Modlitwa na rozkaz

W czasie mojej rozmowy z uczniem klasy maturalnej, Tymoteuszem, całkowicie przypadkiem wypłynął nagle temat lekcji religii i etyki. Około dziesięciu osób z klasy Tymoteusza na religię nie chodzi.
Katechezę wprowadzono do szkół, gdy byłem w klasie maturalnej. Wcześniej chodziliśmy na religię popołudniami, dwa razy w tygodniu, do salki katechetycznej przy naszym kościele parafialnym. Bardzo mile wspominam te spotkania w salce z księdzem otwartym na nasze problemy i dyskusję o nich, z kolegami i koleżankami z podstawówki, z którymi nasze drogi się rozeszły. Była między nami prawdziwa więź, prawdziwa potrzeba uczęszczania na te rozpoczynane i kończone modlitwą zajęcia pozalekcyjne.
Gdy w maturalnej klasie nagle mnie tego pozbawiono, dając mi w zamian nudne i w autorytarny sposób prowadzone zajęcia z księdzem z obcej parafii, który poświęcił pierwsze spotkanie z nami na tłumaczenie nam destrukcyjnego wpływu masturbacji na prawie wszystkie organy wewnętrzne oraz na postępy w nauce, który jakiekolwiek próby rozważań nad tym, czy religia katolicka powinna być obecna w szkole, ugaszał z zapałem jednostki antyterrorystycznej, po paru tygodniach przestałem chodzić na religię. Ja, ministrant i lektor z wieloletnim stażem, skończyłem szkołę średnią nie uczęszczając na katechezę i nie otrzymując świadectwa kursu przedmałżeńskiego. Na religię przestał też chodzić mój kolega Maciej, ministrant z Jasnej Góry, a te osoby, które chodziły, często zmieniały życie księdza katechety w prawdziwe piekło.
W pierwszym roku mojej pracy w szkole średniej, w III LO im. Biegańskiego w Częstochowie, niejednokrotnie byłem w pokoju nauczycielskim świadkiem załamań nerwowych katechetki, która płakała całą przerwę, po czym znowu trafiała do klasy tylko po to, by być poniżaną i obrażaną przez uczniów, którzy na lekcjach innych nauczycieli zachowywali się jak aniołki, a na religii wstępował w nich diabeł.
Od kilku lat nie uczestniczę w mszach świętych inaugurujących rok szkolny i bywa, że wraz z innymi kolegami i koleżankami trzymającymi się z dala od ołtarza obrywam za to słowne cięgi. Przychodzę w dniu inauguracji do pracy, ale zaszywam się w pracowni w internacie by nie obrażać Pana Boga nieuważną modlitwą i brakiem skupienia. Po korytarzach, na parkingu za oknem snują się stada młodzieży stęsknionej za sobą po wakacjach, pokoje w internacie tętnią życiem podczas tej ceremonii. Niektórzy uczniowie zaglądają do pracowni porozmawiać, poopowiadać o wydarzeniach minionych kilku tygodni spędzonych z dala od szkoły, o planach na najbliższe miesiące, zdać relację z wakacyjnych praktyk, napić się kawy.
Zastanawiam się, co jest większym grzechem: zostawiać tych niezainteresowanych religijną ceremonią uczniów bez opieki czy zmuszać ich do uczestniczenia w tejże? I czy aby nie ma żadnej innej alternatywy?
W przyszłym tygodniu uczniowie klas maturalnych jadą na trzydniowe rekolekcje. W niektórych grupach tracę nawet cztery godziny. Pomyślałem sobie, bo uczę prawie samych maturzystów, że pojadę z nimi, to przynajmniej podczas śniadania czy po południu zmuszę ich do rozmawiania po angielsku, że trochę luźniej, ale się pouczymy. No to mam: w maturalnej klasie technikum mechanicznego pojedzie się modlić i rozmyślać czterech. Pozostali mają rekolekcje głęboko w nosie i nie mogą się już doczekać tych paru dodatkowych dni wolnego.
„O dwóch takich, co ukradli księżyc” to piękna i bardzo pouczająca bajka. Jacek i Placek trafiają tam do miasta zarządzanego przez garbatego namiestnika. Wszyscy mieszkańcy przyprawiają sobie w tym mieście garby i zakazane jest posiadanie lusterek. Gdy król w miejsce tego namiestnika powołuje nowego, okazuje się, że wszyscy lusterka mieli, tyle że je ukrywali. Niestety nowy namiestnik nie jest pozbawiony ułomności – ma garb z przodu. Bez chwili zastanowienia wszyscy przekładają swoje sztuczne garby z pleców na piersi i wszystko wraca do punktu wyjścia.
Czasami mam wrażenie, że taka właśnie jest natura ludzka, że nie potrafimy ułożyć sobie życia nie poddając się bezwolnie takiej czy innej ideologii. W dodatku nachalnie narzucając wybraną ideologię obrzydzamy ją wszystkim wokół i wypaczamy wrednie rozdmuchując ją obrzędami i ceremoniami. Bezkrytyczny kult Jana Pawła II jeszcze za jego życia doprowadził do tego, że w raportach na temat wolności słowa organizacji Reporters sans frontieres Polska jest na szarym końcu zestawienia spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej.
Nie wydaje mi się, by Pan Bóg czerpał wielką przyjemność z tego, że ktoś uczestniczy we mszy świętej, na którą zagoniono go przy pomocy bata. Nie znam Pana Boga za dobrze, ale o ile wiem, można go znaleźć wszędzie i są miejsca, w których słychać go o wiele lepiej, niż w tłumie uczniów siłą spędzonych przed ołtarz.

Wieża Północna, piętra od 101 do 105

Czytam właśnie napisaną kolektywnie przez grupę dziennikarzy niemieckiego Der Spiegel książkę 9-11. What Really Happened i nie mogę się powstrzymać i nie przetłumaczyć jednego rozdziału:

Biura firmy finansowej Cantor Fitzgerald, w której pracował Jimmy DeBlase, znajdowały się na piętrach od sto pierwszego do sto piątego Północnej Wieży. Samolot American Flight 11 uderzył w piętra tuż pod nimi. O 8:46 rano sześciuset siedemdziesięciu siedmiu na z grubsza mówiąc tysiąc pracowników firmy siedziało już w pracy przy swoich biurkach.
Eksplozja rozerwała ich na strzępy. Spłonęli. Albo udusili się. Albo zdesperowani wyskoczyli przez okna.
Trzydziestodwuletnia sekretarka, Deanna L. Galante, wybierająca się na urlop macierzyński za sześć tygodni.
Trzydziestodziewięcioletni James J. Kelly, pożyczki hipoteczne, który w niedzielne poranki wstawał wcześniej, by przygotować wafle i koktaile dla swoich czterech córeczek.
Broker giełdowy Laurence Michael Polatsch, trzydzieści dwa lata, karierowicz. Raz nawet rozmawiał przy kiosku z gazetami z Julią Roberts i zaprosił ją na kolację. Prawie że się zgodziła.
Lisa i Samantha Egan. Siostry pracujące w kadrach, jedna w wieku trzydziestu jeden, druga trzydziestu czterech lat. Zginęły tak jak żyły, obok siebie.
Ward Haynes, trzydziestopięcioletni broker, w miniony weekend na jeździe próbnej swoim nowym Porsche.
Edward Mazzella. Wicedyrektor sprzedaży, sześćdziesiąt dwa lata, za trzy dni miał odejść na emeryturę.
Jonathan Connors. Kolejny wicedyrektor, pięćdziesiąt pięć lat. W czerwonym kartonie przechowywał pamiątki tamtego dnia w 1993 roku, gdy World Trade Centre zostało zaatakowane po raz pierwszy: usmarowaną koszulę, bilet z metro i chustę, której użył jako maski na twarz.
Jacquelyn Sanchez. Sekretarka, dwadzieścia trzy lata, ostatni telefon wykonała do matki opiekującej się nad jej jedenastomiesięcznym synkiem w domu.
Joshua Rosenblum, młodszy broker, dwadzieścia osiem lat. Miał się ożenić z Giną Hawryluk, koleżanką z firmy, która tego dnia wzięła dzień wolnego by przygotowywać wesele.
Jude Safi. Dwudziestoczteroletni broker, znał wszystkie piosenki Elvisa i Sinatry na pamięć.
Troy Nilsen. Specjalista do spraw komputerowych, trzydzieści trzy lata. Trzy miesiące później jego autystyczny syn Scott nadal szukał tatusia.
Kaleen Pezzuti i Matthew Gryzmalski. Ona dwadzieścia osiem, on trzydzieści cztery lata, poznali się na sto piątym piętrze World Trade Center i pokochali się na zabój.
Zuhtu Ibis. Specjalista do spraw komputerów pochodzenia tureckiego, dwadzieścia pięć lat. Przyjechał do Stanów w wieku osiemnastu lat i ciężką pracą wspiął się na sto trzecie piętro World Trade Center.
Fred Gabler. Broker, trzydzieści lat, w październiku miał zostać ojcem.
Jude Moussa, obligacje, trzydzieści pięć lat, wyjechał ze swojego rodzinnego Libanu szesnaście lat wcześniej, bo miał dość zamachów bombowych.
Wszystkich sześciuset siedemdziesięciu siedmiu pracowników Cantor Fitzgerald, którzy byli tego rana w pracy, zginęło na miejscu. W tym Jimmy DeBlase.

Byłem tego dnia na wsi, w Piotrkowicach, trochę przeziębiony. Po szkole pojechałem do apteki do Proszowic i włączyłem sobie radio. Pamiętam, że gdy zajechałem i zaparkowałem pod Kryształową, nie wysiadałem z auta przez dobre trzy kwadranse. Z niedowierzaniem słuchałem doniesień na żywo, chaotycznych, apokaliptycznych komentarzy. W tych pierwszych dwóch godzinach wskutek kłopotów z łącznością rozniosły się plotki katastroficzne, zgodnie z którymi w Stanach wszystko zostało już zniszczone. Nie było nic – od Nowego Jorku po Kalifornię, od Statuy Wolności po Golden Gate, wszystkie symbole Ameryki przestały istnieć.
Siedziałem w aucie przerażony, ogłupiały, nie wiedziałem co zrobić. Patrzyłem na przechodzących ulicą ludzi, Lidka S. w sklepie na wprost mnie zupełnie nieświadoma żartowała z przyjaciółką, a mnie wydawało się, że jeśli bym chciał wyjść z auta i powiedzieć im, co się stało, to … mógłbym nie zdążyć. Mógłbym nie zdążyć przed końcem świata. Do apteki w końcu nie wysiadłem, wydało mi się to bezcelowe. W obliczu bliskiej śmierci przejmować się jakąś grypą? Zawróciłem do domu i pod blokiem wpadłem na Ewę, która jeszcze o niczym nie wiedziała i myślała, że żartuję.
Atmosferę tamtych chwil oddaje wiersz, który kilka dni później napisałem.

World Trade Center 11 września 2001
w długiej historii ludzkości koniec
świata jest często
upadają imperia idee i władcy
a jednak
dzisiaj pękło moje serce
ojczyzny Whitmana nie ma
odwołano na zawsze marzenia i sny
11 września pustka
jak po śmierci
Boga

ludzie spadali z nieba by w chmurach nie spłonąć
rudolph giuliani nie umiał przetrzeć oczu

milion ludzi umierał na manhattanie
a ja ze strachu myślałem jedynie o Tobie
jaki to zaszczyt
jaki to zaszczyt
jaki cholerny zaszczyt
kochać kogoś aż do samego końca świata

Urodziłem się i żyję w ciekawych czasach. Nie ma zresztą takiej ery dziejów ludzkości, która ciekawa by nie była i o której nie warto byłoby czegoś napisać.
Ale gdy zastanawiam się nad tym, co szczególnego wydarzyło się za mojego życia, jakich to historycznych wydarzeń byłem świadkiem, to może przez brak dystansu do wydarzeń stosunkowo niedawnych, a może przez jakieś fatalne przeczucie, że świat zmienił się wówczas na gorsze, coś sprawia w każdym razie, że za najdonośniejsze, najważniejsze wydarzenie z czasów mojego jak dotąd życia uważam zamach terrorystyczny na Stany Zjednoczone z dnia 11 września 2001 roku i zawalenie się wież World Trade Center w Nowym Jorku. Miłość, którą miałem w sobie pisząc ten wiersz, dawno przeminęła, ale przerażenie, jakie wówczas czułem, czuję do tej pory.
Chronologicznie rzecz biorąc historia po raz pierwszy odcisnęła ślad swoich ciężkich gumiaków w mojej pamięci w końcu sierpnia 1980 roku. Miałem 8 lat i zmarł mój wujek Janek, brat ojca. Wracaliśmy wczesnym wieczorem z Łodzi i na dworcu głównym w Częstochowie okazało się, że nie mamy jak dojechać do domu. Po paru minutach stania na przystanku autobusowym w II Alei pod biblioteką publiczną gaz płaczący przegnał nas w stronę placu Daszyńskiego. W II i III Alei były jakieś zamieszki. Ciocia Hela zabrała Asię do siebie na Warszawską, a ja nocowałem u babci na Krakowskiej. Rodzice dotarli taksówką, okrężną drogą, przez Tysiąclecie, do domu. Mieszkający u babci mój starszy kuzyn Jacek, wówczas chyba nastolatek, choć mnie wydawał się bardzo dorosły, przez całą noc wpadał do domu „coś przekąsić” i znikał z powrotem. Pamiętam, że babcia i ciocia Irena potwornie się denerwowały, a dla niego to był „straszny ubaw”, szczególnie podobało mu się przewracanie ławek.
Z tego okresu utkwiły mi też w pamięci pewne historyczne transmisjie telewizyjne. Pamiętam generała Jaruzelskiego obwieszczającego stan wojenny 13 grudnia 1981 roku. Wydawało mi się wtedy bardzo rozsądne to, co mówił w telewizji.
Pamiętam przerazającą żywą kukłę – trupa – Leonida Breżniewa machającego ręką na pochodach pierwszomajowych w Moskwie, pamiętam jego pogrzeb i pogrzeby kolejnych wodzów państwa radzieckiego.
Pochody pierwszomajowe pamiętam z dzieciństwa także w Częstochowie – nie kilkudziesięcioosobowe manifestacje na placu Pamięci Narodowej na wprost Urzędu Wojewódzkiego, ale pochody Aleją Armii Krajowej, wówczas Zawadzkiego, od Dekabrystów do Energetyka, z trybuną dla władz po prawej stronie, gdzieś tak na wysokości Wydziału Metalurgicznego chyba. Uchylałem się od chodzenia na obowiązkowy pochód jako uczeń szkoły podstawowej, ale bynajmniej nie z przyczyn politycznych – wolałem po prostu iść z ojcem – kierownikiem Częstochowskiej Fabryki Artykułów Muzycznych „Melodia”. Idąc z fabryką czułem się bez porównania ważniejszy.
Kolejną przełomową datą musiałbym pewnie nazwać rok 1989, ale choć bez wątpienia robiła na mnie wrażenie atmosfera walącego się muru berlińskiego, to jako siedemnastolatek z buzującymi hormonami miałem chyba hierarchię wartości spychającą sprawy polityczne na bardzo daleki plan. Wiem na przykład, że byłem świadkiem wysadzania pomnika Wani na placu Biegańskiego w Częstochowie, bo akurat wracałem z wagarów z Bartkiem w Katowicach. Olbrzymiego entuzjazmu do przemian politycznych nie mogłem zresztą czuć właśnie z uwagi na przesadne w owym okresie niszczenie jednych symboli i zastępowanie ich innymi. Wania na placu Biegańskiego był przecież pomnikiem pięknym, monumentalnym, znakomicie wkomponowanym w krajobraz miasta, został zaś w końcu bestialsko zniszczony wbrew początkowym zapowiedziom, iż – na niskim cokole – ale jednak – stanie na Cmentarzu Żołnierzy Radzieckich na Kulach. Po dziś dzień nie powstał w Częstochowie żaden porównywalny pomnik, równie wartościowy artystycznie. A tandety takie, jak pomnik papieża na Jasnogórskich Wałach, posypały się jak grzyby po deszczu jak kraj szeroki.
Pamiętam cały szereg wizyt Jana Pawła II na Jasnej Górze. Pierwsza, jaka miała miejsce jeszcze w latach siedemdziesiątych, była o tyle niewiarygodna, że papież jechał przez Aleje z lotniska w Rudnikach w odkrytym samochodzie, można było bez problemu dojść do samego pojazdu, nie było żadnych barykad, zasieków, a zresztą nie było w ogóle zbyt wielkich tłumów – my z babcią staliśmy całkiem sami w III Alei, w promieniu paru metrów nie było nikogo innego.
Zupełnie inaczej wyglądała wizyta papieża w Częstochowie w czasie Światowych Dni Młodzieży w 1991 roku, i dla miasta było to z pewnością najbardziej epokowe wydarzenie, jakie pamiętam. Nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałem już, by Aleje tętniły takim życiem przez 24 godziny na dobę. Ja byłem wtedy tuż po maturze i pracowałem całe wakacje w księgarni przy IV LO im. Henryka Sienkiewicza w III Alei, tym z piosenki T Love´u. W Światowe Dni Młodzieży pracowaliśmy na okrągło na wystawionym na Aleję stoisku, pomagał mi kolega z podstawówki, Adam, mieliśmy ruch taki, że nie było jak się wysikać, liczyliśmy na dobry zarobek, a skończyło się na ośmiu milionach starych złotych manka.
Tomek, dwudziestoletni uczeń Technikum Mechanicznego, który jest teraz na praktyce w salonie Mercedesa w Krakowie, w sierpniu zdaje przeze mnie egzamin komisyjny, a jego dziewczyna siedzi w Irlandii, napisał mi dzisiaj SMS-a: „Jestem na praktykach. Przejebane”. Zastanawiałem się przez chwilę, czy wypada, po czym mu jednak odpisałem: „Całe życie jest przejebane. Ale piękne.”

Nie lubię Giertycha

Roman Giertych, mimo setek tysięcy zebranych podpisów nadal pełniący funkcję Ministra Edukacji Narodowej, podpisał wczoraj rozporządzenie zmieniające zasady oceniania, klasyfikowania i przeprowadzania egzaminów w szkołach. Z jednej strony dobrze, bo od wielu tygodni organizował tylko konferencje prasowe obiecując gruszki na wierzbie, a wszystko to nie miało dotąd żadnego pokrycia w rzeczywistości prawnej. Z drugiej strony źle, bo podpisanie rozporządzenia utrwala pozycję ministra na stołku i gwarantuje nam kolejne miesiące jego eksperymentów na żywej tkance polskiej szkoły, w których to eksperymentach będziemy ciągle słyszeli, że jesteśmy głupi, brzydcy, niezaradni, i że minister nas cudownie naprawi.
Minister Giertych uważa, że wszyscy go lubią, że ma tylko problem z niektórymi mediami. Minister się myli. Jest kilka osób, które go nie lubią. Ja go na pewno nie lubię, bo szkaluje polską szkołę notorycznie powtarzając, że jest ona w złym stanie i że należy przywrócić w niej elementarny ład. Wypowiedzi tego rodzaju obrażają mnie, moich kolegów i koleżanki, moich uczniów i ich rodziców. Świadczą o tym, że pan minister nie ma pojęcia o szkolnej rzeczywistości. Mam kilkudziesięciu maturzystów w technikach mechanicznych, którzy są złotymi chłopakami i nie zasługują na to, by ktoś traktował ich jak bandziorów i ubierał w mundurki lub indoktrynował ich i zabraniał im myśleć. Każdego z nich lubię o wiele bardziej, niż pana ministra.
Sądzę, że nie lubi pana ministra Katarzyna, ktora od wielu tygodni łudziła się słuchając jego hucznych konferencji prasowych, że obejmie ją tak zwana amnestia maturalna. Katarzyna liczyła na świadectwo dojrzałości, bo przecież minister trąbił na lewo i na prawo, że jeden przedmiot można oblać, byle średnia z wszystkich egzaminów była powyżej 30%. Tylko że minister był nieprecyzyjny. Nie chodziło mu o przedmioty, lecz o egzaminy. Katarzyna nie zdała dwóch egzaminów z języka: pisemnego i ustnego. Amnestia jej nie obejmie. Szkoda, że dowiedziała się o tym dopiero po wielu godzinach wpatrywania się w uśmiechniętą twarz ministra, który zdawał się jej obiecywać to świadectwo. Koleżanki Katarzyny, które zdały maturę, wyjechały do Anglii. Katarzyna została w Polsce, by poczekać na podpis ministra pod rozporządzeniem.
Minister nie trąbił też zbyt głośno na konferencjach o tym, że moi maturzyści mechanicy wbrew dotychczasowym zwyczajom nie spotkają się ze mną na egzaminie ustnym z języka angielskiego, ponieważ komisje ustne zostaną uszczuplone do dwóch osób i wykluczony z ich składu jest nauczyciel, który uczył w danej klasie. Nie martwi mnie to specjalnie, bo wiem, że skład komisji nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia, ale oni mogą tego nie wiedzieć.
Bardzo krzywdząca dla uczniów jest też tabela z przelicznikami punktów z poziomu rozszerzonego na poziom podstawowy. Minister obiecał na początku wakacji, że w przyszłym roku wyniki matur będą szybciej. To, że były późno, nazwał skandalem. Widać, że nie ma wielkiego pojęcia o tym, jak wygląda proces oceniania matur i prezentacji wyników. Wymyślił, że poziomu podstawowego nie będą zdawać uczniowie przystępujący do rozszerzonego, a poziom podstawowy ma im być wpisywany na podstawie przelicznika. Praktyka minionych lat pokazuje jednak jasno, że jest to niekorzystne dla maturzystów. Przyjęty przelicznik da im o wiele mniejszą ilość punktów z poziomu podstawowego aniżeli ta, którą by przypuszczalnie uzyskali, gdyby do niego przystąpili.
Minister obiecywał przyspieszenie wyników matur, nie mówił jednak o tym, że obniży rangę egzaminu, zburzy będącą podstawą tego egzaminu zasadę obiektywizmu i porównywalności, a nawet stworzy realne zagrożenie przywrócenia egzaminów wstępnych na studia, co faktycznie jeszcze bardziej wydłuży maturzystom okres oczekiwania na wyniki egzaminów, które pozwolą im mieć precyzyjne plany na przyszłość.
Dużo jest też w rozporządzeniu ministra pustej paplaniny mającej tylko znaczenie propagandowe. Ocena z zachowania ma mieć wpływ na promowanie ucznia, ale przecież każdy trzeźwo myślący człowiek wie, że skoro rada pedagogiczna może, ale nie musi zostawić na drugi rok w tej samej klasie ucznia z oceną naganną ze sprawowania, to na pewno go nie zostawi. A że za trzecim razem musi? Cóż z tego? Przytłaczająca większość uczniów otrzymujących trzecią z kolei ocenę naganną jest w ostatniej klasie danego etapu kształcenia, więc takiemu uczniowi po prostu da się nieodpowiednie i się go wypuści ze szkoły. Jednym słowem głupie, puste, nikomu niepotrzebne i niczego nie zmieniające przepisy.
Wprowadzone pośpiesznie do rozporządzenia zmiany wymagają szeregu uściśleń i przemyśleń proceduralnych. Trzecia klasa ogólniaka w mojej szkole ma ze mną obecnie permanentne zastępstwo za koleżankę, która jest na macierzyńskim. Formalnie ona jest ich nauczycielem w ostatniej klasie, więc nie powinna egzaminować ich na ustnym. Faktycznie jednak to ja uczę w tej klasie. Kto z nas może ich w maju egzaminować na maturze w myśl rozporządzenia? Czwarta klasa technikum agrobiznesu nie ma ze mną przedmiotu „język angielski” – przedmiot ten realizuje z nimi koleżanka. Ale ja mam z nimi przedmiot „język obcy w agrobiznesie”. Czy mogę egzaminować ich na egzaminie ustnym z języka angielskiego? Trudno lubić ministra za to, że chodząc na lekcje w klasach maturalnych nie wiadomo jak z nimi rozmawiać i co im mówić, żeby uspokoić ich zupełnie naturalne obawy.
Ministra pewnie nie lubi też wójt z kujawskiej wsi, który kierując się racjonalnymi przesłankami ekonomicznymi w porozumieniu z radą gminy próbował zamknąć małą wiejską szkołę, której uczniowie dzięki temu mogliby trafić do położonej zaledwie cztery kilometry dalej nowoczesnej placówki. Roman Giertych przybył jednak do Siedlimowa w propagandowo – teatralnym celu, by ująć się za ludem i stanąć w obronie nieopłacalnej szkoły. Minister obiecał pomoc dla gminy na rozwiązanie wszystkich gminnych problemów finansowych związanych z oświatą, swojej obietnicy nie chciał jednak nijak potwierdzić formalnie. Tupet wójta, który domagał się konkretów, skończy się prawdopodobnie zarządem komisarycznym w gminie.
Głosami koalicji Sejm nie dopuścił wczoraj do odwołania Romana Giertycha ze stanowiska. Głosów za odwołaniem było jednak na tyle dużo, że śmiem przypuszczać, że i spora część posłów nie lubi ministra Giertycha.
Osiemdziesiąt procent moich maturzystów to wyborcy pana Leppera. Ja nigdy nie byłem i nie jestem jego zwolennikiem, ale w świetle zdarzeń ostatnich paru miesięcy muszę z uznaniem i szacunkiem odnosić się do jego partii. Stopień kompromitacji Polski na arenie międzynarodowej i stopień zepsucia państwa przez pozostałe partie koalicyjne osiągnął już taki poziom, że wypada mi tylko mieć nadzieję, że licząc na głosy mądrych i porządnych ludzi, takich jak moi uczniowie mechanicy, pan Lepper przestanie w końcu stabilizować ten haniebny układ. Wydaje mi się, że zbliża się moment, w którym będzie można śmiało powiedzieć, że Samoobrona uzyskała już wszystkie możliwe korzyści z udziału w koalicji, a dalszy w niej udział szkodzi jej.
Z dużą rezerwą odnoszę się do postaci Andrzeja Leppera, ale słyszałem już tego pana, gdy godniej i lepiej niż prezydent państwa broni honoru i imienia Polski przed oszołomami, mądrze i bez emocji wypowiada się o problemach związków homoseksualnych, merytorycznie krytykuje sojuszników i popiera mądre pomysły przeciwników. Sam się dziwię, że to piszę, ale cała moja nadzieja na koniec dalszego psucia Polski i polskiej edukacji w Samoobronie.

Rok szkolny z pojebem

Będący w drugiej klasie technikum Krzysztof spytał się kotów w internacie, z kim mają angielski, a na podstawie usłyszanej odpowiedzi, iż „z takim pojebem”, doszedł bez cienia wątpliwości do wniosku, że widocznie ze mną. Rzeczywiście, po pierwszych lekcjach w trzech grupach pierwszych klas technikum widzę, że niektórzy z nich mają mieszane uczucia i czują się dość niepewnie, gdy się do nich zwracam. Kilku panów będących miniaturkami swoich starszych braci, moich uczniów z klas maturalnych lub absolwentów, patrzy we mnie jak w obraz. Ktoś nazwał mnie dzisiaj skurwysynem (na tyle cicho, że mogłem się postarać tego nie usłyszeć), ktoś inny tak się wystraszył, gdy zacząłem z nim rozmawiać, że zapomniał w ogóle, gdzie mieszka i jak się nazywa.
Jest kilka powodów, dla których się nie opłaca udawać przed uczniami, że jest się kimś innym, niż się jest w rzeczywistości. Jest kilka powodów, dla których nie przejmuję się zupełnie tym, że mogą mnie czasem nazwać pojebem, a nawet nie uważam by mogło to negatywnie odbić się na moim autorytecie u nich. Praca nauczyciela to praca długodystansowca i tak naprawdę nigdy nie osiąga się mety. Satysfakcję czerpać można z przebytych kilometrów, z kolejnych etapów drogi, ze zmieniających się krajobrazów na trasie wyścigu i ze sportowej postawy uczestników i sędziów. Jest się trenerem albo obsługą techniczną na pewnym tylko etapie tego wyścigu.
Ani ułamek sekundy nie przejmowałem się tym, co Krzysztof usłyszał o mnie od pierwszaków w internacie. Za to poczułem się bardzo dowartościowany, że w przerwie między rozmową o hinduskiej bogini a opowiadaniem o kolczudze, którą od wielu tygodni robi żmudnie w domu Krzysztof powtórzył mi słowa pierwszaków nie obawiając się mojej reakcji ani nie wkopując nikogo z nich z nazwiska.
Jest tyle pięknych momentów, które pozwalają pojebowi poczuć się dobrze i się dowartościować, że nie sposób się gniewać. Na przykład gdy w połowie wakacji któryś z tych moich uczniów zwierza mi się przez internet z tego, że go rzuciła dziewczyna. Albo gdy w środku nocy, na kilka godzin przed egzaminem komisyjnym z mojego przedmiotu jeden z nich wysyła mi SMS-a, że nie może spać i że się boi. Albo gdy inny z nich wychodząc na egzamin pisze SMS-a o treści „Nadchodzi chwila zagłady”. Czy kiedy pod koniec sierpnia kilku moich uczniów pyta mnie, co będziemy w tym roku robić ciekawego. Kiedy ktoś pisze, że cieszy się z końca wakacji, ale żałuje, że to nasz ostatni rok szkolny razem. Gość, któremu wystawiłem niedostateczny i musiał przeze mnie zdawać egzamin komisyjny, pyta się po egzaminie, czy bardzo musiałem się za nim wstawiać przed resztą komisji, żeby zdał. Wzrok i mina innego poprawkowicza, który po czterech kilometrach pościgu za mną samochodem przyjmuje do wiadomości, że za zdany egzamin nie musi mi dziękować prezentami. To są bardzo rozbrajające momenty. Nie wyobrażam sobie, by nauczyciel mógł rezygnować z nich i zmienić zawód.

Lepsza Polska


Gdy miałem osiemnaście lat i uzyskałem bierne prawo wyborcze, Polska nie była już za żelazną kurtyną, Polska nie była już Ludowa, Polska była wolna i demokratyczna, była liderem przemian w całym regionie. Lech Wałęsa był bohaterem nie tyle narodowym, co międzynarodowym.
Minęło siedemnaście lat i ludzi o dziesięć lat ode mnie młodszych przedstawiciele partii rządzącej nazywają stalinowskimi oprawcami, marszałek Sejmu podczas obrad ubliża posłom lewicy określając ich mianem słuchaczy uniwersytetu marksizmu-leninizmu, największe osiągnięcia minionych kilkunastu lat depcze się i opluwa twierdząc, że to, co było inspiracją dla całej Europy Środkowo-Wschodniej, było w rzeczywistości spiskiem uknutym przez tajemniczy układ i agentów służb specjalnych obcego mocarstwa. Atakuje się podstawowe instytucje demokratycznego państwa zabezpieczające obywateli przed swawolą władz. Władze powołują specjalne instytucje mające dbać o wizerunek państwa poza jego granicami, a jednocześnie najbardziej znane słowa głowy państwa to „Spieprzaj, dziadu!”, a premier Rzeczpospolitej musi się przed zagranicznymi dziennikarzami w Brukseli tłumaczyć, że nie jest wielbłądem.
Nie jestem dumny z tego, że polski premier w ten sposób „zdobywa Europę”. Wręcz przeciwnie. Uważam, że hańbą jest fakt, że polski premier musi się tłumaczyć z polskiego nacjonalizmu i zaściankowości. Hańbą jest to, że najwyższe władze państwowe uczestniczą w obrzucaniu błotem akurat tego, co dla Polski współczesnej powinno być powodem do największej dumy. Hańbą jest to, że w obronie wolności i swobód obywatelskich zabiera głos Elton John podczas koncertu na festiwalu w Sopocie, a na drugi dzień głowa państwa inauguruje uroczystości religijne na Jasnej Górze. Hańbą jest lansowanie przez władze głupawej i populistycznej idei Czwartej Rzeczpospolitej, którą odcinamy się od osiągnięć podziwianych i naśladowanych przez wiele krajów postkomunistycznych. W przypadku naszych sąsiadów śmiało – acz z przykrością – trzeba powiedzieć, że uczeń przerósł nauczyciela.
Gdy słucham wypowiedzi członka koalicyjnej partii rządzącej, który nazywa dwudziestopięcioletniego, a więc urodzonego już po sierpniu 1980 roku polityka lewicy „stalinowskim zwyrodnialcem”, umiem prawidłowo ocenić, kto stracił umiar i kto nie ma do powiedzenia nic mądrego i konstruktywnego. Gdy mój dwudziestodziewięcioletni znajomy mówi mi, że lewica w Polsce to margines na wymarciu, to wiem, że jego partia – nawiasem mówiąc tak lewicowa, że lansuje nacjonalizację polskiego przemysłu – zrobiła mu straszne siano w głowie i że gość nie rozumie w ogóle, co mówi.
Starajmy się mimo wszystko zachować spokój. Polska zasługuje na to, by stać na obu nogach, tak lewej, jak i prawej. Może kiedyś obie te nogi będą zdrowe i sprawne, może kiedyś nie będzie ich toczyć rak oszołomstwa i nienawiści. Gdy jedna noga nienawidzi drugiej, człowiek daleko nie zajdzie. A już na pewno nie zatańczy.

Telefon, który rzadko dzwoni

Współczesne telefony komórkowe to bardzo sprytne urządzenia. Można przy ich pomocy przeglądać internet, oglądać telewizję, robić zdjęcia i filmy całkiem niezłej rozdzielczości. Dzięki aplikacjom java można mieć w telefonie słownik, encyklopedię i wiele innych użytecznych narzędzi. Można w telefonie robić notatki, prowadzić kalendarz, używać telefonu jako dyktafonu.
Ja sam od paru lat nie noszę zegarka, bo uznałem, że jest to zbędne, skoro mam przy sobie zwykle komórkę. W szkole też mam zazwyczaj komórkę. Od dawna używam stale modeli tej samej firmy, wyposażonych w dwie bardzo pożyteczne funkcje. Pierwsza z nich to filtry połączeń. Pewien wąski krąg osób może się do mnie dodzwonić, reszta jest kierowana do poczty głosowej. Druga to profile użytkownika, dzięki którym podczas pobytu w szkole telefon nie dzwoni, tylko najwyżej jednym krótkim sygnałem daje znać o przychodzącym połączeniu.
Większość moich uczniów też ma przy sobie włączone komórki, co od czasu do czasu daje się poznać po odgłosach z głośników podłączonych do komputera, przy którym siedzą. Gdy któryś z nich położy telefon za blisko tych głośników, bardzo szybko obrywa od innych, żeby zrobił z tym porządek. Te ich telefony czasami nawet się przydają, bo gdy trafimy do innej niż zwykle pracowni, spóźnialscy znajdują nas szybko właśnie dzięki kontaktowi telefonicznemu. Albo jak trzeba z drugiej grupy załatwić dziennik, a nie wiemy, dokąd poszli na lekcję wf i gdzie ich szukać.
Ale te telefony nigdy nam nie przeszkadzają. Panowie dawno się nauczyli, że skoro ja szanuję lekcję z nimi na tyle, że mój telefon nigdy nie dzwoni, to i ich telefony podczas angielskiego nie dzwonią. Sporadycznie, parę razy w roku zdarza się, że ktoś nagle wstaje i mówi, że musi wyjść odebrać, bo to z domu lub coś w tym stylu. Jest to zawsze bardzo kulturalne i dyskretne.
Po ośmiu miesiącach sprawowania urzędu przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej wyszło wczoraj na jaw, że Prezydent nie wyłącza swojego telefonu podczas uroczystości państwowych, a nawet nie wyłącza dzwonków. Jego telefon zadzwonił podczas przemówienia do kombatantów.
Zastanawiam się, co jest bardziej smutne. Czy to, że otoczenie prezydenta nie pamięta o tym, by dopilnować takich drobnych spraw, jak wyłączony telefon komórkowy stojącej przy mikrofonie głowy państwa? A może to, że prezydent zdaje się sam nie umieć rozłączyć przychodzącej rozmowy i musi w tym celu podać telefon pracownikowi swojej kancelarii? A może to, że do prezydenta tak rzadko ktoś dzwoni, że dopiero po ośmiu z hakiem miesiącach sprawowania urzędu trafiła się taka wpadka?


Pedagogika Jacka Kuronia


Na uroczysty pogrzeb przyjaciela Dalajlamy XIV, Jacka Kuronia, który odbył się w Alei Zasłużonych Cmentarza Wojskowego na Powązkach, przybyli oddać hołd zmarłemu przedstawiciele różnych wyznań: katolicy, ewangelicy, prawosławni, żydzi, buddyści, muzułmanie. Ta smutna ceremonia zgromadziła przyjaciół w liczbie, która przerasta wyobrażenie przeciętnego człowieka o przyjaźni.
Minister Edukacji przyłączył się dzisiaj do kopania tego zmarłego człowieka, chociaż na jego pogrzebie z pewnością zabraknie szczerych łez w tej ilości, co na pogrzebie Jacka Kuronia. Z dumą obwieścił przed kamerami, że Jacek Kuroń nigdy nie był dla niego żadnym autorytetem, a jeśli dla kogoś autorytetem jest, to najwyższa pora by przestał być. Nie wydaje mi się, by Minister Edukacji miał prawo decydować o tym, kto będzie, a kto nie będzie moim autorytetem.
Minister Edukacji, przeciwko któremu od początku sprawowania przez niego urzędu odbywają się spontaniczne protesty, którego natychmiastowego odwołania zażądało sto kilkadziesiąt tysięcy osób, który do polskiej szkoły wprowadza destrukcję i bezcelowość, niszczy autorytet nauczyciela i autonomię ucznia, wypacza podstawowe wartości szkoły i na swoich działaniach buduje populistyczny polityczny kapitał, wiesza psy na człowieku, którego format przerastał nas wszystkich. Człowieku, który umiał rozmawiać z każdym i słuchać każdego. Człowieku, który swą wielkość czerpał z szacunku dla innych.
Jest mi bliska pedagogika Jacka Kuronia ujęta w poniższych pięciu punktach. Jeśli Minister Edukacji widzi w niej coś złego, to jest to tylko kolejny dowód na to, że trzeba się bronić przed jego wizją polskiej szkoły.


1. Budujemy różnorodny zespół, w którym każdy ma szanse być w jakiejś dziedzinie najlepszy.
2. Pracujemy metodą zadaniową, a zadanie lekko wykracza poza granice naszych możliwości.
3. We wzajemnych relacjach kierujemy się „prawem najmniejszego”.
4. Nieodłączne od edukacji jest kształtowanie postaw, a wychowawca wychowuje całym sobą.
5. Uczymy się po to, aby przekształcać świat – a nie po to, by się do niego przystosować.

Getto

Minister Edukacji sypie pomysłami jak z rękawa. Nic dziwnego, każdy pomysł to okazja do zwołania konferencji prasowej i pokazania się w telewizji. Będąc tak kreatywnym trudno jednak nadążyć z konsultacjami wśród specjalistów i osób zainteresowanych.
Ostatni pomysł jest taki, by izolować trudną młodzież w specjalnych placówkach, jednym słowem oczyścić polską szkołę z młodzieży, która sprawia kłopoty wychowawcze.
Praca nauczyciela jest bardzo piękna i daje dużo satysfakcji głównie dzięki uczniom popadającym w jakieś skrajności. Po latach pamięta się uczniów wybitnych oraz uczniów, którzy sprawiali kłopoty wychowawcze. Przeciętnych średniaków i szaraczków po prostu się zapomina. Tymczasem osiągnięcia związane z tymi „trudnymi” dają nauczycielowi chyba jeszcze więcej satysfakcji niż sukcesy olimpijczyków.
Poza tym, jaka jest definicja młodzieży trudnej? Młodszy syn mojej siostry, Michał, przez całe liceum miał kłopoty z wychowawcą i polonistką, ponieważ nosił dredy. Nosi je po dziś, już jako student Uniwersytetu Jagiellońskiego, a przecież w liceum o mało nie zmuszono go do zmiany szkoły i to, że ukończył Liceum Słowackiego zawdzięcza tylko swojemu i mojej siostry konsekwentnemu uporowi.
Kto będzie decydował o tym, co jest naganne a co nie? Ostatnio prezydent Rzeczpospolitej pogardliwie odniósł się do postaci Władysława Bartoszewskiego, jednego z największych autorytetów polskiej dyplomacji. Prezydent powiedział, że nie będzie namawiał do powrotu na stanowisko osoby, która podpisała się pod krytycznym wobec niego listem otwartym. Prezydent uznał widocznie, że taka osoba zasługuje na to, by być pomawiana publicznie. Rozumiem, że gdyby ten niegrzeczny Bartoszewski był nastolatkiem i chodził do szkoły, należałoby go uznać za trudny przypadek i odizolować?
Spora część tej młodzieży trudnej wychowawczo to młodzież o nieprzeciętnej inteligencji i wrażliwości. To ludzie niejednokrotnie bardzo mądrzy, brzydzący się biernością, kłamstwem i nieuczciwością. Nie potrafiący przejść obojętnie obok takiego czy innego draństwa. Nie bojący się nazywać rzeczy po imieniu. Bardzo ich sobie cenię i staram się czerpać z ich obserwacji i wyciągać wnioski.
Jeśli decyzją ministra z każdej klasy odizolujemy te trudne przypadki, to pewnie łatwiej będzie w szkole pracować nauczycielom nie znoszącym sprzeciwu, bez poczucia humoru, bez dystansu do własnej osoby. Z kolei całą rzeszę kreatywnych młodych ludzi skaże się na wieczne getto i zaszufladkuje się na całe życie do marginesu społecznego. A masie grzecznych i pokornych stworzy się utopijną rzeczywistość, w której zuniformizowani ludzie nie kwestionują autorytetów i nie podważają schematów. Rzeczywistość, która nie przygotuje ich w najmniejszym stopniu do funkcjonowania w normalnym świecie.
Kilka miesięcy temu Dawid, Zbyszek i Tomek przyszli na lekcję angielskiego, ale siedli sobie z tyłu klasy i przegadali całą godzinę nie uczestnicząc w ogóle w tym, czym się zajmowaliśmy. Zamiast dochodzić się z tymi dwudziestoletnimi chłopami, wstawiłem im wszystkim do dziennika nieobecność uzasadniając to faktem, iż od uczniów oczekuję obecności na lekcji nie samym ciałem, ale i umysłem. Wojna między nami wybuchła straszna i kto wie, może inny nauczyciel – mając narzędzia proponowane przez ministra – chciałby się ich pozbyć relegując ich do placówki dla trudnej młodzieży. Dzisiaj Dawid, Zbyszek i Tomek są dwa dni po egzaminie poprawkowym z angielskiego, który zdali – i to całkiem nieźle. Mimo sierpniowej poprawki, jaką im zafundowałem, stosunki między nami diametralnie się zmieniły, a panowie dużo przez wakacje się nauczyli, nie tylko angielskiego. Ciekawe, czego by się nauczyli, gdyby na mój wniosek zostali parę miesięcy temu relegowani do getta dla trudnej młodzieży. Ciekawe, czy pozbywając się ich z klasy zasłużyłbym sobie u nich na większy szacunek i miałbym większy autorytet u ich „grzecznych” i nie sprawiających trudności kolegów. Ciekawe, czy po odizolowaniu poprawiłby się ich stosunek do przedmiotu, do szkoły i do własnej przyszłości. Dla mnie to są pytania retoryczne. Dla ministra niestety chyba nie.

Brońmy Plutona przed degradacją

Po wielu latach sporów astronomowie postanowili w Pradze, że mniejszy od ziemskiego Księżyca Pluton nie zasługuje na to, by być planetą. Ma zaledwie 2300 km średnicy, w dodatku krąży po jajowatej orbicie nachylonej pod kątem osiemnastu stopni do orbity Ziemi i wciskającej się czasami pomiędzy orbiny Urana i Neptuna. Po kilku sensacyjnych odkryciach dziesiątej czy jedenastej rzekomej planety Układu Słonecznego okazało się, że planet w naszym Układzie jest ostatecznie tylko osiem: Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran i Neptun.
Odebranie statusu planety temu kulistemu ciału niebieskiemu, które w dodatku posiada dwa księżyce, pozbawi inne podobne, a nawet większe ciała Układu Słonecznego szans na zostanie planetami. Nie będzie już planetą Ceres ani Xena ani żaden inny potencjalny kandydat.
Jest niesprawiedliwą walka, w której maleńki Pluton nie może się bronić, bo jest za daleko i nie potrafi mówić. Dlatego w jego obronie stanął John i zbiera podpisy, by zwrócić Plutonowi honor i nie degradować go. Zaktywizowani przez niego ludzie utworzyli prawdziwy ruch społeczny, wyszli na ulice i zbierają podpisy w obronie Plutona. W obronie Plutona stają astrologowie, dla których Pluton nadal wywiera silny wpływ na bieg wydarzeń na Ziemi, stają ludzie z nisz społecznych, którzy rozumieją, co znaczy być pogardzanym przez silniejszych od siebie, a staje też ośmioletnia Ashleigh, której sympatia do Plutona bierze się z wiedzy, że na Plutonie nikt nie mieszka i nie spotkałoby jej tam nic złego.
Jestem bardzo szczęśliwy, gdy spotykam się z ludźmi, którzy wkładają całą swoją energię w coś tak abstrakcyjnego, nienamacalnego, odległego, jak Pluton. Chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym ludzie nie mają bardziej przyziemnych trosk i problemów. Wówczas nie pisałbym w moim blogu ani słowa o polityce i byłoby naprawdę cudownie.
Namiastkę takiego społeczeństwa mam na fakultatywnych zajęciach pozalekcyjnych, najbardziej chyba na kółku filmowym. Można sobie popłakać z grupą dryblasów nad niedolą gnijącej panny młodej, pokibicować Harremu Potterowi w meczu gry, w której zawodnicy latają na miotłach, albo z Drużyną Pierścienia pochodzić po Śródziemiu.

Apostazja

Ojciec Tadeusz Rydzyk, redemptorysta, dyrektor i założyciel rozgłośni Radio Maryja oraz Telewizji Trwam, stanął w obronie wiceministra Antoniego Macierewicza. Wiceminister na antenie rydzykowej telewizji zechciał łaskawie z właściwym sobie cynicznym uśmieszkiem oskarżyć większość, czyli co najmniej pięciu byłych ministrów spraw zagranicznych niepodległego państwa polskiego o to, że byli agentami sowieckiego wywiadu. Naruszył tym dobra osobiste ośmiu osób nie wymieniając żadnej z nich z nazwiska, ale co gorsza, wywołał skandal dyplomatyczny na skalę ogólnoeuropejską i w Rosji.
Zdaniem Ojca Tadeusza Rydzyka w Polsce jest teraz gorzej niż w czasach komunistycznych, ponieważ obowiązuje poprawność polityczna, a ludzie prawi – tacy jak pan Macierewicz – są atakowani za mówienie prawdy. „Nie ma dyskusji na argumenty, tylko opluwanie. Taka propaganda, linczowanie.”
Jak bardzo niemerytoryczne było, zaprawdę, gdy domagano się od pana Macierewicza sprecyzowania zarzutów, przedstawienia dowodów. Cóż za okrutne opluwanie pana Macierewicza, który jednym wypowiedzianym zdaniem sprawił, że w sposób zupełnie w tej sytuacji uprawniony rosyjska prasa mogła dać Polsce lekcję demokracji, a Andrzej Lepper stając w obronie polskiej racji stanu zademonstrował się jako dyplomata, mąż stanu i jedyna poważna siła koalicji rządowej.
Za to wypowiedź pana Macierewicza – jak pełna argumentów, jaka rzeczowa, jaka konkretna. Żadnej propagandy, żadnego opluwania. Prawomyślne stwierdzenie winy zbiorowej większości pewnej grupy. Plując na grupę zawsze można powiedzieć, że próbowało się opluć nie tego, który przychodzi do nas z pretensjami.
Arcybiskup Życiński mniej więcej w tym samym czasie, gdy ojciec Rydzyk bronił Macierewicza, wzywał katolików do tego, by bronili osób niesłusznie oskarżanych, by nie dali się ponieść politycznym rozgrywkom.
Schizofrenia w kościele katolickim, w którym nadawca taki jak ojciec Rydzyk korzysta ze specjalnych przywilejów z racji pełnienia misji społecznej w ramach kościoła, z głową którego pozostaje w konflikcie, pozwala zrozumieć ludzi decydujących się na apostazję. Przeglądając informacje dla osób decydujących się na odstąpienie od wspólnoty kościoła na stronie apostazja.info zwróciłem tylko uwagę na fakt, że prezentowane tam wzory aktu apostazji zakładają, że ze wspólnoty występują wyłącznie niewierzący. Mnie się czasem wydaje, że dla wielu głęboko wierzących i świadomych katolików może być niełatwe pozostawanie we wspólnocie, w której funkcjonuje i jest tolerowany ojciec Rydzyk.
Powtarzając za genialnym księdzem Tischnerem, jeszcze nie widziałem nikogo, kto stracił wiarę, czytając Marksa, za to widziałem wielu, którzy stracili ją przez kontakt z księżmi.