czyjaś „mama” uprzejmie prosi o to, żeby ją samą zwolnić na „wyjazd do Krakowa”. Tak jak „mama Łukasza” na załączonym obrazku. Tyle, że – zamiast szarpać się i szargać nerwy nad kwadraturą koła (która, jak wiadomo, jest niemożliwa) – lepiej od czasu do czasu coś, w granicach rozsądku, usprawiedliwić, a ewidentne ucieczki traktować jak ucieczki i nie dyskutować o nich w nieskończoność. Ja mogę czasem przymknąć oko na to, że ktoś miał kaca, ale gdy się uciekło całą klasą i pojechało „na wiadrę”, to może lepiej nie opowiadać o tym, jak to się zostało zmuszonym i „wyniesionym” ze szkoły przez kolegów. Miejmy wzajemnie szacunek dla swojego intelektu…

Następna strona »