Jeśli w ogóle oglądam telewizję, co rzadko się zdarza, zwykle jest to telewizja niemiecka, ewentualnie brytyjska albo francuska. Dlatego chyba przeżyłem ciężki szok, gdy przypadkowo kątem oka obejrzałem fragment teleturnieju w polskiej telewizji publicznej. Telewizja publiczna, czyli – przypomnijmy – ta od tak zwanej „misji”.
Prowadzący program stawia – całkiem poważnie, co już samo w sobie jest żenujące – pytanie: ile jest cyfr w stosowanym przez nas układzie dziesiętnym: dwie, osiem, dziewięć czy dziesięć? Uczestniczka teleturnieju, uprzedzając, że matematyka nigdy nie była jej mocną stroną, i tłumacząc przez kilkadziesiąt sekund, jak trudno jest jej podjąć decyzję, wybiera opcję „dziewięć”. Potem jest jakaś absurdalna przerwa na lokowanie produktu, a następnie rodzina i przyjaciele uczestniczki zastanawiają się nad tym, czy podtrzymują decyzję kobiety w studiu. Nie wytrzymuję, wyłączam telewizor.
Przez kilka minut telewizja publiczna w dużym europejskim kraju nie tylko toleruje, ale wręcz promuje debilizm.
Myślę sobie, jaki to wstyd, że moje podatki idą na utrzymanie tak żenującej stacji telewizyjnej i takiego stada kretynów.
Na przerwach między zajęciami bywa, że narzekamy z koleżankami na naszych studentów, ale dociera do mnie po tej krótkiej i przypadkowej obserwacji polskiej telewizji publicznej, że praca na Politechnice Krakowskiej to niesamowity zaszczyt. Nasi studenci nie zawsze nas kochają i ja też nie wszystkich uwielbiam. Ale idiotów wśród nich raczej ciężko się doszukać. I to wszystko w państwie, w którym idiotów się promuje w publicznej telewizji. Nie tylko telewizji zresztą…
Tag: Politechnika Krakowska
Kwantyfikatory Jacka
Zaczepiam Jacka na przystanku tramwajowym, bo wydaje mi się, że nie oddał mi książki. Wyjaśniamy sobie sprawę, przyjeżdża 52, wsiadam, a Jacek wsiada ze mną, bo wprawdzie czeka na 9, ale trasa przez kilka przystanków (do Cystersów) się pokrywa, a Jacek – jak się okazuje – też ma do mnie sprawę. Poza tym dziewiątki są stare, głośne i nie ma w nich klimatyzacji.
Zaczyna mi tłumaczyć, że nie będzie go na zajęciach, bo musi sobie uporządkować różne rzeczy w harmonogramie, pogodzić je, i podczas najbliższych zajęć ze mną musi iść do jakiegoś gościa, który wymaga, żeby do niego chodzić na zajęcia. I że umówi się z nim, że będzie chodził w innym terminie. A potem, mówi mi Jacek, musi jeszcze iść do drugiego gościa, który wymaga, żeby do niego nie chodzić na zajęcia, i z nim też coś uzgodnić.
Spoglądam na Jacka z lekką konsternacją, on sam się lekko przycina i zastanawia nad tym, co powiedział, a następnie obaj czujemy ulgę. No tak, gdyby Jacek naprawdę miał takie kłopoty z logiką, jakie na pierwszy rzut oka wynikały z tego przejęzyczenia, to nie ma szans, by mu się kompilowały programy, które skodzi. Dziekan w ubiegłym roku pozwolił Jackowi się przenieść z mechaniki i budowy maszyn na informatykę stosowaną, widocznie miał nadzieję, że w Jacku jest to coś, co sprawia, że może być informatykiem. Oby to się nie okazało pomyłką. Szkoda by było Jacka czasu…
Rośnie Podium, rośnie tęsknota
Odkąd grupa 12K1 skończyła lektorat i przestała przychodzić do mnie na zajęcia w sali A631 na szóstym piętrze, za oknem rośnie symbol mojej tęsknoty za nimi, z każdym dniem coraz większy. Aż pewnego dnia mówiący po ukraińsku panowie zbudują jedenaste piętro i moje serce z tej tęsknoty pęknie, a widok wschodu słońca już nigdy nie będzie mi dany…
Opiniujemy
Kilka dni temu, pod dyskretną nieobecność naszej ustępującej Szefowej, spotkał się z nami Pan Prorektor, który chciał przeprowadzić niezobowiązujący sondaż dotyczący naszych opinii na temat tego, kto powinien zastąpić ją na stanowisku w nowym roku akademickim. W tajnym głosowaniu wyraziliśmy swoją opinię o trzech koleżankach, które zgodziły się podjąć próby sprostania temu wielkiemu wyzwaniu, a każda z nich podziękowała za okazane jej zaufanie i powiedziała parę słów o tym, jak widzi przyszłość naszej jednostki i co jest dla niej najważniejsze.
Jedna z koleżanek powiedziała, że uważa za konieczne, by usprawnić przepływ informacji między nami. To faktycznie istotne. Jest nas kilkadziesiąt osób, ale stale się mijamy, każdy pędzi na swoje zajęcia w rozsianych po całym Krakowie budynkach uczelni, a chociaż mamy i stronę internetową, i profile społecznościowe, i radio akademickie, i rubrykę w uczelnianym miesięczniku, a także tradycyjną komunikację poprzez zarządzenia i ogłoszenia w formie papierowej oraz poprzez administrację jednostki, to ciągle się zdarza, że coś nam umyka. Kilkunastu moich studentów od wielu tygodni czekało na to, by koleżanki z innego Wydziału zorganizowały zapowiadaną wcześniej językową grę miejską, dopytywali o nią, ale – gdy informacja o niej do nas wreszcie dotarła – okazało się, że minął już termin zgłaszania się do udziału w tej imprezie.
Druga koleżanka powiedziała między innymi, że w naszej pracy musimy się wsłuchiwać w głos studentów i ich potrzeby. To bardzo ważny priorytet w działalności nauczyciela akademickiego. Student to dorosły, świadomy swoich celów i mający zdanie na temat metod ich osiągania człowiek. Studia nie są obowiązkowe, więc powinniśmy się cieszyć, gdy idziemy na zajęcia, że ich uczestnicy zdecydowali się studiować, wybrali właśnie naszą uczelnię, właśnie ten wydział i kierunek, właśnie ten język obcy.
Trzecia z koleżanek zademonstrowała szlachetny samokrytycyzm, przyznając się do tego, że jej niektóre cechy, w tym zwłaszcza bezpośredniość i szczerość w mówieniu nieprzyjemnej czasami prawdy, nie zawsze budzą sympatię i nie przez wszystkich przyjmowane są z entuzjazmem.
Bez względu na to, która z koleżanek pokieruje naszą jednostką od przyszłego roku akademickiego (o ile oczywiście nie pokieruje nią ktoś jeszcze inny, wskazany przez Pana Rektora), nowy szef musi pamiętać o każdej z powyższych spraw. Musi mieć w sobie pokorę i dystans do swojej osoby, musi dbać o komunikację w naszym zespole, musi także pamiętać o tym, że to nie studenci są dla nas, ale my dla studentów. Pasowałoby także pamiętać, że nasza jednostka, jako jednostka międzywydziałowa, dydaktyczna, nieprowadząca działalności naukowej, pełni rolę służebną wobec całej uczelni i powinna wsłuchiwać się w potrzeby wydziałów, a nie stawiać się ponad nimi. Ktokolwiek weźmie się za bary z tym wielkim wyzwaniem, trzymam za niego kciuki i nie zazdroszczę.
Zagięty
Znużeni czytaniem i słuchaniem tekstów o oczyszczaniu stali, produkcji aluminium z tlenku glinu i podobnymi rzeczami, studenci informatyki z pierwszego roku myślą już tylko o tym, żeby zajęcia się skończyły i żeby pójść do domu. Tymczasem ja zarzucam ich kolejną porcją słownictwa matematycznego, tym razem o potęgowaniu i pierwiastkach. Na ich twarzach bez wyrazu trudno dostrzec nadzieję, gdy mówię im, że już wkrótce skończymy, niech tylko ustalą w parach odpowiedzi do dwóch ćwiczeń na dobieranie. Zostawiam ich na moment, a kiedy wracam, zadowoleni z siebie pokazują mi całkowicie niepoprawne, losowo udzielone odpowiedzi wypisane na tablicy. Nie powiedziałem, że mają uzgodnić prawidłowe odpowiedzi, oznajmiają, czyli że zajęcia należy uznać za skończone.
Logika informatyków jak zawsze rzuca mnie na kolana i rozbraja. W dodatku bywa, że jest bardzo pomocna.
1% dla Albusa
Moi Koledzy i Koleżanki Matematycy z Politechniki Krakowskiej w najbliższym czasie będą oficjalnie żegnać dr Pawła Michalca, który nie będzie już pracować na uczelni, ale który – mam nadzieję – będzie jeszcze długo cieszyć swą obecnością i zaangażowaniem tych, którzy mają ten przywilej, by z nim obcować. Ufam, że chociaż jeden czytelnik mojego blogu jeszcze nie rozliczył się z fiskusem i przekaże 1% swojego podatku na dalsze zmagania Dumbledore’a z Politechniki Krakowskiej z bezlitosną chorobą, więc pozwalam sobie powtórzyć wpis sprzed trzech lat, opublikowany w czasach, gdy dr Michalec regularnie inspirował nas do pracy swoją wzorową postawą i relacjami ze studentami, nawet tymi, którzy z zaliczeniem matematyki mieli pewne trudności.
Są takie popołudnia i poranki, świty i zmierzchy, gdy Wydział Mechaniczny Politechniki Krakowskiej zdaje się przypominać Hogwarts, chociaż budynki mają bryłę daleką od takiej, którą dałoby się skojarzyć z zamkiem. Na tym zdjęciu na przykład brązowy kolor elewacji zmienił się tak magicznie, że chwila ta uwieczniła się w mojej pamięci, nie tylko na fotografii. Nawet widoczna w kadrze latarnia przywodzi na myśl skojarzenie z lampami, które na samym początku cyklu o Harrym Potterze czarodziejskim sposobem gasi – jedną po drugiej – Albus Dumbledore na Privet Drive.
Nad niektórymi z pracujących na Wydziale ludzi unosi się aura magii porównywalna do tej, jaka wisi nad dyrektorem Hogwartsu. Jedną z takich osób jest doktor Paweł Michalec. Studenci odnoszą się do niego z niezwykłą, naturalną życzliwością, a jego cierpliwość w tłumaczeniu im zagadnień matematycznych nawet podczas poprawiania niezaliczonego kolokwium nie ma chyba sobie równych. Urzekające jest też to, z jakim spokojem i zrozumieniem studenci przyjmują od niego wyjaśnienia dotyczące popełnionych przez siebie błędów.
Za późno się zorientowałem, że Pawłowi Michalcowi może pomóc 1% naszego podatku. Zostało jeszcze parę tygodni na złożenie rocznej deklaracji podatkowej i pewnie nie ja jeden miałem rozterkę, dla kogo przeznaczyć ten swój 1%. Ale jeśli ktoś z Was jeszcze się nie rozliczył, a jednocześnie nie zna żadnej organizacji pożytku publicznego, której warto przekazać parę groszy, serdecznie zachęcam do wpisania w swoją deklarację organizacji o wpisie do rejestru KRS 0000055578 z podaniem celu szczegółowego „Paweł Michalec”. To nie będą zmarnowane pieniądze, a doktor Michalec odda je z nawiązką swoją zaangażowaną pracą ze studentami, szerząc zamiłowanie braci inżynierskiej do matematyki.
Mity (w wymowie) informatyków
Jednym z wpisów, który generuje największy ruch na blogu, jest – stale rozbudowywany – wpis o grzechach głównych informatyków (w wymowie). Pod wpisem nie ma wprawdzie komentarzy, ale dostaję różnymi kanałami spory feedback, w tym sugestie dopisania kolejnych słów, co czasami czynię. Bywa jednak, że sugestie te są nietrafione, a rzekomo błędna wymowa, którą miałbym piętnować, poprawna. Postanowiłem w związku z tym zacząć zbierać także i takie kwiatki w specjalnym, oddzielnym wpisie, co niniejszym czynię.
agile
Praca ze studentami to nieustanna nauka. Także nauka pokory, bo bywa, że poprzez obcowanie z nimi sami się uczymy czegoś, co oni już umieją. Tak było w moim przypadku z wymową agile. Agile i SCRUM to coś, o czym większość studentów pierwszego roku nie ma pojęcia, ale na drugim stopniu wszyscy mówią już o tym bez przerwy. Z całą zarozumiałością, na jaką było mnie stać, poprawiałem początkowo studentów, którzy – mówiąc agile – nie robili tego po brytyjsku, czyli nie mówili [ˈædʒ.aɪl]. Aż w końcu studenci drugiego stopnia studiów nie wytrzymali, pokazali mi parę tutoriali na YouTubie, i udowodnili, że żaden Amerykanin nie powie tego inaczej niż [ˈædʒ.əl]. Przyjąłem tę lekcję z pokorą.
data
Większość informatyków mówi [ˈdeɪtə]. Gdy padnie inna wymowa, część z nich waha się, czy popełniono błąd, a część wzdryga się wręcz słysząc [ˈdætə] albo [ˈdɑːtə]. Tymczasem wszystkie sposoby wymowy są poprawne i nawet to, jakoby wynikające z kontekstu różnice w znaczeniu wyrazu (data jest rzeczownikiem w liczbie mnogiej, jeśli odpowiada pojedynczemu rzeczownikowi datum, i używane jest w liczbie mnogiej głównie w kontekstach naukowych) miały wpływ na to, jak ten wyraz się wymawia, to nie znajdujący pokrycia w rzeczywistości stereotyp. Najpowszechniej występująca wymowa, [ˈdeɪtə], jest pospolita w Wielkiej Brytanii, w Stanach i w Irlandii. Z kolei [ˈdætə], z dźwiękiem æ takim jak w wyrazie cat, to wymowa spotykana w Stanach i Irlandii, a [ˈdɑːtə] można usłyszeć w Australii, Nowej Zelandii, a także – w bardziej formalnych kontekstach – w Wielkiej Brytanii.
dimension
Zdarzyło mi się wielokrotnie słyszeć, jak studenci wzajemnie się poprawiają w wymowie tego wyrazu. Ba, słyszałem także, jak są poprawiani przez lektorów języka angielskiego. Tymczasem w wymowie rzeczownika dimension obok brytyjskiego [daɪˈmenʃən] jest także jak najbardziej poprawna i powszechna wymowa amerykańska, [dɪˈmenʃən].
directory
Podobnie jak w przypadku dimension, zarówno wymowa [dɪˈrek.tər.i, jak [daɪˈrek.tər.i], są poprawne. Nie ma się co spinać. Tak i tak jest dobrze. Co ciekawe, po obu stronach oceanu.
privacy
Odwrotnie niż w przypadku dimension, brytyjska wymowa rzeczownika privacy to [ˈprɪv.ə.si], a amerykańska to [ˈpraɪ.və.si]. Większość studentów mówi to po amerykańsku, większość lektorów poprawia ich, by mówili po brytyjsku.
router
Jesteśmy tak przyzwyczajeni do polskiego wyrazu ruter, że gdy słyszymy [ˈraʊ.t̬ɚ], część z nas się dziwi. Tymczasem jest to jak najbardziej poprawna, amerykańska wymowa tego wyrazu. Równie poprawna jak brytyjska – bliższa językowi polskiemu – wymowa [ˈruː.tər] . Dotyczy to oczywiście nie tylko samego wyrazu router, ale także czasownika route i całego szeregu komend, których czytelnikom zaglądającym do tego wpisu przypominać raczej nie trzeba.
Ten wpis, podobnie jak wpis o błędach w wymowie popełnianych powszechnie przez informatyków, będzie stale rozbudowywany. Powstały także wpisy o błędach w wymowie popełnianych przez matematyków i przez inżynierów wszelkiej maści.
Humaniści z M-7
Trochę zdziwiony po rozmowie z kilkunastoosobową grupą dorosłej młodzieży o zamiłowaniach artystycznych, że nikt z nich nie ma najmniejszego pojęcia nie tylko o akcji książki Raya Bradbury’iego „Fahrenheit 451”, „Nowym wspaniałym świecie” Aldousa Huxleya, ale nawet nie rozumie podstawowych moim zdaniem symboli i skrótów myślowych naszej kultury wywodzących się z „Roku 1984” George’a Orwella, słucham Jakuba, studenta I roku informatyki, absolwenta Zespołu Szkół Łączności przy Monte Cassino w Krakowie, prezentującego opracowany na „lekturkę” tekst techniczny. Mając w pamięci świeże doświadczenie z nieoczytaną grupą humanistów, bez żadnej nadziei na sensowną odpowiedź, w ramach odpytywania go ze słówek w przygotowanym przez niego tekście, proszę po angielsku o wyjaśnienie, czym się różnią w swoim znaczeniu przymiotniki „utopijny” i „antyutopijny”. Ku mojemu zdumieniu, Jakub zaczyna szczegółowo wyjaśniać, rzucając przy okazji tytułami książek i filmów i streszczając je pokrótce.
Innym razem, po całej serii snapów, na których były student, także informatyk, pokazuje się z jakąś niezwykle sympatyczną niewiastą w mniej i bardziej intymnych ujęciach oraz podczas mniej lub bardziej hucznej zabawy, piszę mu na Skypie, że sądząc po snapach, jest – niczym Dorian Gray – z każdym dniem coraz młodszy. Artur przyznaje mi rację, że czuje się coraz młodszy, ale jego reakcja na moje spostrzeżenie kończy się konstatacją, że do Doriana Graya lepiej go nie porównywać, bo on za swoją młodość płacił straszną cenę i psuł się od środka.
Do niedawna nie interesowałem się w ogóle operą i nie doceniałem ani zaklętej w niej potęgi emocji i ekspresji, ani sztuki wokalnej, ani innych aspektów artystycznych. Na szczęście w ostatnich tygodniach zaczęło się to zmieniać i obejrzałem między innymi „Il Trovatore” Verdiego. Inaczej w ogóle bym nie zrozumiał, co do mnie mówi jeden ze studentów informatyki, gdy powiedział, że „nie ma co się przejmować niczym Leonora i Manrico w czwartym akcie”. Zaprawdę, spadł mi kamień z serca i odetchnąłem z ulgą, że Piotr użył porównania nawiązującego akurat do tej opery, a nie do jakiejś innej, której jeszcze nie zdążyłem poznać. Muszę się naprawdę pospieszyć, jest jeszcze tyle różnych rzeczy, o których nie mam pojęcia, a przecież chodzę po tej planecie już czterdzieści cztery lata… A czymże jest moja wiedza o Verdim czy Puccinim przy wiedzy, jaką muszą mieć dwie studentki instytutu M-7, które w wolnych chwilach dorabiają sobie pomagając przy choreografii i scenografii w krakowskiej operze…
Nowinki
Od niedawna, w każdą środę o godzinie 11:00, prowadzimy w naszym akademickim Radio Nowinki cykliczną audycję Wokół języka. Jutro pierwsza z trzech audycji, w których dwaj moi studenci z Białorusi i Ukrainy będą opowiadać o swoich doświadczeniach studiowania w Krakowie.
Dzięki streamingowi, radia można słuchać na całym świecie.
Odpowiedź na zaproszenie
Dostałem SMS-em, w Snapach, na Hangoutach i na WhatsAppie kilka zaproszeń na jutrzejszy Protest Studentów na Rynku Głównym w Krakowie.
Dziękuję za zaproszenia, ale nie mogę wziąć udziału w #proteststudentow i #studiujeprotestuje. Mam w tym czasie ostatnie (w tym semestrze i w ogóle) zajęcia z grupą 12K1, nikt z nich nie zaprosił mnie jutro na Rynek, więc widocznie traktują moje jutrzejsze zajęcia bardzo poważnie i część z nich będzie chciała coś na nich załatwić.
Wyraziłem swoje poparcie w petycji online. Mogę także obiecać, że jeśli ktoś z grupy 12K1 nie jest jeszcze dopuszczony do egzaminu albo nie sfinalizował jeszcze kwestii swojego zwolnienia z tego egzaminu czy jakiejkolwiek innej sprawy związanej z zaliczeniem mojego przedmiotu, a chciałby jutro być na Rynku Głównym, na pewno znajdziemy jakieś wyjście z tej sytuacji i umówimy się w terminie, który będzie dogodny dla obu stron i z niczym nie będzie kolidować. Choćby w najbliższą niedzielę. Wystarczy się odezwać.



