Tym razem stanie?

W mediach społecznościowych można się spotkać z oskarżeniami, że papież Leon XIV jest wrogiem sztucznej inteligencji. Że wzywa do „rozbrojenia” technologii, że chce zatrzymać budowę nowej Wieży Babel, zanim cegły sięgną niebiosów. Z podobnymi stwierdzeniami stykam się także wśród studentów informatyki, ludzi z branży, a także tych entuzjastów postępu technologii spoza branży, którzy w każdym wezwaniu do zachowania rozwagi widzą zamach na przyszłość.

Choć moje i kościoła katolickiego drogi dawno się rozeszły, papież – tak obecny, jak i poprzedni – jest dla mnie jakimś autorytetem, a z całą pewnością nie kwestionuję jego wpływu na postrzeganie świata przez sporą część ludzkości, nie tylko przez tak zwanych wiernych. A że rozeszły się także drogi pozyskiwania informacji przeze mnie i przez sporą część ludzkości, nie patrzę wyłącznie na nagłówki, nie czerpię wiedzy o świecie z rolek i shortsów, tylko w miarę możliwości sięgam po źródło, a dopiero potem pozwalam obrazom ułożyć się w mojej głowie i formułować opinie.

Encyklika Magnifica humanitas papieża Leona XIV nie jest tekstem przeciwko wieży. To tekst o tym, jaką wieżę stawiamy i czemu ma ona służyć.

Znamy tę historię, nawet jeśli traktujemy ją jak mit, nie jak objawienie. Ludzie mówili jednym językiem. Postanowili zbudować miasto i wieżę, której szczyt sięgałby nieba, żeby na wieki dać świadectwo swojej sławy i nie rozproszyć się po ziemi. Języki się pomieszały. Przestali się rozumieć. Budowa stanęła. Rozeszli się.

Encyklika sięga po ten obraz, bo jest wygodny i wyraźny. Stawia wybór: nowa Wieża Babel albo wspólne miasto. Jednolitość, która gładzi różnice. Jeden cyfrowy język, który udaje, że potrafi przetłumaczyć wszystko, łącznie z tym, kim jesteśmy, na dane i wydajność. Idolatria zysku, która poświęca słabszych. Albo może jednak communitas: budowa miasta, w którym ludzie będą mieszkańcami, a nie będą się stawać materiałem do murarskiej zaprawy.

Technologia nie jest wrogiem. Papież powtarza, że nie należy uważać jej za siłę antagonistyczną wobec ludzkości ani za coś z natury złego. Jest wytworem ludzkim, może łagodzić cierpienie, tkwi w niej potencjał do otwierania horyzontów. Problemem nie są cegły i zaprawa. Problem leży w tym, czy stawiamy wieżę, żeby sięgnąć „nieba” bez oglądania się na tych, którzy noszą zaprawę, czy budujemy miejsce, w którym wszyscy znajdą dla siebie miejsce i dach, pod którym będą mogli się ukryć.

„Rozbrojenie” AI nie oznacza zburzenia rusztowań. Oznacza zdjęcie z technologii logiki zbrojnego wyścigu, dominacji i wykluczenia. Żeby moc obliczeniowa nie dawała automatycznie prawa do rządzenia. Żeby nie powstała nowa niewola: nieliczni na szczycie, reszta pod nieubłaganym spojrzeniem algorytmów. To nie lęk przed maszyną. To pamięć o tym, jak kończą się budowy, które zapominają o budowniczych.

Najciekawsze, że Watykan nie kazał nikomu zejść z placu tej budowy, a nawet znalazł sobie bardzo zaskakujących sojuszników. Na prezentację encykliki zaproszono Christophera Olaha, współtwórcę Anthropica, człowieka wprost z branży, w dodatku ateistę. Olah powiedział głośno to, co wielu w branży czuje po cichu: nawet te firmy, które chcą dobrze, działają w systemie zachęt, które czasem kolidują z robieniem tego, co słuszne. Potrzebujemy głosów tych, którzy nie ugną się pod presją tych zachęt. Nie musi to być głos z ambony. Wystarczy głos spoza logiki debiutu giełdowego, tempa i lęku, że konkurencja nas wyprzedzi. To nie jest wojna z wieżą. To próba dogadania się na placu budowy, zanim znów pomiesza nam się język.

Pierwsza Wieża Babel runęła, bo budowniczowie chcieli być wszystkim naraz i nie zostawili miejsca na różnicę. Tym razem historia może się skończyć inaczej. Nie dlatego, że nagle staliśmy się lepsi. Dlatego, że znamy już smak pomieszanych języków. Wiemy, czym kończy się budowa, która bezmyślnymi ruchami szpachli zaciera wszelkie różnice i wszystkich wtłacza w jeden szablon. Możemy dokończyć dzieło bez szwanku dla cywilizacji, jeśli zgodzimy się, że wieża nie musi być jedna i że „niebo” nie jest serwerownią.

Niech apetyt nigdy nie zostanie zaspokojony. Niech ciekawość, która naszym mitycznym przodkom kazała murować coraz wyżej, tym razem każe nam sprawdzać, czy na dole ktoś jeszcze oddycha. Niech różne języki zostaną. Niech algorytm nie udaje, że przetłumaczył człowieka. I niech budowa idzie dalej.

Jeśli uwierzymy w stereotyp i rodem z rolki uproszczenie, że papież jest przeciw sztucznej inteligencji, stracimy szansę, żeby tym razem spotkać się razem na samym szczycie, na najwyższym piętrze. Wieża może stanąć. Miasto też. Wybór, jak zawsze, jest nasz. I to, mimo wszystko, wystarczy, żeby iść dalej.

Bądź szczęśliwy

Siedzę w autobusie komunikacji publicznej za dwoma przemiłymi zakonnicami, które jadą na dworzec kolejowy. Chcąc nie chcąc, przez ponad dwadzieścia minut słucham ich rozmowy, a trzeba przyznać, że swymi ślicznymi głosikami trajkotają bez wytchnienia.
Zauważam, że – o czymkolwiek mówią – są pewne słowa – klucze, które przewijają się w ich rozmowie na okrągło, z wyjątkową częstotliwością, jakby nadużywane. Wypowiadane są jednak spontanicznie i naturalnie, nawet jeśli wydaje się, że nie jest możliwe, by powtarzać te same słowa i frazy tak często. Najczęściej pada „Święty Jan Paweł II”, „msza święta”, Facebook, „ojciec święty”, WhatsApp i czasownik „śpiewać” w różnych czasach, ale chyba wyłącznie w pierwszej osobie liczby mnogiej. Najczęściej poruszanym tematem są różnego rodzaju formy spędzania czasu po kolacji oraz relacje z podróży.
Zakonnice są radosne, uśmiechnięte, tryskają szczęściem, chciałoby się powiedzieć. Myślę sobie, że może powinienem – dla własnego zdrowia i pomyślności – uporządkować swoje priorytety i zamiast myśleć, mówić i pisać o sprawach, które mnie pochłaniają, zacząć nadużywać słów takich, jak „śpiewamy”, „śpiewaliśmy” itp. Wyszłoby to mi chyba na dobre.

Książki posegregowane

Kraków, przejście podziemne pomiędzy ulicą Szpitalną, czyli – w dużym uproszczeniu i dla laików – od Bramy Floriańskiej i Barbakanu, a placem Nowaka – Jeziorańskiego, czyli Galerią Krakowską i Dworcem Głównym. Tak jak w tunelach pod peronami i w dojściu na nie, także i tu są stoiska z książkami, takie krakowskie mini antykwariaty.
Zastanawia mnie, czy tłumy, które przechodzą tędy codziennie, nie zwracają w ogóle uwagi na etykietę w jednym z działów, czy też jest ona całkowicie obojętna im i ich estetyce. A może odpowiada ona dokładnie religijności tych ludzi? Mnie ta etykieta uderza i wydaje mi się równie egzotyczna, jak książki umieszczone w bezpośrednim sąsiedztwie.

IMG_20161111_153937

Chrześcijaństwo dla pełnoletnich

Międzynarodowa wspólnota zakonna założona przez Ojca Franciszka Marię od Krzyża Jordana, Salwatorianie, żyje według rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, w szczególny sposób zobowiązując się do apostolstwa. W Krakowie przy ulicy Świętego Jacka, na Zakrzówku.
Docierają do wszystkich i wszędzie, aczkolwiek na Twitterze ich profil jest dostępny tylko dla zatwierdzonych użytkowników. Co więcej, by obserwować wspólnotę salwatoriańską na Twitterze, trzeba być … pełnoletnim.

salwatorianie

Tu można by napisać bardzo złośliwy komentarz, ale się powstrzymam.

Dobranocka z horroru

Oglądaliście Dzień świra? Dzisiaj, za każdym razem, kiedy wchodzę na portal społecznościowy, przypomina mi się jedna ze scen w tym filmie. I mam wrażenie, że to w ogóle wiodący motyw naszej współczesności, a scena jest bardzo aktualna, a może była po prostu prorocza… Niestety.

Laudamus

Tysiące muzułmanów we Francji, a także we Włoszech, przyszło dzisiaj na katolickie msze i razem z katolikami modliło się w intencji księdza Hamela, który padł ofiarą czy to szaleńców, czy to radykałów, czy po prostu zwykłych rzezimieszków.
Organizacje muzułmańskie zajęły bardzo ostre stanowisko potępiające zabójców księdza – rzekomych bojowników Państwa „Islamskiego” – do tego stopnia, że niektórzy sprzeciwiają się obrzędowemu pochówkowi morderców, by nie zbezcześcić islamu. Parafie, które dzisiaj ugościły swoich muzułmańskich sąsiadów i razem z nimi się modliły, były świadkami wielu poruszających gestów pojednania i braterstwa. Zakonnice miały gdzieniegdzie paść w ramiona imamów, ludzie trzymali wspólnie transparenty, dzielili się żałobą i razem odnajdowali nadzieję.
W tych wzruszających aktach jedności katolików i muzułmanów było więcej dobra niż w fałszywych gestach wielu oficjeli witających się z Franciszkiem podczas jego wizyty w Polsce, a postawa okazana sobie wzajemnie przez ludzi w tych francuskich i włoskich parafiach była odpowiedzialną i wzorową reakcją tak na papieskie przesłanie Światowych Dni Młodzieży, jak na tę smutną rzeczywistość, z którą przyszło im się – zwłaszcza w diecezji Rouen – zmierzyć.
Taka jest prawda, która powinna być oczywista dla każdego, choć odrobinę kumatego człowieka współczesnego. Czy wołasz Te Deum laudamus (Ciebie Boże wysławiamy), czy Allahu Akbar (الله أكبر), mówisz w gruncie rzeczy dokładnie to samo. Gdy zaczynasz nienawidzić innych ludzi tylko dlatego, że mówią to samo co Ty, ale w innym języku, albo – słowami inwokacji do Konstytucji z 1997 roku – uniwersalne wartości prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna wywodzą z innych od Ciebie źródeł, siejesz w tym świecie zamęt i powodujesz wielką zgryzotę.

francuscymuzulmanie

Demotywator

Ten wpis to odgrzewany kotlet z września 2015. Zdruzgotany przykładem pogaństwa w sandomierskiej katedrze zrobiłem wówczas naprędce demota i wrzuciłem go do sieci. Minęlo trochę czasu i widzę, że sprawa nadal budzi kontrowersje. Odrobinę pocieszające jest, że – dzięki nieprzejednanej postawie Franciszka – przesłanie zaczyna powoli docierać także do niektórych ludzi wiary. Choć to, jak powoli do nas dociera, jest odrobinę… demotywujące.
Ale dziękuję polskim biskupom, że kilku z nich jednak przeszło na jasną stronę mocy w okolicach Bożego Ciała 2017. Dziękuję Ojcu Grzegorzowi Kramerowi, że do nas dołączył. Dziękuję wszystkim ludziom dobrej woli, którzy – czy to z przymusu swojej religii, czy to w zwykłym odruchu serca – postanowili sobie przypomnieć przypowieść o miłosiernym Samarytaninie.
Jeśli chcecie, wrzucajcie gdzie chcecie.
Feel free to use it anywhere.

Plik z obrazem Vittore Carpaccio „Ucieczka do Egiptu” jest powszechnie dostępny w internecie z licencją Creative Commons.

Wyznawcy

Nie wziąłem wolnego z pracy, by przyjąć księdza po kolędzie. Okazuje się, że nie obędzie się bez konsekwencji, o czym informuje mnie Twitter w powiadomieniach.

To, co mnie dodatkowo bawi w tej sytuacji, to fakt, że „obserwujący” po angielsku to „followers”, a „followers” po polsku, w pozatwitterowym kontekście, to „wyznawcy”.
Bóg został moim wyznawcą?

Nie na miejscu

Odgrzewany kotlet sprzed roku. Po tym, jak „Charlie Hebdo” w rocznicę zamachu opublikował numer z uzbrojonym w kałasznikowa judeochrześcijańskim Bogiem na okładce, z napisem „L’assasin court toujours (Sprawca wciąż na wolności)”, zaskakująca liczba tych, którzy rok temu jednoznacznie bronili magazynu, dzisiaj podziela oburzenie muzułmanów…

Kilka dni temu w jednej z krakowskich księgarni na półkach wyłożony został francuski tygodnik satyryczny „Charlie Hebdo”. Tłumy chętnych na niego raczej się nie rzuciły. Z całą sympatią dla Francji, Paryża i wolności słowa, język znad Sekwany nie jest powszechnie znany w Polsce, a cena jednego egzemplarza czasopisma – około 40 złotych – jest lekko wygórowana.
Poza tym łatwo się jest może solidaryzować przeciwko „islamskim terrorystom” i rzucać slogany o obronie chrześcijańskich wartości przed „dzikimi hordami ze wschodu”. Ale dla „Charlie Hebdo” nie ma żadnych świętości i nie jestem pewien, czy czasopismo, które na Boże Narodzenie umieściło na okładce Matkę Boską w ginekologicznym rozkroku, może się spodziewać dużych zysków nad Wisłą. Nawet jeśli największy Empik w mieście nie sąsiaduje już z Kościołem Mariackim.
Dużo bardziej gustowna satyra, w której obiektem kpin była religia i związane z nią osoby lub przedmioty kultu, musiała się już w Polsce zmagać z obowiązującym nadal Artykułem 196 Kodeksu Karnego. Dlatego w postawie niektórych Polaków stających w obronie ofiar w redakcji „Charlie Hebdo” nietrudno się doszukać nutki hipokryzji. Jeśli chodzi o naśmiewanie się z islamu i proroka Mahometa, bronią wolności słowa i są za nią gotowi umierać, ale papież (zwłaszcza ten jeden) albo dogmaty ich własnego kościoła nie podlegają krytyce.

Artykuł 196 KK

Doda nie urzekała mnie jakoś nigdy ani swoją twórczością, ani popisami elokwencji w prasie z dużymi kolorowymi ilustracjami na pierwszej stronie. A tu taka niespodzianka – dziś pani Dorota Rabczewska stała się – prawomocnym wyrokiem sądu – kolejnym bojownikiem o wolność słowa w Polsce. W jej działalności charytatywnej wiara wydaje się mieć istotne znaczenie, skoro 5 lat temu przekazała 60 tys. zł na rzecz kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Ładzinie, a rok później 50 tys. zł na rzecz parafii pod wezwaniem św. Piotra i Pawła w Borzysławcu. A jednak, polski wymiar sprawiedliwości uznał ją winną obrażenia uczuć religijnych dwojga osób wypowiedzią, w której nazwała Biblię dziełem autorów „naprutych winem i palących jakieś zioła”.
W styczniu 2012, gdy wyrok taki wydał Sąd Rejonowy Warszawa-Mokotów, Doda nie była jeszcze bohaterką. Gdy jednak – mimo iż liczba obrażonych spadła do jednej osoby (Ryszard Nowak poczuł się w międzyczasie udobruchany skruchą Dody i jej szczerą obietnicą poprawy) – Sąd Okręgowy w Warszawie apelację oddalił i utrzymał wyrok sądu I instancji w mocy, pozostał już tylko Europejski Trybunał Sprawiedliwości. I tu zaczynają się schody.
Że bowiem polskie sądy chcą bronić ksiąg świętych różnych społeczności religijnych przed zniesławianiem i poniżaniem, to można zrozumieć. Biblia to bez wątpienia bardzo ciekawa księga. Można się z niej dowiedzieć, że gościnny gospodarz ochoczo odda swoje córki, będące dziewicami, ku uciesze perwersyjnego tłumu (Księga Rodzaju 19, 8), albo że zabicie kozy, a następnie pomazanie jej krwią rogów ołtarza i spalenie oddzielonego od mięsa tłuszczu mogą przebłagać Pana i doprowadzić do odpuszczenia grzechów zwykłych ludzi (Księga Kapłańska 3, 27-31). Kto jest stanu wolnego, nie powinien sobie szukać żony, a kto jest żonaty, powinien żyć tak, jakby był nieżonaty (I List do Koryntian 7, 26-29). Kobieta, modląc się z odkrytą głową, hańbi ją i wygląda tak, jakby była ogolona (tamże, 11, 5), a tymczasem natura poucza nas, że hańbą jest dla mężczyzny nosić długie włosy, podczas gdy kobieta właśnie winna mieć na głowie znak poddania (tamże, 11, 10-14). Zresztą, jeśli tak by się zdarzyło, że mężczyzna poślubi kobietę, ale potem odkryje w niej coś odrażającego, ma prawo napisać jej list rozwodowy, wręczyć go jej i odesłać ją do siebie (Księga Powtórzonego Prawa 24, 1). W ogóle kobiety powinny uważać i okazywać trochę pokory, bo – dla przykładu – gdyby któraś wtrącała się w bójkę mężczyzn i próbując ich od siebie odciągnąć złapała któregoś za wstydliwe części ciała, należy jej obciąć rękę i nie okazywać przy tym żadnej litości (tamże, 25, 11).
Biblię, jako święty przedmiot czci niejednej religii, polski sąd chroni. Z Dody, która palnęła głupotę na antenie, z trudem w dodatku powstrzymując śmiech, zrobił bojownika o wolność słowa. A Polska obsunie się o kolejnych kilka pozycji w rankingu państw zakwalifikowanych przez organizację „Reporterzy bez granic” jako przestrzegające wolności słowa i respektujące w tym zakresie Europejską Konwencję Praw Człowieka. Przy 5 tys. złotych, jakie ma zapłacić Doda, trudno wskazać jakichkolwiek beneficjentów takiego rozstrzygnięcia sprawy. Nie zwyciężyła tu ani żadna idea, ani nikt na tym szczególnie nie skorzysta.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed trzech lat. Ciekawe, jak opinia o Polsce jako o państwie prawa, ma się na świecie dzisiaj. Albo jak będzie się miała jutro.