Chłopiec lub dziewczynka

A oto dowcip, którego chyba nie da się przetłumaczyć na polski, a po angielsku jest prawdziwym majstersztykiem, choć pewnie nie dla każdego zrozumiałym.

A programmer tells a colleague his wife has just had a baby.
– Is it a boy or a girl?
– Yes.

Czyli:

Programista chwali się koledze, że jego żona właśnie urodziła dziecko.
– Chłopca czy dziewczynkę?
– Tak.

Po angielsku pytanie o płeć dziecka jest alternatywą ze spójnikiem LUB. Dziecko – niezależnie od tego, jakiej jest płci – jest chłopcem lub dziewczynką, więc odpowiedź „Tak” jest perfekcyjnie prawdziwa i logiczna.
Wymyśliłem tłumaczenie na język polski, ale humor przesuwa się w tym tłumaczeniu w zupełnie inne miejsce i sens jest nie całkiem taki, jak należy. O ile w ogóle jakiś jest, bo trzeba założyć, że osoba zadająca pytanie ironizuje.

Programista chwali się koledze, że jego żona właśnie urodziła dziecko.
– Zapewne chłopca lub dziewczynkę?
– Tak.

Komputery i okna

Z cyklu kawałów z brodą dla komputerowców.

Computers are like air conditioners. They work fine until you start opening windows.

Czyli:

Komputery są jak klimatyzacja. Wszystko działa świetnie, dopóki nie zaczniesz otwierać okien.

Po polsku, dowcip ma zupełnie inny sens, o ile w ogóle ma. Po angielsku „okna” to nazwa powszechnie stosowanego systemu operacyjnego, który wielu informatyków (aczkolwiek wcale nie wszyscy i śmiem twierdzić, że wcale nie większość) uważa za przyczynę wszystkich nieszczęść i całe zło tego świata…

Mleko, jajka, programista

Z serii kawałów z brodą dla informatyków:

A programmer is going to the grocery store and his wife tells him, „Buy a gallon of milk, and if there are eggs, buy a dozen.” So the programmer goes, buys everything, and drives back to his house. Upon arrival, his wife angrily asks him, „Why did you get 13 gallons of milk?” The programmer says, „There were eggs!”

Czyli:

Idzie programista do sklepu i żona mówi mu: „Kup karton mleka, a jak będą jajka, to kup dziesięć.” Programista wraca do domu z zakupami, a żona – zaglądając do siatki – zwraca się do niego z pretensjami: „Czemu kupiłeś jedenaście kartonów mleka?”. No to programista odpowiada: „Bo były jajka!”.

Bardzo lubię studentów informatyki. Ale trzeba naprawdę uważać, co człowiek do nich mówi…

Język europosła

Wbrew pozorom, to nie będzie wpis o tematyce politycznej, ale o językach obcych i o tym, dlaczego warto ich się uczyć.
Kilkakrotnie słyszałem i czytałem dzisiaj słowa oburzonych przedstawicieli obozu rządzącego, protestujących przeciwko podjęciu przez Komisję Europejską procedury monitorowania praworządności wobec Polski. Zaniepokoiła mnie powtarzająca się ciągle przedziwna fraza, której przykład podaję poniżej w postaci dosłownego cytatu słów europosła Ryszarda Legutki:

Sugeruje się „systematyczne zagrożenia dla praworządności” w Polsce. Przepraszam bardzo, jakie systematyczne zagrożenie dla praworządności w Polsce?

Przez ćwierć, góra pół sekundy, byłem za sprawą słowa „systematyczne” gotów przyznać ułameczek racji panu europosłowi. W mojej pokrętnej głowie zrodziło się jednak dziwne przeczucie. Sięgnąłem do źródła i obawiam się, że miałem – z czego chyba jednak się nie cieszę – rację.

Jak widać na powyższym schemacie, udostępnionym przez Fransa Timmermansa na jego TT, nie ma mowy o żadnym „systematycznym zagrożeniu”, tylko o „zagrożeniu systemowym”.

SYSTEMIC – sɪˈstɛmɪk; affecting an entire system; adj systemowy

SYSTEMATIC – ˌsɪstəˈmætɪk; done using a fixed and organized plan; adj systematyczny

Nie poczułem szczególnej dumy i radości z tego, że moja intuicja nie zwiodła mnie na manowce, bo trudno się cieszyć, że politycy komentują coś, czego nie rozumieją. Ale cóż, wczoraj niejeden przedstawiciel władzy komentował decyzję Trybunału Konstytucyjnego, której w ogóle nie przeczytał, chociaż była po polsku…

Dlaczego programiści noszą okulary…

Z cyklu kawałów z brodą dla informatyków (kawałów dla informatyków z brodą?):

Why do Java programmers always wear glasses?
Because they don’t C#

Dla niewtajemniczonych: C# to obiektowy język programowania, nazwę języka czytamy „C Sharp”, czyli tak samo, jak „see sharp”, co znaczy „widzieć wyraźnie”.

Brakuje do giga

There is a band called 1023 MB.
You haven’t heard of them because they haven’t made it to a gig yet.

Piąty rok informatyki, grupa 41K7, twierdzi, że to suchar. Ale mi się ten dowcip bardzo podoba.
Jeśli go nie rozumiesz, widocznie nie wiesz, że „gig” to wyraz dwuznaczny. To skrót od „gigabyte”, czyli 1024 megabajty. Ale to także koncert, występ przed publicznością.

Komunizm w podręczniku

Osiem lat temu dyrektor delegatury gdańskiego Kuratorium Oświaty w Słupsku, Lucyna Sroczyńska, rozesłała do szkół na podległym sobie terenie pismo, w którym wyrażała niepokój i zdumienie, iż praktyki związane z Halloween pod płaszczykiem zabawy weszły do szkolnego programu imprez, a mogą one przecież być pierwszym krokiem do inicjacji w świat okultystyczny czy demoniczny. Zdaniem pani Lucyny to anglosaskie święto stoi w sprzeczności z pięknem polskiej i katolickiej tradycji, ma pochodzenie celtyckie, a kapłani celtyccy oddawali cześć „panu zmarłych” i do tego w dzisiejszych czasach nawiązują sataniści, którzy tej właśnie nocy odprawiają swoje czarne msze.
Nie tylko pani dyrektor miała wątpliwości co do propagowania przez anglistów tego jednoznacznie nagannego elementu kultury anglosaskiej, opisywano bowiem w prasie także wątpliwości ekspertów dotyczące proponowanych przez wydawnictwa podręczników do języka angielskiego. Procedurę zatwierdzania ich do użytku szkolnego miały wstrzymywać właśnie treści poświęcone temu strasznemu zwyczajowi.
Ekspertom – moim skromnym zdaniem – zupełnie umknęło coś równie, a może jeszcze bardziej groźnego. W jednym z najpopularniejszych podręczników na polskim rynku poświęcono całe dwie strony na otwarte propagowanie komunizmu. W dużym ćwiczeniu kształcącym umiejętność rozumienia ze słuchu i poszerzającym leksykę zmusza się uczniów do uzupełniania tekstu piosenki „Imagine” Johna Lennona, która całe zło tego świata widzi w religii i we własności prywatnej, a następnie każe się im rozwijać umiejętność rozumienia tekstu czytanego w tekście będącym apoteozą tej piosenki.
Przed nowym rządem i nowym ministrem edukacji olbrzymie wyzwanie. Wychowanie patriotyczne jako oddzielny przedmiot już od przedszkola nie wystarczy, jeśli nauczyciele różnych przedmiotów będą propagować pogańskie zwyczaje albo komunizm. Trzeba będzie zrobić porządek z programami nauczania i podręcznikami wszystkich przedmiotów, w tym także języka angielskiego.
Ale zanim eksperci przeanalizują ponownie wszystkie podręczniki, może powinno się w ogóle przemyśleć celowość uczenia mowy wyspiarzy? Przecież jak uczniowie nauczą się tego okropnego języka, to będą lepiej rozumieć te wszystkie sprośne piosenki, w rytm których tańczą, te pełne wulgaryzmów filmy, łatwiej dostępne będą dla nich herezje tych wszystkich filozofów i naukowców… Jeszcze zaczną czytać Darwina w oryginale albo tego całego Szekspira, a tam to dopiero jest się czym zgorszyć!


Lingwiści wśród polityków

W ostatnich dniach polscy angliści stanęli przed nie lada wyzwaniem, są bowiem ot nagle „in the spotlight” w samym środku kampanii wyborczej, w której oto „patrioci” zarzucają „liberałom”, że ci nie uważali na lekcjach języka angielskiego i że „nie odrobili lekcji” z tego przedmiotu.
Dowiadujemy się bowiem, że jedna z partii „dała ciała” używając sloganu „GO WEST” na jednym ze swoich plakatów czy billboardów, jako że słowa te – zgodnie z wiedzą łatwo dostępną w internetowych (i nie tylko) słownikach – są wyrażeniem idiomatycznym oznaczającym zgon, śmierć, zepsucie i odejście w niebyt.
No cóż, może „patrioci” nie mogą się już doczekać oddania rządów przez „liberałów”, ale prawda jest taka, że idiomy mają to do siebie, że bazują częstokroć na zamierzonej dwuznaczności wyrazów, na zaskakującym zestawieniu znaczeń i skojarzeń, i że niejednokrotnie – poza znaczeniem idiomatycznym – mogą być użyte dosłownie albo w jakimś zupełnie nieoczekiwanym kontekście (na przykład ironicznym).
Platforma Obywatelska wcale nie „dała ciała” sloganem „GO WEST”, chyba że przebój Village People z lat siedemdziesiątych, znany bardziej ze swojego coveru w wykonaniu duetu Pet Shop Boys, wydaje wam się smutny i pesymistyczny. Miło, że propaganda prawicowa umie korzystać ze słowników języka angielskiego. Gdyby jednak się trochę bardziej przyłożyła i skorzystała także z wiedzy pozasłownikowej, może dostrzegłaby, że można – ku zadowoleniu swoich wyborców – przyłożyć PO z zupełnie innej strony. Z kolei PO chyba nieświadomie odwołuje się do wyborców, którzy – w ślad za Krystianem Legierskim – dali się oszukać Andrzejowi Dudzie i zagłosowali na niego w wyborach prezydenckich. No chyba, że PO świadomie mobilizuje mniejszości seksualne, jak sądzicie?

Mam nadzieję, że nikt nie napuści spin doktorów prawicy na użycie „true colours” do promowania biało – czerwonych symboli albo czystości rasowej (np. w walce z tzw. „islamistami”). To by było dopiero zabawne. Dwie wiodące siły polityczne w kraju walczące krypto-metodami o elektorat LGBT…

Totalne zanurzenie

Jak wiadomo, jednym z celów wysłania anglisty do kraju anglojęzycznego na kurs metodyczny jest swego rodzaju „zanurzenie” w tamtejszej rzeczywistości językowej. Nie będę twierdził, że niczego mnie ta brutalna immersja nie nauczyła, ale na każdym kroku po londyńskim bruku czułem pewną ironię w fakcie, że w wielokulturowej masie ludzi nie spotkałem zbyt wielu ludzi mówiących po angielsku lepiej od siebie. W metrze wszyscy wokół mówili zwykle po polsku, niemiecku, francusku, raz trafiłem na grupę Amerykanów rozmawiających z Australijczykiem o jego psie. Tubylcy chyba głównie milczeli ze słuchawkami na uszach. W restauracji, gdy jadłem obiad, prawie zawsze wokół mnie słychać było język polski. Gdy miałem problem z dogadaniem się z kelnerką i zaczynałem już powątpiewać w swoją znajomość języka, na jej piersi dojrzałem plakietkę z pięknym imieniem „Kasia”. Gdy usłyszałem słowo „Żywiec” wypowiadane przez sprzedawczynię w lokalnym sklepie podczas dostawy towaru, też do mnie dotarło, że nie wszyscy pracujący w tym sklepie imigranci to Azjaci, a rodzimego swojskiego Angola chyba nie było ani jednego.
Ale kiedy przechodząc koło centrum handlowego na odległym przedmieściu zobaczyłem przed sklepem operatora telefonii komórkowego reklamę „Beztroskiego 4G” zachęcającą mnie „Testuj naszą ofertę przez trzy miesiące bez limitu danych”, zatęskniłem trochę za Krakowem. I faktycznie, gdy w tym tygodniu szedłem Warszawską w kierunku Placu Matejki, dziewczyna przede mną rozmawiała z koleżanką przez telefon i piękną angielszczyzną tłumaczyła jej, że bardzo chciała się spotkać, ale coś jej wypadło, a za mną – równie piękną angielszczyzną – jakaś pani strofowała chłopczyka jadącego na rowerku, by trzymał się ścieżki rowerowej.

Dobra wróżba

Ledwo człowiek przyjechał do Anglii, a już im się wyniki matur poprawiły. Coś w tym musi być… A w każdym razie to jakiś znak na pewno. Taka moja prywatna teoria spiskowa. My conspiracy theory.