Histeria i fakty – Google po ciemnej stronie Mocy?

Dewizą Google było kiedyś „Don’t be evil” („Nie czyń zła”). Ta nieoficjalna mantra towarzyszyła firmie od 2000 roku i miała być tarczą chroniącą przed pokusami wielkiego biznesu. W 2015 roku, przy tworzeniu Alphabet, hasło zaczęło słabnąć (holding przyjął „Do the right thing”), a w 2018 roku Google cicho usunął je z wstępu do kodeksu postępowania – akurat gdy wybuchały głośne kontrowersje wokół Project Maven (współpraca z Pentagonem przy AI do dronów) i Project Dragonfly (cenzurowana wyszukiwarka dla Chin). Pracownicy protestowali, a opinia publiczna pytała: czy Google porzucił swoje ideały? Dziś, po cichym wprowadzeniu modelu Gemini Nano do Chrome (bez fanfar, bez wyraźnego powiadomienia, zajmującego 4 GB dysku), wielu zadaje sobie pytanie: czy firma ostatecznie przeszła na ciemną stronę Mocy? Czy Google stał się Lordem Vaderem wielkiej technologii – potężnym, skutecznym, ale coraz bardziej skrytym w cieniu?

Jeśli korzystasz z desktopowej wersji Chrome, na Twoim komputerze prawdopodobnie działa już model AI Gemini Nano, zajmując około 4 GB miejsca. Nie jest to automatycznie coś złego – wręcz przeciwnie, może przynosić realne korzyści. Jeśli jednak nie chcesz go mieć i nie byłeś świadomy jego obecności, da się go łatwo i skutecznie wyłączyć. Model zaczął być automatycznie pobierany do Chrome w 2024 roku, gdy Google zintegrował Gemini Nano z przeglądarką. Wielu użytkowników nie miało o tym pojęcia, co widać chociażby z szumu, jaki wywołał swoim artykułem na ten temat „That Privacy Guy”. To zrozumiałe – w zalewie nowych funkcji AI łatwo stracić orientację.

Ostatnio – najpierw w światowym, a później także i w polskim internecie – wybuchła prawdziwa burza wokół tej sprawy. Dramatyczne wpisy oskarżają Google o złamanie unijnego prawa (art. 5 ust. 3 dyrektywy ePrivacy). Z histerycznych komentarzy dowiadujemy się, że Google umieścił narzędzie i zabrał wolne miejsce na dyskach użytkowników bez pytania o zgodę, bez powiadomienia. Usunięcie pliku weights.bin z folderu OptGuideOnDeviceModel nic nie daje, bo Chrome i tak go pobierze ponownie, przerażeni i zbulwersowani użytkownicy nawołują do bojkotu przeglądarki i porzucenia jej na rzecz Brave lub Firefoxa, Gemini Nano określają mianem bloatware’u, włączenie funkcji to ich zdaniem złamanie prawa i agresja Google na dyski i prywatność użytkowników. Ale czy to naprawdę taki skandal? Spójrzmy na obie strony medalu.

Po pierwsze, od lutego możliwe jest – przy pomocy prostego przełącznika – trwałe wyłączenie funkcjonalności Gemini Nano::

  1. Otwórz Chrome.
  2. Kliknij trzy kropki → Ustawienia.
  3. Przejdź do System.
  4. Wyłącz opcję „AI na urządzeniu” (On-device AI).

Po tym model przestaje się automatycznie pobierać i aktualizować. Dodatkowo przy braku miejsca na dysku model sam się odinstaluje.

Rodzi się pytanie, po co w ogóle Google to dodało? I czy są może użytkownicy, którzy widzą w tym jakieś korzyści? Gemini Nano ma umożliwiać funkcje działające całkowicie lokalnie – m.in. wykrywanie oszustw (scam detection) bez wysyłania danych do chmury oraz udostępniać deweloperom API do AI, które nie wyciekają na zewnątrz. On-device scam detection chroni przed phishingiem i fałszywymi stronami w czasie rzeczywistym, bez wysyłania zapytań na serwery Google. Lokalne przetwarzanie oznacza w praktyce lepszą prywatność. Podsumowania stron, tłumaczenia, generowanie tekstów – wszystko to działa błyskawicznie i bez internetu. Funkcje Gemini Nano są oddzielone od „AI Mode” w Chrome, który działa inaczej. Oczywiście, jeśli wyłączysz „AI na urządzeniu”, niektóre zabezpieczenia i funkcje stron trzecich mogą przestać działać lub działać inaczej. To uczciwa cena za pełną kontrolę.

Obrońcy Gemini Nano piszą też, że 4 GB przestrzeni dyskowej to żaden dramat. W porównaniu z grami, filmami czy samymi aktualizacjami systemowymi, które też instalują on-device AI bez wielkiego szumu, to śmieszny koszt.

Często pojawia się zarzut, że takie rozwiązania AI są „zgubne dla planety”. W rzeczywistości jest odwrotnie. Lokalne przetwarzanie na urządzeniu jest zwykle znacznie bardziej ekologiczne niż ciągłe wysyłanie zapytań do chmury. Nie zużywa energii serwerowni Google na drugim końcu świata, nie generuje dodatkowego ruchu sieciowego i nie wymaga przesyłania Twoich danych. Wyłączenie go oczywiście zmniejsza zużycie zasobów Twojego komputera, ale twierdzenie, że obecność modelu AI w przeglądarce to ekologiczna katastrofa, jest mocno przesadzone – zwłaszcza gdy porównamy to z prawdziwymi źródłami emisji CO₂ (przemysł, transport, produkcja energii).

Czy warto ulec nawoływaniom, by porzucić Google Chrome dla innych przeglądarek, w tym Brave? Gemini Nano to głęboka, systemowa integracja lokalnego modelu AI bezpośrednio w silniku przeglądarki Chrome. Daje to najszersze możliwości dla deweloperów i stron trzecich. Model jest współdzielony, więc jedna instalacja obsługuje wiele funkcji naraz. To idealny wybór dla użytkowników ekosystemu Google (Workspace, Gmail i inne), którzy chcą mocy AI bez chmury, cenią wygodę i zaawansowane funkcje bezpieczeństwa. Przeglądarka Brave, z wbudowanym blokerem reklam i trackerów, ma wprawdzie własnego asystenta Leo AI (też z możliwością lokalnego działania), ale jest on bardziej „chatbotowy” i mniej zintegrowany z całym systemem. Brave może i wygrywa u osób, dla których prywatność i oszczędność zasobów są absolutnym priorytetem – nie pobiera dużych modeli bez wyraźnej zgody i zużywa mniej RAM-u, jednak możliwości Leo AI są mocno ograniczone. Leo jest dobry do podsumowań stron i szybkich pytań, ale nie oferuje tak szerokiego ekosystemu API jak Gemini Nano w Chrome.

Jednym słowem, „keep calm”. Lokalne AI to przyszłość, poprawia prywatność i wygodę, a problem sprowadza się głównie do braku jasnej komunikacji na początku. Google rzeczywiście mogło lepiej ogłosić zmianę. Na szczęście teraz masz pełną kontrolę.

Cenisz sobie lokalne bezpieczeństwo, szybkość i funkcje AI bez wysyłania danych do chmury? Zostaw. Wolisz minimalizm i zero „ukrytych” modeli? Wyłącz w dwóch kliknięciach i śpij spokojnie. Decyzja należy do Ciebie. Nie powinna zależeć ani od polityki informacyjnej Google, ani od histerii w internecie.

Królowa Konsorcjum

Po śmierci królowej Elżbiety II i objęciu tronu przez Karola III z licznym mediów dowiedzieć się można, że u boku nowego monarchy stoi „Królowa Konsorcjum”, Kamila. Serio?

Rozumiem jeszcze, że o brytyjskiej rodzinie królewskiej piszą obecnie wszyscy, nie tylko ludzie, którzy się tym tematem zajmowali regularnie i wiedzą, że Elżbieta II podczas swojego wielkiego Jubileuszu wyraziła życzenie, by Kamila, druga żona ówczesnego Księcia Walii Karola, nosiła po jej śmierci tytuł królowej małżonki. Rozumiem też, że wśród dziennikarzy pewnego pokolenia termin „królowa małżonka”, oznaczający żonę panującego króla, może być mniej znany niż „królowa matka”.

Ale że ktoś pisze bezmyślnie „Królowa Konsorcjum” i nie zauważy, że to po prostu bez sensu i brzmi głupio? Jakiego Konsorcjum? Jak zwykle, Tłumacz Google okazuje się być mądrzejszy…

Wieża Babel

Ktokolwiek wymieszał ludzkie języki, rzeczywiście skutecznie utrudnił nam komunikację i współpracę w osiąganiu celów. Nawet jeśli dzięki temu mam pracę (inaczej mój zawód pewnie by nie istniał), przeglądając dzienniki informacyjne w kilku różnojęzycznych stacjach telewizyjnych poczułem głęboki żal, że nie mówimy – jako ludzkość – jednym językiem.

W ataku na stację kolejową w Kramatorsku, w którym zginęło około 50 osób próbujących uciec przed wojną, a jeszcze więcej zostało rannych, Rosjanie użyli pocisku, na którym umieścili napis „за детей”. Pokazujące to stacje anglojęzyczne przetłumaczyły ten napis jako „for children” lub „for the children”. Wszystko w zasadzie się zgadza, jeśli tylko dziennikarz danej stacji uzupełnił to tłumaczenie stosowną interpretacją, gorzej jeśli wskutek błędnego zrozumienia napisu wprowadził swoich odbiorców w błąd.

Wyrwana z kontekstu anglojęzyczna fraza „for children” (lub „for the children”) nie jest bowiem jednoznaczna i na język rosyjski może być przetłumaczona jako „за детей”, ale również jako „для детей”. Niektórzy, najwyraźniej nieznający rosyjskiego ani cyrylicy w ogóle dziennikarze, wiedząc jedynie, że napis oznacza „for the children”, pozwolili sobie wczoraj na komentarze o wyjątkowym cyniźmie i bestialstwie rosyjskiej armii, która – ostrzeliwując ukraińskich cywilów – zamieszcza na wysyłanych na nich pociskach i bombach bezduszne dedykacje „dla dzieci”. Ten błędny przekaz powtórzyły wczoraj także niektóre największe polskie stacje informacyjne, tłumacząc z angielskiego i nie zwracając uwagi na rosyjski oryginał lub nie rozumiejąc go.

Nic oczywiście nie usprawiedliwia ataku Rosjan na stację kolejową, na której zgromadzonych było kilka tysięcy osób próbujących się wydostać z terenu działań wojennych. Ale napis na pocisku miał zupełnie inne przesłanie niż to, które do wielu z nas dotarło za pośrednictwem mediów. To nie był pocisk „dla dzieci”, ale pocisk „za dzieci”. Bardzo możliwe, że na zniszczonej części pocisku była dalsza część napisu, być może w pełnej wersji brzmiał „за детей Донбасса”. Czyli że ten zbrodniczy atak miał być zemstą „za dzieci Donbasu”.

https://youtube.com/watch?v=tRHfQGpp5qQ

Nurtuje mnie to, że z tak prostej – wydawałoby się – frazy, w językach słowiańskich w dodatku dość jednoznacznej i chyba niepodatnej na sprzeczne interpretacje, może wyniknąć takie nieporozumienie. Ba, że zniekształcenie znaczenia tej frazy przez osobę tłumaczącą ją na język angielski może się odbić tak szerokim echem, że błędne tłumaczenie powraca następnie do mediów posługujących się innymi językami słowiańskimi, w tym językiem polskim.

Jak tu być optymistą w kwestii dogadania się ludzi między sobą w bardziej złożonych kwestiach, jak tu spodziewać się rychłego sukcesu negocjacji pokojowych, rozejmu i końca wojny, jeśli nawet język, którym się posługujemy, jest wrogiem, którego musimy pokonać po drodze?

Pewnym pocieszeniem jest stale rozwijająca się sztuczna inteligencja. Wiele razy chwaliłem tutaj Google Translate, zwłaszcza porównując tę usługę z Microsoft Bing. Warto odnotować, że w tłumaczeniu frazy „for the children” Google świetnie radzi sobie z kontekstem i rozumie różnicę.

Muszę przyznać, że tym razem i Bing sobie poradził. Jest więc może jakaś nadzieja…

Na zadupiu sztucznej inteligencji

Wiele razy pisałem na blogu o tłumaczeniach automatycznych, zwykle pastwiąc się nad Microsoftowym Bingiem i pokazując wyższość Google Translatora, jeśli już. Właśnie, jeśli już. Bo prawda jest taka, że bezmyślne korzystanie z jakiegokolwiek translatora czy słownika może być źródłem nieporozumień i przynosić więcej szkód, niż pożytku. W jednej z grup B2 studenci sprawdzali niedawno, jak jest po angielsku „kazać” („kazał nam przyjść). W Google Translatorze wyszło im, że „preach” – długo się zastanawiałem nad źródłem takiego rozumowania i przyczynami wyświetlenia takiego wyniku przez algorytmy tłumaczące, zanim zrozumiałem, że polski czasownik „kazać” ma jakiś tam związek etymologiczny z rzeczownikiem „kazanie”. Z kolei ci, którzy sprawdzali w Diki.pl, odkryli, że „kazać” to „keep”.
Furorę w mediach społecznościowych robi od wczoraj przezabawne tłumaczenie przez Google Translator frazy „mieszkam na zadupiu”. Ludzie rozsyłają to sobie głównie w tłumaczeniu na angielski, ale działa we wszystkich językach. Ktoś się naprawdę wysilił, by przekonać mechanizmy sztucznej inteligencji, że Kraków to synonim zadupia. Co by nie mówić, jak patrzę na poniższe screeny, to jestem dumny z krakowskich informatyków. Niektórzy z nich to moi byli studenci…

Oświęcim tylko po niemiecku

Wielokrotnie (na przykład tutaj albo tutaj) dawałem wyraz swojemu zdziwieniu, że projekt sztucznej inteligencji translatorskiej w postaci tłumacza Bing, mimo iż wspierany przez tak wielką firmę i mający bodziec do rozwoju w postaci poważnej konkurencji, jest tak nieudolny.
Ale gdy zobaczyłem, że Bing chce mi tłumaczyć z niemieckiego poniższego tweeta, popadłem w głęboką zadumę.


No bo jaki jest sens polegać na mechanizmie tłumaczeniowym, który nie potrafi nawet rozpoznać, z jakiego języka tłumaczy? To była pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy.
Potem zaintrygowało mnie, że to być może sukces polskiej dyplomacji w walce z używaniem sformułowania „polskie obozy koncentracyjne” i że – niejako na wszelki wypadek – Microsoft postanowił uznawać, że jak napisano Auschwitz, to absolutnie nie inaczej, tylko po niemiecku?
Bez względu na przyczynę tej wpadki, nasuwający się wniosek jest jednoznaczny i dyskwalifikuje on Bing jako narzędzie do tłumaczenia automatycznego. A skutki tłumaczenia angielskiego tweeta z niemieckiego na polski zdają się tylko potwierdzać ten smutny wniosek.

Google dla uchodźców

Jeśli nie używacie przeglądarki Google Chrome, pewnie nie wyświetlił Wam się dyskretny, ale przejmujący komunikat, zachęcający do finansowego wsparcia organizacji pomagających uchodźcom.
Ci, którzy używają Chrome’a, otrzymują od Google propozycję nie do odrzucenia. Google podwaja każdą darowiznę. Gdy zajrzałem tam rano, mieli 20 milionów złotych. Teraz mają 34 miliony.
Póki co, nie podarowałem za pośrednictwem Google nic, ale zapisałem się do Amnesty International i opłaciłem składkę członkowską. A teraz trzeba zakasać rękawy.

Likwidacja fanpage’a na FB

Dziękuję 509 osobom, które – niekiedy od wielu lat – śledziły ten blog za pośrednictwem Facebooka. Mam nadzieję, że wiernym czytelnikom nie będzie przeszkadzał fakt, że za 12 dni fanpage na tej platformie przestanie istnieć i – jeśli ktoś był dotąd powiadamiany o nowych wpisach tylko za jego pośrednictwem – musi znaleźć inny sposób.
Polecam subskrypcję kanału RSS, Twitter i Google+, a przede wszystkim odwiedziny bezpośrednio na stronie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że będzie to dla niektórych utrudnienie, ale wierzę, że nie zrazi to regularnych gości. Co więcej, w takim rozwiązaniu można się dopatrzyć pewnych plusów. Niektórzy z Was komentowali wpisy na fanpage’u, a ja – jako autor – nie mogłem z Wami wejść w interakcję, ponieważ nie miałem konta na Facebooku, a fanpagem zarządzali moi bliscy. W dostępnym na stronie systemie komentarzy nadal można się logować między innymi przy pomocy konta FB, ale dyskusja wykracza poza platformę Marka Zuckerberga.
Mam nadzieję, że – mimo tej decyzji – będziecie nadal zaglądać.

Religie świata

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego większość ludzi w tramwaju ze skupionymi minami wpatruje się w ekrany urządzeń mobilnych i mniej lub bardziej delikatnie przesuwa po nich palcami? Okazuje się, że to może mieć podłoże sakralne. Zapewne oddają się modlitwie lub medytacji związanej z jedną z nowych wielkich religii świata.

Windows – już się nie boję…

Odpowiedziałem na twit Richarda Dawkinsa, po angielsku. Zaintrygował mnie link proponujący mi przetłumaczenie na polski tego, co sam napisałem, więc – z ciekawości – sprawdziłem.

Nie jestem pewien, że jest to dziedziczne. Chcieliby mieć odziedziczył go od moich rodziców i nie 🙂

Tak powiada sprzężony z Twitterem (a także, z tego co wiem, z Facebookiem) microsoftowy Bing. Przez chwilę próbowałem sobie przypomnieć, co ja właściwie takiego napisałem, ponieważ polskie tłumaczenie maszyną Microsoftu wprawiło mnie w osłupienie.
Potem spróbowałem z Google:

Nie jestem pewien, że to dziedziczne. Ja bym odziedziczył go od moich rodziców, a ja nie 🙂

Odetchnąłem ze spokojem. Jeszcze przez jakiś czas będzie praca dla ludzi znających obce języki. Ale – z drugiej strony – zastanowiłem się nad moją odwieczną, stereotypową niechęcią do Microsoftu, jako do monopolisty i złodzieja mojej prywatności. Chyba jednak nie mam racji. Chyba bardziej powinienem się jednak bać swojego telefonu z Androidem niż Windowsa na laptopie. Sztuczna inteligencja z Microsoftu jest po prostu nieudolna. W dodatku bezpodstawnie zadufana w sobie – gdy kiedyś trafiłem na ich stronę pomocy w poszukiwaniu jakiegoś problemu sprzętowego, strona została mi – bez wyraźnego życzenia z mojej strony – przetłumaczona automatycznie na polski. Nie mogąc zrozumieć ani słowa, próbowałem znaleźć jakiś przycisk czy link wyłączający tłumaczenie, by zobaczyć stronę w oryginale. Niestety, nie udało mi się…

Stary rok w nowym roku

Google, jak to Google, przeraża mnie.
W okolicy świąt przesłał mi życzenia w postaci animacji zrobionej z fotografii zarchiwizowanych w moim telefonie komórkowym. Dobór tych fotografii, dokonany wszak przez jakieś komputerowe algorytmy, okazał się tak trafny, że faktycznie stanowi idealne streszczenie minionego roku. A w tytułowym slajdzie tej prezentacji jest zdjęcie ze sceny, która będzie opisana we wpisie sylwestrowym za dwanaście miesięcy.