Ubogie słownictwo

Ta sama lekcja w dwóch różnych klasach. Cel lekcji – szybkie przypomnienie zastosowania dwóch czasów teraźniejszych i intensywne ćwiczenie umiejętności budowy zdań w tych czasach i rozróżniania ich w zależności od kontekstu. Na początek kawa na ławę wyłożenie od podstaw wszystkiego, co uczeń klasy maturalnej powinien wiedzieć już od dawna.
Lekcja przebiega podobnie w obu klasach. W miarę szybko krok po kroku przypominamy sobie wszystko to, co istotne.
Jeden z punktów: co dzieje się z pisownią czasowników zakończonych na literę -e przy dodawaniu końcówki -ing w czasach ciągłych.
Grupa pierwsza, sami panowie, technikum mechanizacji. Na moje pytanie Przemek bez zastanowienia odpowiada niczym automat:
– E wydupca.
Grupa druga, mieszana, po zadaniu pytania nie mam pewności, czy w klasie jest ktoś, kto zna odpowiedź. Rzucam kilka przykładów: write, take, dance. Parę osób w klasie nawiązuje kontakt wzrokowy, zaczynają pstrykać palcami i machać rękami w poszukiwaniu słowa. Po kilkudziesięciu sekundach stękania padają rozmaite czasowniki: wykreślać, eliminować, pomijać, likwidować, opuszczać. Po wyartykułowaniu przez uczniów kilku dłuższych wypowiedzi można mieć pewność, że wszyscy wiedzą, o co chodzi.
Mówi się często, że stosowanie wulgaryzmów jest symptomem ubogiego słownictwa. Coś w tym pewnie jest, ale w opisanej powyżej sytuacji nie ulega też wątpliwości, że to co w grupie elokwentnej trwało około minuty i wymagało zaangażowania środków pozasłownych, takich jak gestykulacja, w grupie mniej wygadanej zajęło ułamek sekundy. Zaoszczędzone kilkadziesiąt sekund można by oczywiście przeznaczyć na urozmaicenie przemkowych zasobów leksykalnych, ale można też było dzięki temu zrobić ze dwa zdania więcej z repetytorium gramatycznego.
Mam obecnie trzy grupy pierwszaków w męskich klasach technikum. Zauważyłem, że póki co, musimy się nauczyć wzajemnie słuchać. Myślę, że potem przyjdzie pora na to, byśmy wzajemnie pouczyli się języków, nie tylko angielskiego. Od czterech innych grup panów, obecnie w czwartych klasach technikum, musiałem się sporo nauczyć, to i ci mi pewnie dadzą popalić.

Wychowawstwo

Drugi raz w ciągu kilku minionych lat spotkała mnie dziwna i prawdę mówiąc lekko niezrozumiała dla mnie sytuacja.
Odchodząca na urlop macierzyński koleżanka zorganizowała w swojej klasie anonimowy „plebiscyt” na nauczyciela, który miałby na czas jej nieobecności pełnić obowiązki wychowawcy w jej klasie i w sposób zupełnie jednogłośny, wręcz śmiesznie jednogłośny, bo wygląda to właściwie na jakąś zmowę albo wygłupy, zostałem wybrany właśnie ja.
Gdy plebiscyt przeprowadzała w technikum mechanicznym Ela, można to było jeszcze jakoś próbować zrozumieć. Panowie znali mnie wówczas od trzech semestrów, ja znałem ich, wiedzieliśmy mniej więcej, czego się po sobie spodziewać. Dziś, kiedy są w klasie maturalnej, są moimi pupilami i niedawno sprawiłem im tutaj reklamę nad reklamami. Coś nas w każdym razie łączy. To nie są obcy faceci i ja dla nich nie jestem obcy.
Łatwo też było wymigać mi się wówczas od odpowiedzialności spadającej na mnie wraz z tym wskazaniem, bo jako nauczyciel niepełnoetatowy byłem wtedy osobą zupełnie nie na miejscu. Co to za wychowawca (czy nawet osoba pełniąca obowiązki wychowawcy), który jest w szkole dwa dni w tygodniu?
Ale gdy Sylwia pokazała koleżankom w pokoju wyniki plebiscytu w swojej trzeciej klasie liceum ogólnokształcącego, była to dla mnie wielka zagadka. Dziewczyny śmiały się z jednomyślności na tych kartkach, na których jeśli było jakieś inne nazwisko, to tylko obok mojego, a większość kartek wskazywała jednoznacznie na mnie. Mnie było zupełnie nie do śmiechu.
Zastanawiam się, co jest nie tak z tą młodzieżą, której jest tak zupełnie obojętne, kto będzie ich wychowawcą, że wskazują właśnie na mnie? Cóż we mnie takiego jest? Jestem niezbyt rozgarniętym, przeciętnym nauczycielem, z nieszczególnie ułożonym życiem osobistym, rozwodnikiem, bez specjalnych osiągnięć w wychowywaniu dzieci (od lat nie próbuję się nawet spierać z byłą żoną, której zdaniem nie powinienem widywać córki), wprawdzie nie palę, ale bywa, że wypiję o jedno piwo za dużo, do kościoła chodzę od święta, w niedzielę lubię pospać do dziesiątej, a przynajmniej powylegiwać się w łóżku.
Jestem takim zwykłym człowieczkiem, co to nie potrafi sobie poradzić z większością swoich własnych problemów, a oto trzydzieści parę osób, z którymi mam zastępstwa od kilku tygodni i mam mieć przez parę następnych miesięcy (ich anglistka urodziła parę dni temu), uważa, że jestem najlepszym (i właściwie jedynym) kandydatem na ich wychowawcę (wychowawczyni urodzi za parę tygodni). Prawie nikogo z nich nie znam jeszcze z nazwiska. Mało czyje imię pamiętam. Na co liczą? Przecież nie na to, że dzięki mnie wszyscy zdadzą maturę (oblałem sześciu moich własnych maturzystów podczas ostatniej sesji maturalnej). Przecież nie na to, że dzięki mnie wszyscy zostaną do matury dopuszczeni (czterech uczniów powtarza w tym roku przeze mnie klasę).
Nie mam obecnie już prostej wymówki, że jestem niepełnoetatowy, bo pracuję od poniedziałku do piątku. Pozostaje mi liczyć na mądrość dyrekcji mojej szkoły, bo jak tu wychowywać ludzi, których się w ogóle nie zna.

Nauka przez uduszenie

Chodziłem w liceum do klasy o profilu matematyczno – fizycznym i jest parę rzeczy, które świetnie pamiętam z fizyki. Na przykład wiem, co to jest moment pędu. Pamiętam o tym tak dobrze dlatego, że dr Marian Głowacki pokazując nam to zagadnienie przy pomocy krzesła obrotowego kręcił się na nim tak długo w różne strony wymachując rękami i nogami na boki i ciesząc się, że demonstracja zmiany prędkości obrotu świetnie się udaje, że w końcu krzesło się wykręciło, a profesor spadł.
W piątki mieliśmy trzy godziny fizyki pod rząd i było to ciężko znieść, a gdyby nie zupełnie niekonwencjonalne metody naszego nauczyciela, który na przykład nie wahał się ani ułamka sekundy wylewając na Beatę, jedną z koleżanek z klasy, szklankę zimnej wody, chyba byśmy tam wszyscy posnęli.
Stanąłem ostatnio przed trudnym zadaniem zajęcia się przez trzy godziny pod rząd grupą pierwszoklasistów z technikum mechanicznego, z których większość ma już jako takie pojęcie o angielskim wyniesione z gimnazjum, ale mają się uczyć angielskiego od podstaw razem z kolegami, którzy w gimnazjum mieli niemiecki czy rosyjski.
Póki co nauczyliśmy się w zasadzie tylko literować i liczyć. Nawet dla tych bardziej zaawansowanych była to okazja do tego, by dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Na przykład nie wiedzieli, że samogłoski mogą być długie i krótkie, że wyraz three wcale się nie zaczyna na głoskę f czy t, że w wyrazie nineteen akcent pada zupełnie gdzie indziej niż w ninety.
I właśnie tak sobie z nimi ćwicząc to literowanie i to liczenie przez żmudne trzy godziny lekcyjne stanąłem przed dylematem typowym w takich mieszanych poziomem klasach. Goście mają jeszcze kłopoty i muszą poćwiczyć, a jednocześnie najbardziej nawet wymyślne zabawy językowe nie są w stanie przyciągnąć ich uwagi do takich niby banalnych rzeczy.
Usiedliśmy sobie w kółeczku i liczyliśmy po kolei na różne sposoby. Najpierw normalnie, potem na przykład omijając liczby podzielne przez 7 czy 6, potem każdy podwajał liczbę powiedzianą przez poprzednika, albo dodawał 3 lub 4. Bardzo ciężko było panom się skupić i największa liczba, do jakiej udawało nam się dojść, oscylowała w okolicach 50. Z kilkunastoosobowego grona nie było jak wyłonić zwycięzców w żadnej zabawie, ponieważ osoby odpadające z gry wyłączały się zupełnie i zaczynały przeszkadzać.
Jakoś tak zapomniałem, że pierwszoklasiści przychodzący prosto z gimnazjum przeszkadzają w prowadzeniu lekcji i nie mają ochoty sami z siebie się czegoś nauczyć, odzwyczaiłem się od uczniów w tym wieku, więc przy którejś z kolei niedokończonej rundzie zabawy z liczeniem, w dodatku zainspirowany wizytą w klasie Huberta, jednego z moich maturzystów, nie wytrzymałem i postanowiłem coś z tym zrobić.
Zamknąłem wszystkie okna, zasunąłem na zewnątrz żaluzje antywłamaniowe (przez co zrobiło się całkiem ciemno). Jedyne światło, jakie dostawało się do klasy, wchodziło z korytarza przez szparę w drzwiach, więc panowie z własnej inicjatywy zatkali je plecakami. Ogarnęła nas ciemność.
Następnie powiedziałem panom, że nie wyjdziemy z klasy, dopóki nie uda nam się doliczyć do 199 bez pomyłki (czyli jakieś dwanaście okrążeń). Nie wtajemniczając ich w istnienie wentylacji roztoczyłem przed nimi makabryczną wizję, w której o ile się nie skupimy, podusimy się wszyscy w ciemności i po tych trzech lekcjach, gdy do klasy wejdzie sprzątaczka, trzeba nas będzie wynosić. Spytałem, czy naprawdę nie chcą doczekać tej pięknej chwili, kiedy będą takimi dorosłymi mężczyznami jak Hubert, który nas odwiedził przed chwilą. Kazałem im sobie wyobrazić, co się może stać, jeśli każdy, kto się teraz pomyli, będzie musiał zdjąć skarpetki.
Postarałem się jednym słowem, by atmosfera była nie tyle przerażająca, co śmieszna. Po pierwszej udanej próbie liczenia wyciągnęliśmy komórki i zaczęliśmy operować na wbudowanych w nie kalkulatorach. W żaden inny sposób nie dalibyśmy rady dojść w tych wyliczankach do ponad pięciuset miliardów. Wzrok przyzwyczaił się nam już trochę do panujących ciemności, poza tym komórki dawały trochę światła, wydaje mi się więc, że tym razem nikt już nie ziewał i nie rozpraszał się, a ewentualne pomyłki panowie wyłapywali gremialnie i z emocjami bliskimi kibicom na meczu piłki nożnej.
Cel uświęca środki, te zresztą nie były takie znowu drastyczne dla grupy szesnastolatków. Nie jestem pewien, jakie środki trzeba będzie stosować z tymi panami przez najbliższe cztery lata, ale na pewno trzeba utrzymać atmosferę, jaka była na angielskim na kolejnej lekcji, już po przerwie. Ja udawałem, że jak będzie znowu tak jak na pierwszej lekcji, to jeszcze raz zamkniemy okna i zasłonimy żaluzje, a oni udawali, że ich to przeraża i że tym razem na pewno nie przeżyją. Gdy któryś z nich się mylił lub rozpraszał, inni błagali go, żeby się nad nimi zlitował i się skupił, bo nie chcą jeszcze umierać. No i w zasadzie wszyscy byli bardzo skupieni i aktywni, chociaż była to siódma lekcja.
Znakomicie pamiętam wiele lekcji dr Głowackiego i sporo z nich wyniosłem. Za to nie pamiętam zupełnie, co przez kilka semestrów dyktowano mi z jakiegoś starego zeszytu na innym przedmiocie (nazwę przedmiotu i nazwisko prowadzącego pominę). Wiem, że coś mi dyktowano, musiałem to pisać, każde zdanie powtarzane było wiele razy, by wszyscy nadążyli za nauczycielem. Nie pamiętam nawet specjalnie tematyki tych dyktowanych nam pieczołowicie notatek.
Na klasówkach dr Głowacki pilnował nas biegając po biurku, ławkach i parapetach. Ostatnio Łukasz, absolwent sprzed trzech lat, powiedział mi, że ja też na pierwszej lekcji z nimi stałem podobno na ławce. Jakoś nie pamiętam, nie zwróciłem uwagi, ale Łukasz o tym widocznie już nie zapomni.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że ci wszyscy uczniowie, którzy przyzwyczają się do lekcji z takim cudakiem, pójdą w świat przygotowani już naprawdę na wszystko. A najważniejsze, by zapamiętali z tych lekcji coś więcej, niż to, że zamknąłem okna i opuściłem żaluzje. By zostały w nich te umiejętności, które biegając po ławkach, kręcąc się na krześle czy robiąc inne podejrzane rzeczy, nauczyciele tacy jak doktor – obecnie już habilitowany – Głowacki czy ja próbują wtłuc swoim uczniom do głowy.

Mięso armatnie

Strona internetowa należąca do bojowników czeczeńskich opublikowała apel Islamskiego Emiratu Afganistanu skierowany do rządu i narodu polskiego, w którym Emirat ostrzega Polaków przed wysyłaniem kolejnego kontyngentu żołnierzy na niesłuszną wojnę o cudze interesy na poligonie, na którym od dziesiątków lat mocarstwa kosztem Afgańczyków rozgrywają swoje wielkie geopolityczne interesy. Oficjalny rzecznik Emiratu zwraca uwagę, że wszystkie zagraniczne wojska przebywające już w Afganistanie lub zamierzające przybyć do tego kraju uznawane są za agresorów, a każdy Afgańczyk uznaje za swój obowiązek prowadzenie przeciw nim świętej wojny.
Ten tysiąc polskich żołnierzy zadeklarował polski premier, jak się wydaje, z czystej wdzięczności za kilka minut spotkania z amerykańskim prezydentem, po powrocie premiera do kraju okazało się bowiem, że jego decyzja była zaskoczeniem nawet dla koalicjantów. Czyżby więc kilka minut rozmowy z Georgem Bushem miało dla Jarosława Kaczyńskiego większą wartość, niż życie tysiąca polskich żołnierzy i szczęście ich rodzin, a także bezpieczeństwo kurczącego się wprawdzie, ale nadal trzydziestoparomilionowego narodu?
Co ja bym zrobił, by spotkać się na kilka minut z amerykańskim prezydentem? Czy ja wiem? A po co mi grzecznościowa wymiana paru zdań z dyplomatycznego protokołu? Myślę, że szkoda by mi było czasu. Musiałoby mi się bardzo nudzić, a to mi się od dość dawna nie zdarza.
Film Jarhead (2005), opowiada o perypetiach żołnierzy wysłanych na Bliski Wschód w o wiele bardziej precyzyjnym celu, w obronie Kuwejtu przed inwazją iracką. W bardzo dobitny sposób pokazuje ten film, jak bezsensowna jest wojna i jak dotkliwą porażkę ponoszą w każdej wojnie wszyscy, a w szczególności zwycięzcy.
Nie wysłałbym na wojnę żadnego z moich absolwentów, chociaż wielu z nich to chłopy jak dęby i mają piąchy takie, że gdy podaję im dłoń na powitanie to czuję się, jakbym był krasnoludkiem. Większość z nich ma zupełnie inne ambicje i plany niż to, by zostać mięsem armatnim.
Nie chciałbym się spotkać z premierem. Pewnie to bardzo ciekawy człowiek, ale ten cały protokół dyplomatyczny, ochrona osobista i inne ceregiele uniemożliwiłyby cokolwiek poza pustą wymianą grzecznościowych formułek. Gdy pod pretekstem obywatelskiej lekcji obecny minister sprawiedliwości na spotkaniu w szkolnej świetlicy z moimi uczniami uprawiał polityczną kampanię na rzecz swojej partii, wykorzystałem czas przepadających mi dwóch lekcji na konserwację pracowni komputerowej. Też jakoś szkoda mi było czasu na słuchanie kogoś, kto wydaje mi się bardzo przewidywalny i monotematyczny, skoro mogłem skorzystać z okazji i zrobić coś pożytecznego. A teraz tak sobie myślę, jak to by było ciekawie, gdyby wybrano Nauczyciela Roku 2006, a on z braku czasu na spotkanie z Ministrem Edukacji i odebranie 20 tysięcy złotych odmówiłby przyjęcia nagrody.
Moim zdaniem są kompromisy, na które nie warto się godzić. Są rzeczy mające cenę nieadekwatną do ich wartości. Takich rzeczy nie warto kupować, w takie układy nie warto wchodzić.

Dojrzały wśród dorosłych

Ze wszystkich siedmiu grup moich maturzystów grupa Leszka jest najsłabsza i najbardziej się o nich martwię. Podczas gdy w innych grupach na pięć krótkich pytań wprowadzających do lekcji dostaję pięć natychmiastowych odpowiedzi i na bazie tego mogę zabierać się do konkretnej roboty, którą sobie zaplanowałem, u Leszka w grupie cała lekcja schodzi na wyciąganiu z uczniów odpowiedzi na pierwsze trzy z tych wstępnych pytań i na ewentualnych dygresjach.
Leszek jest jednym z bardziej aktywnych uczniów w grupie i nie ma najmniejszych oporów w mówieniu i pisaniu po angielsku, ale jego angielszczyzna jest potworna i bywa, że wręcz niezrozumiała.
A jednocześnie to właśnie Leszek blisko rok temu zainspirował mnie do pisania tego bloga, gdy doznałem olśnienia słuchając komentarzy tego dziewiętnastoletniego obecnie chłopaka na temat filmu Ptaki i zrozumiałem, że mam do czynienia z kimś o wiele mądrzejszym i bardziej spostrzegawczym ode mnie.
Także dziś Leszek jest powalająco dojrzały, wytrwały, wie dokładnie, do jakiego celu zmierza i jakimi środkami chce go osiągnąć.
Z domu i z naszego technikum wyniósł umiejętność spawania, ma prawo jazdy i zdrowy rozsądek. Już drugi rok z rzędu całe wakacje spędził ciężko pracując i przy okazji uważnie obserwując relacje międzyludzkie, zasadność autorytetów oraz różnice między szczęściem a sukcesem.
Jego szef próbował go zmusić do zawiezienia z Krakowa do Poznania dziesięciometrowej, półtoratonowej bramy z ozdobnymi okuciami średniej wielkości autem bagażowym z przyczepą. A innym razem zniszczył komplet wierteł do betonu demonstrując pracownikom, że można nimi wiercić w metalu.
Leszek służył całej ekipie robotników za kierowcę, więc panowie mogli sobie spokojnie po robocie popić w tyle auta. I kiedy jeden z nich wysiadł w Poznaniu tylnymi drzwiami chcąc się wysikać, Leszek musiał potem tego pięćdziesięcioletniego mężczyzny szukać po całym mieście, bo zanim ktoś się zorientował, że to nie postój, tylko skrzyżowanie, było już za późno, a delikwent pomylił kierunki i wysikawszy się zaczął gonić auto, ale uciekając w zupełnie przeciwnym kierunku.
Kiedyś Leszkowi wydawało się, że najważniejsze, żeby przejąć gospodarstwo, brać dotacje i pchać jakoś do przodu ten wózek, na którego tylnym siedzeniu się urodziło. Teraz zobaczył trochę świata i nie rozumie, co to za życie – mieszkać kilka pokoleń w jednym miejscu, w jednym domu, nie ruszać się poza własną wioskę, najbliższe miasteczko. Nie rozumie sąsiada, który zdaje się być normalnym facetem, a w oddalonym o pół godziny jazdy Krakowie był ostatnio lat temu trzydzieści. Leszek jest aktywny, odważny, zdecydowany.
Postanowił, że te cztery lata technikum nie mogą pójść na marne, bo jeśli nie zda matury ani egzaminu zawodowego, to równie dobrze mógł skończyć edukację na gimnazjum.
Wracając dziś wieczorem z internatu po filmie poczułem, że idzie zima. Gdy zadzierając do góry głowę patrzyłem na gwiazdy, przenikał mnie chłód ostrego, wilgotnego powietrza. To dobrze, że będzie zimno. Przez kilka miesięcy Leszkowi będzie dużo łatwiej w pokoju w internacie studiować polski, angielski i geografię. To wszystko to zresztą pryszcz. Leszek bardzo się zdziwił, że chemia nieorganiczna jest dla mnie zbyt skomplikowana. To wszystko przecież takie proste i jedno z drugiego wynika…

Idol z poczuciem humoru

Wielokrotnie pisałem już o tym, jak bardzo razi mnie u obecnej ekipy rządzącej brak poczucia humoru i dystansu do siebie samych.
Politycy obozu rządzącego – parlamentarzyści, ministrowie, premier, prezydent – popełniają gafy śmieszne, żałosne, kompromitujące, a czasem i szkodzące państwu polskiemu.
Polskiemu prezydentowi nie milknie komórka podczas oficjalnych spotkań. Minister Edukacji szkaluje polską szkołę. Polski premier z rozpędu całuje w rękę Ministra Obrony Narodowej, co do którego trudno mieć wątpliwości, że jest mężczyzną.
Minister Sprawiedliwości atakuje Jacka Majchrowskiego udowadniając drukowanymi literami, że krakowskie dwa dodać dwa równa się pięć, manipulując faktami i opowiadając brednie. Mówi, że Jacek Majchrowski to persona non grata wypominając mu, że nie spotkał się z Georgem W. Bushem podczas jego wizyty w Krakowie. Twierdzi, że rozentuzjazmowane tłumy krakowian witały wtedy Busha. Zapomina, że w rzeczywistości to, że Jacek Majchrowski nie spotkał się wówczas z niezbyt popularnym prezydentem Bushem, przysporzyło mu w studenckim mieście Krakowie wiele popularności i było nonkonformistyczną demonstracją polityczną, na jaką mało kogo stać. I zręcznie przemilcza fakt, że premier z Prawa i Sprawiedliwości dość groteskowo żebrał ostatnio o kilka minut spotkania z prezydentem Bushem podczas swojej niedawnej wizyty w USA.
Parlamentarzysta w komisji śledczej rozbawia świadka Ewę Balcerowicz nie umiejąc zadać pytania, które sam sobie przygotował do zadania, ponieważ zawiera ono nazwy własne w języku angielskim. Dowiadujemy się między innymi, że Janina Wedel napisała książkę.
We wiodącej w Polsce, o dziwo nie publicznej telewizji publicystycznej, w specjalnym programie „Szkło kontaktowe”, dziennikarze nie nadążają z pokazywaniem wpadek polityków. Nie starcza im czasu na ich komentowanie.
W tych wpadkach przodują faktycznie politycy partii koalicyjnych, chociaż pokazuje się także wpadki członków innych partii. Oburzeni zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości mają do „Szkła kontaktowego” pretensje, że jest „okopcone” nienawiścią do ich partii. Nie mają pretensji do swoich polityków o to, że popełniają bezmyślne gafy, że dobrowolnie ośmieszają siebie, polski parlament i inne instytucje państwa polskiego, włącznie z urzędem głowy państwa, tylko do dziennikarzy o to, że to pokazują.
Powaga urzędu paradoksalnie wymaga poczucia humoru. Znużony oglądaniem popisów prymitywizmu ze strony różnych polityków z dużą satysfakcją obejrzałem niedawną wypowiedź Donalda Tuska na temat programu „Szkło kontaktowe”. Polubiłem pana Tuska o wiele bardziej, niż go lubiłem oddając na niego głos w drugiej turze wyborów prezydenckich.
Człowiek, jak to człowiek, popełnia gafy, myli się i miewa wpadki. Zdarza mi się przejęzyczyć w klasie i powiedzieć coś głupiego. Jak wtedy, gdy stawiając ocenę niedostateczną Tomkowi powiedziałem mu w ubiegłym roku, że muszę mu postawić laskę. Śmiejemy się z tego parę sekund i mówimy dalej na temat. Pomyśleć, że mógłbym zostawiać w kozie uczniów, którzy dostrzegają moje wpadki i śmieją się z nich. Albo dawać im za karę dodatkową pracę domową.

Zaufanie na egzaminie

Koleżanka ucząca w jednym z częstochowskich liceów nie martwi się tym, że w myśl nowego rozporządzenia o ocenianiu nie będzie egzaminować swoich maturzystów na ustnym egzaminie z języka angielskiego. Mówi, że to nawet lepiej. Nie będzie się denerwowała, że po trzech latach jej pracy oni takie głupoty wygadują i tak ją kompromitują przed drugą osobą z komisji. A i oni sami jej zdaniem chętniej i na większym luzie przystąpią do egzaminu, gdy będzie ich pytać ktoś obcy, a nie nauczycielka, która gnębiła ich całe liceum. Gdyby ona miała ich pytać, pewnie by się bardziej denerwowali i byliby przekonani, że zrobi wszystko, żeby ich usadzić. Obawialiby się, że będzie im zadawała podchwytliwe, chamskie pytania i zaniży ocenę.
Smutne w sumie jest to, co Marta mówi.
Mnie jest bardzo przykro, że nie będę słyszał moich uczniów podczas ustnego egzaminu na maturze. Jestem ciekaw, jak sobie poradzą. Wydaje mi się, że zdecydowana większość z nich chciałaby, abym na tym egzaminie był. Po podpisaniu przez ministra Giertycha rozporządzenia wykluczającego mnie z udziału w komisji, przed którą będą zdawać, umówiliśmy się od razu, że po egzaminie spotykamy się wieczorem specjalnie po to, by opowiedzieli mi o jego przebiegu.
Mam grupy maturalne, które do moich klas zostały wcielone w drugiej klasie wskutek likwidacji i łączenia oddziałów. Chłopaki wiedząc już, że nie mogą być pytani na maturze przeze mnie, liczą na to, że pytać ich będzie Asia, która uczyła ich w pierwszej klasie. Nie chcą być pytani przez nauczyciela, którego w ogóle nie znają. Nie chcą zdawać przed komisją, która jest im całkowicie obca.
Nie rozumiem zupełnie, jak po kilku latach wspólnej pracy uczniowie mogą nie mieć zaufania do nauczyciela. Jak to możliwe, żeby chcieli być egzaminowani i oceniani przez kogokolwiek, byle nie przez osobę, do której są przyzwyczajeni i którą powinni byli przez całą szkołę średnią poznać na wylot. Trzecia klasa ogólniaka, w której mam teraz zastępstwa za rodzącą na dniach Asię, też jednogłośnie żałuje, że Asia nie będzie mogła ich egzaminować.
Myślę, że Asia i ja czerpiemy znacznie większą satysfakcję z pracy w szkole, niż Marta. Zatkało mnie, gdy słuchałem przemyśleń Marty. Nie umiałem zareagować. Tak jakbym słuchał strażaka, który nienawidzi i boi się ognia, albo marynarza, który nie umie pływać i nie znosi bezkresnego widoku morza.

7 procent od Giertycha

Minister Edukacji wymachuje szabelką i grozi rozpadem koalicji rządzącej, jeśli premier nie zagwarantuje podwyżek dla nauczycieli w przyszłorocznym budżecie. Minister straszy, a może raczej robi nadzieję, że jeśli tych środków na podwyżki dla nauczycieli nie będzie, to on odejdzie.
Słowami z bloga Wojciecha Wierzejskiego, jednego z niewielu ludzi na tym świecie, którym głęboko współczuję, ponieważ są bardzo nieszczęśliwi, bardziej nawet nieszczęśliwi od Eltona Johna (uważa tak większość internautów, którzy zabrali głos na ten temat w ankiecie Gazety), bez podwyżek nie można zrealizować jednego z czterech zasadniczych priorytetów oświatowych Romana Giertycha, którym to priorytetem jest prestiż.
Te „cztery P”, cztery priorytety Romana Giertycha, które zresztą Joanna Senyszyn dość precyzyjnie nazwała w swoim blogu pierdoleniem, to Prawda, Porządek, Patriotyzm i Prestiż nauczyciela w szkole.
Niespecjalnie mnie kusi prawda lansowana przez człowieka, który napisał książkę Kontrrewolucja młodych, a jako członek parlamentarnej komisji śledczej najbardziej zabłysnął rozmowami ze świadkiem na jasnogórskim dziedzińcu, a nie na Wiejskiej. Który jako minister edukacji nie ma ochoty liczyć się ze zdaniem największego związku zawodowego nauczycieli, ponieważ prawda jest tylko jedna i jest ona gdzieś bardzo głęboko w umyśle ministra, tak głęboko, że dyskutować się z nią nie da.
Nieszczególnie podoba mi się porządek, w którym zakuci w kajdany czy dyby uczniowie siedzą w ławkach i udają, że mnie słuchają, a budząc się rano klną na myśl o tym, że mają się ze mną za godzinę spotkać.
Niezbyt ciekawy to patriotyzm, który każe opluwać Jacka Kuronia albo rozmawiać tylko ze słuchaczami jednej jedynej prawomyślnej rozgłośni. Który pozwala psuć państwo dla własnego rozgłosu i dla agitacji partyjnej.
I do tego wszystkiego dochodzi ten prestiż… Zastanawiam się, czy ten mój prestiż zawodowy nie ma żadnego innego wykładnika niż pensja, którą wypłaca mi starosta? Czy mój prestiż zawodowy wzrośnie, jeśli dzięki wzrostowi pensji o 7% zaprenumeruję „Nasz dziennik”?
A może mój prestiż zawodowy wzrośnie bardziej, jeśli dobrowolnie zrezygnuję z tych 7% w zamian za to, by reformatorzy w rodzaju Giertycha i Orzechowskiego raz na zawsze opuścili Ministerstwo Edukacji? Oddam nie tylko te obiecane 7%, ale kolejne 7% z obecnej pensji co miesiąc przeznaczę na pomoce dydaktyczne do internatu, byle minister dał sobie spokój i zajął się czymś innym niż psucie i szkalowanie polskiej szkoły.
Bo jak na razie to mam wrażenie, że mój prestiż zawodowy raczej traci niż zyskuje na tym, że pracuję dla resortu, którym kieruje Roman Giertych.

Modlitwa na rozkaz

W czasie mojej rozmowy z uczniem klasy maturalnej, Tymoteuszem, całkowicie przypadkiem wypłynął nagle temat lekcji religii i etyki. Około dziesięciu osób z klasy Tymoteusza na religię nie chodzi.
Katechezę wprowadzono do szkół, gdy byłem w klasie maturalnej. Wcześniej chodziliśmy na religię popołudniami, dwa razy w tygodniu, do salki katechetycznej przy naszym kościele parafialnym. Bardzo mile wspominam te spotkania w salce z księdzem otwartym na nasze problemy i dyskusję o nich, z kolegami i koleżankami z podstawówki, z którymi nasze drogi się rozeszły. Była między nami prawdziwa więź, prawdziwa potrzeba uczęszczania na te rozpoczynane i kończone modlitwą zajęcia pozalekcyjne.
Gdy w maturalnej klasie nagle mnie tego pozbawiono, dając mi w zamian nudne i w autorytarny sposób prowadzone zajęcia z księdzem z obcej parafii, który poświęcił pierwsze spotkanie z nami na tłumaczenie nam destrukcyjnego wpływu masturbacji na prawie wszystkie organy wewnętrzne oraz na postępy w nauce, który jakiekolwiek próby rozważań nad tym, czy religia katolicka powinna być obecna w szkole, ugaszał z zapałem jednostki antyterrorystycznej, po paru tygodniach przestałem chodzić na religię. Ja, ministrant i lektor z wieloletnim stażem, skończyłem szkołę średnią nie uczęszczając na katechezę i nie otrzymując świadectwa kursu przedmałżeńskiego. Na religię przestał też chodzić mój kolega Maciej, ministrant z Jasnej Góry, a te osoby, które chodziły, często zmieniały życie księdza katechety w prawdziwe piekło.
W pierwszym roku mojej pracy w szkole średniej, w III LO im. Biegańskiego w Częstochowie, niejednokrotnie byłem w pokoju nauczycielskim świadkiem załamań nerwowych katechetki, która płakała całą przerwę, po czym znowu trafiała do klasy tylko po to, by być poniżaną i obrażaną przez uczniów, którzy na lekcjach innych nauczycieli zachowywali się jak aniołki, a na religii wstępował w nich diabeł.
Od kilku lat nie uczestniczę w mszach świętych inaugurujących rok szkolny i bywa, że wraz z innymi kolegami i koleżankami trzymającymi się z dala od ołtarza obrywam za to słowne cięgi. Przychodzę w dniu inauguracji do pracy, ale zaszywam się w pracowni w internacie by nie obrażać Pana Boga nieuważną modlitwą i brakiem skupienia. Po korytarzach, na parkingu za oknem snują się stada młodzieży stęsknionej za sobą po wakacjach, pokoje w internacie tętnią życiem podczas tej ceremonii. Niektórzy uczniowie zaglądają do pracowni porozmawiać, poopowiadać o wydarzeniach minionych kilku tygodni spędzonych z dala od szkoły, o planach na najbliższe miesiące, zdać relację z wakacyjnych praktyk, napić się kawy.
Zastanawiam się, co jest większym grzechem: zostawiać tych niezainteresowanych religijną ceremonią uczniów bez opieki czy zmuszać ich do uczestniczenia w tejże? I czy aby nie ma żadnej innej alternatywy?
W przyszłym tygodniu uczniowie klas maturalnych jadą na trzydniowe rekolekcje. W niektórych grupach tracę nawet cztery godziny. Pomyślałem sobie, bo uczę prawie samych maturzystów, że pojadę z nimi, to przynajmniej podczas śniadania czy po południu zmuszę ich do rozmawiania po angielsku, że trochę luźniej, ale się pouczymy. No to mam: w maturalnej klasie technikum mechanicznego pojedzie się modlić i rozmyślać czterech. Pozostali mają rekolekcje głęboko w nosie i nie mogą się już doczekać tych paru dodatkowych dni wolnego.
„O dwóch takich, co ukradli księżyc” to piękna i bardzo pouczająca bajka. Jacek i Placek trafiają tam do miasta zarządzanego przez garbatego namiestnika. Wszyscy mieszkańcy przyprawiają sobie w tym mieście garby i zakazane jest posiadanie lusterek. Gdy król w miejsce tego namiestnika powołuje nowego, okazuje się, że wszyscy lusterka mieli, tyle że je ukrywali. Niestety nowy namiestnik nie jest pozbawiony ułomności – ma garb z przodu. Bez chwili zastanowienia wszyscy przekładają swoje sztuczne garby z pleców na piersi i wszystko wraca do punktu wyjścia.
Czasami mam wrażenie, że taka właśnie jest natura ludzka, że nie potrafimy ułożyć sobie życia nie poddając się bezwolnie takiej czy innej ideologii. W dodatku nachalnie narzucając wybraną ideologię obrzydzamy ją wszystkim wokół i wypaczamy wrednie rozdmuchując ją obrzędami i ceremoniami. Bezkrytyczny kult Jana Pawła II jeszcze za jego życia doprowadził do tego, że w raportach na temat wolności słowa organizacji Reporters sans frontieres Polska jest na szarym końcu zestawienia spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej.
Nie wydaje mi się, by Pan Bóg czerpał wielką przyjemność z tego, że ktoś uczestniczy we mszy świętej, na którą zagoniono go przy pomocy bata. Nie znam Pana Boga za dobrze, ale o ile wiem, można go znaleźć wszędzie i są miejsca, w których słychać go o wiele lepiej, niż w tłumie uczniów siłą spędzonych przed ołtarz.

Wieża Północna, piętra od 101 do 105

Czytam właśnie napisaną kolektywnie przez grupę dziennikarzy niemieckiego Der Spiegel książkę 9-11. What Really Happened i nie mogę się powstrzymać i nie przetłumaczyć jednego rozdziału:

Biura firmy finansowej Cantor Fitzgerald, w której pracował Jimmy DeBlase, znajdowały się na piętrach od sto pierwszego do sto piątego Północnej Wieży. Samolot American Flight 11 uderzył w piętra tuż pod nimi. O 8:46 rano sześciuset siedemdziesięciu siedmiu na z grubsza mówiąc tysiąc pracowników firmy siedziało już w pracy przy swoich biurkach.
Eksplozja rozerwała ich na strzępy. Spłonęli. Albo udusili się. Albo zdesperowani wyskoczyli przez okna.
Trzydziestodwuletnia sekretarka, Deanna L. Galante, wybierająca się na urlop macierzyński za sześć tygodni.
Trzydziestodziewięcioletni James J. Kelly, pożyczki hipoteczne, który w niedzielne poranki wstawał wcześniej, by przygotować wafle i koktaile dla swoich czterech córeczek.
Broker giełdowy Laurence Michael Polatsch, trzydzieści dwa lata, karierowicz. Raz nawet rozmawiał przy kiosku z gazetami z Julią Roberts i zaprosił ją na kolację. Prawie że się zgodziła.
Lisa i Samantha Egan. Siostry pracujące w kadrach, jedna w wieku trzydziestu jeden, druga trzydziestu czterech lat. Zginęły tak jak żyły, obok siebie.
Ward Haynes, trzydziestopięcioletni broker, w miniony weekend na jeździe próbnej swoim nowym Porsche.
Edward Mazzella. Wicedyrektor sprzedaży, sześćdziesiąt dwa lata, za trzy dni miał odejść na emeryturę.
Jonathan Connors. Kolejny wicedyrektor, pięćdziesiąt pięć lat. W czerwonym kartonie przechowywał pamiątki tamtego dnia w 1993 roku, gdy World Trade Centre zostało zaatakowane po raz pierwszy: usmarowaną koszulę, bilet z metro i chustę, której użył jako maski na twarz.
Jacquelyn Sanchez. Sekretarka, dwadzieścia trzy lata, ostatni telefon wykonała do matki opiekującej się nad jej jedenastomiesięcznym synkiem w domu.
Joshua Rosenblum, młodszy broker, dwadzieścia osiem lat. Miał się ożenić z Giną Hawryluk, koleżanką z firmy, która tego dnia wzięła dzień wolnego by przygotowywać wesele.
Jude Safi. Dwudziestoczteroletni broker, znał wszystkie piosenki Elvisa i Sinatry na pamięć.
Troy Nilsen. Specjalista do spraw komputerowych, trzydzieści trzy lata. Trzy miesiące później jego autystyczny syn Scott nadal szukał tatusia.
Kaleen Pezzuti i Matthew Gryzmalski. Ona dwadzieścia osiem, on trzydzieści cztery lata, poznali się na sto piątym piętrze World Trade Center i pokochali się na zabój.
Zuhtu Ibis. Specjalista do spraw komputerów pochodzenia tureckiego, dwadzieścia pięć lat. Przyjechał do Stanów w wieku osiemnastu lat i ciężką pracą wspiął się na sto trzecie piętro World Trade Center.
Fred Gabler. Broker, trzydzieści lat, w październiku miał zostać ojcem.
Jude Moussa, obligacje, trzydzieści pięć lat, wyjechał ze swojego rodzinnego Libanu szesnaście lat wcześniej, bo miał dość zamachów bombowych.
Wszystkich sześciuset siedemdziesięciu siedmiu pracowników Cantor Fitzgerald, którzy byli tego rana w pracy, zginęło na miejscu. W tym Jimmy DeBlase.

Byłem tego dnia na wsi, w Piotrkowicach, trochę przeziębiony. Po szkole pojechałem do apteki do Proszowic i włączyłem sobie radio. Pamiętam, że gdy zajechałem i zaparkowałem pod Kryształową, nie wysiadałem z auta przez dobre trzy kwadranse. Z niedowierzaniem słuchałem doniesień na żywo, chaotycznych, apokaliptycznych komentarzy. W tych pierwszych dwóch godzinach wskutek kłopotów z łącznością rozniosły się plotki katastroficzne, zgodnie z którymi w Stanach wszystko zostało już zniszczone. Nie było nic – od Nowego Jorku po Kalifornię, od Statuy Wolności po Golden Gate, wszystkie symbole Ameryki przestały istnieć.
Siedziałem w aucie przerażony, ogłupiały, nie wiedziałem co zrobić. Patrzyłem na przechodzących ulicą ludzi, Lidka S. w sklepie na wprost mnie zupełnie nieświadoma żartowała z przyjaciółką, a mnie wydawało się, że jeśli bym chciał wyjść z auta i powiedzieć im, co się stało, to … mógłbym nie zdążyć. Mógłbym nie zdążyć przed końcem świata. Do apteki w końcu nie wysiadłem, wydało mi się to bezcelowe. W obliczu bliskiej śmierci przejmować się jakąś grypą? Zawróciłem do domu i pod blokiem wpadłem na Ewę, która jeszcze o niczym nie wiedziała i myślała, że żartuję.
Atmosferę tamtych chwil oddaje wiersz, który kilka dni później napisałem.

World Trade Center 11 września 2001
w długiej historii ludzkości koniec
świata jest często
upadają imperia idee i władcy
a jednak
dzisiaj pękło moje serce
ojczyzny Whitmana nie ma
odwołano na zawsze marzenia i sny
11 września pustka
jak po śmierci
Boga

ludzie spadali z nieba by w chmurach nie spłonąć
rudolph giuliani nie umiał przetrzeć oczu

milion ludzi umierał na manhattanie
a ja ze strachu myślałem jedynie o Tobie
jaki to zaszczyt
jaki to zaszczyt
jaki cholerny zaszczyt
kochać kogoś aż do samego końca świata

Urodziłem się i żyję w ciekawych czasach. Nie ma zresztą takiej ery dziejów ludzkości, która ciekawa by nie była i o której nie warto byłoby czegoś napisać.
Ale gdy zastanawiam się nad tym, co szczególnego wydarzyło się za mojego życia, jakich to historycznych wydarzeń byłem świadkiem, to może przez brak dystansu do wydarzeń stosunkowo niedawnych, a może przez jakieś fatalne przeczucie, że świat zmienił się wówczas na gorsze, coś sprawia w każdym razie, że za najdonośniejsze, najważniejsze wydarzenie z czasów mojego jak dotąd życia uważam zamach terrorystyczny na Stany Zjednoczone z dnia 11 września 2001 roku i zawalenie się wież World Trade Center w Nowym Jorku. Miłość, którą miałem w sobie pisząc ten wiersz, dawno przeminęła, ale przerażenie, jakie wówczas czułem, czuję do tej pory.
Chronologicznie rzecz biorąc historia po raz pierwszy odcisnęła ślad swoich ciężkich gumiaków w mojej pamięci w końcu sierpnia 1980 roku. Miałem 8 lat i zmarł mój wujek Janek, brat ojca. Wracaliśmy wczesnym wieczorem z Łodzi i na dworcu głównym w Częstochowie okazało się, że nie mamy jak dojechać do domu. Po paru minutach stania na przystanku autobusowym w II Alei pod biblioteką publiczną gaz płaczący przegnał nas w stronę placu Daszyńskiego. W II i III Alei były jakieś zamieszki. Ciocia Hela zabrała Asię do siebie na Warszawską, a ja nocowałem u babci na Krakowskiej. Rodzice dotarli taksówką, okrężną drogą, przez Tysiąclecie, do domu. Mieszkający u babci mój starszy kuzyn Jacek, wówczas chyba nastolatek, choć mnie wydawał się bardzo dorosły, przez całą noc wpadał do domu „coś przekąsić” i znikał z powrotem. Pamiętam, że babcia i ciocia Irena potwornie się denerwowały, a dla niego to był „straszny ubaw”, szczególnie podobało mu się przewracanie ławek.
Z tego okresu utkwiły mi też w pamięci pewne historyczne transmisjie telewizyjne. Pamiętam generała Jaruzelskiego obwieszczającego stan wojenny 13 grudnia 1981 roku. Wydawało mi się wtedy bardzo rozsądne to, co mówił w telewizji.
Pamiętam przerazającą żywą kukłę – trupa – Leonida Breżniewa machającego ręką na pochodach pierwszomajowych w Moskwie, pamiętam jego pogrzeb i pogrzeby kolejnych wodzów państwa radzieckiego.
Pochody pierwszomajowe pamiętam z dzieciństwa także w Częstochowie – nie kilkudziesięcioosobowe manifestacje na placu Pamięci Narodowej na wprost Urzędu Wojewódzkiego, ale pochody Aleją Armii Krajowej, wówczas Zawadzkiego, od Dekabrystów do Energetyka, z trybuną dla władz po prawej stronie, gdzieś tak na wysokości Wydziału Metalurgicznego chyba. Uchylałem się od chodzenia na obowiązkowy pochód jako uczeń szkoły podstawowej, ale bynajmniej nie z przyczyn politycznych – wolałem po prostu iść z ojcem – kierownikiem Częstochowskiej Fabryki Artykułów Muzycznych „Melodia”. Idąc z fabryką czułem się bez porównania ważniejszy.
Kolejną przełomową datą musiałbym pewnie nazwać rok 1989, ale choć bez wątpienia robiła na mnie wrażenie atmosfera walącego się muru berlińskiego, to jako siedemnastolatek z buzującymi hormonami miałem chyba hierarchię wartości spychającą sprawy polityczne na bardzo daleki plan. Wiem na przykład, że byłem świadkiem wysadzania pomnika Wani na placu Biegańskiego w Częstochowie, bo akurat wracałem z wagarów z Bartkiem w Katowicach. Olbrzymiego entuzjazmu do przemian politycznych nie mogłem zresztą czuć właśnie z uwagi na przesadne w owym okresie niszczenie jednych symboli i zastępowanie ich innymi. Wania na placu Biegańskiego był przecież pomnikiem pięknym, monumentalnym, znakomicie wkomponowanym w krajobraz miasta, został zaś w końcu bestialsko zniszczony wbrew początkowym zapowiedziom, iż – na niskim cokole – ale jednak – stanie na Cmentarzu Żołnierzy Radzieckich na Kulach. Po dziś dzień nie powstał w Częstochowie żaden porównywalny pomnik, równie wartościowy artystycznie. A tandety takie, jak pomnik papieża na Jasnogórskich Wałach, posypały się jak grzyby po deszczu jak kraj szeroki.
Pamiętam cały szereg wizyt Jana Pawła II na Jasnej Górze. Pierwsza, jaka miała miejsce jeszcze w latach siedemdziesiątych, była o tyle niewiarygodna, że papież jechał przez Aleje z lotniska w Rudnikach w odkrytym samochodzie, można było bez problemu dojść do samego pojazdu, nie było żadnych barykad, zasieków, a zresztą nie było w ogóle zbyt wielkich tłumów – my z babcią staliśmy całkiem sami w III Alei, w promieniu paru metrów nie było nikogo innego.
Zupełnie inaczej wyglądała wizyta papieża w Częstochowie w czasie Światowych Dni Młodzieży w 1991 roku, i dla miasta było to z pewnością najbardziej epokowe wydarzenie, jakie pamiętam. Nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałem już, by Aleje tętniły takim życiem przez 24 godziny na dobę. Ja byłem wtedy tuż po maturze i pracowałem całe wakacje w księgarni przy IV LO im. Henryka Sienkiewicza w III Alei, tym z piosenki T Love´u. W Światowe Dni Młodzieży pracowaliśmy na okrągło na wystawionym na Aleję stoisku, pomagał mi kolega z podstawówki, Adam, mieliśmy ruch taki, że nie było jak się wysikać, liczyliśmy na dobry zarobek, a skończyło się na ośmiu milionach starych złotych manka.
Tomek, dwudziestoletni uczeń Technikum Mechanicznego, który jest teraz na praktyce w salonie Mercedesa w Krakowie, w sierpniu zdaje przeze mnie egzamin komisyjny, a jego dziewczyna siedzi w Irlandii, napisał mi dzisiaj SMS-a: „Jestem na praktykach. Przejebane”. Zastanawiałem się przez chwilę, czy wypada, po czym mu jednak odpisałem: „Całe życie jest przejebane. Ale piękne.”