Na studiach drugiego stopnia, gdy kilka lat temu studenci opowiadali o swoich pracach inżynierskich, czytaliśmy wspólnie przygotowane przez nich streszczenia prac po angielsku i komentowaliśmy je, robiliśmy to z należytą akademicką godnością i panowała jeszcze względna powaga. Ale od jakiegoś czasu – a w tym semestrze już szczególnie – z tych zajęć zrobiła się niezła komedia obyczajowa. I to taka w stylu „Człowieka z wysokiego zamku” spotkanego z „Biurem”.
Bo wiecie, jak to teraz wygląda. Prawie wszyscy używają LLM-ów do kreowania treści. Streszczenie po polsku? AI. Wersja angielska? Też AI. Modele radzą sobie z tym całkiem nieźle – struktura logiczna, słownictwo branżowe na miejscu, styl akademicki zachowany, a czasem nawet bardziej elegancki niż u niejednego absolwenta filologii i politechniki jednocześnie. Tyle że potem przychodzi etap „shumanizowania”. Bo przecież „tylko AI tak pisze”, „za dużo przecinków”, „te pauzy wyglądają sztucznie”. I człowiek bierze się za edycję. Z najlepszymi intencjami. Efekt? Tekst, który był klarowny i rytmiczny, nagle robi się sztywny, miejscami niejasny, a nierzadko po prostu błędny.
W tym roku na drugim stopniu mieliśmy kilka perełek. Studenci, w heroicznym dążeniu do „ludzkiego” stylu, usuwali przecinki tam, gdzie były absolutnie niezbędne do zrozumienia zdania. Albo wykasowywali wszystkie półpauzy, pauzy i myślniki – choć najwyraźniej sztuczna inteligencja lepiej od nich wiedziała, kiedy i po co je wstawić. I tak oto abstrakt, który AI wygenerowała z wyczuciem rytmu akademickiego tekstu, po „korekcie” brzmiał jak napisany przez kogoś, kto walczył z interpunkcją na noże.
A skoro już przy tym jesteśmy, warto może na chwilę się zatrzymać i przypomnieć, do czego właściwie służą te tajemnicze znaki. Przecinek (comma) to taki delikatny separator codzienny – oddziela elementy listy, wprowadza lżejsze wtrącenia, rozdziela zdania składowe, żeby całość nie zlała się w jeden nieczytelny blok. Jest grzeczny i przewidywalny. A w przypadku studentów informatyki powinien być niesamowicie czytelny, niczym nawias w kodzie.
Dywiz (hyphen, ten najkrótszy „-”) to z kolei zwykły łącznik. Służy przede wszystkim do tworzenia słów złożonych (state-of-the-art solutions, well-known problem, cutting-edge technology), rozbijania wyrazów na końcu linii oraz w wyrażeniach liczbowych czy datach. Jest dyskretny, funkcjonalny i absolutnie niezbędny tam, gdzie dwa wyrazy mają stworzyć jedno pojęcie.
Myślnik to już szersza i bardziej elegancka rodzina znaków. Obejmuje półpauzę (en dash –) oraz pauzę (em dash —). Półpauzy używamy do zakresów (strony 45–52), połączeń (trasa Kraków–Warszawa), relacji przeciwstawnych (win–lose situation) albo gdy chcemy pokazać powiązanie bez pełnego „i” (Poland-Germany border, student-teacher interaction). Jest precyzyjna i elegancka – nie dramatyzuje, tylko porządkuje.
A pełna pauza (em dash —), czyli klasyczny, najdłuższy myślnik, to prawdziwy aktorski znak. Wstawiamy go, gdy chcemy zrobić mocne, dynamiczne wtrącenie, prawie jak nawias, ale z większym impetem i dramatem. „The results — quite unexpectedly — showed a completely different pattern.” To znak, który pozwala na większą ekspresję, na zmianę rytmu zdania, na podkreślenie myśli. AI, trenowana na milionach profesjonalnych tekstów akademickich i literackich, używa go zazwyczaj bardzo trafnie – dokładnie tam, gdzie taka przerwa poprawia czytelność i dodaje tekstowi oddechu.
Warto przy okazji zauważyć, jak bardzo beztrosko obchodzimy się z interpunkcją i ortografią w codziennym życiu cyfrowym. Influencerzy na Instagramie, TikToku czy X potrafią pisać całe posty bez jednego przecinka, z myślnikami zamiast pauz, a wielkich liter używają wyłącznie w tytułach albo… wcale. W prywatnych wiadomościach, komentarzach pod postami i na forach internetowych panuje jeszcze większa niedbałość – zdania zlewają się w jeden wielki blok tekstu, emotki zastępują znaki przestankowe, a wielkie litery na początku zdań czy w imionach własnych traktowane są jak relikt minionej epoki. Pisze się „cześć jak tam u ciebie” tak naturalnie, jakby Caps Lock był jakimś narzędziem opresji. To taki cyfrowy luz, który w tekstach akademickich czy profesjonalnych wychodzi bokiem i nagle sprawia, że czytelnik (czyli między innymi ja na zajęciach) musi domyślać się intencji.
Brak odpowiedniej interpunkcji i dbałości o wielkość liter potrafi kompletnie zmienić sens zdania albo przynajmniej sprawić, że czytelnik musi się nieźle napracować, żeby je rozszyfrować. Klasyczny przykład, który zawsze przytaczam z lubością: „Let’s eat Grandma” versus „Let’s eat, Grandma”. Jeden mały przecinek ratuje życie babci przed kanibalizmem. W tekstach naukowych stawka jest może i niższa (czy aby zawsze?), ale niejasność bywa równie irytująca. Zdanie „The system tested under extreme load conditions failed dramatically” bez przecinka może sugerować, że system testowany pod obciążeniem po prostu zawiódł – podczas gdy z odpowiednim wtrąceniem „The system, tested under extreme load conditions, failed dramatically” nagle zyskuje zupełnie inną perspektywę. Albo opis metody badawczej, w którym usunięta pauza lub myślnik sprawia, że dwa niezależne wątki zlewają się w jeden potwór syntaktyczny. Czytelnik musi wtedy zgadywać, co autor naprawdę miał na myśli.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Sztuczna inteligencja to w gruncie rzeczy tylko kolejne narzędzie – tak jak maszyna do pisania sto lat temu, tak jak komputer osobisty trzydzieści lat temu, tak jak edytor tekstu z automatyczną korektą. Narzędzie nie tworzy treści. Tworzy człowiek. Jeśli człowiek nie ma nic ciekawego do powiedzenia – żadnych oryginalnych wyników, przemyśleń, pasji badawczej – to nawet najwspanialsze LLM nie wyczaruje z niczego głębokiego sensu. Będzie gładko, ale pusto. Czasem nawet z halucynacjami, które powinny podlegać czwartemu prawu robotyki postulowanemu przez Dariusza Jemielniaka: AI nie może oszukiwać człowieka, udając, że wie to, czego nie wie.
Ale gdy człowiek ma coś wartościowego – solidne badania, ciekawe wnioski, autentyczną myśl – wtedy AI staje się fantastycznym, nieocenionym wsparciem. Pomaga ubrać idee w elegancką formę, podpowiada lepsze sformułowania, pilnuje spójności, interpunkcji i nawet wielkości liter. Nie ma w tym absolutnie nic wstydliwego. Udawanie, że „naprawdę wszystko napisałem sam, odręcznie, bez żadnej pomocy”, przypomina zaklinanie się w 2026 roku, że książkę napisało się wyłącznie piórem wiecznym na papeterii, bo „prawdziwi autorzy nie używają komputera”. Świat poszedł do przodu. I bardzo dobrze.
Czas najwyższy przestać się bać sztucznej inteligencji i zacząć jej używać świadomie, z głową i z otwartą przyłbicą. Przyznawać się do tego. Doceniać, gdy zrobi coś lepiej od nas – na przykład postawi ten cholerny myślnik, półpauzę, pauzę czy wielką literę dokładnie tam, gdzie trzeba. Bo autentyczna twórczość człowieka, zwłaszcza w ramach badań naukowych w pracy dyplomowej, nie polega na tym, żeby popełniać te same stare błędy interpunkcyjne i ortograficzne co sto lat temu. Polega na tym, żeby tworzyć wartościowe treści, a narzędziami posługiwać się tak, by wspomagały nasz intelekt, a nie zastępowały go.
Używajcie AI, magistranci. Uczcie się od niej. Zostawiajcie czasem te pauzy, półpauzy, myślniki i wielkie litery tam, gdzie ich miejsce. I piszcie dłuższe, przemyślane teksty – takie, w których ludzka myśl spotyka się z narzędziami przyszłości. Bo dobra interpunkcja, ortografia i szacunek dla czytelnika to nie fanaberia modelu językowego. To po prostu szacunek dla czytelnika, który potrafi dłużej skupić uwagę niż na jednym rolkowym hooku. A my na lektoracie bardzo lubimy czytelników, którzy rozumieją, o co chodzi już za pierwszym razem.
Gdzieś w internecie wciąż powtarza się mantrę, że takie jak ten dłuższe teksty nie mają już sensu – bo pokolenie Z i Alpha nie przeczyta więcej niż dwóch zdań naraz i wszystko trzeba podawać w formie 15-sekundowych TikToków z dynamicznymi przejściami i napisami na ekranie. Tymczasem moi studenci B2 z pierwszego roku – a przynajmniej Michał – sądzą zupełnie inaczej. Jeśli ktoś na studiach wyższych próbuje mówić do nich tiktokami, to widocznie jego zajęcia są tak potwornie nudne, że niczym tonący brzytwy chwyta się za krótkie, migotliwe formaty. Jak wszyscy przejdziemy na rolki i TikToki, to studia wyższe – przynajmniej dla niego – stracą zupełnie sens. I bogu (nieistniejącemu) dzięki za takie opinie.



