Numeryczne muszelki uczą idiomów

Niezawodną metodą na poprawę humoru słuchaczy od jakiegoś czasu stało się zrobienie znanego z memów w mediach społecznościowych gestu „six or seven” albo po prostu „6-7”. Gest przypomina nieco wzruszenie ramionami, polega jednak na tym, że unosi się obie ręce z otwartymi, skierowanymi ku górze dłońmi i porusza nimi naprzemiennie w górę i w dół, jakby ważąc dwie opcje lub entuzjastycznie machając, najczęściej jednocześnie mówiąc „six seven!”. Może to wyrażać niepewność, chaos, niemożność podjęcia decyzji. Wbrew powszechnemu przekonaniu, zwłaszcza wśród młodzieży, ten gest i fraza nie są wcale takie nowatorskie i nie wzięły się znikąd.

Od wieków w angielszczyźnie funkcjonuje idiom „to be at sixes and sevens”, który oznacza być w stanie całkowitego zamieszania, nieładu, niezgody lub dezorientacji. „Everything is at sixes and sevens” – wszystko jest do góry nogami, nic nie gra, panuje bałagan.

Pochodzenie tego wyrażenia sięga XIV wieku i najprawdopodobniej wiąże się ze starą grą w kości zwaną hazard (przodkiem dzisiejszego craps). W tej grze stawianie na szóstkę i siódemkę było szczególnie ryzykowne – to były te „niebezpieczne” liczby, na których łatwo było przegrać wszystko. Geoffrey Chaucer w Troilus and Criseyde (ok. 1374) używa podobnego zwrotu: „set the world on six and seven” – ryzykować cały świat na jeden rzut kośćmi.

Z czasem znaczenie się zmieniło: od „ryzykować wszystko” przeszło do stanu, w którym wszystko jest w nieładzie, jakby kości rzucono na chybił-trafił. W Szekspirze, w Ryszardzie II, książę York mówi: „All is uneven and everything is left at six and seven”. Dziś mówimy, że sytuacja jest „at sixes and sevens”, gdy panuje w niej kompletny bałagan lub trwa spór.

I w ten sposób memy z „six or seven” / „6-7” idealnie wpisują się w tę wielowiekową tradycję – współczesna, memiczna wersja starego idiomu o niepewności i nieładzie. Historia lubi się powtarzać, tylko zamiast rzucania kośćmi mamy TikToka.

Jest więcej idiomów związanych z liczbami, w tym takich, których długa historia obfituje w zaskakujące zmiany znaczeń. Świetnym przykładem jest „eighty-six” (albo po prostu 86).

Historia tego idiomu zaczyna się w latach trzydziestych XX wieku w amerykańskich soda fountains – barach z napojami gazowanymi, lodami i milkshake’ami, gdzie pracowali „soda jerks”. Tam „eighty-six” oznaczało po prostu „wyprzedane”, „nie ma już tego”. Walter Winchell pisał w 1933 roku: „‘Eighty-six’ means all out of it”. Gdy soda jerk mówił, że tuna fish salad jest eighty-six, znaczyło to, że sałatki już nie ma.

W latach pięćdziesiątych wyrażenie stało się czasownikiem: barmani „eighty-sixowali” klientów – odmawiali im dalszej obsługi, zwłaszcza tym, którzy już za dużo wypili. Z czasem znaczenie się rozszerzyło: „wyrzucić”, „pozbyć się”, „odrzucić”, „zablokować”. Projekt został eighty-sixed – pomysł poszedł do kosza. Barbara Streisand była eighty-sixed przez Akademię – nie dostała Oscara.

I tu robi się ciekawie – czasownik „eighty-six” potrafi wyrażać bardzo niedwuznaczne groźby. W niektórych kontekstach slangu (wojskowego, ulicznego, kryminalnego) „eighty-six somebody” może oznaczać „załatwić kogoś”, „pozbyć się go na dobre”, a nawet „zabić”. To już nie jest niewinny barowy slang. I właśnie ten mroczniejszy wydźwięk wrócił niedawno do mediów w dość spektakularny sposób.

W maju były dyrektor FBI James Comey wrzucił na swojego Instagrama zdjęcie muszelek ułożonych na plaży w Karolinie Północnej w kształt cyfr 86 47, z podpisem „Cool shell formation on my beach walk.” Post szybko usunięto. Dla wielu obserwatorów, zwłaszcza po stronie republikańskiej i w administracji, było to jednak jasne: „eighty-six the 47th” – „załatwić” lub „usunąć” czterdziestego siódmego prezydenta, czyli Donalda Trumpa. Liczba 86 jako slangowe „get rid of”, a 47 jako numer porządkowy Trumpa.

Comey tłumaczył później, że założył, iż to jakiś przekaz polityczny, ale „nie zdawał sobie sprawy, że niektórzy kojarzą te liczby z przemocą” i że „nigdy mu to nie przyszło do głowy”, więc usunął post, bo „sprzeciwia się wszelkiej przemocy”. Sprawa nie skończyła się jednak na usunięciu wpisu. Secret Service wszczęło śledztwo, Comey’owi postawiono zarzuty groźby wobec prezydenta i upubliczniania tej groźby w mediach o zasięgu wykraczającym poza granice stanu. Dziś, w czerwcu 2026, sprawa nadal trwa. Proces zaplanowano na 21 października 2026.

Prawnicy i eksperci od Pierwszej Poprawki wskazują, że sprawa jest prawnie wątła – post był dwuznaczny, brak wyraźnego zamiaru groźby, a standardy dla skazania za groźby wobec prezydenta są wysokie. Ale samo użycie „86” w tym kontekście pokazuje, jak stary barowy slang z lat trzydziestych ubiegłego stulecia może w erze Instagrama i polaryzacji politycznej nabrać zupełnie nowego, bardzo poważnego wymiaru.

Podsumowując: memy z „six or seven” przypominają nam o starym idiomie, a „eighty-six” – od wyprzedanej sałatki z tuńczyka po potencjalne groźby – pokazuje, jak język żyje, ewoluuje i czasem zaskakuje nas w najmniej oczekiwanych miejscach. Na zajęciach z angielskiego takie historie to prawdziwe złoto. Studenci widzą, że idiomy to nie martwe regułki ze słownika, tylko żywe narzędzia komunikacji, które mogą budować mosty… albo wywoływać burze w mediach i sądach.

Oba wspomniane powyżej idiomy, a także wiele innych, znajdziecie w naszej bazie leksykalnej dostępnej na Anki, Memrise i Quizlet, o której więcej przeczytasz tutaj.

Jedna litera

Jakiś czas temu zainspirowały mnie podczas spaceru chodnikowe memy w centrum Warszawy.
Muszę częściej patrzeć pod nogi, bo w okolicach mojej pracy aż się roi od memów podpisanych w dokładnie ten sam sposób. Najbardziej inspirujący wydał mi się poniższy. Jedna litera, a czyni taką wielką różnicę. A może właśnie nie ma wielkiej różnicy? Na inne języki chyba całkiem nieprzetłumaczalne.

DSC_0125

Demotywator

Ten wpis to odgrzewany kotlet z września 2015. Zdruzgotany przykładem pogaństwa w sandomierskiej katedrze zrobiłem wówczas naprędce demota i wrzuciłem go do sieci. Minęlo trochę czasu i widzę, że sprawa nadal budzi kontrowersje. Odrobinę pocieszające jest, że – dzięki nieprzejednanej postawie Franciszka – przesłanie zaczyna powoli docierać także do niektórych ludzi wiary. Choć to, jak powoli do nas dociera, jest odrobinę… demotywujące.
Ale dziękuję polskim biskupom, że kilku z nich jednak przeszło na jasną stronę mocy w okolicach Bożego Ciała 2017. Dziękuję Ojcu Grzegorzowi Kramerowi, że do nas dołączył. Dziękuję wszystkim ludziom dobrej woli, którzy – czy to z przymusu swojej religii, czy to w zwykłym odruchu serca – postanowili sobie przypomnieć przypowieść o miłosiernym Samarytaninie.
Jeśli chcecie, wrzucajcie gdzie chcecie.
Feel free to use it anywhere.

Plik z obrazem Vittore Carpaccio „Ucieczka do Egiptu” jest powszechnie dostępny w internecie z licencją Creative Commons.

Jeremy i media społecznościowe

meeks

W niektórych krajach policja ma swoje fanpage’e na portalach społecznościowych i umieszcza na nich ważne, bieżące informacje dotyczące swojej społeczności lokalnej. Takiemu właśnie zwyczajowi zawdzięcza sławę Jeremy Meeks, jeden z największych memów internetowych kończącego się roku. Ma na Facebooku prawie ćwierć miliona fanów, tyle samo, co Częstochowa mieszkańców. Nie przeszkadza im ani to, że jest przestępcą, ani to, że większość wrzucanych na profilu zdjęć to efekt komputerowej obróbki pierwszego, najsłynniejszego z nich, z którego narodziła się legenda Jeremiego. Bywa, że Jeremy ma tatuaże, bywa, że znikają, czasami jest szczupły, czasami przypakowany… Oprócz zdjęć wrzuca motywujące, ilustrowane sentencje, niczym z pocztówek sprzedawanych w sklepach z pamiątkami pod Jasną Górą.
Pamiętaliście ten mem? Dzisiaj, pół roku po tym, jak skazaniec Jeremy Meeks podbił serca milionów i mówiono o nim w największych stacjach telewizyjnych na całym świecie, bardzo prawdziwe wydaje się zdanie Richarda Dawkinsa z 1976 roku:

Like viruses, memes arise, spread, mutate and die.
Niczym wirusy, memy pojawiają się, rozprzestrzeniają, mutują i wymierają.

Kozy pod ochroną

Jak donosi z terenu Halinka, w niektórych toaletach dla pań znęcanie się nad zwierzętami stanowi problem o wiele większy, niż palenie papierosów. Na szczęście uruchomiono kampanię społeczną na rzecz obrony kóz w ubikacjach.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed czterech lat.

Skradzione obrazy w kurii

Częstochowska kuria metropolitalna przechowuje obrazy skradzione podczas festiwalu ART.eria. Złodziej przyniósł te obrazy pod opiekę arcybiskupa, ponieważ rzekomo raniły one jego uczucia religijne, a więc ich ekspozycja w Alejach może być uznana za przestępstwo z osławionego artykułu 196 KK. Przedmiotowe obrazy to stworzone przez anonimowego artystę z Białegostoku memy, wykorzystujące znane dzieła sztuki malarskiej i polegające na dodaniu do nich dymków z komentarzami o charakterze mniej lub bardziej poważnym, chociaż zwykle dość aktualnym, trafnym i błyskotliwym, czego dobitnym przykładem jest choćby mem z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, zamieszczony na fanpage’u Sztucznych Fiołków. Wśród eksponatów zatrzymanych w kurii znalazły się: wizerunek Chrystusa z bizantyjskiej mozaiki uzupełniony napisem: „Proszę mnie łaskawie nie mieszać ani w swój fallocentryczny Honor, ani w swoją Ojczyznę”, obraz Jacopa Pontormo przedstawiający grupę kobiet z czasów rzymskich z naniesionym dialogiem: „- Mario, Polacy obwołali cię swoją królową! – Kto? – No właśnie miałam nadzieję, że chociaż ty to wiesz! – Trzeba sprawdzić w Wikipedii”, a także przerobione na kpiące memy obrazy Caravaggia i Gustave’a Caillebotte’a.
Księdzu arcybiskupowi Wacławowi Depo serdecznie gratuluję, że został metropolitą w mieście, w którym – mimo usilnych starań kościoła – jeszcze coś się dzieje i są jeszcze ludzie, którzy mają dystans do siebie i do rzeczywistości, i którzy potrafią krytycznie spojrzeć na to, co się wokół nich dzieje. W happeningu białostockiego artysty nie wszyscy dopatrzyli się od razu obrazoburczych treści i są wśród mieszkańców Częstochowy ludzie, którzy potrafią jeszcze ze zrozumieniem przeczytać do końca kilka czy kilkanaście słów.
Z przykrością patrzyłem w niedzielę na opustoszałe centrum Częstochowy, miasta, z którego wszyscy zdają się uciekać. Ze zdziwieniem przyjąłem fakt, że Robert, Gosia, Marcin i ja nie mamy dokąd pójść na obiad i przy reprezentacyjnej ulicy miasta wszystko jest głucho zamknięte. Czuję zażenowanie wjeżdżając do miasta i widząc wszędzie przy trasie billboardy i reklamy największego na świecie pomnika Jana Pawła II, który z farsy papieskiej pomnikomanii w tym mieście zrobił już chyba prawdziwą tragedię. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że – tak jak niektórzy z klapkami na oczach patrzyli na memy Sztucznych Fiołków – tak samo niektórzy nie zrozumieli, że stojąca w II Alei inna pozostałość po festiwalu ART.eria to kpina z tego częstochowskiego rekordu Guinnessa (papież wysoki na 14 metrów) i powinna – jeśli trzymać się tej samej wypaczonej logiki – ranić ich uczucia religijne zupełnie jak te memy. Jak inaczej wyjaśnić, czemu ktoś zapala znicz przy najmniejszym na świecie (20 cm) pomniku Jana Pawła II? Na szczęście są też tacy, którzy rozumieją, że Częstochowie bardziej teraz są potrzebne węzeł drogowy nad Aleją Wojska Polskiego koło Tesco, korytarz północny i jego przedłużenie, czy centrum handlowe Ikea. I że te inwestycje są ważniejsze niż kolejne pomniki.