Wspólny język

As we step boldly and triumphantly into 2026, I find myself reflecting profoundly on Paweł. Not just any Paweł, but the one with whom I’ve discovered a truly shared tongue, and that tongue happens to be English. Paweł the Highlander brings a certain resilient and rugged mountain vigor to everything he does, inspiring me to climb my own personal peaks with unyielding determination and unbreakable spirit.

It’s funny how these things happen. No awkward translations, no fumbling for words, just a fluid exchange that felt right from the start, a testament to the power of connection that transcends origins, ignites the soul, and propels us toward greater heights of understanding and unity.

Whenever we meet up, whether it’s for a casual walk or a deeper, soul-stirring chat, we dive straight into English. When we text each other, we use English as well. It’s our default language, our comfort zone.

I remember one evening when we headed to a Chinese restaurant. We were deep in discerning and delightful discussion about everything from literature to life hacks, all in English, when the waitress approached. She knew me already and was aware that my native language is Polish, but she probably didn’t expect that Paweł’s native language is not English, but the Highlander dialect. So when she asked for our order and we switched seamlessly to Polish, it left her wide-eyed and probably wondering if we’d been putting on an act. That moment of surprise on her face? Priceless. It’s become our little ritual, this linguistic dance that catches people off guard and reminds us inexorably how assumptions can be flipped in an instant, empowering us to challenge the ordinary, embrace the extraordinary, and boldly rewrite the narratives of our lives.

There was that one time on the street, though, when things felt off. I was walking with Wanda, chatting with her in Polish, when Paweł passed us. He greeted me with a simple „dzień dobry,” and I returned the greeting in Polish. But a few steps later, it hit me – it felt unnatural, almost like we’d broken some unspoken rule. Why Polish, when English is our thing? It left me uneasy, as if we’d momentarily lost our connection, yet it also reminded me how such small discomforts can lead to greater self-awareness, profound growth, and the courage to reclaim our authentic paths.

And then there was Paweł’s wedding. My mother and I approached Paweł and Kasia – herself a true góralka with that same tenacious and towering Tatra spirit – to offer our congratulations, and out came the wishes in Polish. It seemed polite at the time, fitting the occasion, but looking back, I have this nagging guilt. We should have stuck to our language, our English. I believe that merciful and magnanimous Olek will forgive me, Paweł, and Kasia for that – and for so many other little slips along the way – at his Last Judgment, when the time comes. After all, forgiveness is part of what makes bonds endure ostensibly forever, weaving threads of grace that uplift and unite us across time, encouraging us to rise above our missteps and forge ahead with renewed purpose.

Paweł and I have never really touched beyond a handshake – no hugs, no pats on the back. Yet, I’ve got Paweł all over me, in the best possible way. His perspectives linger meticulously in my thoughts, his humor echoes voraciously in my laughs, and I suspect he carries some subtle traces of our conversations as well. It’s that intangible and indelible imprint that comes from truly clicking with someone, much like how Paweł, nimble as a chamois at the break of dawn, darts across the Tatra summits with effortless and elegant grace, embodying the freedom and resilience that we all can aspire to and achieve. In a way, I’m a bit of a Highlander myself, scarred by the mountains – as a child, I tumbled off a precipitous and perilous rock in the Pieniny Mountains, leaving me with a lasting scar on my belly to this day, a badge of survival that fuels my journey forward and reminds me that every fall is an opportunity to stand taller.

As we usher in this new year, I wish for everyone to find a common language with all those around them – whatever form it takes. May it bridge bewildering and baffling gaps, spark scintillating and sublime joy, and leave you all wonderfully intertwined, fostering a world where every connection becomes a source of endless inspiration, collective elevation, and the unstoppable drive to create a brighter, more harmonious future for us all.

Ten wpis jest częścią sylwestrowego cyklu, w ramach którego powstały już następujące odcinki:
– w Sylwestra 2012, o Łukaszu;
– w Sylwestra 2013, o Pawle;
– w Sylwestra 2014, o Tomku;
– w Sylwestra 2015, o Albercie;
– w Sylwestra 2016, o Dominiku;
– w Sylwestra 2017, o Michale;
– w Sylwestra 2018, o Wiktorze;
– w Sylwestra 2019, o Adamie;
– w Sylwestra 2020, o Maksymilianie;
– w Sylwestra 2021, o Przemysławie;
– w Sylwestra 2022, o Małgorzacie;
– w Sylwestra 2023, o Sylwestrze;
– w Sylwestra 2025, o Pawle (niniejszy wpis);
wszystkie wpisy ilustrowane są moimi zdjęciami z dzieciństwa i piosenkami.

Internet nasz powszedni

W 1995 roku Bill Gates, jako gość Davida Lettermana w programie na antenie CBS, mówił o internecie jako o tej „kolejnej wielkiej rzeczy”, jaka nas czeka. Oglądając dzisiaj tę rozmowę trudno się zdecydować, czy jest wizjonerska, czy infantylnie śmieszna, trywialna (w końcu Late Show with David Letterman było programem rozrywkowym), ale nie ulega wątpliwości, że dla nas w latach dziewięćdziesiątych internet to było coś. Było to coś tak ważnego, że nikt wówczas nie miał wątpliwości, że trzeba słowo „internet” pisać wielką literą.

Nic dziwnego, że w takiej atmosferze całe pokolenie filologów, encyklopedystów i dziennikarzy jednogłośnie, bez większej dyskusji i bez cienia wątpliwości przyzwyczaiło nas do tego, że piszemy „Internet”, a nie „internet”. Pytanie, czy nadal tak jest, i czy aby na pewno jest tak w języku angielskim. Wielu moich studentów trafia na studia informatyczne z wyniesionym z liceum lub technikum przekonaniem, że tak. Pisownię małą literą uważają za błędną. Tymczasem sprawa nie jest wcale tak oczywista, a pisownia wielką literą, aczkolwiek dopuszczalna i nadal spotykana, staje się coraz rzadsza. Zwolennicy takiej pisowni stoją poza tym tak naprawdę na przegranej pozycji, bo pisownia „Internet” z czasem odejdzie do lamusa, podobnie jak mało kto pamięta dziś o tym, że rzeczownik „radio” w języku polskim pierwotnie uważany był za nieodmienny i nie podlegał deklinacji.

Wydaje się, że nie ma żadnych logicznych przesłanek, by słowo „internet” pisać wielką literą. Najczęściej używamy tego słowa w znaczeniu bardzo analogicznym do słów „radio” czy „telewizja”, dla określenia środka przekazu informacji. „Znalazłem coś w internecie”, podobnie jak „usłyszałem w radiu” czy „zobaczyłem w telewizji”. Nie ma zatem żadnego racjonalnego powodu, by wyrazy „internet”, „web” czy „net” pisać wielką literą. Dał temu bardzo mocno wyraz Tony Long na łamach Wired jeszcze w 2004 roku. Wprawdzie wyprzedził nieco swoje czasy, bo po przejęciu Wired przez Condé Nast w 2006 roku magazyn powrócił do pisowni „Internet”, nie trwało to jednak długo. Dziś internetu pisanego wielką literą na próżno byłoby szukać nie tylko w Wired, ale w większości prasy technicznej i komputerowej

W tradycyjnym ujęciu, słowo „internet” powinno być pisane wielką literą, aby wyjaśnić różnicę w znaczeniu między Internetem (globalną siecią, która wyewoluowała z ARPANET, wczesnej sieci Pentagonu), a jakimkolwiek ogólnym internetem lub siecią komputerową łączącą wiele mniejszych sieci. Z taką interpretacją można się do dzisiaj spotkać w niektórych słownikach. Z czasem jednak „internet” i „web” zmieniły się – poprzez powszechne użycie – z rzeczowników własnych – unikalnych, nazwanych jednostek – w rzeczowniki ogólne. Większość osób spoza wtajemniczonego kręgu specjalistów nie jest w ogóle świadoma istnienia jakiegokolwiek internetu innego niż ten, którego wszyscy codziennie używamy – to rozróżnienie nie ma już znaczenia. A dla wielu młodszych ludzi, którzy dorastali z tą technologią, internet sam w sobie jest czymś zwyczajnym, takim jak telefon, telewizja czy radio. Niektórzy komentatorzy uważają, że pisownia słowa „internet” małą literą stała się bardziej naturalna dla większości Amerykanów (i nie tylko) poprzez świadome i celowe użycie małej litery „i” w produktach marki Apple (iPhone, iPad, iOS itd.).

W języku angielskim mnóstwo jest przykładów dekapitalizacji i uproszczenia pisowni pospolitych wyrazów, które pierwotnie weszły do języka jako nazwy własne, oznaczające coś unikalnego. Procesom tym ulegają nie tylko wchodzące do powszechnego użytku słowa z dziedziny technologii, jak „homepage”, „online”, „email”, „website” (niegdyś „Home page”, „on-line”, „E-mail”, „Web site”), ale także ogólne terminy pochodzące od dawnych nazw marek, jak frisbee, bandaid, velcro, czy też od akronimów (mało kto pewnie wie czy pamięta, że „scuba” pochodzi od „Self-Contained Underwater Breathing Apparatus”).

Gwóźdź do trumny Internetu wbito chyba w roku 2016. W artykule z 1 czerwca tego roku New York Times ogłasza oficjalny „koniec Internetu” i nadejście „internetu”. Nie jest to zresztą jednostronna, odosobniona decyzja tego dziennika, ale reakcja na ogłoszoną przez Associated Press zmianę w ich wytycznych dla dziennikarzy w dorocznie aktualizowanym przewodniku stylistycznym. Korpusy językowe od dawna pokazywały już wówczas tendencję wypierania pisowni wielką literą przez pisownię małą literą, Associated Press usankcjonował tylko to zjawisko i przyspieszył tempo zmian, bo za rekomendacjami AP poszły nie tylko New York Times, The Wall Street Journal, The Verge czy Wired, ale właściwie wszystkie media głównego nurtu.

Następnym razem, gdy przyjdzie Ci do głowy napisać słowo „internet” wielką literą i nie będzie to ani na początku zdania, ani w zbitce „Internet of Things” czy „Internet of Everything”, przypomnij sobie wiersz Adama Asnyka:

Trze­ba z ży­wy­mi na­przód iść,
Po ży­cie się­gać nowe,
A nie w uwię­dłych lau­rów liść
Z upo­rem stro­ić gło­wę

Wy nie cof­nie­cie ży­cia fal!
Nic skar­gi nie po­mo­gą:
Bez­sil­ne gnie­wy, próż­ny żal!
Świat pój­dzie swo­ją dro­gą!

Virtually

W ramach dywersyfikacji źródeł informacji staram się regularnie czerpać z bardzo różnych mediów. Nie tylko polskich, amerykańskich, brytyjskich, francuskich czy niemieckich, oglądam czasem telewizję ukraińską (w Polsce stało się to dość łatwe w ostatnim czasie, bo trafiła do wszystkich kablówek, a nawet do naziemnego multiplexu), rosyjską (to akurat wymaga teraz odrobiny akrobacji i wiedzy), nie stronię też od telewizji arabskiej i chińskiej, chociaż po angielsku.

I właśnie anglojęzyczna telewizja chińska zaskoczyła mnie niedawno obwieszczając, że głowy dwóch państw spotkały się wirtualnie, „the presidents met virtually”. Wzdrygnąłem się słysząc to zdanie, choć okazało się, że nie miałem racji. Tak jak można mieć „a virtual meeting”, tak można się „meet virtually”, spotkać wirtualnie. Fraza ta występuje pospolicie w języku angielskim, niedawno użył jej prezydent Stanów Zjednoczonych w jednym ze swoich tweetów, jest całkowicie poprawna, nawet jeśli wydawała mi się mniej naturalna niż „met online”, „had a video conference”, „had a Skype call”, „spoke via Zoom”, „talked on Skype”, „had a Zoom meeting” itp.

Moment później na pasku chińskiej telewizji pojawiło się jednak coś, co ewidentnie nie powinno się było pojawić. Może nie dlatego, że było niepoprawne, ale było zdecydowanie niejednoznaczne. „The presidents meet virtually every Friday” to komunikat, który nabiera jednoznaczności dopiero wtedy, gdy ktoś przeczyta go na głos z taką czy inną intonacją. W wersji pisanej nie mamy pojęcia, czy prezydenci spotykają się online co piątek, czy spotykają się – osobiście lub za pośrednictwem internetu, nie wiadomo – w prawie każdy piątek.

„Virtually” to po angielsku nie tylko „wirtualnie”. To także „niemal”, „niemalże”, „prawie”, „nie całkiem”, nie do końca”, w pewnych kontekstach „dosłownie”. Ba, słownik Cambridge podaje to drugie znaczenie w pierwszej kolejności, dopiero w drugim znaczeniu wspomina o załatwianiu spraw za pośrednictwem internetu.

Nauczyłem się czegoś z telewizji chińskiej, jednocześnie wygląda na to, że i oni mają się jeszcze czego uczyć. A dywersyfikację źródeł informacji szczerze polecam, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Trzeba próbować wyjść ze swojej bańki, inaczej nie ma szans, by cokolwiek zrozumieć.

Odkrywczy rusycyzm

Człowiek uczy się całe życie. Zwrócono mi dziś uwagę, w dodatku całkiem – jak się okazuje – słusznie, że – pisząc „z dużej litery” – posługuję się rusycyzmem. Lekcję przyjmuję z pokorą, ale mam też pewną refleksję. Powinno się pisać (i mówić) „dużą literą” albo „od dużej litery”.
Podczas oceniania wypowiedzi pisemnych niejednokrotnie konsultujemy się, by upewnić się w słuszności swojego rozumowania, a to ze słownikiem, a to z koleżanką czy kolegą, a to z native speakerem, a niejednokrotnie – zachowując całą uzasadnioną rezerwę do wyników wyszukiwania – z Google.
Jako rodzimy użytkownik języka polskiego, może nie polonista, ale jednak świadomy użytkownik tego języka, w życiu bym nie potwierdził, że forma „od dużej litery” jest poprawna. Każdemu uczącemu się języka polskiego powiedziałbym, że to błąd i że nigdy takiej formy nie słyszałem (pierwsze stwierdzenie byłoby niestety niesłuszne i nieprawdziwe). Wpisana w cudzysłowie fraza „z dużej litery” okazuje się w wynikach wyszukiwania Google występować trzykrotnie częściej niż „dużą literą” i dwudziestokrotnie częściej, niż „od dużej litery”, czyli nawet jeśli zsumujemy występowanie obu form poprawnych, to nadal częściej występującym sformułowaniem jest rusycyzm „z dużej litery”. To pokazuje, jak niezwykle żywym tworem jest język i jak ciężko jest czasem podjąć decyzję, czy użyta przez maturzystę czy studenta forma jest poprawna czy błędna, zwłaszcza w języku mówionym.
Bywa, że uparcie poprawiamy kogoś, choć potem okazuje się, że wcale nie mieliśmy racji. Ja tak na przykład latami poprawiałem studentów wymawiających router po amerykańsku, zupełnie nieświadom istnienia tej wymowy. Albo na przykład jedna z moich koleżanek tępi mówienie „I’m good” zamiast „I’m well”, chociaż ze świecą szukać w serialach na Netflixie kogoś, kto mówi inaczej niż „I’m good”.
Jeśli by się nam wydawało, że w rozstrzygnięciu poprawności jakiejś wypowiedzi większy autorytet od rodzimych użytkowników języka i od praktyki językowej będą mieli specjaliści, profesjonaliści, to po przeczytaniu tego komentarza na forum Słownika Języka Polskiego ja osobiście w to zwątpiłem. A w każdym razie zrozumiałem, że niekiedy nie ma jednoznacznej odpowiedzi, czy coś jest błędem, czy też jest do zaakceptowania.
Wniosek, jaki z tego wyciągam, jest natomiast bardzo jednoznaczny. Oceniając wypowiedź pisemną na egzaminie, trzeba mieć wielką pokorę do swojej znajomości języka. I trzeba się mocno zastanowić, zanim się oznaczy nieznane nam wyrażenie czy strukturę jako błąd.
Co do przedmiotowego „z dużej litery”, WikiSłownik jest bardzo kategoryczny i jednoznacznie stwierdza, że taka forma jest niepoprawna. Są źródła, które przyznają, że jest to forma na tyle mocno upowszechniona, że w mowie nie powinna nas razić. Doktor Mirosław Bańko w powyżej już linkowanej wypowiedzi rozkłada moim zdaniem ręce. Osobiście zgadzam się chyba z Łukaszem Mackiewiczem, który wytropił użyty przeze mnie rusycyzm w książce Wydawnictwa Znak osiem lat temu:

…ów rusycyzm […] zagościł na stałe w polszczyźnie i myślę, że ów chochlik w publikacji Znaku może nie tyle jest redaktorską wpadką, ile pobłażliwym machnięciem ręki na kolejny rusycyzm, którego po tylu latach chyba nie sposób już wyplenić z polszczyzny…

Niecenzuralny Memrise

Studenci II roku przekonali mnie do korzystania z Memrise’a. Dla mnie sporym odkryciem było to, że nauka języka (i nie tylko języka) może się odbywać w tak estetycznym, tak niezależnym od platformy interfejsie, a w dalszej kolejności to, jak wielu studentów używa tej aplikacji od lat, a nawet robi sobie w niej własne kursy. Dla części z nich z kolei sporym odkryciem było to, że wszystko, co podoba im się w Memrise’ie, od dwóch dekad jest w Supermemo, pod warunkiem, że wciśnie się odpowiedni klawisz funkcyjny i używa się odpowiedniej bazy.
Coś, co mnie w Memrise’ie zauroczyło, to jednak sprawa zupełnie drugorzędna z punktu widzenia algorytmu powtórek, metodyki nauczania i interfejsu. No bo na przykład w jakim podręczniku języka angielskiego nauczysz się takich rzeczy, jak z poniższych slajdów (a przecież to bardzo ważna wiedza w życiu):

Albo, na przykład, który podręcznik nie zawaha się nauczyć użytkownika tak fundamentalnego, kluczowego w życiu towarzyskim słownictwa, jak poniższe?

Na większości kursów nie nauczysz się nawet tak niewinnego pytania, jak to oto:

A propozycja w rodzaju poniższej na pewno nie padnie.

A konia z rzędem temu, kto w podręczniku używanym w polskiej szkole znajdzie tak niezbędny do życia zwrot, jak „Chce mi się sikać”…

Fakt, nie wszystkie powyższe memy pochodzą z oficjalnych kursów Memrise’a, ale większość, w tym ostatni, jak najbardziej.

Dwujęzyczność w praktyce

Od czasu do czasu słyszy się burzliwe dyskusje o tym, czy na polskich drogach, zwłaszcza na obszarach o pogmatwanej, wielokulturowej historii, stawiać napisy z nazwami miejscowości tylko w języku polskim, czy może informować także o historycznych nazwach wsi i miasteczek w języku obcym, najczęściej niemieckim? Niektóre z tych miejscowości dłużej przecież nosiły nazwę niemiecką, aniżeli polską.
Pół biedy, gdy nazwa polska od obcojęzycznej niewiele się różni – ma fonetycznie podobną formę, np. polski Sopot i niemiecki Zoppot, albo gdy jedna nazwa jest jakby „tłumaczeniem” drugiej, np. polska Jelenia Góra i niemiecki Hirschberg. Ale kto by się tam domyślił, że Königszelt to Jaworzyna Śląska, a Saybusch to Żywiec?
Dlatego, z przyczyn praktycznych, dla wygody turystów sentymentalnych, odwiedzających ziemie swoich przodków i szukających korzeni, dla historyków i dokumentalistów, uważałem zawsze za uzasadnione stosowanie podwójnego nazewnictwa.
Nie dziwi mnie też wszelkiego rodzaju dwujęzyczna informacja w strefie przygranicznej, bo przecież potrzeba matką wynalazków, a gdy robiłem kiedyś zakupy w sklepie w Czeskim Cieszynie, wśród klientów przeważali Polacy.
W tym kontekście zastanawiam się, jakiej narodowości są ludzie, dla których potrzeb w moim miejscu pracy zmodyfikowano ostatnio niezwykle ważne tablice informacyjne, dopisując wersję w drugim języku. No cóż, cel uświęca środki – ważne, by w razie pożaru każdy wiedział, którędy uciekać.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed ośmiu lat.

Język władzy

W marcu 1954 Józef Cyrankiewicz groził temu, kto ośmieli się podnieść rękę na władzę ludową, odrąbaniem jej. Gdy słucham wypowiedzi obecnej władzy i parlamentarzystów, nie jestem pewien, czyj język cechuje większa doza barbarzyństwa. Gdy bowiem zobaczyłem na własne oczy, że poseł Paweł Kukiz publicznie zwraca się do mnie i wielu moich znajomych słowami „Jak ja was kurwy nienawidzę” (cytat dosłowny), trudno mi było uwierzyć, że tak się naprawdę stało.
Do obelg ze strony Jarosława Kaczyńskiego niejako już przywykłem. Że jestem Polakiem najgorszego sortu, komunistą i złodziejem, współpracownikiem gestapo, że mordowałem (ja i moi rodzice) Polaków, nic z ust Pana Prezesa już mnie chyba nie zaskoczy. Co więcej, jego maniera obrażania wszystkich na wszelkie możliwe sposoby przez wielu traktowana jest już z przymrużeniem oka, o czym świadczy chyba dobitnie chociażby stale rosnąca na Allegro liczba aukcji z gadżetami „najgorszego sortu” – koszulki, kubki, magnesy na lodówkę, naszyjniki, przypinki…
Poziom dyskusji publicznej jest żenujący i nie pozostaje to bez wpływu na język i środki wyrazu, jakimi posługują się przeciętni Polacy. Nie podobały mi się na jednej z sobotnich demonstracji antyrządowych dzieci z transparentem przedstawiającym strzelbę wycelowaną w kaczkę, ale prawdziwy martwy lis obnoszony przez uczestników demonstracji prorządowej w ubiegłą niedzielę był w co najmniej równym stopniu szokujący.
Na szczęście Polacy oglądają jeszcze mecze siatkówki i piłki nożnej, chodzą na spacery, do teatru i do kina (nie tylko na premierę kolejnej części „Gwiezdnych Wojen”). Gdyby oglądali wyłącznie przekazy z Sejmu, Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i Pałacu Prezydenckiego, przy niejednym wigilijnym stole mogliby sobie wzajemnie poodrąbywać ręce albo głowy…
„Jak zostanę politykiem, to naplujcie mi w ryj i mówcie do mnie szmato”. Tak powiedział niegdyś Paweł Kukiz, w niewybrednych słowach. Jeśli ktoś z czytelników spotka go w najbliższym czasie, proszę go ode mnie… pogłaskać po głowie. Spokojnych Świąt i normalnego Nowego Roku.

Brakuje do giga

There is a band called 1023 MB.
You haven’t heard of them because they haven’t made it to a gig yet.

Piąty rok informatyki, grupa 41K7, twierdzi, że to suchar. Ale mi się ten dowcip bardzo podoba.
Jeśli go nie rozumiesz, widocznie nie wiesz, że „gig” to wyraz dwuznaczny. To skrót od „gigabyte”, czyli 1024 megabajty. Ale to także koncert, występ przed publicznością.

Totalne zanurzenie

Jak wiadomo, jednym z celów wysłania anglisty do kraju anglojęzycznego na kurs metodyczny jest swego rodzaju „zanurzenie” w tamtejszej rzeczywistości językowej. Nie będę twierdził, że niczego mnie ta brutalna immersja nie nauczyła, ale na każdym kroku po londyńskim bruku czułem pewną ironię w fakcie, że w wielokulturowej masie ludzi nie spotkałem zbyt wielu ludzi mówiących po angielsku lepiej od siebie. W metrze wszyscy wokół mówili zwykle po polsku, niemiecku, francusku, raz trafiłem na grupę Amerykanów rozmawiających z Australijczykiem o jego psie. Tubylcy chyba głównie milczeli ze słuchawkami na uszach. W restauracji, gdy jadłem obiad, prawie zawsze wokół mnie słychać było język polski. Gdy miałem problem z dogadaniem się z kelnerką i zaczynałem już powątpiewać w swoją znajomość języka, na jej piersi dojrzałem plakietkę z pięknym imieniem „Kasia”. Gdy usłyszałem słowo „Żywiec” wypowiadane przez sprzedawczynię w lokalnym sklepie podczas dostawy towaru, też do mnie dotarło, że nie wszyscy pracujący w tym sklepie imigranci to Azjaci, a rodzimego swojskiego Angola chyba nie było ani jednego.
Ale kiedy przechodząc koło centrum handlowego na odległym przedmieściu zobaczyłem przed sklepem operatora telefonii komórkowego reklamę „Beztroskiego 4G” zachęcającą mnie „Testuj naszą ofertę przez trzy miesiące bez limitu danych”, zatęskniłem trochę za Krakowem. I faktycznie, gdy w tym tygodniu szedłem Warszawską w kierunku Placu Matejki, dziewczyna przede mną rozmawiała z koleżanką przez telefon i piękną angielszczyzną tłumaczyła jej, że bardzo chciała się spotkać, ale coś jej wypadło, a za mną – równie piękną angielszczyzną – jakaś pani strofowała chłopczyka jadącego na rowerku, by trzymał się ścieżki rowerowej.

Nie czytamy

Podobno nie czytamy. Książki regularnie czyta tylko co dziesiąta osoba, a połowa z nas nie robi tego w ogóle. Biblioteki świecą pustkami, wiatr hula pomiędzy regałami. Gdyby nie doładowania telefonów, śmieszne gadżety i e-papierosy, nikt nie wszedłby do księgarni. Pisząc tylko krótkie komunikaty textspeakiem i przy użyciu akronimów zapominamy elementarne zasady ortografii, czytając tylko krótkie komunikaty przestajemy być zdolni do myślenia i nie rozumiemy niczego poza reklamowymi sloganami.
No dobrze, to niech mi ktoś pokaże jedną osobę na tym zdjęciu, która nie czyta… Bo ja mam wrażenie, że w żadnym okresie historii ludzkości nie czytano tak dużo, tak powszechnie i tak regularnie, jak współcześnie.