Od kilku tygodni klasy maturalne żyją już bynajmniej nie wynikami matur próbnych, bynajmniej nie klasyfikacją semestralną, ale zbliżającą się… Nie, nie maturą, skądże. Żyją – a jakże by inaczej – nadchodzącą wielkimi krokami studniówką. Jako szkoła staramy się ich zresztą dobrze przygotować do funkcjonowania w życiu społecznym także w jego towarzyskich aspektach, organizując bezustanne próby poloneza i walca. I pewnie dobrze, niech naszą szkołę sławią absolwenci okrzesani, błyskotliwi i umiejący się kulturalnie zabawić.
Arek i Marcin nie trafili dziś jednak na próbę poloneza, postanowili sprawdzić się w zupełnie innej roli. Przyszli do mnie na hospitację do pierwszej klasy. Sprawdzali się jako wychowawcy, sprawdzali się jako ojcowie.
Arek i Marcin są uczniami najlepszej grupy z wszystkich moich obecnych grup, tak zwanej grupy lajcikowej czwartej klasy technikum mechanicznego. Przynależność do tej grupy oznacza z jednej strony splendor i zaszczyty (na przykład cotygodniowe jedzenie na angielskim ptasiego mleczka), a z drugiej strony obowiązki. W grupie lajcikowej nie do pomyślenia są uchybienia, które uczniom w innych grupach uchodzą czasem na sucho, a ewentualna kara (która raczej się nie zdarza) jest nieporównanie surowsza. Od uczniów w tej elitarnej grupie oczekuję, że będą świecić przykładem wszystkim innym, że będą wykonywać wiele dodatkowej pracy ponad to, co stanowi ich ramowe obowiązki. Z panami z tej grupy zdarza się rozpocząć lekcję na kilka minut przed dzwonkiem, z panami z tej grupy zdarza się nie usłyszeć dzwonka na koniec, z tą grupą nie odkłada się klasówek i nie przesuwa terminów wykonania zadania.
Arek i Marcin za kilka miesięcy wraz z całą grupą opuszczą mury naszej szkoły i zaszczytny tytuł grupy lajcikowej się zwolni, więc będzie go trzeba przekazać potomnym. Dziewczyna Arka ma żałobę i nie idą na studniówkę, Marcinowi też widać te próby już wystarczyły, więc dzisiaj postanowili się przyjrzeć pierwszakom, spośród których w najbliższych dniach wyłonią swoich następców.
Panowie z pierwszych klas przeszli w czasie tej hospitacji sami siebie. Wiedzą już doskonale, o co chodzi, i robią wszystko co w ich mocy, by znaleźć się w tej wybranej grupce nieszczęśliwców, na których skupiam całą moją konsekwencję i surowość, obdarzając ich jednocześnie dokładnie taką samą – nie licząc ptasiego mleczka – słodyczą i czułością, co wszystkich innych. Przez bite trzy godziny chyba tylko raz usłyszałem jakieś dwa słowa nie na temat powiedziane pod nosem do kolegi, kreatywność w wymyślanych przez nich problemach wprawiła mnie w nieustanne kilkugodzinne osłupienie, a dwaj z nich tak się przyłożyli do przydzielonego sobie zadania, że czterokrotnie przekroczyli normę, którą mieli wykonać. Wizytujący lekcję seniorzy byli wyraźnie pod wrażeniem, bo Marcin nagrodził postawę pierwszaków stawiając im na koniec trzy pizze (akurat była pora obiadowa).
W całej tej sytuacji jest coś, co pozytywnie zaskakuje. Arek i Marcin dla większości tych chłopców z pierwszych klas byli naprawdę wielkimi autorytetami. Nie staraliby się bardziej, gdyby lekcję hospitował dyrektor, nie staraliby się bardziej, gdyby przyjechał minister. Bardziej nie dało się już starać. Zależało im na uznaniu Arka i Marcina w niepojęty sposób.
A ja cieszyłem się bardzo patrząc na to, bo rozumiałem, że coś mi się tu bardzo udało. Gdy przestanę się z Arkiem i Marcinem spotykać na tych kilku lekcjach angielskiego w tygodniu, ich miejsce zajmą inni młodzi faceci, dla których warto chodzić do pracy. I oby tak dalej, taka jest kolej rzeczy.
Tag: Liceum Ogólnokształcące
Ubogie słownictwo
Ta sama lekcja w dwóch różnych klasach. Cel lekcji – szybkie przypomnienie zastosowania dwóch czasów teraźniejszych i intensywne ćwiczenie umiejętności budowy zdań w tych czasach i rozróżniania ich w zależności od kontekstu. Na początek kawa na ławę wyłożenie od podstaw wszystkiego, co uczeń klasy maturalnej powinien wiedzieć już od dawna.
Lekcja przebiega podobnie w obu klasach. W miarę szybko krok po kroku przypominamy sobie wszystko to, co istotne.
Jeden z punktów: co dzieje się z pisownią czasowników zakończonych na literę -e przy dodawaniu końcówki -ing w czasach ciągłych.
Grupa pierwsza, sami panowie, technikum mechanizacji. Na moje pytanie Przemek bez zastanowienia odpowiada niczym automat:
– E wydupca.
Grupa druga, mieszana, po zadaniu pytania nie mam pewności, czy w klasie jest ktoś, kto zna odpowiedź. Rzucam kilka przykładów: write, take, dance. Parę osób w klasie nawiązuje kontakt wzrokowy, zaczynają pstrykać palcami i machać rękami w poszukiwaniu słowa. Po kilkudziesięciu sekundach stękania padają rozmaite czasowniki: wykreślać, eliminować, pomijać, likwidować, opuszczać. Po wyartykułowaniu przez uczniów kilku dłuższych wypowiedzi można mieć pewność, że wszyscy wiedzą, o co chodzi.
Mówi się często, że stosowanie wulgaryzmów jest symptomem ubogiego słownictwa. Coś w tym pewnie jest, ale w opisanej powyżej sytuacji nie ulega też wątpliwości, że to co w grupie elokwentnej trwało około minuty i wymagało zaangażowania środków pozasłownych, takich jak gestykulacja, w grupie mniej wygadanej zajęło ułamek sekundy. Zaoszczędzone kilkadziesiąt sekund można by oczywiście przeznaczyć na urozmaicenie przemkowych zasobów leksykalnych, ale można też było dzięki temu zrobić ze dwa zdania więcej z repetytorium gramatycznego.
Mam obecnie trzy grupy pierwszaków w męskich klasach technikum. Zauważyłem, że póki co, musimy się nauczyć wzajemnie słuchać. Myślę, że potem przyjdzie pora na to, byśmy wzajemnie pouczyli się języków, nie tylko angielskiego. Od czterech innych grup panów, obecnie w czwartych klasach technikum, musiałem się sporo nauczyć, to i ci mi pewnie dadzą popalić.
Wychowawstwo
Drugi raz w ciągu kilku minionych lat spotkała mnie dziwna i prawdę mówiąc lekko niezrozumiała dla mnie sytuacja.
Odchodząca na urlop macierzyński koleżanka zorganizowała w swojej klasie anonimowy „plebiscyt” na nauczyciela, który miałby na czas jej nieobecności pełnić obowiązki wychowawcy w jej klasie i w sposób zupełnie jednogłośny, wręcz śmiesznie jednogłośny, bo wygląda to właściwie na jakąś zmowę albo wygłupy, zostałem wybrany właśnie ja.
Gdy plebiscyt przeprowadzała w technikum mechanicznym Ela, można to było jeszcze jakoś próbować zrozumieć. Panowie znali mnie wówczas od trzech semestrów, ja znałem ich, wiedzieliśmy mniej więcej, czego się po sobie spodziewać. Dziś, kiedy są w klasie maturalnej, są moimi pupilami i niedawno sprawiłem im tutaj reklamę nad reklamami. Coś nas w każdym razie łączy. To nie są obcy faceci i ja dla nich nie jestem obcy.
Łatwo też było wymigać mi się wówczas od odpowiedzialności spadającej na mnie wraz z tym wskazaniem, bo jako nauczyciel niepełnoetatowy byłem wtedy osobą zupełnie nie na miejscu. Co to za wychowawca (czy nawet osoba pełniąca obowiązki wychowawcy), który jest w szkole dwa dni w tygodniu?
Ale gdy Sylwia pokazała koleżankom w pokoju wyniki plebiscytu w swojej trzeciej klasie liceum ogólnokształcącego, była to dla mnie wielka zagadka. Dziewczyny śmiały się z jednomyślności na tych kartkach, na których jeśli było jakieś inne nazwisko, to tylko obok mojego, a większość kartek wskazywała jednoznacznie na mnie. Mnie było zupełnie nie do śmiechu.
Zastanawiam się, co jest nie tak z tą młodzieżą, której jest tak zupełnie obojętne, kto będzie ich wychowawcą, że wskazują właśnie na mnie? Cóż we mnie takiego jest? Jestem niezbyt rozgarniętym, przeciętnym nauczycielem, z nieszczególnie ułożonym życiem osobistym, rozwodnikiem, bez specjalnych osiągnięć w wychowywaniu dzieci (od lat nie próbuję się nawet spierać z byłą żoną, której zdaniem nie powinienem widywać córki), wprawdzie nie palę, ale bywa, że wypiję o jedno piwo za dużo, do kościoła chodzę od święta, w niedzielę lubię pospać do dziesiątej, a przynajmniej powylegiwać się w łóżku.
Jestem takim zwykłym człowieczkiem, co to nie potrafi sobie poradzić z większością swoich własnych problemów, a oto trzydzieści parę osób, z którymi mam zastępstwa od kilku tygodni i mam mieć przez parę następnych miesięcy (ich anglistka urodziła parę dni temu), uważa, że jestem najlepszym (i właściwie jedynym) kandydatem na ich wychowawcę (wychowawczyni urodzi za parę tygodni). Prawie nikogo z nich nie znam jeszcze z nazwiska. Mało czyje imię pamiętam. Na co liczą? Przecież nie na to, że dzięki mnie wszyscy zdadzą maturę (oblałem sześciu moich własnych maturzystów podczas ostatniej sesji maturalnej). Przecież nie na to, że dzięki mnie wszyscy zostaną do matury dopuszczeni (czterech uczniów powtarza w tym roku przeze mnie klasę).
Nie mam obecnie już prostej wymówki, że jestem niepełnoetatowy, bo pracuję od poniedziałku do piątku. Pozostaje mi liczyć na mądrość dyrekcji mojej szkoły, bo jak tu wychowywać ludzi, których się w ogóle nie zna.
Zaufanie na egzaminie
Koleżanka ucząca w jednym z częstochowskich liceów nie martwi się tym, że w myśl nowego rozporządzenia o ocenianiu nie będzie egzaminować swoich maturzystów na ustnym egzaminie z języka angielskiego. Mówi, że to nawet lepiej. Nie będzie się denerwowała, że po trzech latach jej pracy oni takie głupoty wygadują i tak ją kompromitują przed drugą osobą z komisji. A i oni sami jej zdaniem chętniej i na większym luzie przystąpią do egzaminu, gdy będzie ich pytać ktoś obcy, a nie nauczycielka, która gnębiła ich całe liceum. Gdyby ona miała ich pytać, pewnie by się bardziej denerwowali i byliby przekonani, że zrobi wszystko, żeby ich usadzić. Obawialiby się, że będzie im zadawała podchwytliwe, chamskie pytania i zaniży ocenę.
Smutne w sumie jest to, co Marta mówi.
Mnie jest bardzo przykro, że nie będę słyszał moich uczniów podczas ustnego egzaminu na maturze. Jestem ciekaw, jak sobie poradzą. Wydaje mi się, że zdecydowana większość z nich chciałaby, abym na tym egzaminie był. Po podpisaniu przez ministra Giertycha rozporządzenia wykluczającego mnie z udziału w komisji, przed którą będą zdawać, umówiliśmy się od razu, że po egzaminie spotykamy się wieczorem specjalnie po to, by opowiedzieli mi o jego przebiegu.
Mam grupy maturalne, które do moich klas zostały wcielone w drugiej klasie wskutek likwidacji i łączenia oddziałów. Chłopaki wiedząc już, że nie mogą być pytani na maturze przeze mnie, liczą na to, że pytać ich będzie Asia, która uczyła ich w pierwszej klasie. Nie chcą być pytani przez nauczyciela, którego w ogóle nie znają. Nie chcą zdawać przed komisją, która jest im całkowicie obca.
Nie rozumiem zupełnie, jak po kilku latach wspólnej pracy uczniowie mogą nie mieć zaufania do nauczyciela. Jak to możliwe, żeby chcieli być egzaminowani i oceniani przez kogokolwiek, byle nie przez osobę, do której są przyzwyczajeni i którą powinni byli przez całą szkołę średnią poznać na wylot. Trzecia klasa ogólniaka, w której mam teraz zastępstwa za rodzącą na dniach Asię, też jednogłośnie żałuje, że Asia nie będzie mogła ich egzaminować.
Myślę, że Asia i ja czerpiemy znacznie większą satysfakcję z pracy w szkole, niż Marta. Zatkało mnie, gdy słuchałem przemyśleń Marty. Nie umiałem zareagować. Tak jakbym słuchał strażaka, który nienawidzi i boi się ognia, albo marynarza, który nie umie pływać i nie znosi bezkresnego widoku morza.
