Diabeł straszny – po pięciu latach

Do drugiej mechanika szedłem na początku września z duszą na ramieniu. Dostałem panów w spadku po kimś, kto już nie pracuje w naszej szkole, a w międzyczasie od osób, które miały styczność z tą klasą, nasłuchałem się legend o ich lekcjach angielskiego. Podobno podczas ich lekcji przez okno leciały kwiatki, plecaki, sterty śmieci. Rzucali w siebie krzesłami, przewracali ławki.
Idąc na pierwszą lekcję całkiem poważnie myślałem o tym, żeby golnąć sobie kielicha dla kurażu, a powstrzymanie się od tego wcale nie dodało mi pewności siebie. Wchodziłem do klasy na uginających się nogach, trzęsły mi się ręce, a sporą część mojej uwagi musiałem poświęcić odpowiedniej modulacji głosu, by panowie nie domyślili się, że jestem bliski paniki.
Zdziwiłem się trochę, gdy panowie w ogóle nie protestowali, że w związku z tym, że są już w drugiej klasie, nie planuję zajmować się podręcznikiem na dotychczasowym poziomie. Przestałem się dziwić, gdy przekonałem się, że podniesiona poprzeczka nie wydaje się wcale wisieć zbyt wysoko i niektórzy z nich śmigają wysoko nad nią bez najmniejszego wysiłku.
Dzisiaj, po dwóch miesiącach, nie muszę już ani pić, ani wzywać pomocy sił nadprzyrodzonych, gdy idę na lekcję w drugiej mechanika. Ostatnio panowie z pewnym zdziwieniem, ale także zrozumieniem przyjęli do wiadomości, że obecność na lekcji angielskiego musi być obecnością nie tylko ciałem, ale i duchem, a fakt, że przez całą godzinę siedzi się cichutko jak myszka pod miotłą nie oznacza wcale, że będzie się miało z mojej strony święty spokój, wręcz przeciwnie.
Od kilku tygodni jeden z panów z drugiej mechanika patrzy na mnie z awatara na liście kontaktów w komunikatorze Skype i pokazuje mi pewien ogólnie przyjęty, aczkolwiek bardzo wulgarny gest środkowym palcem prawej dłoni. Na głowie ma nielegalną w naszej szkole czapkę z daszkiem i siedzi na tylnym siedzeniu jakiegoś samochodu w późnych godzinach wieczornych.
Ale w klasie i on, i wszyscy panowie z drugiej mechanika są bardzo grzeczni, aktywni, sumienni i pracowici. Póki co nie rozumiemy się jeszcze tak dobrze, jak z panami z trzeciej mechanika, gdzie Michał ostatnio spytał mnie, czy kilka dni zwolnienia poprawiło mi coś w głowie, na co odpowiedziałem, że – jak widać – ani trochę. Mam jednak nadzieję, że jeszcze parę miesięcy i będzie nam równie dobrze ze sobą. A latających krzeseł i ławek w ogóle się już nie boję.

Ten wpis to odgrzewany kotlet z 2008 roku. Samego mnie zdziwiło, że to już pięć lat. Przemek, Robert, Tomek, Albert, Paweł, trzy Michały, Adam, dwa Marciny, Piotr, Łukasz, Adrian i Mateusz pewnie też nie zauważyli, że znamy się już prawie jedną czwartą ich życia. Moje – bez niektórych z nich – byłoby naprawdę bez sensu. Dziękuję, chłopaki.