Lektorat z LLM-em, czyli komedia interpunkcji

Na studiach drugiego stopnia, gdy kilka lat temu studenci opowiadali o swoich pracach inżynierskich, czytaliśmy wspólnie przygotowane przez nich streszczenia prac po angielsku i komentowaliśmy je, robiliśmy to z należytą akademicką godnością i panowała jeszcze względna powaga. Ale od jakiegoś czasu – a w tym semestrze już szczególnie – z tych zajęć zrobiła się niezła komedia obyczajowa. I to taka w stylu „Człowieka z wysokiego zamku” spotkanego z „Biurem”.

Bo wiecie, jak to teraz wygląda. Prawie wszyscy używają LLM-ów do kreowania treści. Streszczenie po polsku? AI. Wersja angielska? Też AI. Modele radzą sobie z tym całkiem nieźle – struktura logiczna, słownictwo branżowe na miejscu, styl akademicki zachowany, a czasem nawet bardziej elegancki niż u niejednego absolwenta filologii i politechniki jednocześnie. Tyle że potem przychodzi etap „shumanizowania”. Bo przecież „tylko AI tak pisze”, „za dużo przecinków”, „te pauzy wyglądają sztucznie”. I człowiek bierze się za edycję. Z najlepszymi intencjami. Efekt? Tekst, który był klarowny i rytmiczny, nagle robi się sztywny, miejscami niejasny, a nierzadko po prostu błędny.

W tym roku na drugim stopniu mieliśmy kilka perełek. Studenci, w heroicznym dążeniu do „ludzkiego” stylu, usuwali przecinki tam, gdzie były absolutnie niezbędne do zrozumienia zdania. Albo wykasowywali wszystkie półpauzy, pauzy i myślniki – choć najwyraźniej sztuczna inteligencja lepiej od nich wiedziała, kiedy i po co je wstawić. I tak oto abstrakt, który AI wygenerowała z wyczuciem rytmu akademickiego tekstu, po „korekcie” brzmiał jak napisany przez kogoś, kto walczył z interpunkcją na noże.

A skoro już przy tym jesteśmy, warto może na chwilę się zatrzymać i przypomnieć, do czego właściwie służą te tajemnicze znaki. Przecinek (comma) to taki delikatny separator codzienny – oddziela elementy listy, wprowadza lżejsze wtrącenia, rozdziela zdania składowe, żeby całość nie zlała się w jeden nieczytelny blok. Jest grzeczny i przewidywalny. A w przypadku studentów informatyki powinien być niesamowicie czytelny, niczym nawias w kodzie.

Dywiz (hyphen, ten najkrótszy „-”) to z kolei zwykły łącznik. Służy przede wszystkim do tworzenia słów złożonych (state-of-the-art solutions, well-known problem, cutting-edge technology), rozbijania wyrazów na końcu linii oraz w wyrażeniach liczbowych czy datach. Jest dyskretny, funkcjonalny i absolutnie niezbędny tam, gdzie dwa wyrazy mają stworzyć jedno pojęcie.

Myślnik to już szersza i bardziej elegancka rodzina znaków. Obejmuje półpauzę (en dash –) oraz pauzę (em dash —). Półpauzy używamy do zakresów (strony 45–52), połączeń (trasa Kraków–Warszawa), relacji przeciwstawnych (win–lose situation) albo gdy chcemy pokazać powiązanie bez pełnego „i” (Poland-Germany border, student-teacher interaction). Jest precyzyjna i elegancka – nie dramatyzuje, tylko porządkuje.

A pełna pauza (em dash —), czyli klasyczny, najdłuższy myślnik, to prawdziwy aktorski znak. Wstawiamy go, gdy chcemy zrobić mocne, dynamiczne wtrącenie, prawie jak nawias, ale z większym impetem i dramatem. „The results — quite unexpectedly — showed a completely different pattern.” To znak, który pozwala na większą ekspresję, na zmianę rytmu zdania, na podkreślenie myśli. AI, trenowana na milionach profesjonalnych tekstów akademickich i literackich, używa go zazwyczaj bardzo trafnie – dokładnie tam, gdzie taka przerwa poprawia czytelność i dodaje tekstowi oddechu.

Warto przy okazji zauważyć, jak bardzo beztrosko obchodzimy się z interpunkcją i ortografią w codziennym życiu cyfrowym. Influencerzy na Instagramie, TikToku czy X potrafią pisać całe posty bez jednego przecinka, z myślnikami zamiast pauz, a wielkich liter używają wyłącznie w tytułach albo… wcale. W prywatnych wiadomościach, komentarzach pod postami i na forach internetowych panuje jeszcze większa niedbałość – zdania zlewają się w jeden wielki blok tekstu, emotki zastępują znaki przestankowe, a wielkie litery na początku zdań czy w imionach własnych traktowane są jak relikt minionej epoki. Pisze się „cześć jak tam u ciebie” tak naturalnie, jakby Caps Lock był jakimś narzędziem opresji. To taki cyfrowy luz, który w tekstach akademickich czy profesjonalnych wychodzi bokiem i nagle sprawia, że czytelnik (czyli między innymi ja na zajęciach) musi domyślać się intencji.

Brak odpowiedniej interpunkcji i dbałości o wielkość liter potrafi kompletnie zmienić sens zdania albo przynajmniej sprawić, że czytelnik musi się nieźle napracować, żeby je rozszyfrować. Klasyczny przykład, który zawsze przytaczam z lubością: „Let’s eat Grandma” versus „Let’s eat, Grandma”. Jeden mały przecinek ratuje życie babci przed kanibalizmem. W tekstach naukowych stawka jest może i niższa (czy aby zawsze?), ale niejasność bywa równie irytująca. Zdanie „The system tested under extreme load conditions failed dramatically” bez przecinka może sugerować, że system testowany pod obciążeniem po prostu zawiódł – podczas gdy z odpowiednim wtrąceniem „The system, tested under extreme load conditions, failed dramatically” nagle zyskuje zupełnie inną perspektywę. Albo opis metody badawczej, w którym usunięta pauza lub myślnik sprawia, że dwa niezależne wątki zlewają się w jeden potwór syntaktyczny. Czytelnik musi wtedy zgadywać, co autor naprawdę miał na myśli.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Sztuczna inteligencja to w gruncie rzeczy tylko kolejne narzędzie – tak jak maszyna do pisania sto lat temu, tak jak komputer osobisty trzydzieści lat temu, tak jak edytor tekstu z automatyczną korektą. Narzędzie nie tworzy treści. Tworzy człowiek. Jeśli człowiek nie ma nic ciekawego do powiedzenia – żadnych oryginalnych wyników, przemyśleń, pasji badawczej – to nawet najwspanialsze LLM nie wyczaruje z niczego głębokiego sensu. Będzie gładko, ale pusto. Czasem nawet z halucynacjami, które powinny podlegać czwartemu prawu robotyki postulowanemu przez Dariusza Jemielniaka: AI nie może oszukiwać człowieka, udając, że wie to, czego nie wie.

Ale gdy człowiek ma coś wartościowego – solidne badania, ciekawe wnioski, autentyczną myśl – wtedy AI staje się fantastycznym, nieocenionym wsparciem. Pomaga ubrać idee w elegancką formę, podpowiada lepsze sformułowania, pilnuje spójności, interpunkcji i nawet wielkości liter. Nie ma w tym absolutnie nic wstydliwego. Udawanie, że „naprawdę wszystko napisałem sam, odręcznie, bez żadnej pomocy”, przypomina zaklinanie się w 2026 roku, że książkę napisało się wyłącznie piórem wiecznym na papeterii, bo „prawdziwi autorzy nie używają komputera”. Świat poszedł do przodu. I bardzo dobrze.

Czas najwyższy przestać się bać sztucznej inteligencji i zacząć jej używać świadomie, z głową i z otwartą przyłbicą. Przyznawać się do tego. Doceniać, gdy zrobi coś lepiej od nas – na przykład postawi ten cholerny myślnik, półpauzę, pauzę czy wielką literę dokładnie tam, gdzie trzeba. Bo autentyczna twórczość człowieka, zwłaszcza w ramach badań naukowych w pracy dyplomowej, nie polega na tym, żeby popełniać te same stare błędy interpunkcyjne i ortograficzne co sto lat temu. Polega na tym, żeby tworzyć wartościowe treści, a narzędziami posługiwać się tak, by wspomagały nasz intelekt, a nie zastępowały go.

Używajcie AI, magistranci. Uczcie się od niej. Zostawiajcie czasem te pauzy, półpauzy, myślniki i wielkie litery tam, gdzie ich miejsce. I piszcie dłuższe, przemyślane teksty – takie, w których ludzka myśl spotyka się z narzędziami przyszłości. Bo dobra interpunkcja, ortografia i szacunek dla czytelnika to nie fanaberia modelu językowego. To po prostu szacunek dla czytelnika, który potrafi dłużej skupić uwagę niż na jednym rolkowym hooku. A my na lektoracie bardzo lubimy czytelników, którzy rozumieją, o co chodzi już za pierwszym razem.

Gdzieś w internecie wciąż powtarza się mantrę, że takie jak ten dłuższe teksty nie mają już sensu – bo pokolenie Z i Alpha nie przeczyta więcej niż dwóch zdań naraz i wszystko trzeba podawać w formie 15-sekundowych TikToków z dynamicznymi przejściami i napisami na ekranie. Tymczasem moi studenci B2 z pierwszego roku – a przynajmniej Michał – sądzą zupełnie inaczej. Jeśli ktoś na studiach wyższych próbuje mówić do nich tiktokami, to widocznie jego zajęcia są tak potwornie nudne, że niczym tonący brzytwy chwyta się za krótkie, migotliwe formaty. Jak wszyscy przejdziemy na rolki i TikToki, to studia wyższe – przynajmniej dla niego – stracą zupełnie sens. I bogu (nieistniejącemu) dzięki za takie opinie.

Atak pingwina

Kilka lat temu Kamil Rusin, ówczesny student informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, postanowił zostawić po sobie i swoim lektoracie języka angielskiego ślad w postaci bazy słownictwa związanego z Linuksem. Kamil zebrał blisko 300 pojęć niezbędnych dla kogoś, kto nie chce uchodzić za linuksowego analfabetę, w kompendium ćwiczeń leksykalnych. Definicje zostały w dużym stopniu oparte o mana – Linux manual pages, ale tam, gdzie to niezbędne, zostały doprecyzowane.

Nie wiem, czy Kamil pamięta jeszcze swój projekt, ale dzięki studentom obecnego drugiego i pierwszego roku studiów jego baza została właśnie zaktualizowana, rozbudowana i częściowo (tam, gdzie miało to sens) udźwiękowiona. Andrzej Kulesza, Illia Tarasenko i Dominik Koniarz wzbogacili bazę poprzez dodanie nowych haseł (obecnie baza ma ich dwukrotnie więcej niż w wersji Kamila), w tym nowy dział o Dockerze i dział z przymrużeniem oka, z linuksowymi dowcipami. Wersję audio do dowcipów przygotowali studenci I roku informatyki stosowanej z najbardziej zaawansowanej grupy lektoratowej: Adam Glita, Marcel Janik-Ujda, Kacper Kowalczyk, Filip Krakowiak, Witold Mordarski, Artur Nizio, Wiktor Pasek, Dominik Pińkowski, Jakub Proszek, Marcin Świerczek.

Ta nowatorska, angielsko – angielska baza słownictwa związanego z moim ukochanym systemem operacyjnym, jest obecnie dostępna jako:

Angielski komputerowy

Nazar Tsokalo, student I roku informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego, dokonał aktualizacji i udźwiękowienia naszej kultowej bazy słownictwa, stworzonej przed laty przez Wojciecha Ciępkę jako baza Supermemo. Baza ze słownictwem komputerowym, internetowym i programistycznych przeszła od tamtej pory niejedną metamorfozę i została udostępniona jako kurs na innych niż Supermemo platformach, poprawiona i rozbudowana. Dynamika zmian w informatyce jest tak olbrzymia, że konieczna będzie stała aktualizacja tej bazy.

Nad jej kolejnymi wersjami pracowali Maciej Dembiczak, Tomasz Kępa, Maciej Pietrzyk, Jan Siwek, Mateusz Szopa, Rafał Szymanek, Joanna Śliwińska i Sylwester Wieczorek. Aleksandra Jarczyk i Aleksandra Ogiela dodały polskie tłumaczenia do wszystkich haseł bazy. W ten sposób każde pojęcie jest teraz zdefiniowane po angielsku, ale także przetłumaczone.

Angielsko – angielska baza słownictwa komputerowego z polskimi tłumaczeniami pojęć jest obecnie dostępna w formie:

Korpomowa

Student I roku informatyki stosowanej, Filip Janik, dokonał aktualizacji jednej z wyjątkowo autentycznie autorskich pozycji w naszej kolekcji kursów leksykalnych, bazy słownictwa na skrzyżowaniu Business English i informatyki. Stworzyli ją byli studenci informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, Arkadiusz Babiarz, Maciej Janik i Mateusz Leja. Nie jest to prosty zbiór terminów po angielsku i ich polskich tłumaczeń, baza zawiera także definicje w języku angielskim. Dodatkowo, dzięki Filipowi i jego kolegom i koleżance z roku, kurs jest teraz w całości udźwiękowiony.

Kurs English for IT Business jest obecnie dostępny jako:

English 4 IT, Beata Błaszczyk, Helion

Jeżeli korzystasz z podręcznika English 4 IT Beaty Błaszczyk, wydanego przez Wydawnictwo Helion, i chcesz poćwiczyć słownictwo w nim zgromadzone, student I roku informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, Krystian Litwin, ułatwił Ci to właśnie jeszcze bardziej, udostępniając naszą bazę słówek na kolejnej platformie. Byli studenci informatyki stosowanej, Maciej Fiutowski i Grzegorz Wiśniowski, zebrali słownictwo z tej książki do Memrise’a, Supermemo i Quizleta, od teraz baza dostępna jest także na Anki.

Uznanie i wdzięczność należą się sporej grupie anonimowych studentów roku informatyki stosowanej (byłych i obecnych). Ludzie ci odwalili kawał fizycznej roboty przy ręcznym wklepywaniu contentu do kursu oraz uwiecznili swoje głosy dostarczając nagrań do kursu (baza jest w całości udźwiękowiona).

Baza słownictwa z podręcznika Beaty Błaszczyk „English 4 IT” jest obecnie dostępna jako:

Złośliwy dorsz

Sztuczna inteligencja pomogła mi ostatnio, postanowiłem więc skorzystać z jej usług ponownie. Tym razem dla zilustrowania czegoś, co często tłukę studentom do głowy i bywa, iż mam wrażenie, że z niewielkim skutkiem. Poniżej łamigłówka z wygenerowanymi przez Groka wizualizacjami czegoś, co pada z ust moich studentów co rusz, ale różnie im wychodzi. Wczoraj na przykład, podczas skądinąd bardzo dobrze zaplanowanej i wygłoszonej prezentacji, opisując w bardzo profesjonalny sposób szczególny przypadek zagrożenia, mówiący płynnie po angielsku prezenter uparcie powtarzał frazy, która – zastosowana do sformułowania prompta – zaowocowała takim oto pięknym obrazem wygenerowanym przez Groka.

Wygląda groźnie, trzeba przyznać, ale związek z tym, o czym Illia mówił, ma raczej znikomy. Nie ulega też wątpliwości, że w wymowie zamierzonej frazy Illia i tak pamiętał o czymś, o czym wielu studentów notorycznie zapomina, a mianowicie o zachowywaniu dźwięczności spółgłosek dźwięcznych na końcu wyrazu w języku angielskim. Wielu studentom usiłującym powiedzieć tę samą frazę wychodzi coś, co Grok pokazuje na kolejnym, poniżej wygenerowanym obrazie.

Rozwiązanie łamigłówki jest proste. Frazą, o którą chodzi, jest „malicious code” (złośliwy kod). Pierwsza ilustracja przedstawia złośliwego dorsza, po angielsku cod, co artykułuje niechcący student, który pamięta o dźwięcznym „d” na końcu wyrazu, ale przekręca samogłoskę. Na drugiej ilustracji mamy „malicious coat” (złośliwy płaszcz), co wyrzuca z siebie student, który stosuje właściwą samogłoskę (a właściwie dyftong), ale ubezdźwięcznia „d” na końcu wyrazu. A tak oto Grok wyobraża sobie „malicious code” (obraz poniżej).

Można się oczywiście spierać, że każde słowo i zdanie pada w jakimś kontekście i słuchacz zrozumie, że nie mówimy o dorszu ani płaszczu, tylko o kodzeniu, ale większość moich studentów dobrze mówi po angielsku, więc torturuję ich takimi niuansami, by byli jeszcze bardziej perfekcyjni. Poza tym nawet te drobne różnice bywa, że całkowicie zmieniają znaczenie lub wprowadzają dwuznaczności i z kontekstu wcale nie wynika, o które znaczenie chodzi. We wczorajszej prezentacji padło na przykład:

I understand what this comment means.

Zamiast:

I understand what this command means.

Cudzoziemcom uczącym się języka polskiego wiele kłopotów sprawiają nasze spółgłoski szeleszczące (właśnie uzmysłowiłem sobie, że „szeleszczące” to niemalże cudowna onomatopeja), a wyrazy „szyszka” i „czaszka” mogą się komuś wydawać podobne. A przecież jakże makabryczne byłoby zdanie, w którym babcia mówi do wnuczka:

Chodź, dziecko, pozbieramy czaszeczek pod tymi drzewkami!

Jeśli do kogoś nie trafiają te moje ciągle powtarzane suche tłumaczenia, ale te stworzone przez sztuczną inteligencję obrazy jednak przemówią mu do wyobraźni, to czuję się spełniony. Non frustra vivere vitam meam.

Koreańska pomoc dydaktyczna

Kilka miesięcy temu na przystankach tramwajowych w Krakowie królowała reklama koreańskiego serialu na jednej z platform streamingowych, który to serial okazał się dla mnie bardzo cenną pomocą dydaktyczną w nauczaniu języka angielskiego. Wprawdzie angielski dubbing w koreańskich serialach do najlepszych nie należy, ale ta scena z serialu The 8 Show okazała się być tą potężną bronią, której mi brakowało w walce z modą na to, że trzeba być komunikatywnym, a poprawność to sprawa drugorzędna.

Większość moich studentów, nawet tych ze słabszych grup, świetnie mówi po angielsku. Są tacy, którym płynności, swobody wyrażania się i elokwencji mogę co najwyżej pozazdrościć. Dlatego, chociaż zdarzają się też tacy, którym do mojego poziomu znajomości języka jednak co nieco brakuje, kładę jako lektor języka angielskiego dość duży nacisk na doprowadzanie do perfekcji wymowy i intonacji, które – jak dla mnie – bywają jedyną przeszkodą w uznaniu angielskiego moich studentów za idealny, a w każdym razie przyzwoity, porównywalny z angielskim przeciętnego rodzimego użytkownika tego języka.

Osoby postronne zarzucają mi w związku z tym często, że tłamszę komunikację i zniechęcam moich studentów do mówienia, choć opinie samych studentów bywają zupełnie odwrotne. Trudno jednak zaprzeczyć dość powszechnemu trendowi, że błędy w wymowie są w sumie nieistotne, bo przecież zawsze jest kontekst, i nie ma większego znaczenia, czy powiesz „robe” czy „rope”, „kid” czy „kit”, „card” czy „cart”, „bug” czy „buck”, „coat” czy „code”.

Dotąd działami o najcięższym kalibrze, jakie wytaczałem do studentów, gdy mówili mi o tym kontekście i komunikacji, był przykład nawiązujący do języka polskiego i do podobieństwa – w uszach Anglika czy Amerykanina – wyrazów „czaszka” i „szyszka”. Mówiłem im, żeby sobie wyobrazili zdanie „Idź dziecko nazbieraj czaszek pod tym drzefkiem”. Janina pamięta ze studiów ciekawy przykład z wyrazami „babuszka” i „papużka”. Przykład o tyle dobitny, że dla Polaka chyba bardziej zrozumiały. Ubezdźwięcznianie spółgłoski na końcu wyrazu jest dla nas tak naturalne, że niektórzy dopiero słysząc spółgłoski bezdźwięczne zamiast dźwięcznych w środku wyrazu zrozumieją, o co chodzi.

Koreański serial „The 8 Show” i ta jedna konkretna scena dostarczyły mi przykładu, który sam nie wiem, czy jest bardziej skuteczny i przekonujący, ale po minach niektórych studentów w ostatnim tygodniu zajęć w semestrze letnim widziałem, że jednak do nich przemawia. Jeśli na końcu wyrazu jest spółgłoska dźwięczna, to ma po angielsku pozostać dźwięczna – jest to zasada równie ważna, jak prawidłowe wymawianie samogłosek. Czyli nie ma po angielsku uproszczeń typu „kot pocztowy”, tylko ma być „kod pocztowy”, inaczej nie ma sensu. A jeśli nie rozumiecie o co chodzi, zastanówcie się nad wyrazem „digs” w tym zdaniu, w dodatku w nieco szerszym ujęciu planu zdjęciowego z serialu „The 8 Show”.

Dzieciaczki programują

Sylwek uczy dzieciaczki programowania. Tak mówi. Przypomina mi się to, gdy piszę mu coś głupiego, jak zwykle, a on mi odpisuje, że teraz nie ma czasu. Jest zajęty. Za cały komentarz wystarcza ukradkiem przez Sylwka zrobione zdjęcie, a na nim banda słodkich zuchów, którzy właśnie – pod kierunkiem Sylwka – odkrywają świat programowania. Świat tworzenia wszystkiego, co istnieje, świat bycia bogami. Tak przynajmniej widać po ich minach. Jeśli zastanawiałeś się kiedyś, jak wyglądają rozdziawione buzie albo wybałuszone oczy, na zdjęciu Sylwka jedno i drugie widać idealnie.

Dzieciaczki mają tak na oko po dziesięć lat, ale na zajęciach z Sylwkiem widać w nich moc, poczucie sprawczości, wiarę w celowość bycia tu, gdzie są. A przede wszystkim widać, że ci młodzi programiści czują się bohaterami, odkrywcami świata pełnego tajemnic i cudów, które przyjmują z otwartymi ramionami. Radośnie podekscytowani, z dumą czynią sobie ten świat poddanym. I żadne jabłko nie stanie im ością w gardle.

Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio widziałem taką minę – choćby jedną – na swoich zajęciach. I nie chodzi bynajmniej o przedmiot. Dożyłem czasów, gdy to moi byli studenci są specjalistami od inspirowania innych, jeden z nich, Konrad, nawet napisał o tym książkę.

Nim Israfil zadmie w ostatnią trąbę, jeszcze niejeden młodszy czy starszy dzieciaczek rozdziawi buzię za sprawą moich byłych studentów. Ulicą Życzkowskiego w Czyżynach przechadza się po jednej stronie składający pod nosem głoski w zdania Dżibril, po drugiej można spotkać Azraela Sylwestra, a na szóstym piętrze budynku nieopodal siedzi też Malik, czyli ja. Malik robi po prostu swoją żmudną robotę, jak na naczelnika Gehenny przystało.

Sylwester to mój Anioł Azrael. Strzeże tablicy z kodem, który zgłębiają moi więźniowie, a który dla mnie jest niepojęty. Nie wierzę w życie wieczne, ale po mojej śmierci Sylwester będzie mieć władzę nad moją duszą, a raczej nad tym, co z niej zostanie. Będzie inspirował.

Coolio, Gangsta’s Paradise

Ten wpis jest częścią sylwestrowego cyklu, w ramach którego powstały już następujące odcinki:
– w Sylwestra 2012, o Łukaszu;
– w Sylwestra 2013, o Pawle;
– w Sylwestra 2014, o Tomku;
– w Sylwestra 2015, o Albercie;
– w Sylwestra 2016, o Dominiku;
– w Sylwestra 2017, o Michale;
– w Sylwestra 2018, o Wiktorze;
– w Sylwestra 2019, o Adamie;
– w Sylwestra 2020, o Maksymilianie;
– w Sylwestra 2021, o Przemysławie;
– w Sylwestra 2022, o Małgorzacie;
– w Sylwestra 2023, o Sylwestrze (niniejszy wpis);
– w Sylwestra 2025, o Pawle;

wszystkie wpisy ilustrowane są moimi zdjęciami z dzieciństwa i piosenkami.

Rekordy z B2+

Ten wpis to odświeżany kotlet z 2019 roku. Jest o ostatnim roku, z jakim miałem zajęcia przed pandemią, stacjonarnie. Z niektórymi z nich spotkaliśmy się potem na studiach drugiego stopnia, już online. W tym semestrze będą bronić prace magisterskie. Jeden z tych studentów, tak mi się wydaje, jest dzisiaj moim przyjacielem. Czas płynie bezlitośnie szybko.

Z pierwszym rokiem informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej pobiliśmy wiele rekordów. Z żadnym rokiem dotychczas nie nurkowaliśmy na przykład dotąd podczas zajęć z angielskiego lub tuż po nich, a tymczasem dzisiaj Arek, Bartek, Krzysztof i Szymon z pierwszego roku nie tylko wskoczyli do Zalewu Nowohuckiego, ale również wprawili resztę roku w osłupienie, wyławiając z tegoż Zalewu prawdziwe… małże. W dodatku jakże okazałe.

Najbardziej dumny jestem natomiast ze studentów pierwszego roku informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, ponieważ przechytrzyli kilka tygodni temu autorów zagadki tygodnia pisma New Scientist. Takie coś dotąd naprawdę nam się nie wydarzyło.

W grupie C2 i w grupie C1 czytamy New Scientist, a także kilka innych źródeł, w tym Wired, Scientific American, PC World Computer, Medium. Rozwiązujemy krzyżówki, omawiamy innowacyjne rozwiązania, oryginalne podejścia do problemów, ciekawe artykuły. O ile jednak C2 nie może się skupić na takich zagadkach, bo mają ciągle milion dygresji, komentarzy i wątpliwości mniej lub bardziej bezpośrednio dotyczących sedna sprawy, i nie udało im się rozwiązać zagadki, która jest przedmiotem niniejszego wpisu, a w grupie C1 udało się wprawdzie dojść do sedna sprawy, ale jednak zabrakło czegoś, by złapać byka za rogi, grupa B2+, najmniej zaawansowana na roku, nie tylko że znalazła odpowiedź na postawione przez magazyn pytanie, ale przechytrzyła autorów zagadki udowadniając im, że się mylą.

Kilka tygodni temu New Scientist postawił przed swoimi czytelnikami następujące wyzwanie. Załóżmy, że jakaś znudzona rzeczywistością, ambitna i pracowita kobietka postanawia napisać książkę w języku angielskim, w której wszystkie liczby całkowite od zera do plus nieskończoności zostaną wypisane w kolejności alfabetycznej. Wiadomo, że zadanie jest niewykonalne, bo liczb wypisać trzeba nieskończenie wiele, ale jednak wiadomo też, że pierwszą liczbą będzie eight.

Gdy pytałem o to studentów w różnych grupach, to eight było dość oczywistą odpowiedzią. Jaka będzie druga liczba, większość grup też wydedukowała. Będzie to eight billion. Pytanie w zagadce postawionej przez magazyn dotyczyło jednak liczby… przedostatniej.

Załóżmy, że naszej autorce znudziło się wypisywanie liczb w kolejności alfabetycznej począwszy od pierwszej, czyli tego nieszczęsnego eight. Wszystko jej ciągle się zaczyna na eight, postanawia zmienić taktykę i iść od końca. Wiadomo, że na końcu jest zero.

Pytanie magazynu brzmi, jaka liczba jest przedostatnia. Dość łatwo jest dojść do wniosku, że odpowiedź musi mieć coś wspólnego z two.

Tydzień po zadaniu tego pytania, New Scientist publikuje poprawną odpowiedź. Jest nią rzekomo two trillion two thousand two hundred and twenty-two. Dla B2+ jest dość oczywiste, że to zła odpowiedź. Ta liczba jest dość blisko końca. Ale ona nie jest przedostatnia. Ona jest trzecia od końca.

Wiecie, jaka jest prawidłowa odpowiedź? Wiecie, jaka liczba jest przedostatnia?