Lektorat z LLM-em, czyli komedia interpunkcji

Na studiach drugiego stopnia, gdy kilka lat temu studenci opowiadali o swoich pracach inżynierskich, czytaliśmy wspólnie przygotowane przez nich streszczenia prac po angielsku i komentowaliśmy je, robiliśmy to z należytą akademicką godnością i panowała jeszcze względna powaga. Ale od jakiegoś czasu – a w tym semestrze już szczególnie – z tych zajęć zrobiła się niezła komedia obyczajowa. I to taka w stylu „Człowieka z wysokiego zamku” spotkanego z „Biurem”.

Bo wiecie, jak to teraz wygląda. Prawie wszyscy używają LLM-ów do kreowania treści. Streszczenie po polsku? AI. Wersja angielska? Też AI. Modele radzą sobie z tym całkiem nieźle – struktura logiczna, słownictwo branżowe na miejscu, styl akademicki zachowany, a czasem nawet bardziej elegancki niż u niejednego absolwenta filologii i politechniki jednocześnie. Tyle że potem przychodzi etap „shumanizowania”. Bo przecież „tylko AI tak pisze”, „za dużo przecinków”, „te pauzy wyglądają sztucznie”. I człowiek bierze się za edycję. Z najlepszymi intencjami. Efekt? Tekst, który był klarowny i rytmiczny, nagle robi się sztywny, miejscami niejasny, a nierzadko po prostu błędny.

W tym roku na drugim stopniu mieliśmy kilka perełek. Studenci, w heroicznym dążeniu do „ludzkiego” stylu, usuwali przecinki tam, gdzie były absolutnie niezbędne do zrozumienia zdania. Albo wykasowywali wszystkie półpauzy, pauzy i myślniki – choć najwyraźniej sztuczna inteligencja lepiej od nich wiedziała, kiedy i po co je wstawić. I tak oto abstrakt, który AI wygenerowała z wyczuciem rytmu akademickiego tekstu, po „korekcie” brzmiał jak napisany przez kogoś, kto walczył z interpunkcją na noże.

A skoro już przy tym jesteśmy, warto może na chwilę się zatrzymać i przypomnieć, do czego właściwie służą te tajemnicze znaki. Przecinek (comma) to taki delikatny separator codzienny – oddziela elementy listy, wprowadza lżejsze wtrącenia, rozdziela zdania składowe, żeby całość nie zlała się w jeden nieczytelny blok. Jest grzeczny i przewidywalny. A w przypadku studentów informatyki powinien być niesamowicie czytelny, niczym nawias w kodzie.

Dywiz (hyphen, ten najkrótszy „-”) to z kolei zwykły łącznik. Służy przede wszystkim do tworzenia słów złożonych (state-of-the-art solutions, well-known problem, cutting-edge technology), rozbijania wyrazów na końcu linii oraz w wyrażeniach liczbowych czy datach. Jest dyskretny, funkcjonalny i absolutnie niezbędny tam, gdzie dwa wyrazy mają stworzyć jedno pojęcie.

Myślnik to już szersza i bardziej elegancka rodzina znaków. Obejmuje półpauzę (en dash –) oraz pauzę (em dash —). Półpauzy używamy do zakresów (strony 45–52), połączeń (trasa Kraków–Warszawa), relacji przeciwstawnych (win–lose situation) albo gdy chcemy pokazać powiązanie bez pełnego „i” (Poland-Germany border, student-teacher interaction). Jest precyzyjna i elegancka – nie dramatyzuje, tylko porządkuje.

A pełna pauza (em dash —), czyli klasyczny, najdłuższy myślnik, to prawdziwy aktorski znak. Wstawiamy go, gdy chcemy zrobić mocne, dynamiczne wtrącenie, prawie jak nawias, ale z większym impetem i dramatem. „The results — quite unexpectedly — showed a completely different pattern.” To znak, który pozwala na większą ekspresję, na zmianę rytmu zdania, na podkreślenie myśli. AI, trenowana na milionach profesjonalnych tekstów akademickich i literackich, używa go zazwyczaj bardzo trafnie – dokładnie tam, gdzie taka przerwa poprawia czytelność i dodaje tekstowi oddechu.

Warto przy okazji zauważyć, jak bardzo beztrosko obchodzimy się z interpunkcją i ortografią w codziennym życiu cyfrowym. Influencerzy na Instagramie, TikToku czy X potrafią pisać całe posty bez jednego przecinka, z myślnikami zamiast pauz, a wielkich liter używają wyłącznie w tytułach albo… wcale. W prywatnych wiadomościach, komentarzach pod postami i na forach internetowych panuje jeszcze większa niedbałość – zdania zlewają się w jeden wielki blok tekstu, emotki zastępują znaki przestankowe, a wielkie litery na początku zdań czy w imionach własnych traktowane są jak relikt minionej epoki. Pisze się „cześć jak tam u ciebie” tak naturalnie, jakby Caps Lock był jakimś narzędziem opresji. To taki cyfrowy luz, który w tekstach akademickich czy profesjonalnych wychodzi bokiem i nagle sprawia, że czytelnik (czyli między innymi ja na zajęciach) musi domyślać się intencji.

Brak odpowiedniej interpunkcji i dbałości o wielkość liter potrafi kompletnie zmienić sens zdania albo przynajmniej sprawić, że czytelnik musi się nieźle napracować, żeby je rozszyfrować. Klasyczny przykład, który zawsze przytaczam z lubością: „Let’s eat Grandma” versus „Let’s eat, Grandma”. Jeden mały przecinek ratuje życie babci przed kanibalizmem. W tekstach naukowych stawka jest może i niższa (czy aby zawsze?), ale niejasność bywa równie irytująca. Zdanie „The system tested under extreme load conditions failed dramatically” bez przecinka może sugerować, że system testowany pod obciążeniem po prostu zawiódł – podczas gdy z odpowiednim wtrąceniem „The system, tested under extreme load conditions, failed dramatically” nagle zyskuje zupełnie inną perspektywę. Albo opis metody badawczej, w którym usunięta pauza lub myślnik sprawia, że dwa niezależne wątki zlewają się w jeden potwór syntaktyczny. Czytelnik musi wtedy zgadywać, co autor naprawdę miał na myśli.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Sztuczna inteligencja to w gruncie rzeczy tylko kolejne narzędzie – tak jak maszyna do pisania sto lat temu, tak jak komputer osobisty trzydzieści lat temu, tak jak edytor tekstu z automatyczną korektą. Narzędzie nie tworzy treści. Tworzy człowiek. Jeśli człowiek nie ma nic ciekawego do powiedzenia – żadnych oryginalnych wyników, przemyśleń, pasji badawczej – to nawet najwspanialsze LLM nie wyczaruje z niczego głębokiego sensu. Będzie gładko, ale pusto. Czasem nawet z halucynacjami, które powinny podlegać czwartemu prawu robotyki postulowanemu przez Dariusza Jemielniaka: AI nie może oszukiwać człowieka, udając, że wie to, czego nie wie.

Ale gdy człowiek ma coś wartościowego – solidne badania, ciekawe wnioski, autentyczną myśl – wtedy AI staje się fantastycznym, nieocenionym wsparciem. Pomaga ubrać idee w elegancką formę, podpowiada lepsze sformułowania, pilnuje spójności, interpunkcji i nawet wielkości liter. Nie ma w tym absolutnie nic wstydliwego. Udawanie, że „naprawdę wszystko napisałem sam, odręcznie, bez żadnej pomocy”, przypomina zaklinanie się w 2026 roku, że książkę napisało się wyłącznie piórem wiecznym na papeterii, bo „prawdziwi autorzy nie używają komputera”. Świat poszedł do przodu. I bardzo dobrze.

Czas najwyższy przestać się bać sztucznej inteligencji i zacząć jej używać świadomie, z głową i z otwartą przyłbicą. Przyznawać się do tego. Doceniać, gdy zrobi coś lepiej od nas – na przykład postawi ten cholerny myślnik, półpauzę, pauzę czy wielką literę dokładnie tam, gdzie trzeba. Bo autentyczna twórczość człowieka, zwłaszcza w ramach badań naukowych w pracy dyplomowej, nie polega na tym, żeby popełniać te same stare błędy interpunkcyjne i ortograficzne co sto lat temu. Polega na tym, żeby tworzyć wartościowe treści, a narzędziami posługiwać się tak, by wspomagały nasz intelekt, a nie zastępowały go.

Używajcie AI, magistranci. Uczcie się od niej. Zostawiajcie czasem te pauzy, półpauzy, myślniki i wielkie litery tam, gdzie ich miejsce. I piszcie dłuższe, przemyślane teksty – takie, w których ludzka myśl spotyka się z narzędziami przyszłości. Bo dobra interpunkcja, ortografia i szacunek dla czytelnika to nie fanaberia modelu językowego. To po prostu szacunek dla czytelnika, który potrafi dłużej skupić uwagę niż na jednym rolkowym hooku. A my na lektoracie bardzo lubimy czytelników, którzy rozumieją, o co chodzi już za pierwszym razem.

Gdzieś w internecie wciąż powtarza się mantrę, że takie jak ten dłuższe teksty nie mają już sensu – bo pokolenie Z i Alpha nie przeczyta więcej niż dwóch zdań naraz i wszystko trzeba podawać w formie 15-sekundowych TikToków z dynamicznymi przejściami i napisami na ekranie. Tymczasem moi studenci B2 z pierwszego roku – a przynajmniej Michał – sądzą zupełnie inaczej. Jeśli ktoś na studiach wyższych próbuje mówić do nich tiktokami, to widocznie jego zajęcia są tak potwornie nudne, że niczym tonący brzytwy chwyta się za krótkie, migotliwe formaty. Jak wszyscy przejdziemy na rolki i TikToki, to studia wyższe – przynajmniej dla niego – stracą zupełnie sens. I bogu (nieistniejącemu) dzięki za takie opinie.

Histeria i fakty – Google po ciemnej stronie Mocy?

Dewizą Google było kiedyś „Don’t be evil” („Nie czyń zła”). Ta nieoficjalna mantra towarzyszyła firmie od 2000 roku i miała być tarczą chroniącą przed pokusami wielkiego biznesu. W 2015 roku, przy tworzeniu Alphabet, hasło zaczęło słabnąć (holding przyjął „Do the right thing”), a w 2018 roku Google cicho usunął je z wstępu do kodeksu postępowania – akurat gdy wybuchały głośne kontrowersje wokół Project Maven (współpraca z Pentagonem przy AI do dronów) i Project Dragonfly (cenzurowana wyszukiwarka dla Chin). Pracownicy protestowali, a opinia publiczna pytała: czy Google porzucił swoje ideały? Dziś, po cichym wprowadzeniu modelu Gemini Nano do Chrome (bez fanfar, bez wyraźnego powiadomienia, zajmującego 4 GB dysku), wielu zadaje sobie pytanie: czy firma ostatecznie przeszła na ciemną stronę Mocy? Czy Google stał się Lordem Vaderem wielkiej technologii – potężnym, skutecznym, ale coraz bardziej skrytym w cieniu?

Jeśli korzystasz z desktopowej wersji Chrome, na Twoim komputerze prawdopodobnie działa już model AI Gemini Nano, zajmując około 4 GB miejsca. Nie jest to automatycznie coś złego – wręcz przeciwnie, może przynosić realne korzyści. Jeśli jednak nie chcesz go mieć i nie byłeś świadomy jego obecności, da się go łatwo i skutecznie wyłączyć. Model zaczął być automatycznie pobierany do Chrome w 2024 roku, gdy Google zintegrował Gemini Nano z przeglądarką. Wielu użytkowników nie miało o tym pojęcia, co widać chociażby z szumu, jaki wywołał swoim artykułem na ten temat „That Privacy Guy”. To zrozumiałe – w zalewie nowych funkcji AI łatwo stracić orientację.

Ostatnio – najpierw w światowym, a później także i w polskim internecie – wybuchła prawdziwa burza wokół tej sprawy. Dramatyczne wpisy oskarżają Google o złamanie unijnego prawa (art. 5 ust. 3 dyrektywy ePrivacy). Z histerycznych komentarzy dowiadujemy się, że Google umieścił narzędzie i zabrał wolne miejsce na dyskach użytkowników bez pytania o zgodę, bez powiadomienia. Usunięcie pliku weights.bin z folderu OptGuideOnDeviceModel nic nie daje, bo Chrome i tak go pobierze ponownie, przerażeni i zbulwersowani użytkownicy nawołują do bojkotu przeglądarki i porzucenia jej na rzecz Brave lub Firefoxa, Gemini Nano określają mianem bloatware’u, włączenie funkcji to ich zdaniem złamanie prawa i agresja Google na dyski i prywatność użytkowników. Ale czy to naprawdę taki skandal? Spójrzmy na obie strony medalu.

Po pierwsze, od lutego możliwe jest – przy pomocy prostego przełącznika – trwałe wyłączenie funkcjonalności Gemini Nano::

  1. Otwórz Chrome.
  2. Kliknij trzy kropki → Ustawienia.
  3. Przejdź do System.
  4. Wyłącz opcję „AI na urządzeniu” (On-device AI).

Po tym model przestaje się automatycznie pobierać i aktualizować. Dodatkowo przy braku miejsca na dysku model sam się odinstaluje.

Rodzi się pytanie, po co w ogóle Google to dodało? I czy są może użytkownicy, którzy widzą w tym jakieś korzyści? Gemini Nano ma umożliwiać funkcje działające całkowicie lokalnie – m.in. wykrywanie oszustw (scam detection) bez wysyłania danych do chmury oraz udostępniać deweloperom API do AI, które nie wyciekają na zewnątrz. On-device scam detection chroni przed phishingiem i fałszywymi stronami w czasie rzeczywistym, bez wysyłania zapytań na serwery Google. Lokalne przetwarzanie oznacza w praktyce lepszą prywatność. Podsumowania stron, tłumaczenia, generowanie tekstów – wszystko to działa błyskawicznie i bez internetu. Funkcje Gemini Nano są oddzielone od „AI Mode” w Chrome, który działa inaczej. Oczywiście, jeśli wyłączysz „AI na urządzeniu”, niektóre zabezpieczenia i funkcje stron trzecich mogą przestać działać lub działać inaczej. To uczciwa cena za pełną kontrolę.

Obrońcy Gemini Nano piszą też, że 4 GB przestrzeni dyskowej to żaden dramat. W porównaniu z grami, filmami czy samymi aktualizacjami systemowymi, które też instalują on-device AI bez wielkiego szumu, to śmieszny koszt.

Często pojawia się zarzut, że takie rozwiązania AI są „zgubne dla planety”. W rzeczywistości jest odwrotnie. Lokalne przetwarzanie na urządzeniu jest zwykle znacznie bardziej ekologiczne niż ciągłe wysyłanie zapytań do chmury. Nie zużywa energii serwerowni Google na drugim końcu świata, nie generuje dodatkowego ruchu sieciowego i nie wymaga przesyłania Twoich danych. Wyłączenie go oczywiście zmniejsza zużycie zasobów Twojego komputera, ale twierdzenie, że obecność modelu AI w przeglądarce to ekologiczna katastrofa, jest mocno przesadzone – zwłaszcza gdy porównamy to z prawdziwymi źródłami emisji CO₂ (przemysł, transport, produkcja energii).

Czy warto ulec nawoływaniom, by porzucić Google Chrome dla innych przeglądarek, w tym Brave? Gemini Nano to głęboka, systemowa integracja lokalnego modelu AI bezpośrednio w silniku przeglądarki Chrome. Daje to najszersze możliwości dla deweloperów i stron trzecich. Model jest współdzielony, więc jedna instalacja obsługuje wiele funkcji naraz. To idealny wybór dla użytkowników ekosystemu Google (Workspace, Gmail i inne), którzy chcą mocy AI bez chmury, cenią wygodę i zaawansowane funkcje bezpieczeństwa. Przeglądarka Brave, z wbudowanym blokerem reklam i trackerów, ma wprawdzie własnego asystenta Leo AI (też z możliwością lokalnego działania), ale jest on bardziej „chatbotowy” i mniej zintegrowany z całym systemem. Brave może i wygrywa u osób, dla których prywatność i oszczędność zasobów są absolutnym priorytetem – nie pobiera dużych modeli bez wyraźnej zgody i zużywa mniej RAM-u, jednak możliwości Leo AI są mocno ograniczone. Leo jest dobry do podsumowań stron i szybkich pytań, ale nie oferuje tak szerokiego ekosystemu API jak Gemini Nano w Chrome.

Jednym słowem, „keep calm”. Lokalne AI to przyszłość, poprawia prywatność i wygodę, a problem sprowadza się głównie do braku jasnej komunikacji na początku. Google rzeczywiście mogło lepiej ogłosić zmianę. Na szczęście teraz masz pełną kontrolę.

Cenisz sobie lokalne bezpieczeństwo, szybkość i funkcje AI bez wysyłania danych do chmury? Zostaw. Wolisz minimalizm i zero „ukrytych” modeli? Wyłącz w dwóch kliknięciach i śpij spokojnie. Decyzja należy do Ciebie. Nie powinna zależeć ani od polityki informacyjnej Google, ani od histerii w internecie.

Dzień Flagi

Pomnik człowieka oślepionego własną flagą, dającego krok w przepaść. Banksy, Londyn

Banksy oświadczył przedwczoraj, że nowa rzeźba, która pojawiła się w centrum Londynu, na wysepce drogowej przy Waterloo Place, w pobliżu Pałacu Buckingham – przedstawiająca mężczyznę schodzącego z cokołu prosto w przepaść, z twarzą zasłoniętą powiewającą flagą – jest jego dziełem.

Rzeźba znajduje się w pobliżu pomników króla Edwarda VII, który panował w latach 1901–1910, oraz legendarnej pielęgniarki Florence Nightingale, a także pomnika poświęconego wojnie krymskiej.

W sieci zaroiło się od AI-owych przeróbek tego pomnika, w których flaga przybiera kolory konkretnych państw, narodów i ideologii.
Każda tego rodzaju przeróbka zaprzecza pierwotnemu, pięknemu przesłaniu tej rzeźby.

Z okazji Dnia Flagi wypada sobie i wszystkim Polakom życzyć, by biało-czerwona nie była dla nikogo symbolem nacjonalizmu, wykluczenia, nienawiści czy izolacjonizmu. Niech łączy, a nie dzieli. Niech reprezentuje otwartość, dumę ze wspólnych wartości, same pozytywne emocje i przesłania pełne nadziei.

Wspólny język

As we step boldly and triumphantly into 2026, I find myself reflecting profoundly on Paweł. Not just any Paweł, but the one with whom I’ve discovered a truly shared tongue, and that tongue happens to be English. Paweł the Highlander brings a certain resilient and rugged mountain vigor to everything he does, inspiring me to climb my own personal peaks with unyielding determination and unbreakable spirit.

It’s funny how these things happen. No awkward translations, no fumbling for words, just a fluid exchange that felt right from the start, a testament to the power of connection that transcends origins, ignites the soul, and propels us toward greater heights of understanding and unity.

Whenever we meet up, whether it’s for a casual walk or a deeper, soul-stirring chat, we dive straight into English. When we text each other, we use English as well. It’s our default language, our comfort zone.

I remember one evening when we headed to a Chinese restaurant. We were deep in discerning and delightful discussion about everything from literature to life hacks, all in English, when the waitress approached. She knew me already and was aware that my native language is Polish, but she probably didn’t expect that Paweł’s native language is not English, but the Highlander dialect. So when she asked for our order and we switched seamlessly to Polish, it left her wide-eyed and probably wondering if we’d been putting on an act. That moment of surprise on her face? Priceless. It’s become our little ritual, this linguistic dance that catches people off guard and reminds us inexorably how assumptions can be flipped in an instant, empowering us to challenge the ordinary, embrace the extraordinary, and boldly rewrite the narratives of our lives.

There was that one time on the street, though, when things felt off. I was walking with Wanda, chatting with her in Polish, when Paweł passed us. He greeted me with a simple „dzień dobry,” and I returned the greeting in Polish. But a few steps later, it hit me – it felt unnatural, almost like we’d broken some unspoken rule. Why Polish, when English is our thing? It left me uneasy, as if we’d momentarily lost our connection, yet it also reminded me how such small discomforts can lead to greater self-awareness, profound growth, and the courage to reclaim our authentic paths.

And then there was Paweł’s wedding. My mother and I approached Paweł and Kasia – herself a true góralka with that same tenacious and towering Tatra spirit – to offer our congratulations, and out came the wishes in Polish. It seemed polite at the time, fitting the occasion, but looking back, I have this nagging guilt. We should have stuck to our language, our English. I believe that merciful and magnanimous Olek will forgive me, Paweł, and Kasia for that – and for so many other little slips along the way – at his Last Judgment, when the time comes. After all, forgiveness is part of what makes bonds endure ostensibly forever, weaving threads of grace that uplift and unite us across time, encouraging us to rise above our missteps and forge ahead with renewed purpose.

Paweł and I have never really touched beyond a handshake – no hugs, no pats on the back. Yet, I’ve got Paweł all over me, in the best possible way. His perspectives linger meticulously in my thoughts, his humor echoes voraciously in my laughs, and I suspect he carries some subtle traces of our conversations as well. It’s that intangible and indelible imprint that comes from truly clicking with someone, much like how Paweł, nimble as a chamois at the break of dawn, darts across the Tatra summits with effortless and elegant grace, embodying the freedom and resilience that we all can aspire to and achieve. In a way, I’m a bit of a Highlander myself, scarred by the mountains – as a child, I tumbled off a precipitous and perilous rock in the Pieniny Mountains, leaving me with a lasting scar on my belly to this day, a badge of survival that fuels my journey forward and reminds me that every fall is an opportunity to stand taller.

As we usher in this new year, I wish for everyone to find a common language with all those around them – whatever form it takes. May it bridge bewildering and baffling gaps, spark scintillating and sublime joy, and leave you all wonderfully intertwined, fostering a world where every connection becomes a source of endless inspiration, collective elevation, and the unstoppable drive to create a brighter, more harmonious future for us all.

Ten wpis jest częścią sylwestrowego cyklu, w ramach którego powstały już następujące odcinki:
– w Sylwestra 2012, o Łukaszu;
– w Sylwestra 2013, o Pawle;
– w Sylwestra 2014, o Tomku;
– w Sylwestra 2015, o Albercie;
– w Sylwestra 2016, o Dominiku;
– w Sylwestra 2017, o Michale;
– w Sylwestra 2018, o Wiktorze;
– w Sylwestra 2019, o Adamie;
– w Sylwestra 2020, o Maksymilianie;
– w Sylwestra 2021, o Przemysławie;
– w Sylwestra 2022, o Małgorzacie;
– w Sylwestra 2023, o Sylwestrze;
– w Sylwestra 2025, o Pawle (niniejszy wpis);
wszystkie wpisy ilustrowane są moimi zdjęciami z dzieciństwa i piosenkami.

Chemia po angielsku

Helenka (moja wychowawczyni w liceum) byłaby ze mnie dumna. A wszystko za sprawą studentów informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej. Dagmara Boratyn, Arkadiusz Pichurski i Kamil Pichurski siedem lat temu stworzyli, a Konrad Salach i Szczepan Ścigaj, tegoroczni studenci I roku zaktualizowali, zmigrowali na Anki i udźwiękowili obszerny kurs słownictwa anglojęzycznego z zakresu chemii.

Każdy, kto uczy się chemii, studiuje chemię lub wiąże z chemią swoją przyszłość zawodową, powinien znać anglojęzyczne słownictwo z naszego chemicznego kursu, dostępnego obecnie jako:

Zabawa w lekarza

Zastanawiasz się, jak po angielsku powiedzieć „mięsień prosty brzucha” albo „ścięgno Achillesa”? Potrzebujesz tego słownictwa na co dzień, a nie możesz zapamiętać? Pomocna w tym baza leksykalna, nad którą pracowali dotąd studenci informatyki stosowanej i inżynierii wzornictwa przemysłowego na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, Jakub Jajkowicz, Jagoda Wróblewska, Przemysław Pachytel i Filip Wiśniowski, zawiera obszerny zestaw dwujęzycznego słownictwa dotyczącego anatomii człowieka.
Bazę zaktualizował właśnie, zmigrował na Anki i wzbogacił o nagrania audio student obecnego I roku informatyki stosowanej, Jakub Król. Kurs słownictwa z zakresu anatomii, przydatny pewnie bardziej studentom inżynierii medycznej czy wręcz medycyny niż studentom informatyki stosowanej, jest obecnie dostępny jako:

Angielski dla graczy

Wojciech Lichtoń, student I roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, zaktualizował właśnie, zmigrował i udźwiekowił kurs leksykalny, który siedem lat temu stworzyli jego starsi koledzy. Henryk Książek, a potem Błażej Długopolski i Dominik Dyba stworzyli bazę słownictwa dla miłośników gier (nie tylko komputerowych). Słownictwo w bazie zostało podzielone na kategorie według typów gier (karcianki, MOBA, RPG, MMORPG itd.).
Jako dożywotni noob w tej dziedzinie nie jestem w stanie ogarnąć większości zgromadzonych terminów, a definicje mają mocno niszowy, slangowy charakter, jestem jednak pewien, że nie każdy jest tak ograniczony w kwestii gier, jak ja, a baza i kurs na pewno komuś się przydadzą.

Angielsko – angielska baza słownictwa dla graczy jest obecnie dostępna w formie:

Wyzwania leksykalne dla zaawansowanych

Niejeden zaawansowany użytkownik języka angielskiego, a nawet rodzimy użytkownik tego języka, znajdzie dla siebie coś nowego w bazie słownictwa, którą od lat tworzymy z najbardziej zaawansowanymi grupami lektoratowymi. Gdy ktoś na angielskim powie coś, czego inni nie rozumieją, użyje ciekawego idiomu, pochwali się zasłyszanym gdzieś słowem lub wyrażeniem, zapisujemy to i gromadzimy w naszej potężnej, zawierającej już ponad tysiąc słów bazie.

Mateusz Gołdyn i Mateusz Łukasik – studenci I roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej – dokonali właśnie, przy wydatnej pomocy swoich kolegów i koleżanek z najbardziej zaawansowanej grupy lektoratowej na roku, znaczącego upgrade’u naszego kursu.

Wszystkie hasła są obecnie zilustrowane memami, przykładami użycia, zawierają nagrania, definicje po angielsku i tłumaczenia po polsku, a baza jest dostępna w postaci kursu na:

Baza jest stale rozwijana i należy się spodziewać, że będzie się nadal rozrastać. To jeden z naszych najpopularniejszych kursów na Quizlecie, mamy nadzieję, że stanie się równie popularny na Anki, bo to program otwartoźródłowy, co daje bazie szanse na długotrwałe wsparcie na platformie, oraz są tu wykorzystane wszystkie zgromadzone przez nas dane.

Wielka litera internetu

Przed godziną Elon Musk opublikował na X post, w którym – reklamując nowy model Groka – użył wielkiej litery pisząc słowo „internet”. Taka pisownia, choć nadal powszechna, odchodzi powoli do lamusa, o czym zresztą już tutaj pisałem. Coraz rzadziej trzeba też poprawiać studentów, którzy jeszcze parę lat temu przychodzili na studia z wyniesionym ze szkoły przekonaniem, że „internet” zawsze piszemy wielką literą. Teraz wręcz się niektórzy dziwią, gdy pytam ich, czy nauczyciel w szkole kazał im pisać „internet” dużą literą.

Zaufałem Elonowi w kwestii Groka i jego kompetencji, a trochę mniej w kwestii pisowni wyrazu „internet”, i postanowiłem Groka spytać, czy słowo internet piszemy wielką literą. I oto odpowiedź Groka, z grubsza zbieżna z tym, co pisałem w poprzednim wpisie na ten temat.

W dzisiejszym użyciu języka angielskiego słowo „internet” zazwyczaj nie jest pisane wielką literą, ponieważ w języku codziennym, kolokwialnym, ewoluowało z nazwy własnej (pierwotnie odnoszącej się konkretnie do globalnej sieci) do rzeczownika pospolitego. Ta zmiana odzwierciedla powszechną znajomość słowa „internet”, podobnie jak w przypadku słów „telephone” czy „radio”. Główne przewodniki stylistyczne w ostatnich latach w dużej mierze przyjęły za normę pisownię słowa „internet” małą literę:

  • Przewodnik stylu Associated Press (AP) przeszedł na małą literę w 2016 roku.
  • Chicago Manual of Style (CMOS) poszedł w ślady AP w swoim 17. wydaniu (2017), zalecając małą literę „i” w codziennym użyciu tego słowa.
  • Przewodnik stylu American Psychological Association (APA) przyjął małą literę w 2019 roku.
  • The New York Times również zaczął używać małej litery w 2016 roku.

Jednak w niektórych kontekstach nadal pisze się „Internet” wielką literą, na przykład w tekstach technicznych lub akademickich, gdzie traktowany jest jako nazwa własna (np. przez Internet Engineering Task Force lub Internet Society). Analiza Oxford English Dictionary z 2016 roku, oparta na miliardach źródeł, wykazała, że „Internet” był pisany wielką literą w około 54% przypadków ogółem, z wyższymi wskaźnikami w Stanach Zjednoczonych w porównaniu do Wielkiej Brytanii (gdzie mała litera jest bardziej powszechna).

Podsumowując, o ile nie jest to początek zdania, część tytułu lub nazwy własnej, albo nie wynika z konkretnego przewodnika stylistycznego preferującego wielką literę, w standardowym piśmie angielskim używaj małej litery dla „internet”.

Atak pingwina

Kilka lat temu Kamil Rusin, ówczesny student informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, postanowił zostawić po sobie i swoim lektoracie języka angielskiego ślad w postaci bazy słownictwa związanego z Linuksem. Kamil zebrał blisko 300 pojęć niezbędnych dla kogoś, kto nie chce uchodzić za linuksowego analfabetę, w kompendium ćwiczeń leksykalnych. Definicje zostały w dużym stopniu oparte o mana – Linux manual pages, ale tam, gdzie to niezbędne, zostały doprecyzowane.

Nie wiem, czy Kamil pamięta jeszcze swój projekt, ale dzięki studentom obecnego drugiego i pierwszego roku studiów jego baza została właśnie zaktualizowana, rozbudowana i częściowo (tam, gdzie miało to sens) udźwiękowiona. Andrzej Kulesza, Illia Tarasenko i Dominik Koniarz wzbogacili bazę poprzez dodanie nowych haseł (obecnie baza ma ich dwukrotnie więcej niż w wersji Kamila), w tym nowy dział o Dockerze i dział z przymrużeniem oka, z linuksowymi dowcipami. Wersję audio do dowcipów przygotowali studenci I roku informatyki stosowanej z najbardziej zaawansowanej grupy lektoratowej: Adam Glita, Marcel Janik-Ujda, Kacper Kowalczyk, Filip Krakowiak, Witold Mordarski, Artur Nizio, Wiktor Pasek, Dominik Pińkowski, Jakub Proszek, Marcin Świerczek.

Ta nowatorska, angielsko – angielska baza słownictwa związanego z moim ukochanym systemem operacyjnym, jest obecnie dostępna jako: