W internecie jestem od 20 lat. Pamiętam, że kiedyś było to bardzo szlachetne miejsce, gdzie licealista, student i profesor uniwersytetu dyskutowali razem, wymieniali poglądy, doradzali sobie wzajemnie w rozmaitych sprawach, od technicznych zagadnień związanych z obsługą komputera, praniem, gotowaniem czy regulacją instalacji LPG w aucie, poprzez kwestie naukowe, społeczne czy polityczne, a na niezwykle intymnych zagadnieniach kończąc. Wszyscy byli ze sobą na „ty”, nikt nie był autorytetem tylko dlatego, że jest starszy, wyższy, jest „bardziej” Polakiem czy katolikiem niż inni. Każdy cieszył się wówczas szacunkiem wszystkich innych, nikt się nie wstydził zadać pytania w obawie o ujawnienie swojej ignorancji. Panowała swoista cyfrowa wspólnota.
Z czasem internet przestał być tak elitarny. Im więcej nas wchodziło do internetu, tym łatwiej było się nim rozczarować. Jak to powiedział genialny polski pisarz Stanisław Lem: „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.”
Moim pierwszym wielkim rozczarowaniem internetem był szturm sieciowych wandali i barbarzyńców na … Naszą Klasę. Idiotyczna fascynacja tym portalem i bezmiar żenującej głupoty, jaka się tam wylała, spowodowały u mnie odruch obronny w postaci usunięcia konta, gdy liczba kontaktów osiągnęła 79. Kilka lat później barbarzyńcy zaatakowali Facebook, na którym wytrzymałem o wiele dłużej, bo skasowałem konto mając 1948 znajomych. Infantylność zachowań użytkowników tych sieci społecznościowych, wytrwałość w używaniu funkcji, których się całkowicie nie rozumie i nie potrafi konfigurować, lekceważący stosunek do regulaminu portalu, beztroska swoboda w obnażaniu swoich słabości, grzeszków i występków, a przy okazji danych osobowych, były jednak niczym w porównaniu z tym, co przez cały internet – od sieci społecznościowych, poprzez komentarze na forach i portalach związanych z wszelkiego rodzaju mediami (prasą, radiem, telewizją), po dziennikarstwo internetowe mniej i bardziej niezależne, w mniejszym lub większym stopniu zorganizowane – przewala się w ostatnim czasie.
Od pewnego czasu internetową normą stało się niestety cieszenie się z czyjejś śmierci albo życzenie komuś, by umarł. Nie przebiera się w słowach – ludzie są wysyłani do gazu, każe im się zdychać, nazywa się śmierdzielami, sierściuchami. Oskarża się ich bezpodstawnie o wszelkie możliwe występki, a gdy nawet w sposób oczywisty okaże się, że na oskarżenia niczym sobie nie zasłużyli, nikt ich nie przeprasza.
Muszę się ugryźć w język, by nie napisać, że przywykłem już do gróźb, że ktoś mi otworzy parasol w du*** albo że mam sp***dalać z Polski, bo tu nie ma miejsca dla Żydów. W minionym miesiącu obrzucili mnie już obelgami zwolennicy prawie każdej możliwej partii politycznej startującej w wyborach do parlamentu, zarówno po lewej jak po prawej stronie, ksiądz katolicki, któremu nie spodobał się mój liberalizm, gej, któremu nie spodobał się mój konserwatyzm. Anonimowy czytelnik przysłał mi prywatną wiadomość, w której oskarżył mnie o to, że podejmuję dyskusje z kimś, kogo jego zdaniem należy eksterminować.
Tak prowadzony dyskurs – w internecie i w realu – donikąd nie prowadzi. W kampanii wyborczej, zamiast rozmawiać o tym, co można i należy zrobić, kandydaci straszą nas tym, czego się boimy, nawet jeśli tego nie rozumiemy, i odnoszą się do naszych najbardziej prymitywnych instynktów. Stereotypy z internetowych memów, nawet jeśli nie mają nic wspólnego z rzetelną wiedzą, przenikają do naszej świadomości tak głęboko, że nie umiemy odróżnić ich od faktów.
To jest równia pochyła i trzeba z niej – moim skromnym zdaniem – jak najszybciej uciekać, póki się jeszcze da. Dlatego z radością odnotowałem inicjatywę wybierambezhejtu.pl i wsparłem ją swoim podpisem. Dekalog Dobrych Wyborów przypomina mi tę netykietę internetu lat dziewięćdziesiątych, do której przestrzegania przynajmniej się poczuwaliśmy, nawet jeśli nie zawsze nam wychodziło. Na stronie kampanii polecam filmy z wypowiedziami Michała Rusinka i Agnieszki Holland, a w całym internecie zachęcam do stosowania zasad promowanych przez kampanię. I może przesadzam, ale marzy mi się, byśmy byli dla siebie lepsi nie tylko w internecie.
Kategoria: Internet
Mój tysięczny tweet
No proszę, tysiąc tweetów mi stuknęło.
A przy okazji, 25 giga dla studentów i pracowników Politechniki Krakowskiej na Dropboxie.
Google dla uchodźców
Jeśli nie używacie przeglądarki Google Chrome, pewnie nie wyświetlił Wam się dyskretny, ale przejmujący komunikat, zachęcający do finansowego wsparcia organizacji pomagających uchodźcom.
Ci, którzy używają Chrome’a, otrzymują od Google propozycję nie do odrzucenia. Google podwaja każdą darowiznę. Gdy zajrzałem tam rano, mieli 20 milionów złotych. Teraz mają 34 miliony.
Póki co, nie podarowałem za pośrednictwem Google nic, ale zapisałem się do Amnesty International i opłaciłem składkę członkowską. A teraz trzeba zakasać rękawy.
Nie gwałć, podpisz petycję
Lokalna wiejska rada składająca się z samych mężczyzn zdecydowała, że w wiosce Baghpat w stanie Uttar Pradesh w północnych Indiach ma się w majestacie prawa odbyć zbiorowy gwałt. 23-letnia Meenakshi Kumari i jej 15-letnia siostra mają przejść z zaczernionymi twarzami nago przez całą wieś, a następnie zostaną zgwałcone przez miejscowych mężczyzn.
Ma to być kara dla rodziny wywodzącej się z niedotykalnych Dalitów, pariasów. Brat dziewcząt złamał zwyczajowe prawo i obraził moralność wdając się w romans z zamężną kobietą z wyższej kasty i uciekając z nią z wioski. Formalnie system kastowy w Indiach został zniesiony, ale na prowincji nadal jest uznawany. Wyroki lokalnych rad także są powszechnie honorowane.
Dziewczynom udało się uciec, ale ich dom został doszczętnie splądrowany i nie będą raczej nigdy mogły wrócić do swojej rodzinnej miejscowości w obawie przed zemstą. Rada starszych wsi wezwała do wykonania wyroku, niezależnie od tego, gdzie przebywają.
Nigdy nie przesyłam internetowych łańcuszków i rzadko podpisuję petycje. Dziś jednak złożyłem swój podpis pod tą, w której Amnesty International apeluje do władz lokalnych o odwołanie wyroku. Wierzę, że niektórzy czytelnicy mojego blogu także się podpiszą.
Reakcja
Oto reakcja Polaków na Facebooku na wieść o tym, że siedemdziesięciu jeden ludzi udusiło się w ciężarówce, uciekając przed wojną rozpętaną między innymi przez nas na północy Afryki i na Bliskim Wschodzie. Przeczytane na zaprzyjaźnionym blogu i na Twitterze.
Pora się chyba wypisać z tego narodu jakoś oficjalnie… Obywatele narodów, które dźwigają prawdziwie wielki ciężar przyjmowania tych uchodźców, a które swego czasu przyjęły (i do dzisiaj przyjmują) także miliony Polaków, wypowiadają się o losie tych biednych ludzi z dużo większą empatią. Przynajmniej ci, z którymi ja rozmawiałem albo których miałem okazję słyszeć w radiu czy telewizji.

Likwidacja fanpage’a na FB
Dziękuję 509 osobom, które – niekiedy od wielu lat – śledziły ten blog za pośrednictwem Facebooka. Mam nadzieję, że wiernym czytelnikom nie będzie przeszkadzał fakt, że za 12 dni fanpage na tej platformie przestanie istnieć i – jeśli ktoś był dotąd powiadamiany o nowych wpisach tylko za jego pośrednictwem – musi znaleźć inny sposób.
Polecam subskrypcję kanału RSS, Twitter i Google+, a przede wszystkim odwiedziny bezpośrednio na stronie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że będzie to dla niektórych utrudnienie, ale wierzę, że nie zrazi to regularnych gości. Co więcej, w takim rozwiązaniu można się dopatrzyć pewnych plusów. Niektórzy z Was komentowali wpisy na fanpage’u, a ja – jako autor – nie mogłem z Wami wejść w interakcję, ponieważ nie miałem konta na Facebooku, a fanpagem zarządzali moi bliscy. W dostępnym na stronie systemie komentarzy nadal można się logować między innymi przy pomocy konta FB, ale dyskusja wykracza poza platformę Marka Zuckerberga.
Mam nadzieję, że – mimo tej decyzji – będziecie nadal zaglądać.
Religie świata
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego większość ludzi w tramwaju ze skupionymi minami wpatruje się w ekrany urządzeń mobilnych i mniej lub bardziej delikatnie przesuwa po nich palcami? Okazuje się, że to może mieć podłoże sakralne. Zapewne oddają się modlitwie lub medytacji związanej z jedną z nowych wielkich religii świata.
Hołd nie całkiem udany
Ministerstwo Edukacji Narodowej dało uczniom, nauczycielom i nam wszystkim w ogóle wspaniałą lekcję o tym, jak nie należy używać portali społecznościowych. Bezmyślne wrzucanie wszystkiego na fejsa i nie moderowanie tego, co się potem z tym dzieje, może zaskutkować czymś takim, jak poniższy „hołd”. Widoczny na zrzucie komentarz wisi już, publicznie dostępny, od wczoraj.
Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie poznałem internetu.
Stanisław Lem, 1921-2006
Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto.
Władysław Bartoszewski, 1922-2015
Szacun dla Jacka
Gdy dekadę temu powstawał ten blog, internetowa blogosfera przeżywała prawdziwy renesans. Dziwnym zbiegiem okoliczności, na fali opozycji wobec ówczesnej władzy, wielu integrowało się wokół nieistniejącego już dzisiaj (zapewne z respektu przed majestatem śmierci) portalu „Spieprzaj Dziadu”. Pamiętam, że to były czasy, gdy całkiem poważnie toczyłem już rozmowy o pracy w Londynie, bo chciałem uciekać z Polski przed rządami jedynie słusznej partii.
Ale śmierć powoli pochłania i nas.
Najpierw odszedł od nas Michał, student Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Następnie Artur, dziennikarz i poeta. Platforma blogowa, na której mieściły się nasze blogi (mój i Artura) także już nie istnieje, ale – o dziwo – ktoś zarchiwizował cały blog Artura i jest nadal dostępny.
W miniony piątek opuścił nas Jacek, znany bardziej jako Azrael Kubacki. Dzisiaj usunąłem sobie z telefonu jego numer. Numer, pod który nigdy nie zadzwoniłem. Dzwońcie do ludzi, których kochacie. Gdy naprawdę zapragniecie wykonać ten telefon, może już nikt nie odebrać.
Warto sobie dzisiaj przeczytać, co pisał Jacek na swoim blogu i na kilku portalach internetowych (odwiedźcie także kanał Jacka na YouTubie) bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej, w kwietniu 2010 roku. Przewidział wtedy wiele rzeczy, które naprawdę nie powinny się były zdarzyć, a jednak się zdarzyły.
Jeremy i media społecznościowe
W niektórych krajach policja ma swoje fanpage’e na portalach społecznościowych i umieszcza na nich ważne, bieżące informacje dotyczące swojej społeczności lokalnej. Takiemu właśnie zwyczajowi zawdzięcza sławę Jeremy Meeks, jeden z największych memów internetowych kończącego się roku. Ma na Facebooku prawie ćwierć miliona fanów, tyle samo, co Częstochowa mieszkańców. Nie przeszkadza im ani to, że jest przestępcą, ani to, że większość wrzucanych na profilu zdjęć to efekt komputerowej obróbki pierwszego, najsłynniejszego z nich, z którego narodziła się legenda Jeremiego. Bywa, że Jeremy ma tatuaże, bywa, że znikają, czasami jest szczupły, czasami przypakowany… Oprócz zdjęć wrzuca motywujące, ilustrowane sentencje, niczym z pocztówek sprzedawanych w sklepach z pamiątkami pod Jasną Górą.
Pamiętaliście ten mem? Dzisiaj, pół roku po tym, jak skazaniec Jeremy Meeks podbił serca milionów i mówiono o nim w największych stacjach telewizyjnych na całym świecie, bardzo prawdziwe wydaje się zdanie Richarda Dawkinsa z 1976 roku:
Like viruses, memes arise, spread, mutate and die.
Niczym wirusy, memy pojawiają się, rozprzestrzeniają, mutują i wymierają.





