Sobota w Parku Lotników

Żadna spontaniczna impreza, żaden event, żadna inicjatywa nie udają się tak, jak na to zasługują. Im więcej organizator włoży wysiłku w organizację wydarzenia, tym bardziej musi być gotów się pogodzić z tym, że nie wszyscy wywiążą się ze swoich obietnic i udowodnią swoje zaangażowanie. Ale – choć tak też było z imprezą zorganizowaną przez Vlada – była to bardzo udana impreza i jestem z niego (mojego obecnego studenta drugiego roku informatyki stosowanej) bardzo dumny. Wprawdzie nie dotarł nam i gitarzysta (chociaż gitara dotarła), i dwie skrzypaczki, ale mieliśmy ze sobą głośnik Bluetooth i telefony, z którymi go można było sparować. Na imprezie stawiła się jedna trzecia tych, którzy deklarowali udział, ale za to nie ma wątpliwości, że stawili się ci, którzy w głębi serca czuli taką potrzebę.

W Parku Lotników w sobotę wczesnym popołudniem kilkakrotnie wybrzmiała i „Czerwona kałyna” (Ой у лузі червона калина), i hymn Ukrainy (Ще не вмерла Украіна). Swoją drogą, początek hymnu ukraińskiego i polskiego są bliźniaczo podobne do siebie i warto na to zwrócić uwagę.

Na evencie zjawili się obecni i byli studenci Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej z M-4 (pojazdy samochodowe), M-6 (automatyka i robotyka) oraz M-7 (informatyka stosowana), a dzięki spontanicznemu wsparciu „studentów” O-3 liczba uczestników dobiła do szesnastu. Dla niektórych z nich wydarzenie było bardzo emocjonujące, niektórzy kontynuowali śpiewanie w nocy przez internet ze studentem M-7, któremu pokazaliśmy nagrania z naszego fałszowania w parku, a który rzucił studia i pracę i wyjechał do domu, by walczyć na wojnie. Dima wydał tomik wierszy w języku rosyjskim (mam zaszczyt mieć egzemplarz z dedykacją), a jednak dzisiaj walczy przeciwko rosyjskim agresorom.

Wiadomo, że to tylko gest, ale ludzie w Parku Lotników reagowali pozytywnie, jest to zresztą miejsce, w którym (odkąd Tauron Arena stała się miejscem rejestracji uchodźców z Ukrainy) łatwiej usłyszeć język ukraiński czy rosyjski niż język polski.

I nie myślcie, że tylko dwa razy było, chociaż pokazuję Wam tylko po dwa razy. Może jeszcze Vladek zrobi jakiś montaż, który tu wrzucę także, póki co tylko te dwa surowe pliki.

Dzisiaj Rosjanie zbombardowali Nowy Jork. Sam nie wiem, co o tym myśleć i na ile dostrzegać symbolikę tego ataku, a na ile ją ignorować, jak to robią wszystkie media polskie (i nie tylko) w dniu dzisiejszym. Jeśli można szukać odrobiny optymizmu i nadziei w tym wszystkim, co się dzieje wokół nas w ostatnich czasach, to ci studenci tchnęli we mnie odrobinę pozytywnych uczuć. Mam nadzieję, że ja też trochę podniosłem ich na duchu, na tyle, na ile byłem w stanie. I wszyscy trzymamy kciuki za Dimę. I za Ukrainę.

Serwisowanie pomników

W czasach, gdy buduje się i odsłania coraz więcej pomników osób, które nie mają żadnych zasług dla polskiego lotnictwa, a bywa, że można by im wręcz wytknąć parę szkód, jakie polskie lotnictwo przez nie poniosło, tym smutniej wygląda pomnik w Parku Lotników w Krakowie, ogrodzony taśmą i kartkami z napisem takim, jak widać na poniższym zdjęciu.

Polska. Kraj, który lubi stawiać pomniki. Lubi także je burzyć. Na ostatnim miejscu jest chyba bieżąca troska o ich serwisowanie (po drugiej stronie ulicy otwarto niedawno spektakularną fontannę, było to w przeddzień drugiej tury wyborów samorządowych).

IMG_20181029_102510

UFO w Krakowie

Obcy wylądowali w Czyżynach. Na szczęście Kraków jest bardzo gościnny, a statek obcych ma kształt wyjątkowo opływowy i osiadł płasko tam, gdzie trzeba. Gdyby był wyższy, zasłaniałby nam widok na Tatry, a tak to nie mogę się wręcz doczekać, by sfotografować kosmiczny pojazd z górami w tle. Tatry widoczne są z szóstego piętra bardzo wyraźnie, ale tylko kilka razy w roku.

Rzeczywistość wielowymiarowa

Kilka tygodni temu, zbliżając się do budynku, w którym miałem mieć cztery godziny zajęć, zobaczyłem czarne kłęby dymu wydobywające się z uchylonego okna na piątym piętrze. Zaskakujące było to, że grupy studentów wchodziły spokojnie do budynku i poruszały się po nim, nikt nie zwracał szczególnej uwagi na pożar, chyba nikt go w ogóle nie zauważał. Upewniwszy się, że ochrona budynku szuka już kluczy do pokoju, w którym się pali, poszedłem pod naszą salę i ze zdumieniem odnotowałem, że moi panowie sądzą, że żartuję, gdy mówię im o pożarze, i że odbierają moją propozycję wyjścia na zewnątrz jako sugestię, by tego dnia w ogóle darować sobie zajęcia, nawiasem mówiąc jedne z ostatnich w semestrze.
Wczoraj, gdy pojechałem na uczelnię oddać oceniony egzamin, był upał, żar lał się z nieba, nic nie zapowiadało gwałtownej burzy. Ale kilka godzin później stacje telewizyjne i portale internetowe pokazywały Kraków strzaskany gradem, nieprzejezdne drogi zamienione w rzeki i powyrywane z korzeniami drzewa.
Bez żadnych utrudnień pokonałem wczoraj kilkadziesiąt kilometrów drogą krajową numer jeden. Nie było żadnych korków, przewężeń, wyprzedziło mnie kilkadziesiąt szalonych TIR-ów, jadących z prędkością dwukrotnie większą niż dozwolona. Z niedowierzaniem patrzyłem więc na popołudniowe relacje telewizyjne z krajowej jedynki, na której ponoć tego dnia w ramach protestu kierowcy samochodów ciężarowych poruszali się z prędkością 20 kilometrów na godzinę, całkowicie blokując prawy pas drogi. Zatroskani znajomi pytali się, jak udało mi się dojechać, ile godzin jechałem, nie dowierzali, gdy mówiłem, że zupełnie normalnie.
Wygląda na to, że tkwimy w głębokiej schizofrenii pomiędzy rzeczywistością namacalną a tą kreowaną przez media. Nie zauważamy niebezpieczeństwa, jeśli media nas nie zaalarmują, nawet jeśli gęste, czarne kłęby dymu unoszą się nad wejściem do budynku, do którego wchodzimy.
Na forach internetowych roi się od apokaliptycznych wizji osób przerażonych ilością kataklizmów dotykających współczesny świat. Warto jednak wziąć na to pewną poprawkę – rzeczywistość jest widać bardzo wielowymiarowa, bo przecież trudno zaprzeczyć autentyczności nawałnicy, która przeszła wczoraj nad Krakowem parę godzin po moim wyjeździe z miasta. Nowoczesne media pomagają nam postrzegać tę mnogość wymiarów i pokazują nam rzeczy, których bez ich pomocy nie moglibyśmy zauważyć. Gdybym zdał się na własne zmysły i doświadczenia, Kraków wczoraj cieszył się piękną pogodą i nie doszło do żadnego kataklizmu. Jeśli ktoś zda się wyłącznie na relacje medialne, nie zauważy słonecznej pogody za oknem. Albo wejdzie do płonącego budynku.
Żyjemy w czasach, które stwarzają nam niewyobrażalne możliwości percepcji. Potrzeba tej odrobiny wysiłku, by nie zamknąć się w jednowymiarowym postrzeganiu rzeczywistości.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed pięciu lat.