Numeryczne muszelki uczą idiomów

Niezawodną metodą na poprawę humoru słuchaczy od jakiegoś czasu stało się zrobienie znanego z memów w mediach społecznościowych gestu „six or seven” albo po prostu „6-7”. Gest przypomina nieco wzruszenie ramionami, polega jednak na tym, że unosi się obie ręce z otwartymi, skierowanymi ku górze dłońmi i porusza nimi naprzemiennie w górę i w dół, jakby ważąc dwie opcje lub entuzjastycznie machając, najczęściej jednocześnie mówiąc „six seven!”. Może to wyrażać niepewność, chaos, niemożność podjęcia decyzji. Wbrew powszechnemu przekonaniu, zwłaszcza wśród młodzieży, ten gest i fraza nie są wcale takie nowatorskie i nie wzięły się znikąd.

Od wieków w angielszczyźnie funkcjonuje idiom „to be at sixes and sevens”, który oznacza być w stanie całkowitego zamieszania, nieładu, niezgody lub dezorientacji. „Everything is at sixes and sevens” – wszystko jest do góry nogami, nic nie gra, panuje bałagan.

Pochodzenie tego wyrażenia sięga XIV wieku i najprawdopodobniej wiąże się ze starą grą w kości zwaną hazard (przodkiem dzisiejszego craps). W tej grze stawianie na szóstkę i siódemkę było szczególnie ryzykowne – to były te „niebezpieczne” liczby, na których łatwo było przegrać wszystko. Geoffrey Chaucer w Troilus and Criseyde (ok. 1374) używa podobnego zwrotu: „set the world on six and seven” – ryzykować cały świat na jeden rzut kośćmi.

Z czasem znaczenie się zmieniło: od „ryzykować wszystko” przeszło do stanu, w którym wszystko jest w nieładzie, jakby kości rzucono na chybił-trafił. W Szekspirze, w Ryszardzie II, książę York mówi: „All is uneven and everything is left at six and seven”. Dziś mówimy, że sytuacja jest „at sixes and sevens”, gdy panuje w niej kompletny bałagan lub trwa spór.

I w ten sposób memy z „six or seven” / „6-7” idealnie wpisują się w tę wielowiekową tradycję – współczesna, memiczna wersja starego idiomu o niepewności i nieładzie. Historia lubi się powtarzać, tylko zamiast rzucania kośćmi mamy TikToka.

Jest więcej idiomów związanych z liczbami, w tym takich, których długa historia obfituje w zaskakujące zmiany znaczeń. Świetnym przykładem jest „eighty-six” (albo po prostu 86).

Historia tego idiomu zaczyna się w latach trzydziestych XX wieku w amerykańskich soda fountains – barach z napojami gazowanymi, lodami i milkshake’ami, gdzie pracowali „soda jerks”. Tam „eighty-six” oznaczało po prostu „wyprzedane”, „nie ma już tego”. Walter Winchell pisał w 1933 roku: „‘Eighty-six’ means all out of it”. Gdy soda jerk mówił, że tuna fish salad jest eighty-six, znaczyło to, że sałatki już nie ma.

W latach pięćdziesiątych wyrażenie stało się czasownikiem: barmani „eighty-sixowali” klientów – odmawiali im dalszej obsługi, zwłaszcza tym, którzy już za dużo wypili. Z czasem znaczenie się rozszerzyło: „wyrzucić”, „pozbyć się”, „odrzucić”, „zablokować”. Projekt został eighty-sixed – pomysł poszedł do kosza. Barbara Streisand była eighty-sixed przez Akademię – nie dostała Oscara.

I tu robi się ciekawie – czasownik „eighty-six” potrafi wyrażać bardzo niedwuznaczne groźby. W niektórych kontekstach slangu (wojskowego, ulicznego, kryminalnego) „eighty-six somebody” może oznaczać „załatwić kogoś”, „pozbyć się go na dobre”, a nawet „zabić”. To już nie jest niewinny barowy slang. I właśnie ten mroczniejszy wydźwięk wrócił niedawno do mediów w dość spektakularny sposób.

W maju były dyrektor FBI James Comey wrzucił na swojego Instagrama zdjęcie muszelek ułożonych na plaży w Karolinie Północnej w kształt cyfr 86 47, z podpisem „Cool shell formation on my beach walk.” Post szybko usunięto. Dla wielu obserwatorów, zwłaszcza po stronie republikańskiej i w administracji, było to jednak jasne: „eighty-six the 47th” – „załatwić” lub „usunąć” czterdziestego siódmego prezydenta, czyli Donalda Trumpa. Liczba 86 jako slangowe „get rid of”, a 47 jako numer porządkowy Trumpa.

Comey tłumaczył później, że założył, iż to jakiś przekaz polityczny, ale „nie zdawał sobie sprawy, że niektórzy kojarzą te liczby z przemocą” i że „nigdy mu to nie przyszło do głowy”, więc usunął post, bo „sprzeciwia się wszelkiej przemocy”. Sprawa nie skończyła się jednak na usunięciu wpisu. Secret Service wszczęło śledztwo, Comey’owi postawiono zarzuty groźby wobec prezydenta i upubliczniania tej groźby w mediach o zasięgu wykraczającym poza granice stanu. Dziś, w czerwcu 2026, sprawa nadal trwa. Proces zaplanowano na 21 października 2026.

Prawnicy i eksperci od Pierwszej Poprawki wskazują, że sprawa jest prawnie wątła – post był dwuznaczny, brak wyraźnego zamiaru groźby, a standardy dla skazania za groźby wobec prezydenta są wysokie. Ale samo użycie „86” w tym kontekście pokazuje, jak stary barowy slang z lat trzydziestych ubiegłego stulecia może w erze Instagrama i polaryzacji politycznej nabrać zupełnie nowego, bardzo poważnego wymiaru.

Podsumowując: memy z „six or seven” przypominają nam o starym idiomie, a „eighty-six” – od wyprzedanej sałatki z tuńczyka po potencjalne groźby – pokazuje, jak język żyje, ewoluuje i czasem zaskakuje nas w najmniej oczekiwanych miejscach. Na zajęciach z angielskiego takie historie to prawdziwe złoto. Studenci widzą, że idiomy to nie martwe regułki ze słownika, tylko żywe narzędzia komunikacji, które mogą budować mosty… albo wywoływać burze w mediach i sądach.

Oba wspomniane powyżej idiomy, a także wiele innych, znajdziecie w naszej bazie leksykalnej dostępnej na Anki, Memrise i Quizlet, o której więcej przeczytasz tutaj.

Lektorat z LLM-em, czyli komedia interpunkcji

Na studiach drugiego stopnia, gdy kilka lat temu studenci opowiadali o swoich pracach inżynierskich, czytaliśmy wspólnie przygotowane przez nich streszczenia prac po angielsku i komentowaliśmy je, robiliśmy to z należytą akademicką godnością i panowała jeszcze względna powaga. Ale od jakiegoś czasu – a w tym semestrze już szczególnie – z tych zajęć zrobiła się niezła komedia obyczajowa. I to taka w stylu „Człowieka z wysokiego zamku” spotkanego z „Biurem”.

Bo wiecie, jak to teraz wygląda. Prawie wszyscy używają LLM-ów do kreowania treści. Streszczenie po polsku? AI. Wersja angielska? Też AI. Modele radzą sobie z tym całkiem nieźle – struktura logiczna, słownictwo branżowe na miejscu, styl akademicki zachowany, a czasem nawet bardziej elegancki niż u niejednego absolwenta filologii i politechniki jednocześnie. Tyle że potem przychodzi etap „shumanizowania”. Bo przecież „tylko AI tak pisze”, „za dużo przecinków”, „te pauzy wyglądają sztucznie”. I człowiek bierze się za edycję. Z najlepszymi intencjami. Efekt? Tekst, który był klarowny i rytmiczny, nagle robi się sztywny, miejscami niejasny, a nierzadko po prostu błędny.

W tym roku na drugim stopniu mieliśmy kilka perełek. Studenci, w heroicznym dążeniu do „ludzkiego” stylu, usuwali przecinki tam, gdzie były absolutnie niezbędne do zrozumienia zdania. Albo wykasowywali wszystkie półpauzy, pauzy i myślniki – choć najwyraźniej sztuczna inteligencja lepiej od nich wiedziała, kiedy i po co je wstawić. I tak oto abstrakt, który AI wygenerowała z wyczuciem rytmu akademickiego tekstu, po „korekcie” brzmiał jak napisany przez kogoś, kto walczył z interpunkcją na noże.

A skoro już przy tym jesteśmy, warto może na chwilę się zatrzymać i przypomnieć, do czego właściwie służą te tajemnicze znaki. Przecinek (comma) to taki delikatny separator codzienny – oddziela elementy listy, wprowadza lżejsze wtrącenia, rozdziela zdania składowe, żeby całość nie zlała się w jeden nieczytelny blok. Jest grzeczny i przewidywalny. A w przypadku studentów informatyki powinien być niesamowicie czytelny, niczym nawias w kodzie.

Dywiz (hyphen, ten najkrótszy „-”) to z kolei zwykły łącznik. Służy przede wszystkim do tworzenia słów złożonych (state-of-the-art solutions, well-known problem, cutting-edge technology), rozbijania wyrazów na końcu linii oraz w wyrażeniach liczbowych czy datach. Jest dyskretny, funkcjonalny i absolutnie niezbędny tam, gdzie dwa wyrazy mają stworzyć jedno pojęcie.

Myślnik to już szersza i bardziej elegancka rodzina znaków. Obejmuje półpauzę (en dash –) oraz pauzę (em dash —). Półpauzy używamy do zakresów (strony 45–52), połączeń (trasa Kraków–Warszawa), relacji przeciwstawnych (win–lose situation) albo gdy chcemy pokazać powiązanie bez pełnego „i” (Poland-Germany border, student-teacher interaction). Jest precyzyjna i elegancka – nie dramatyzuje, tylko porządkuje.

A pełna pauza (em dash —), czyli klasyczny, najdłuższy myślnik, to prawdziwy aktorski znak. Wstawiamy go, gdy chcemy zrobić mocne, dynamiczne wtrącenie, prawie jak nawias, ale z większym impetem i dramatem. „The results — quite unexpectedly — showed a completely different pattern.” To znak, który pozwala na większą ekspresję, na zmianę rytmu zdania, na podkreślenie myśli. AI, trenowana na milionach profesjonalnych tekstów akademickich i literackich, używa go zazwyczaj bardzo trafnie – dokładnie tam, gdzie taka przerwa poprawia czytelność i dodaje tekstowi oddechu.

Warto przy okazji zauważyć, jak bardzo beztrosko obchodzimy się z interpunkcją i ortografią w codziennym życiu cyfrowym. Influencerzy na Instagramie, TikToku czy X potrafią pisać całe posty bez jednego przecinka, z myślnikami zamiast pauz, a wielkich liter używają wyłącznie w tytułach albo… wcale. W prywatnych wiadomościach, komentarzach pod postami i na forach internetowych panuje jeszcze większa niedbałość – zdania zlewają się w jeden wielki blok tekstu, emotki zastępują znaki przestankowe, a wielkie litery na początku zdań czy w imionach własnych traktowane są jak relikt minionej epoki. Pisze się „cześć jak tam u ciebie” tak naturalnie, jakby Caps Lock był jakimś narzędziem opresji. To taki cyfrowy luz, który w tekstach akademickich czy profesjonalnych wychodzi bokiem i nagle sprawia, że czytelnik (czyli między innymi ja na zajęciach) musi domyślać się intencji.

Brak odpowiedniej interpunkcji i dbałości o wielkość liter potrafi kompletnie zmienić sens zdania albo przynajmniej sprawić, że czytelnik musi się nieźle napracować, żeby je rozszyfrować. Klasyczny przykład, który zawsze przytaczam z lubością: „Let’s eat Grandma” versus „Let’s eat, Grandma”. Jeden mały przecinek ratuje życie babci przed kanibalizmem. W tekstach naukowych stawka jest może i niższa (czy aby zawsze?), ale niejasność bywa równie irytująca. Zdanie „The system tested under extreme load conditions failed dramatically” bez przecinka może sugerować, że system testowany pod obciążeniem po prostu zawiódł – podczas gdy z odpowiednim wtrąceniem „The system, tested under extreme load conditions, failed dramatically” nagle zyskuje zupełnie inną perspektywę. Albo opis metody badawczej, w którym usunięta pauza lub myślnik sprawia, że dwa niezależne wątki zlewają się w jeden potwór syntaktyczny. Czytelnik musi wtedy zgadywać, co autor naprawdę miał na myśli.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Sztuczna inteligencja to w gruncie rzeczy tylko kolejne narzędzie – tak jak maszyna do pisania sto lat temu, tak jak komputer osobisty trzydzieści lat temu, tak jak edytor tekstu z automatyczną korektą. Narzędzie nie tworzy treści. Tworzy człowiek. Jeśli człowiek nie ma nic ciekawego do powiedzenia – żadnych oryginalnych wyników, przemyśleń, pasji badawczej – to nawet najwspanialsze LLM nie wyczaruje z niczego głębokiego sensu. Będzie gładko, ale pusto. Czasem nawet z halucynacjami, które powinny podlegać czwartemu prawu robotyki postulowanemu przez Dariusza Jemielniaka: AI nie może oszukiwać człowieka, udając, że wie to, czego nie wie.

Ale gdy człowiek ma coś wartościowego – solidne badania, ciekawe wnioski, autentyczną myśl – wtedy AI staje się fantastycznym, nieocenionym wsparciem. Pomaga ubrać idee w elegancką formę, podpowiada lepsze sformułowania, pilnuje spójności, interpunkcji i nawet wielkości liter. Nie ma w tym absolutnie nic wstydliwego. Udawanie, że „naprawdę wszystko napisałem sam, odręcznie, bez żadnej pomocy”, przypomina zaklinanie się w 2026 roku, że książkę napisało się wyłącznie piórem wiecznym na papeterii, bo „prawdziwi autorzy nie używają komputera”. Świat poszedł do przodu. I bardzo dobrze.

Czas najwyższy przestać się bać sztucznej inteligencji i zacząć jej używać świadomie, z głową i z otwartą przyłbicą. Przyznawać się do tego. Doceniać, gdy zrobi coś lepiej od nas – na przykład postawi ten cholerny myślnik, półpauzę, pauzę czy wielką literę dokładnie tam, gdzie trzeba. Bo autentyczna twórczość człowieka, zwłaszcza w ramach badań naukowych w pracy dyplomowej, nie polega na tym, żeby popełniać te same stare błędy interpunkcyjne i ortograficzne co sto lat temu. Polega na tym, żeby tworzyć wartościowe treści, a narzędziami posługiwać się tak, by wspomagały nasz intelekt, a nie zastępowały go.

Używajcie AI, magistranci. Uczcie się od niej. Zostawiajcie czasem te pauzy, półpauzy, myślniki i wielkie litery tam, gdzie ich miejsce. I piszcie dłuższe, przemyślane teksty – takie, w których ludzka myśl spotyka się z narzędziami przyszłości. Bo dobra interpunkcja, ortografia i szacunek dla czytelnika to nie fanaberia modelu językowego. To po prostu szacunek dla czytelnika, który potrafi dłużej skupić uwagę niż na jednym rolkowym hooku. A my na lektoracie bardzo lubimy czytelników, którzy rozumieją, o co chodzi już za pierwszym razem.

Gdzieś w internecie wciąż powtarza się mantrę, że takie jak ten dłuższe teksty nie mają już sensu – bo pokolenie Z i Alpha nie przeczyta więcej niż dwóch zdań naraz i wszystko trzeba podawać w formie 15-sekundowych TikToków z dynamicznymi przejściami i napisami na ekranie. Tymczasem moi studenci B2 z pierwszego roku – a przynajmniej Michał – sądzą zupełnie inaczej. Jeśli ktoś na studiach wyższych próbuje mówić do nich tiktokami, to widocznie jego zajęcia są tak potwornie nudne, że niczym tonący brzytwy chwyta się za krótkie, migotliwe formaty. Jak wszyscy przejdziemy na rolki i TikToki, to studia wyższe – przynajmniej dla niego – stracą zupełnie sens. I bogu (nieistniejącemu) dzięki za takie opinie.

Zabawa w lekarza

Zastanawiasz się, jak po angielsku powiedzieć „mięsień prosty brzucha” albo „ścięgno Achillesa”? Potrzebujesz tego słownictwa na co dzień, a nie możesz zapamiętać? Pomocna w tym baza leksykalna, nad którą pracowali dotąd studenci informatyki stosowanej i inżynierii wzornictwa przemysłowego na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, Jakub Jajkowicz, Jagoda Wróblewska, Przemysław Pachytel i Filip Wiśniowski, zawiera obszerny zestaw dwujęzycznego słownictwa dotyczącego anatomii człowieka.
Bazę zaktualizował właśnie, zmigrował na Anki i wzbogacił o nagrania audio student obecnego I roku informatyki stosowanej, Jakub Król. Kurs słownictwa z zakresu anatomii, przydatny pewnie bardziej studentom inżynierii medycznej czy wręcz medycyny niż studentom informatyki stosowanej, jest obecnie dostępny jako:

Angielski dla graczy

Wojciech Lichtoń, student I roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, zaktualizował właśnie, zmigrował i udźwiekowił kurs leksykalny, który siedem lat temu stworzyli jego starsi koledzy. Henryk Książek, a potem Błażej Długopolski i Dominik Dyba stworzyli bazę słownictwa dla miłośników gier (nie tylko komputerowych). Słownictwo w bazie zostało podzielone na kategorie według typów gier (karcianki, MOBA, RPG, MMORPG itd.).
Jako dożywotni noob w tej dziedzinie nie jestem w stanie ogarnąć większości zgromadzonych terminów, a definicje mają mocno niszowy, slangowy charakter, jestem jednak pewien, że nie każdy jest tak ograniczony w kwestii gier, jak ja, a baza i kurs na pewno komuś się przydadzą.

Angielsko – angielska baza słownictwa dla graczy jest obecnie dostępna w formie:

Wyzwania leksykalne dla zaawansowanych

Niejeden zaawansowany użytkownik języka angielskiego, a nawet rodzimy użytkownik tego języka, znajdzie dla siebie coś nowego w bazie słownictwa, którą od lat tworzymy z najbardziej zaawansowanymi grupami lektoratowymi. Gdy ktoś na angielskim powie coś, czego inni nie rozumieją, użyje ciekawego idiomu, pochwali się zasłyszanym gdzieś słowem lub wyrażeniem, zapisujemy to i gromadzimy w naszej potężnej, zawierającej już ponad tysiąc słów bazie.

Mateusz Gołdyn i Mateusz Łukasik – studenci I roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej – dokonali właśnie, przy wydatnej pomocy swoich kolegów i koleżanek z najbardziej zaawansowanej grupy lektoratowej na roku, znaczącego upgrade’u naszego kursu.

Wszystkie hasła są obecnie zilustrowane memami, przykładami użycia, zawierają nagrania, definicje po angielsku i tłumaczenia po polsku, a baza jest dostępna w postaci kursu na:

Baza jest stale rozwijana i należy się spodziewać, że będzie się nadal rozrastać. To jeden z naszych najpopularniejszych kursów na Quizlecie, mamy nadzieję, że stanie się równie popularny na Anki, bo to program otwartoźródłowy, co daje bazie szanse na długotrwałe wsparcie na platformie, oraz są tu wykorzystane wszystkie zgromadzone przez nas dane.

Wielka litera internetu

Przed godziną Elon Musk opublikował na X post, w którym – reklamując nowy model Groka – użył wielkiej litery pisząc słowo „internet”. Taka pisownia, choć nadal powszechna, odchodzi powoli do lamusa, o czym zresztą już tutaj pisałem. Coraz rzadziej trzeba też poprawiać studentów, którzy jeszcze parę lat temu przychodzili na studia z wyniesionym ze szkoły przekonaniem, że „internet” zawsze piszemy wielką literą. Teraz wręcz się niektórzy dziwią, gdy pytam ich, czy nauczyciel w szkole kazał im pisać „internet” dużą literą.

Zaufałem Elonowi w kwestii Groka i jego kompetencji, a trochę mniej w kwestii pisowni wyrazu „internet”, i postanowiłem Groka spytać, czy słowo internet piszemy wielką literą. I oto odpowiedź Groka, z grubsza zbieżna z tym, co pisałem w poprzednim wpisie na ten temat.

W dzisiejszym użyciu języka angielskiego słowo „internet” zazwyczaj nie jest pisane wielką literą, ponieważ w języku codziennym, kolokwialnym, ewoluowało z nazwy własnej (pierwotnie odnoszącej się konkretnie do globalnej sieci) do rzeczownika pospolitego. Ta zmiana odzwierciedla powszechną znajomość słowa „internet”, podobnie jak w przypadku słów „telephone” czy „radio”. Główne przewodniki stylistyczne w ostatnich latach w dużej mierze przyjęły za normę pisownię słowa „internet” małą literę:

  • Przewodnik stylu Associated Press (AP) przeszedł na małą literę w 2016 roku.
  • Chicago Manual of Style (CMOS) poszedł w ślady AP w swoim 17. wydaniu (2017), zalecając małą literę „i” w codziennym użyciu tego słowa.
  • Przewodnik stylu American Psychological Association (APA) przyjął małą literę w 2019 roku.
  • The New York Times również zaczął używać małej litery w 2016 roku.

Jednak w niektórych kontekstach nadal pisze się „Internet” wielką literą, na przykład w tekstach technicznych lub akademickich, gdzie traktowany jest jako nazwa własna (np. przez Internet Engineering Task Force lub Internet Society). Analiza Oxford English Dictionary z 2016 roku, oparta na miliardach źródeł, wykazała, że „Internet” był pisany wielką literą w około 54% przypadków ogółem, z wyższymi wskaźnikami w Stanach Zjednoczonych w porównaniu do Wielkiej Brytanii (gdzie mała litera jest bardziej powszechna).

Podsumowując, o ile nie jest to początek zdania, część tytułu lub nazwy własnej, albo nie wynika z konkretnego przewodnika stylistycznego preferującego wielką literę, w standardowym piśmie angielskim używaj małej litery dla „internet”.

Angielski dla architektów

Bob Budowniczy ma pewnie w małym palcu wszystko, co jest w tej bazie, ale teraz każdy może mu dorównać. Jakub Grosiak i Michał Krużel, studenci informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, zaktualizowali, wzbogacili o ilustracje i udźwiękowili bazę, którą przed laty stworzyli ich starsi koledzy Bogdan Byczyński i Tomasz Dusik. Baza ta to obszerny, angielsko-polski glosariusz słownictwa dotyczącego architektury i budownictwa. Obecnie, dzięki Jakubowi i Michałowi, baza jest podzielona na kategorie tematyczne takie, co przekłada się na większą czytelność i uporządkowanie materiału leksykalnego.

Nasz kurs słownictwa z zakresu architektury i budownictwa jest obecnie dostępny na następujące platformy:

Latamy po angielsku

Weronika Gumowska i Jakub Mazanek, studenci I roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, zaktualizowali, udźwiękowili, a przede wszystkim połączyli ze sobą dwa kursy słownictwa lotniczego stworzone przez ich starszych kolegów. Słownictwo przydatne w branży lotniczej, pilotom i kontrolerom ruchu lotniczego, zgromadzili przed laty Mateusz Adamski i Marcin Chytrzyński z ówczesnego III roku. Później bazę porządkowali jeszcze Daniel Sacha i Bartłomiej Sikora. Tematyka bazy pozostaje nie bez związku z naszym Wydziałem i jego najbliższym otoczeniem. Obok kampusu znajduje się Park Lotników, a w nim Muzeum Lotnictwa Polskiego.

Całość prezentuje się bardzo dobrze jako talia kart na AnkiWeb i Anki – polecamy korzystanie z tej wersji kursu.

Stworzona przez Weronikę i Jakuba talia Anki składa się z dwóch części, z których każda stanowi niezależny od siebie kurs na Memrise i Quizlet.

Jedna część to dwujęzyczny, polsko-angielski, ale zawierający również definicje i wyjaśnienia w języku angielskim, zbiór terminologii używanej w lotnictwie. Spora część zagadnień to zagadnienia fachowe, więc jeśli szukasz kursu z elementarnym słownictwem samolotowym na lekcję w szkole podstawowej, to ten kurs raczej nie jest dla ciebie. Kurs zawiera ponad czterysta pojęć, z których niektóre niewiele mówią laikowi, a ich przetłumaczenie na język polski bywa kłopotliwe, ponieważ w żargonie lotniczym po polsku używa się terminów angielskich. Kurs jest dostępny:

Druga część to baza elementarnych skrótów i akronimów wykorzystywanych w lotnictwie. Kurs z ponad stu trzydziestoma akronimami lotniczymi jest dostępny:

Raz jeszcze szczególnie polecamy całość kursu na platformie AnkiWeb i Anki:

Nie dla pacyfistów

Grupa studentów I roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym – Dawid Giemzik, Dawid Konstanty i Hubert Kamiński – rozbudowała, zaktualizowała, wzbogaciła o nagrania i ilustracje naszą bazę słownictwa poświęconego wojskowości i militariom. English Military Vocabulary to baza polsko – angielska, w której zgromadzono kilkaset słów związanych z bronią i militariami, od krzemiennego grota strzały po silnik turboodrzutowy. Dotychczas nad kursem pracowali Wojciech Klanowski, Karol Wieczorek, Michał Adamek i Dawid Zoń.

Nasz kurs słownictwa z zakresu wojskowości jest obecnie dostępny jako:

Angielski sportowy

Student informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, Vitalii Havran, dał nowe życie stworzonej przed laty przez starszych kolegów bardzo obszernej, polsko-angielskiej bazie słownictwa sportowego, udostępniając ją na Anki i – przede wszystkim – uzupełniając wszystkie ilustracje i dostarczając nagrania audio do każdego hasła.

Baza zainteresuje pewnie w mniejszym stopniu inżynierów i kandydatów na inżynierów z Wydziału Mechanicznego, a bardziej naszych sąsiadów z tego samego przystanku tramwajowego – studentów Akademii Kultury Fizycznej w Krakowie. Okolicę mamy zresztą bardzo sportową – z okna w pracy widzę codziennie halę widowiskowo – sportową Tauron Arena, miejsce wielu spektakularnych imprez minionych (i przyszłych) tygodni, miesięcy i lat.

Autorami pierwszej wersji bazy są Michał Składanowski i Karol Trybulec, w dalszych latach poprawiali ją i rozbudowywali Stefan Postrożny i Rafał Sarata. Baza jest podzielona na kilkadziesiąt kategorii (przeważnie są to dyscypliny sportowe).

Wśród haseł są pojęcia proste i oczywiste, a zdarzają się takie, że osoba niewtajemniczona może mieć kłopoty ze zrozumieniem, o co chodzi, jeśli nie uprawia danej dyscypliny ani jej nie kibicuje.

Obecnie nasza baza słownictwa sportowego dostępna jest jako: