Chodziłem w liceum do klasy o profilu matematyczno – fizycznym i jest parę rzeczy, które świetnie pamiętam z fizyki. Na przykład wiem, co to jest moment pędu. Pamiętam o tym tak dobrze dlatego, że dr Marian Głowacki pokazując nam to zagadnienie przy pomocy krzesła obrotowego kręcił się na nim tak długo w różne strony wymachując rękami i nogami na boki i ciesząc się, że demonstracja zmiany prędkości obrotu świetnie się udaje, że w końcu krzesło się wykręciło, a profesor spadł.
W piątki mieliśmy trzy godziny fizyki pod rząd i było to ciężko znieść, a gdyby nie zupełnie niekonwencjonalne metody naszego nauczyciela, który na przykład nie wahał się ani ułamka sekundy wylewając na Beatę, jedną z koleżanek z klasy, szklankę zimnej wody, chyba byśmy tam wszyscy posnęli.
Stanąłem ostatnio przed trudnym zadaniem zajęcia się przez trzy godziny pod rząd grupą pierwszoklasistów z technikum mechanicznego, z których większość ma już jako takie pojęcie o angielskim wyniesione z gimnazjum, ale mają się uczyć angielskiego od podstaw razem z kolegami, którzy w gimnazjum mieli niemiecki czy rosyjski.
Póki co nauczyliśmy się w zasadzie tylko literować i liczyć. Nawet dla tych bardziej zaawansowanych była to okazja do tego, by dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Na przykład nie wiedzieli, że samogłoski mogą być długie i krótkie, że wyraz three wcale się nie zaczyna na głoskę f czy t, że w wyrazie nineteen akcent pada zupełnie gdzie indziej niż w ninety.
I właśnie tak sobie z nimi ćwicząc to literowanie i to liczenie przez żmudne trzy godziny lekcyjne stanąłem przed dylematem typowym w takich mieszanych poziomem klasach. Goście mają jeszcze kłopoty i muszą poćwiczyć, a jednocześnie najbardziej nawet wymyślne zabawy językowe nie są w stanie przyciągnąć ich uwagi do takich niby banalnych rzeczy.
Usiedliśmy sobie w kółeczku i liczyliśmy po kolei na różne sposoby. Najpierw normalnie, potem na przykład omijając liczby podzielne przez 7 czy 6, potem każdy podwajał liczbę powiedzianą przez poprzednika, albo dodawał 3 lub 4. Bardzo ciężko było panom się skupić i największa liczba, do jakiej udawało nam się dojść, oscylowała w okolicach 50. Z kilkunastoosobowego grona nie było jak wyłonić zwycięzców w żadnej zabawie, ponieważ osoby odpadające z gry wyłączały się zupełnie i zaczynały przeszkadzać.
Jakoś tak zapomniałem, że pierwszoklasiści przychodzący prosto z gimnazjum przeszkadzają w prowadzeniu lekcji i nie mają ochoty sami z siebie się czegoś nauczyć, odzwyczaiłem się od uczniów w tym wieku, więc przy którejś z kolei niedokończonej rundzie zabawy z liczeniem, w dodatku zainspirowany wizytą w klasie Huberta, jednego z moich maturzystów, nie wytrzymałem i postanowiłem coś z tym zrobić.
Zamknąłem wszystkie okna, zasunąłem na zewnątrz żaluzje antywłamaniowe (przez co zrobiło się całkiem ciemno). Jedyne światło, jakie dostawało się do klasy, wchodziło z korytarza przez szparę w drzwiach, więc panowie z własnej inicjatywy zatkali je plecakami. Ogarnęła nas ciemność.
Następnie powiedziałem panom, że nie wyjdziemy z klasy, dopóki nie uda nam się doliczyć do 199 bez pomyłki (czyli jakieś dwanaście okrążeń). Nie wtajemniczając ich w istnienie wentylacji roztoczyłem przed nimi makabryczną wizję, w której o ile się nie skupimy, podusimy się wszyscy w ciemności i po tych trzech lekcjach, gdy do klasy wejdzie sprzątaczka, trzeba nas będzie wynosić. Spytałem, czy naprawdę nie chcą doczekać tej pięknej chwili, kiedy będą takimi dorosłymi mężczyznami jak Hubert, który nas odwiedził przed chwilą. Kazałem im sobie wyobrazić, co się może stać, jeśli każdy, kto się teraz pomyli, będzie musiał zdjąć skarpetki.
Postarałem się jednym słowem, by atmosfera była nie tyle przerażająca, co śmieszna. Po pierwszej udanej próbie liczenia wyciągnęliśmy komórki i zaczęliśmy operować na wbudowanych w nie kalkulatorach. W żaden inny sposób nie dalibyśmy rady dojść w tych wyliczankach do ponad pięciuset miliardów. Wzrok przyzwyczaił się nam już trochę do panujących ciemności, poza tym komórki dawały trochę światła, wydaje mi się więc, że tym razem nikt już nie ziewał i nie rozpraszał się, a ewentualne pomyłki panowie wyłapywali gremialnie i z emocjami bliskimi kibicom na meczu piłki nożnej.
Cel uświęca środki, te zresztą nie były takie znowu drastyczne dla grupy szesnastolatków. Nie jestem pewien, jakie środki trzeba będzie stosować z tymi panami przez najbliższe cztery lata, ale na pewno trzeba utrzymać atmosferę, jaka była na angielskim na kolejnej lekcji, już po przerwie. Ja udawałem, że jak będzie znowu tak jak na pierwszej lekcji, to jeszcze raz zamkniemy okna i zasłonimy żaluzje, a oni udawali, że ich to przeraża i że tym razem na pewno nie przeżyją. Gdy któryś z nich się mylił lub rozpraszał, inni błagali go, żeby się nad nimi zlitował i się skupił, bo nie chcą jeszcze umierać. No i w zasadzie wszyscy byli bardzo skupieni i aktywni, chociaż była to siódma lekcja.
Znakomicie pamiętam wiele lekcji dr Głowackiego i sporo z nich wyniosłem. Za to nie pamiętam zupełnie, co przez kilka semestrów dyktowano mi z jakiegoś starego zeszytu na innym przedmiocie (nazwę przedmiotu i nazwisko prowadzącego pominę). Wiem, że coś mi dyktowano, musiałem to pisać, każde zdanie powtarzane było wiele razy, by wszyscy nadążyli za nauczycielem. Nie pamiętam nawet specjalnie tematyki tych dyktowanych nam pieczołowicie notatek.
Na klasówkach dr Głowacki pilnował nas biegając po biurku, ławkach i parapetach. Ostatnio Łukasz, absolwent sprzed trzech lat, powiedział mi, że ja też na pierwszej lekcji z nimi stałem podobno na ławce. Jakoś nie pamiętam, nie zwróciłem uwagi, ale Łukasz o tym widocznie już nie zapomni.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że ci wszyscy uczniowie, którzy przyzwyczają się do lekcji z takim cudakiem, pójdą w świat przygotowani już naprawdę na wszystko. A najważniejsze, by zapamiętali z tych lekcji coś więcej, niż to, że zamknąłem okna i opuściłem żaluzje. By zostały w nich te umiejętności, które biegając po ławkach, kręcąc się na krześle czy robiąc inne podejrzane rzeczy, nauczyciele tacy jak doktor – obecnie już habilitowany – Głowacki czy ja próbują wtłuc swoim uczniom do głowy.
Mięso armatnie
Strona internetowa należąca do bojowników czeczeńskich opublikowała apel Islamskiego Emiratu Afganistanu skierowany do rządu i narodu polskiego, w którym Emirat ostrzega Polaków przed wysyłaniem kolejnego kontyngentu żołnierzy na niesłuszną wojnę o cudze interesy na poligonie, na którym od dziesiątków lat mocarstwa kosztem Afgańczyków rozgrywają swoje wielkie geopolityczne interesy. Oficjalny rzecznik Emiratu zwraca uwagę, że wszystkie zagraniczne wojska przebywające już w Afganistanie lub zamierzające przybyć do tego kraju uznawane są za agresorów, a każdy Afgańczyk uznaje za swój obowiązek prowadzenie przeciw nim świętej wojny.
Ten tysiąc polskich żołnierzy zadeklarował polski premier, jak się wydaje, z czystej wdzięczności za kilka minut spotkania z amerykańskim prezydentem, po powrocie premiera do kraju okazało się bowiem, że jego decyzja była zaskoczeniem nawet dla koalicjantów. Czyżby więc kilka minut rozmowy z Georgem Bushem miało dla Jarosława Kaczyńskiego większą wartość, niż życie tysiąca polskich żołnierzy i szczęście ich rodzin, a także bezpieczeństwo kurczącego się wprawdzie, ale nadal trzydziestoparomilionowego narodu?
Co ja bym zrobił, by spotkać się na kilka minut z amerykańskim prezydentem? Czy ja wiem? A po co mi grzecznościowa wymiana paru zdań z dyplomatycznego protokołu? Myślę, że szkoda by mi było czasu. Musiałoby mi się bardzo nudzić, a to mi się od dość dawna nie zdarza.
Film Jarhead (2005), opowiada o perypetiach żołnierzy wysłanych na Bliski Wschód w o wiele bardziej precyzyjnym celu, w obronie Kuwejtu przed inwazją iracką. W bardzo dobitny sposób pokazuje ten film, jak bezsensowna jest wojna i jak dotkliwą porażkę ponoszą w każdej wojnie wszyscy, a w szczególności zwycięzcy.
Nie wysłałbym na wojnę żadnego z moich absolwentów, chociaż wielu z nich to chłopy jak dęby i mają piąchy takie, że gdy podaję im dłoń na powitanie to czuję się, jakbym był krasnoludkiem. Większość z nich ma zupełnie inne ambicje i plany niż to, by zostać mięsem armatnim.
Nie chciałbym się spotkać z premierem. Pewnie to bardzo ciekawy człowiek, ale ten cały protokół dyplomatyczny, ochrona osobista i inne ceregiele uniemożliwiłyby cokolwiek poza pustą wymianą grzecznościowych formułek. Gdy pod pretekstem obywatelskiej lekcji obecny minister sprawiedliwości na spotkaniu w szkolnej świetlicy z moimi uczniami uprawiał polityczną kampanię na rzecz swojej partii, wykorzystałem czas przepadających mi dwóch lekcji na konserwację pracowni komputerowej. Też jakoś szkoda mi było czasu na słuchanie kogoś, kto wydaje mi się bardzo przewidywalny i monotematyczny, skoro mogłem skorzystać z okazji i zrobić coś pożytecznego. A teraz tak sobie myślę, jak to by było ciekawie, gdyby wybrano Nauczyciela Roku 2006, a on z braku czasu na spotkanie z Ministrem Edukacji i odebranie 20 tysięcy złotych odmówiłby przyjęcia nagrody.
Moim zdaniem są kompromisy, na które nie warto się godzić. Są rzeczy mające cenę nieadekwatną do ich wartości. Takich rzeczy nie warto kupować, w takie układy nie warto wchodzić.
Dojrzały wśród dorosłych
Ze wszystkich siedmiu grup moich maturzystów grupa Leszka jest najsłabsza i najbardziej się o nich martwię. Podczas gdy w innych grupach na pięć krótkich pytań wprowadzających do lekcji dostaję pięć natychmiastowych odpowiedzi i na bazie tego mogę zabierać się do konkretnej roboty, którą sobie zaplanowałem, u Leszka w grupie cała lekcja schodzi na wyciąganiu z uczniów odpowiedzi na pierwsze trzy z tych wstępnych pytań i na ewentualnych dygresjach.
Leszek jest jednym z bardziej aktywnych uczniów w grupie i nie ma najmniejszych oporów w mówieniu i pisaniu po angielsku, ale jego angielszczyzna jest potworna i bywa, że wręcz niezrozumiała.
A jednocześnie to właśnie Leszek blisko rok temu zainspirował mnie do pisania tego bloga, gdy doznałem olśnienia słuchając komentarzy tego dziewiętnastoletniego obecnie chłopaka na temat filmu Ptaki i zrozumiałem, że mam do czynienia z kimś o wiele mądrzejszym i bardziej spostrzegawczym ode mnie.
Także dziś Leszek jest powalająco dojrzały, wytrwały, wie dokładnie, do jakiego celu zmierza i jakimi środkami chce go osiągnąć.
Z domu i z naszego technikum wyniósł umiejętność spawania, ma prawo jazdy i zdrowy rozsądek. Już drugi rok z rzędu całe wakacje spędził ciężko pracując i przy okazji uważnie obserwując relacje międzyludzkie, zasadność autorytetów oraz różnice między szczęściem a sukcesem.
Jego szef próbował go zmusić do zawiezienia z Krakowa do Poznania dziesięciometrowej, półtoratonowej bramy z ozdobnymi okuciami średniej wielkości autem bagażowym z przyczepą. A innym razem zniszczył komplet wierteł do betonu demonstrując pracownikom, że można nimi wiercić w metalu.
Leszek służył całej ekipie robotników za kierowcę, więc panowie mogli sobie spokojnie po robocie popić w tyle auta. I kiedy jeden z nich wysiadł w Poznaniu tylnymi drzwiami chcąc się wysikać, Leszek musiał potem tego pięćdziesięcioletniego mężczyzny szukać po całym mieście, bo zanim ktoś się zorientował, że to nie postój, tylko skrzyżowanie, było już za późno, a delikwent pomylił kierunki i wysikawszy się zaczął gonić auto, ale uciekając w zupełnie przeciwnym kierunku.
Kiedyś Leszkowi wydawało się, że najważniejsze, żeby przejąć gospodarstwo, brać dotacje i pchać jakoś do przodu ten wózek, na którego tylnym siedzeniu się urodziło. Teraz zobaczył trochę świata i nie rozumie, co to za życie – mieszkać kilka pokoleń w jednym miejscu, w jednym domu, nie ruszać się poza własną wioskę, najbliższe miasteczko. Nie rozumie sąsiada, który zdaje się być normalnym facetem, a w oddalonym o pół godziny jazdy Krakowie był ostatnio lat temu trzydzieści. Leszek jest aktywny, odważny, zdecydowany.
Postanowił, że te cztery lata technikum nie mogą pójść na marne, bo jeśli nie zda matury ani egzaminu zawodowego, to równie dobrze mógł skończyć edukację na gimnazjum.
Wracając dziś wieczorem z internatu po filmie poczułem, że idzie zima. Gdy zadzierając do góry głowę patrzyłem na gwiazdy, przenikał mnie chłód ostrego, wilgotnego powietrza. To dobrze, że będzie zimno. Przez kilka miesięcy Leszkowi będzie dużo łatwiej w pokoju w internacie studiować polski, angielski i geografię. To wszystko to zresztą pryszcz. Leszek bardzo się zdziwił, że chemia nieorganiczna jest dla mnie zbyt skomplikowana. To wszystko przecież takie proste i jedno z drugiego wynika…
Idol z poczuciem humoru
Wielokrotnie pisałem już o tym, jak bardzo razi mnie u obecnej ekipy rządzącej brak poczucia humoru i dystansu do siebie samych.
Politycy obozu rządzącego – parlamentarzyści, ministrowie, premier, prezydent – popełniają gafy śmieszne, żałosne, kompromitujące, a czasem i szkodzące państwu polskiemu.
Polskiemu prezydentowi nie milknie komórka podczas oficjalnych spotkań. Minister Edukacji szkaluje polską szkołę. Polski premier z rozpędu całuje w rękę Ministra Obrony Narodowej, co do którego trudno mieć wątpliwości, że jest mężczyzną.
Minister Sprawiedliwości atakuje Jacka Majchrowskiego udowadniając drukowanymi literami, że krakowskie dwa dodać dwa równa się pięć, manipulując faktami i opowiadając brednie. Mówi, że Jacek Majchrowski to persona non grata wypominając mu, że nie spotkał się z Georgem W. Bushem podczas jego wizyty w Krakowie. Twierdzi, że rozentuzjazmowane tłumy krakowian witały wtedy Busha. Zapomina, że w rzeczywistości to, że Jacek Majchrowski nie spotkał się wówczas z niezbyt popularnym prezydentem Bushem, przysporzyło mu w studenckim mieście Krakowie wiele popularności i było nonkonformistyczną demonstracją polityczną, na jaką mało kogo stać. I zręcznie przemilcza fakt, że premier z Prawa i Sprawiedliwości dość groteskowo żebrał ostatnio o kilka minut spotkania z prezydentem Bushem podczas swojej niedawnej wizyty w USA.
Parlamentarzysta w komisji śledczej rozbawia świadka Ewę Balcerowicz nie umiejąc zadać pytania, które sam sobie przygotował do zadania, ponieważ zawiera ono nazwy własne w języku angielskim. Dowiadujemy się między innymi, że Janina Wedel napisała książkę.
We wiodącej w Polsce, o dziwo nie publicznej telewizji publicystycznej, w specjalnym programie „Szkło kontaktowe”, dziennikarze nie nadążają z pokazywaniem wpadek polityków. Nie starcza im czasu na ich komentowanie.
W tych wpadkach przodują faktycznie politycy partii koalicyjnych, chociaż pokazuje się także wpadki członków innych partii. Oburzeni zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości mają do „Szkła kontaktowego” pretensje, że jest „okopcone” nienawiścią do ich partii. Nie mają pretensji do swoich polityków o to, że popełniają bezmyślne gafy, że dobrowolnie ośmieszają siebie, polski parlament i inne instytucje państwa polskiego, włącznie z urzędem głowy państwa, tylko do dziennikarzy o to, że to pokazują.
Powaga urzędu paradoksalnie wymaga poczucia humoru. Znużony oglądaniem popisów prymitywizmu ze strony różnych polityków z dużą satysfakcją obejrzałem niedawną wypowiedź Donalda Tuska na temat programu „Szkło kontaktowe”. Polubiłem pana Tuska o wiele bardziej, niż go lubiłem oddając na niego głos w drugiej turze wyborów prezydenckich.
Człowiek, jak to człowiek, popełnia gafy, myli się i miewa wpadki. Zdarza mi się przejęzyczyć w klasie i powiedzieć coś głupiego. Jak wtedy, gdy stawiając ocenę niedostateczną Tomkowi powiedziałem mu w ubiegłym roku, że muszę mu postawić laskę. Śmiejemy się z tego parę sekund i mówimy dalej na temat. Pomyśleć, że mógłbym zostawiać w kozie uczniów, którzy dostrzegają moje wpadki i śmieją się z nich. Albo dawać im za karę dodatkową pracę domową.
Zaufanie na egzaminie
Koleżanka ucząca w jednym z częstochowskich liceów nie martwi się tym, że w myśl nowego rozporządzenia o ocenianiu nie będzie egzaminować swoich maturzystów na ustnym egzaminie z języka angielskiego. Mówi, że to nawet lepiej. Nie będzie się denerwowała, że po trzech latach jej pracy oni takie głupoty wygadują i tak ją kompromitują przed drugą osobą z komisji. A i oni sami jej zdaniem chętniej i na większym luzie przystąpią do egzaminu, gdy będzie ich pytać ktoś obcy, a nie nauczycielka, która gnębiła ich całe liceum. Gdyby ona miała ich pytać, pewnie by się bardziej denerwowali i byliby przekonani, że zrobi wszystko, żeby ich usadzić. Obawialiby się, że będzie im zadawała podchwytliwe, chamskie pytania i zaniży ocenę.
Smutne w sumie jest to, co Marta mówi.
Mnie jest bardzo przykro, że nie będę słyszał moich uczniów podczas ustnego egzaminu na maturze. Jestem ciekaw, jak sobie poradzą. Wydaje mi się, że zdecydowana większość z nich chciałaby, abym na tym egzaminie był. Po podpisaniu przez ministra Giertycha rozporządzenia wykluczającego mnie z udziału w komisji, przed którą będą zdawać, umówiliśmy się od razu, że po egzaminie spotykamy się wieczorem specjalnie po to, by opowiedzieli mi o jego przebiegu.
Mam grupy maturalne, które do moich klas zostały wcielone w drugiej klasie wskutek likwidacji i łączenia oddziałów. Chłopaki wiedząc już, że nie mogą być pytani na maturze przeze mnie, liczą na to, że pytać ich będzie Asia, która uczyła ich w pierwszej klasie. Nie chcą być pytani przez nauczyciela, którego w ogóle nie znają. Nie chcą zdawać przed komisją, która jest im całkowicie obca.
Nie rozumiem zupełnie, jak po kilku latach wspólnej pracy uczniowie mogą nie mieć zaufania do nauczyciela. Jak to możliwe, żeby chcieli być egzaminowani i oceniani przez kogokolwiek, byle nie przez osobę, do której są przyzwyczajeni i którą powinni byli przez całą szkołę średnią poznać na wylot. Trzecia klasa ogólniaka, w której mam teraz zastępstwa za rodzącą na dniach Asię, też jednogłośnie żałuje, że Asia nie będzie mogła ich egzaminować.
Myślę, że Asia i ja czerpiemy znacznie większą satysfakcję z pracy w szkole, niż Marta. Zatkało mnie, gdy słuchałem przemyśleń Marty. Nie umiałem zareagować. Tak jakbym słuchał strażaka, który nienawidzi i boi się ognia, albo marynarza, który nie umie pływać i nie znosi bezkresnego widoku morza.
7 procent od Giertycha
Minister Edukacji wymachuje szabelką i grozi rozpadem koalicji rządzącej, jeśli premier nie zagwarantuje podwyżek dla nauczycieli w przyszłorocznym budżecie. Minister straszy, a może raczej robi nadzieję, że jeśli tych środków na podwyżki dla nauczycieli nie będzie, to on odejdzie.
Słowami z bloga Wojciecha Wierzejskiego, jednego z niewielu ludzi na tym świecie, którym głęboko współczuję, ponieważ są bardzo nieszczęśliwi, bardziej nawet nieszczęśliwi od Eltona Johna (uważa tak większość internautów, którzy zabrali głos na ten temat w ankiecie Gazety), bez podwyżek nie można zrealizować jednego z czterech zasadniczych priorytetów oświatowych Romana Giertycha, którym to priorytetem jest prestiż.
Te „cztery P”, cztery priorytety Romana Giertycha, które zresztą Joanna Senyszyn dość precyzyjnie nazwała w swoim blogu pierdoleniem, to Prawda, Porządek, Patriotyzm i Prestiż nauczyciela w szkole.
Niespecjalnie mnie kusi prawda lansowana przez człowieka, który napisał książkę Kontrrewolucja młodych, a jako członek parlamentarnej komisji śledczej najbardziej zabłysnął rozmowami ze świadkiem na jasnogórskim dziedzińcu, a nie na Wiejskiej. Który jako minister edukacji nie ma ochoty liczyć się ze zdaniem największego związku zawodowego nauczycieli, ponieważ prawda jest tylko jedna i jest ona gdzieś bardzo głęboko w umyśle ministra, tak głęboko, że dyskutować się z nią nie da.
Nieszczególnie podoba mi się porządek, w którym zakuci w kajdany czy dyby uczniowie siedzą w ławkach i udają, że mnie słuchają, a budząc się rano klną na myśl o tym, że mają się ze mną za godzinę spotkać.
Niezbyt ciekawy to patriotyzm, który każe opluwać Jacka Kuronia albo rozmawiać tylko ze słuchaczami jednej jedynej prawomyślnej rozgłośni. Który pozwala psuć państwo dla własnego rozgłosu i dla agitacji partyjnej.
I do tego wszystkiego dochodzi ten prestiż… Zastanawiam się, czy ten mój prestiż zawodowy nie ma żadnego innego wykładnika niż pensja, którą wypłaca mi starosta? Czy mój prestiż zawodowy wzrośnie, jeśli dzięki wzrostowi pensji o 7% zaprenumeruję „Nasz dziennik”?
A może mój prestiż zawodowy wzrośnie bardziej, jeśli dobrowolnie zrezygnuję z tych 7% w zamian za to, by reformatorzy w rodzaju Giertycha i Orzechowskiego raz na zawsze opuścili Ministerstwo Edukacji? Oddam nie tylko te obiecane 7%, ale kolejne 7% z obecnej pensji co miesiąc przeznaczę na pomoce dydaktyczne do internatu, byle minister dał sobie spokój i zajął się czymś innym niż psucie i szkalowanie polskiej szkoły.
Bo jak na razie to mam wrażenie, że mój prestiż zawodowy raczej traci niż zyskuje na tym, że pracuję dla resortu, którym kieruje Roman Giertych.
