Wczorajsze popołudnie. Wracam z pracy, idę na spacer z psem. Dla mnie to przedostatni dzień zajęć dydaktycznych (dzisiaj jeszcze, przy praktycznie zerowej frekwencji, udawaliśmy, ze pracujemy). Kilkaset metrów od domu spotykam chłopaków z trzeciej klasy technikum, których uczę, a którzy są na jakimś unijnym szkoleniu i – wygrzewając się w słońcu – grają w karty. Dla nich to już praktycznie środek ferii wielkanocnych.
Od jakiegoś czasu rozmawiam z nimi tylko po angielsku i udaję, że nie rozumiem, gdy mówią przy mnie (lub do mnie) po polsku. Teraz, w późnopopołudniowych godzinach, ze smyczą w ręku, widząc ich przez siatkę, nad kartami, zapominam się i zagaduję do nich po polsku. Błyskawicznie udają, że nie rozumieją i zaczynają do mnie nawijać po angielsku. Stworzyłem potwory. Udali mi się, skurczybyki.
Tag: język angielski
List do Hiszpanów
Trzecia mechanika jest rzeczywiście świetna. Co myślą, to powiedzą lub napiszą prosto z mostu, a przemyślenia mają oryginalne i trafne.
Kilka lat temu jedna z Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych przeprowadziła na swoim terenie maturę próbną z języka angielskiego, w której – zgodnie z poleceniem – zdający mieli napisać list do rodziców swojego kolegi z … Hiszpanii. Użycie języka angielskiego w tej pracy wydaje się może odrobinę sensowniejsze, niż znane z zadań na starej, ustnej maturze rozmowy w obcym języku z własną mamą, którą trzeba było przekonać, by pozwoliła nam pójść na dyskotekę. Ale czy aby na pewno?
Moi uczniowie z klas drugich i starszych pisali ostatnio to zadanie w ramach pracy domowej. Troje z nich zaczęło swój list słowami „Buenos dias Amigos”, a Kamil z trzeciej mechanika oddał pracę w całości po hiszpańsku:
Queridos amigos de Espana. Muchas gracias por una estancia agradable, y por el regalo que recibí de ustedes. Estoy muy contento con él y me gusta mucho. Ayer llegué a casa. viaje fue tranquilo, sin mayores problemas. Sólo el avión se quedó sin combustible y aterrizó de emergencia y teníamos el océano. En Polonia tenemos un clima envidiable, por lo que planea pasar el resto de las vacaciones en Polonia. Espero que nos volvamos a encontrar e invitar a su hijo el día de fiesta el próximo ano al polaco
Praca na pewno nie idealna, ale rodzice kolegi z Hiszpanii pewnie by ją zrozumieli. A trzeba mieć jaja, żeby w pełni świadomie oddać zadanie domowe z angielskiego napisane na zero punktów tylko po to, by pokazać, że jest się spostrzegawczym, błyskotliwym, a także – przynajmniej w pewnym aspekcie – mądrzejszym niż autor i recenzent zadania oraz nauczyciel, który kazał napisać bezsensowną pracę domową. Nic dziwnego, że panowie wpadają w samozachwyt.
Wieża Babel
„Guide” – odpowiadam bezmyślnie na otrzymaną na telefon wiadomość od Alberta z pytaniem o to, jak jest po angielsku „przewodnik”.
Po chwili nachodzi mnie refleksja i odpisuję mu jeszcze raz, że jak człowiek, który oprowadza turystów, to „guide”, jak książka to może być np. „guidebook”. A jeśli człowiek, który czemuś przewodzi, stoi na czele czegoś, to „leader”.
Mija kolejna chwila, a burza w mojej głowie podpowiada mi, że Albert nieszczególnie interesuje się na co dzień turystyką, a już na pewno nie w największe zimowe mrozy, polityki chyba też nie miał na myśli, więc piszę jeszcze raz, że jeśli taki, co przewodzi ciepło czy elektryczność, to „conductor”.
Za moment kontekst pytania Alberta staje się oczywisty i wszystko już wiadomo.
To zajście sprzed kilku dni przypomniało mi się wczoraj, gdy podczas dyżuru użyłem służbowego telefonu, by zadzwonić do sekretariatu. Panowie, w sprawie których dzwoniłem, z mieszaniną politowania i niedowierzania na twarzy przyglądali się, jak podnoszę słuchawkę i wykręcam czterocyfrowy numer wewnętrzny na tarczy telefonu, który – przypuszczalnie – jest starszy od nich. Czekając na załatwienie sprawy po drugiej stronie linii zacząłem mimowolnie czytać testy, położone przez jedną z koleżanek przy aparacie. W jednym z zadań utknąłem na tłumaczeniu z języka polskiego na angielski wyrwanego z wszelkiego kontekstu zwrotu „odwiesić słuchawkę”. Dłuższą chwilę musiałem się zastanawiać, co to właściwie znaczy, i chyba do tej pory nie jestem pewien. Nie przypominam sobie, by ktokolwiek z moich znajomych tak mówił, ale po kilku godzinach dochodzę do wniosku, że zwrot ten należało pewnie przetłumaczyć „hang up”.
Nie spytałem panów, którym stary telefon ze słuchawką na długim, kręconym kablu wydawał się tak kuriozalny, czy rozumieją polskie wyrażenie „odwiesić słuchawkę”, ale jestem pewien, że za dziesięć lat będzie to zwrot zupełnie obcy dla młodzieży. A ja mam jeszcze pracować dwadzieścia osiem lat? Trzeba się zastanowić nad tym, w jakim zawodzie, bo wszystko wskazuje na to, że – jak tak dalej pójdzie – jako nauczyciel nie dogadam się z uczniami czy studentami ani po angielsku, ani po polsku.
Noworoczne zmęczenie
Na pierwszych lekcjach w nowym roku omawiam z panami z trzeciej klasy ich wypracowania napisane na maturze próbnej rozszerzonej przed świętami. Pokazujemy sobie, kto i dlaczego rozminął się z tematem, kto świetnie i wieloaspektowo go omówił, jakie były niedociągnięcia w kompozycji, co można było poprawić.
Korzystając z tego, że mamy akurat nowe repetytoria, odnajdujemy w nich stronę poświęconą pisaniu rozprawki argumentatywnej i czytamy znajdujące się tam wskazówki i wytyczne. Czując pewien niedosyt, wyświetlam im z projektora ćwiczenie polegające na uzupełnieniu przykładowej rozprawki typowymi dla tej formy zwrotami w rodzaju first of all, moreover, on the other hand, to sum up itp. Panowie ze spokojem tolerują mój monotonny wykład i odzywają się nawet od czasu do czasu, chociaż wyraźnie brakuje im sił.
Wydaje mi się, że powinni sobie przenotować do repetytorium zwroty, które właśnie wstawiamy do ćwiczenia, ale widząc ich skrajne wyczerpanie i bohaterski spokój, z jakim starają się mnie słuchać, nie śmiem im tego proponować. Mówię więc, że jeśli ktoś nie jest w stanie, niech mi da repetytorium, to mu przenotuję. Na moim biurku natychmiast ląduje siedem otwartych we właściwym miejscu książek, a ja – patrząc w niewinnie bezsilne twarze ich właścicieli – nie widzę innego wyjścia i starannie, czytelnie notuję im, co trzeba. Jest cicho, spokojnie, a wszyscy zachowują się rozbrajająco naturalnie, jakby nic szczególnego się nie działo.
Zbuk w lakierowanej skorupce
Marcin Smolik jest niepodważalnym autorytetem w dziedzinie systemu egzaminów zewnętrznych i matury z języka angielskiego, a repetytorium Revise ForMatura jego – między innymi – autorstwa to od lat jedna z najlepszych pozycji na rynku. Nie ma w nim kolorowych stron i nagłówków, rysunki, zdjęcia i wszelkiego rodzaju wodotryski nie przysłaniają treści, a materiał jest obfity, urozmaicony, zróżnicowany stopniem trudności i nie traktuje potencjalnego maturzysty jak debila, który ma wyłącznie wykuć jakieś wymyślone przez autora listy słówek ułożonych w piętnaście zakresów tematycznych. Książka nadaje się znakomicie do pracy w klasach, w których są zarówno zdający wyłącznie poziom podstawowy, jak i tacy, których ambicją jest dodatkowy egzamin na poziomie rozszerzonym.
Dlatego już trzykrotnie pracowałem z klasami maturalnymi (raz w liceum i dwa razy w technikum) z tym właśnie repetytorium, a ostatnio – bez chwili wahania – natychmiast kupiłem w internetowej księgarni rzekome zaktualizowane wydanie repetytorium, opatrzone wielkim graficznym znakiem z datą „2012”. Byłem tak szczęśliwy, że wydawnictwo Macmillan zdecydowało się „odświeżyć” to znakomite repetytorium i dostosować znajdujące się w nim wskazówki i zadania do nowej formuły ustnego egzaminu maturalnego, która obowiązuje od tego roku szkolnego (maturzysta przystępuje do jednego egzaminu ustnego z języka obcego, na ujednoliconym poziomie, bez podziału na poziom podstawowy i rozszerzony), że natychmiast zamówiłem sobie tę cudowną „nowość” wydawniczą i zapłaciłem za nią z góry, a także zapowiedziałem panom w obu trzecich klasach, że będziemy się uczyć z tego repetytorium.
Jakież było moje rozczarowanie, gdy w otrzymanej przesyłce znalazłem świetnie mi znane stare wydanie, tyle że opakowane w śliczną błyszczącą folię i opatrzone naklejką z napisem „nowe wydanie 2012”. Dla zachowania pozorów, wydawnictwo włożyło do środka broszurkę zawierającą piętnaście zestawów do matury ustnej według nowej formuły autorstwa Arkadiusza Mędeli. O ironio, w tej samej przesyłce otrzymałem jeszcze jeden egzemplarz tej broszurki, bo – nie będąc świadom, że jest jako gratis dodawana do repetytorium – zamówiłem ją niezależnie, za jedną siódmą ceny repetytorium, którego stare wydanie już przecież posiadałem.
W ubiegłym roku w jednej z klas maturalnych kończyłem po innym nauczycielu pracę z repetytorium innego prestiżowego wydawnictwa, w którym większość „wzorowych” listów, będących przykładami realizacji zadań maturalnych, zawierało błędy, a część wskazówek dla piszących takie zadania była wręcz szkodliwa. Autorom repetytoriów zdarza się czarno na białym udowadniać, że nie mają pojęcia o zasadach konstruowania zadań i kryteriach oceniania. Sztandarowym dla mnie przykładem takiej ignorancji było w jednym z repetytoriów zadanie, w którym portretowe zdjęcie Adama Małysza było wykorzystane w opisie ilustracji na poziomie podstawowym, gdzie zdający powinien mieć możliwość powiedzenia nie tylko kto jest na zdjęciu, ale także gdzie się znajduje i co robi. W repetytoriach roi się też od fotografii miejskich i wiejskich krajobrazów i pejzaży, na których w ogóle nie ma ludzi.
W tym roku mam z maturzystami repetytorium z jeszcze innego wydawnictwa, w którym w zasadzie na każdej lekcji poprawiamy jakieś błędy ortograficzne w książce, w dodatku większość z nich są w stanie wskazać sami uczniowie. Tydzień temu zauważyliśmy czasownik w trzeciej osobie liczby pojedynczej użyty do orzeczenia w zdaniu, w którym podmiot był w liczbie mnogiej. W tym, jak i w ubiegłorocznym repetytorium, zadania rozumienia ze słuchu sprawdzają często nie znajomość języka angielskiego, ale umiejętność rozpoznawania odgłosów. Słysząc bowiem w tle rozmowy ryk silników i zapowiedzi odlotów samolotów nie trzeba przecież rozumieć, o czym rozmawiają osoby na nagraniu, by domyślić się, że są na lotnisku, a nie w supermarkecie. Przedwczoraj robiliśmy zadanie, w którym trzeba było w tle zauważyć i rozpoznać odgłos strzału, by wiedzieć, że nie chodzi o bicie dzwonu. W rozumieniu czytanego tekstu zdarzyło nam się już parokrotnie, że żadna z podanych odpowiedzi nie była prawidłowa, a uczniowie potrafili każdą z nich logicznie wykluczyć, wskazując odpowiedni fragment tekstu.
Revise ForMatura nie zawiera takich niedoróbek, jest dopracowane, przemyślane i spójne. Kupimy to repetytorium, ale mam żal do wydawnictwa. Wybralibyśmy tę książkę nawet wtedy, gdybym miał świadomość, że nie została zaktualizowana.
Tajemnica sukcesu
Od jakiegoś czasu młodzież chwali sobie hamburgery w szkolnym sklepiku, podobno są jeszcze lepsze, chociaż cena nie uległa zmianie. Moi mechanicy odkryli dzisiaj na półce składnik, który podejrzewamy wspólnie o to, że jest kluczem do sukcesu ulepszonych hamburgerów. Wydaje się, że to jakiś sos robiony między innymi z pomidorów. Nazywa się „keczub”.
W nagrodę kara
Gdy kilka tygodni temu konsultantka mojego operatora telefonicznego próbowała mnie nakłonić do zakupu i uruchomienia na stałe promocyjnego, comiesięcznego pakietu minut w cenie wyższej, niż standardowa cena połączeń, poczułem się oburzony i złożyłem reklamację, która zresztą została uznana, operator przeprosił mnie, podziękował za czujność i w ramach przeprosin uruchomił mi darmowy pakiet pięćdziesięciu minut do wykorzystania. Zapewne jednak nie ja jeden dostałem tę rewelacyjną ofertę, przygotowaną rzekomo dla wyjątkowych stałych klientów, a Plus naciągnął na nią niejedną osobę, która nie zastanowiła się, co jej się proponuje.
Staranne czytanie ze zrozumieniem i do końca wszystkich regulaminów, instrukcji i poleceń zdaje się umiejętnością zanikającą, co udowodniliśmy ostatnio, ogłaszając z panami z trzeciej klasy konkurs dla klas pierwszych i drugich. Pytanie w konkursie było niezwykle proste, co – niczym pytania w SMS-owych promocjach – przyciągnęło do udziału w nim spore grono siedemnastu osób. Trzy spośród nich były z klas starszych, więc – gdyby odpowiedzi konkursowe przesyłało się płatnym, i to słono, SMS-em, mielibyśmy w kieszeni czysty zarobek. Pozostałe czternaście osób były jak najbardziej uprawnione do udziału w konkursie, dość trudno jednak zrozumieć zapał, z jakim garnęły się do przesyłania odpowiedzi, chociaż regulamin dość jasno określał pulę nagród do zdobycia: trzy pierwsze osoby miały otrzymać ocenę niedostateczną, trzy kolejne – najniższą możliwą ocenę w skali ocen szkolnych, a trzy kolejne miały się załapać na to samo, co trzy pierwsze. Czyli w konkursie było do wygrania dziewięć ocen niedostatecznych.
Oczywiście nie wpiszę tych pał nadgorliwym uczestnikom konkursu, ale mam nadzieję, że czegoś ich ta przygoda nauczy. Na maturze z języka obcego pod każdym zadaniem w arkuszu znajduje się instrukcja, wydrukowana szczególnie dużymi, wytłuszczonymi literami, o treści: „Przenieś rozwiązanie na kartę odpowiedzi”. Mimo to co roku wielu maturzystów zapomina zakodować swoje odpowiedzi na karcie sczytywanej przez skaner, a tym samym ryzykuje, że nie zda matury (nie przenosząc zadań zamkniętych, z zadań otwartych należy otrzymać maksymalną możliwą liczbę punktów, by zdać egzamin).
Organizatorzy konkursu, panowie z trzeciej klasy, byli zdumieni widząc, jak ich młodsi koledzy i koleżanki zabijają się o pały z angielskiego. Jeden z drugoklasistów zamieścił na Facebooku gorączkowy apel, zachęcający kolegów i koleżanki z klasy do udziału w konkursie, dołączając bezpośredni link do miejsca, w którym należało wpisywać odpowiedź. Początkowe rozbawienie organizatorów ustąpiło uczuciom i przemyśleniom, których wyraz dał jeden z nich, pisząc do mnie maila takiej oto treści:
Kochany Ojcze Niebieski.
Na początku ten konkurs „dla młodych” mnie śmieszył, po prostu myślałem, że będzie to zwykłe robienie sobie jaj z młodszych kolegów. Ale śledząc wpisy z odpowiedziami młodych muszę przyznać, że to nie jest śmieszne, lecz tragiczne. Przeraża mnie lekkomyślność i brak jakiejkolwiek odpowiedzialności ze strony ludzi, którzy bardzo szybko zbliżają się do pełnoletności. Dlatego też myślę że trzeba uczynić wszystko, co w naszej mocy, aby nauczyć ich co to znaczy być dorosłym i odpowiedzialnym za to, co się robi. Tym razem konsekwencje, jakie ich spotkają, będą niczym w porównaniu z tym, co może ich spotkać w przyszłości, jeśli nie nauczą się zwracać uwagi na najdrobniejsze szczegóły, które często zmieniają sens w wielu przypadkach.
Zapamiętajmy wszyscy. I młodzi i starzy. Bo chyba zbyt łatwo dajemy się nabijać w butelkę.
Ożenki i zamążpójścia
Trochę o tym, jak zmiany społeczno – kulturowe skutkują powstawaniem problemów językowych wcześniej niewyobrażalnych.
Od paru tygodni w Nowym Jorku trwa gorączkowe nadrabianie zaległości i pobieranie się przez pary, które dotąd miały z tym pewien problem, ponieważ nie były (i nadal nie są) mieszane, a w każdym razie nie ze względu na płeć.
Donosząc o tym w internetowym wydaniu „Wysokich Obcasów” Barbara Szelewa zaniepokoiła mój wyczulony ostatnio* zmysł językowy rodzimego użytkownika polskiej mowy, tytułując swój artykuł „Nowy Jork żeni się w niedzielę„.
W polszczyźnie obowiązuje taki słowny stereotyp, że mężczyzna się żeni, a kobieta wychodzi za mąż. Słowny, bo nie do końca pasujący do opisywania współczesnej, globalnej rzeczywistości. Cóż bowiem oznacza „żenić się”, jeśli nie „stawać się żonatym”, czyli takim, który ma żonę? Podobnie jak „wychodzić za mąż” to przecież nic innego, jak „stawać się zamężną”, czyli taką, która ma męża. Gdy małżeńską przysięgę składa sobie dwóch mężczyzn, żaden z nich się nie żeni. Gdy przed ołtarzem stają dwie kobiety, żadna z nich nie wychodzi za mąż.
Ciekawe, ale wydaje mi się, że przymiotniki „zamężny” i „żonata”, jako ogólnie zrozumiałe i jednoznaczne, przyjmą się w języku polskim o wiele szybciej, niż poprawne stosowanie wyrażeń „wychodzić za mąż” i „żenić się” w przypadku par tej samej płci. Tym bardziej, że dla osób pozostających w związku małżeńskim brak uniwersalnego określenia stanu cywilnego, które nie zdradzałoby nijak płci współmałżonka, takiego jak określenie „wolny” lub „wolna” zamiast „kawaler” i „panna”.
Mamy tu w języku polskim do czynienia z fenomenem niespotykanym w angielszczyźnie, w której wszystkie najbardziej naturalne określenia czynności związanych z ożenkiem lub zamążpójściem są neutralne i pozbawione wszelkich oznak seksizmu. Po polsku można wprawdzie mówić o „pobieraniu się”, „stawaniu przed ołtarzem” czy „wchodzeniu na nową drogę”, ale „żenić się” i „wychodzić za mąż” kolokwialnie triumfują, tyle że nie zawsze poprawnie, zwłaszcza to pierwsze.
* Niedawno pisałem o wpadkach językowych w reklamie Banku Gospodarki Żywnościowej i informacji o śmierci Andrzeja Leppera na głównej stronie Onetu
Hotelarz po angielsku
Jak podaje OKE Wrocław w jednym z opracowań, w dużej liczbie prac egzaminacyjnych zdający w ogóle nie wykonują tego elementu pracy, albo wykonują go fragmentarycznie, na przykład ograniczają się do zwrotu „Serdecznie witamy” w liście powitalnym. W pozostałych, obszerniej prezentujących umiejętności językowe i fachowe zdających, najczęściej popełniane błędy to:
• błędy językowe,
• niewłaściwa forma listu,
• brak podpisu i/lub daty,
• brak właściwych lub w ogóle brak zwrotów grzecznościowych.
Z drugiej strony, wachlarz możliwych do napisania na egzaminie praktycznym zadań w języku obcym jest ograniczony i można się przygotować do wykonania tego zadania o wiele łatwiej, niż do matury z języka, gdyż prace są szablonowe, pozwalają się wykazać znajomością gotowych, schematycznych, przewidywalnych sformułowań i specjalistycznego słownictwa.
Wśród form, które mogą wystąpić w części praktycznej egzaminu zawodowego w zawodzie technik hotelarz, należy wymienić:
• zaproszenie
• list powitalny
• potwierdzenie rezerwacji
• odmowę rezerwacji
W innym opracowaniu z komentarzami na stronie OKE Wrocław podano przykładowy wzorcowy list powitalny, cytowany z pracy zdającego w jednej z poprzednich sesji:
Dear Mr George Collins,
We are greatly honoured to welcome you to the Saturn Hotel in Polanica Zdrój.
We would like to assure you that we will do our best to make your stay a most memorable experience.
We wish to invite you to use a great variety of hotel facilities. There is a swimming-pool at your disposal.
Please visit our hotel restaurant which serves tasty dishes from around the world.
I would like to invite you to supper with me on 22.07.2009 at 6 p.m.
Please feel free to taste the wine and fruit which are prepared in your room*.
We hope we will come up to your expectations. We wish you a pleasurable stay in our hotel.
Yours sincerely,
Artur Kowalski
The hotel manager
W tegorocznej sesji egzaminacyjnej zdający również pisali list powitalny w języku obcym i spora część cytowanych powyżej zwrotów mogła z powodzeniem znaleźć zastosowanie. Należy jednak pamiętać o tym, by praca była zgodna z poleceniem, to znaczy by nie sprawiała wrażenia gotowca listu powitalnego pasującego do każdej sytuacji, ale by odnosiła się do sytuacji określonej w poleceniu zadania egzaminacyjnego. Na przykład w tym roku zdający miał sformułować list powitalny do zagranicznego gościa zapraszanego do hotelu przez kółko łowieckie, a w liście należało zawrzeć informacje o planowanej prelekcji o przyszłości łowiectwa w Unii Europejskiej, polowaniu i uroczystej kolacji. Niektórzy zdający – zapewne przez nieuwagę – adresowali list powitalny do kółka łowieckiego organizującego imprezę, zamiast do gości. Inni pisali powitania, w których nie było ani słowa o szczegółach programu, tym samym niemożliwe było przyznanie przez egzaminatorów punktów za właściwą formę i język zaprezentowany w pracy.
Część zdających nie miała problemów z wyrażeniem informacji o prelekcji, polowaniu i uroczystej kolacji. Zwłaszcza to ostatnie wydawało się być obecne w obszernym zasobie gotowych zwrotów, jakie mieli w głowie. Ale byli i tacy, którym udało się przekazać informacje mimo wyraźnych braków leksykalnych, np. zamiast na prelekcję zapraszano gościa na meeting to talk about…, speech, lecture, discussion. A jeden ze zdających, który nie umiał sobie poradzić ze słowem polowanie, a raczej z jego nieznajomością, wybrnął w bardzo ciekawy sposób: After dinner you and your friends are going to the forest where you can kill some wild animals together. Kółko łowieckie, które było organizatorem imprezy, sporadycznie tłumaczono całkiem zgrabnie, np. hunting society, hunting club, ale niektórzy zdający radzili sobie pisząc, na przykład, Animal Killers, Animal Shooters itp.
By otrzymać dużą liczbę punktów z tego zadania, warto uważać, by nie pomylić powitania z zaproszeniem, a także by nie pomylić ról (osoba zapraszająca, hotel, gość itp.). Należy w spójny i przejrzysty sposób zaprosić do skorzystania z usług hotelu, wymieniając niektóre z nich, zwracać się – przynajmniej w niektórych zdaniach – bezpośrednio do witanego gościa, a nie bezosobowo, zdaniami cytowanymi jakby z folderu reklamowego. Należy także, podobnie jak na maturze, pamiętać o zachowaniu odpowiedniej struktury listu, ze zwrotami grzecznościowymi na powitanie i na zakończenie. Dodatkowo jednak, w przeciwieństwie do listu maturalnego, należy zawrzeć nagłówki z danymi odbiorcy i adresata oraz miejscowość i datę. Napisanie ich nie tylko zwiększa przejrzystość listu i pomaga zachować odpowiednią formę, ale zmusza zdającego do zastanowienia się nad tym, kto, do kogo i w czyim imieniu kieruje list powitalny.
* w cytowanej pracy poprawiono błąd językowy
Cytat dnia
Najpopularniejszym postem na moim blogu w ciągu ostatniego miesiąca jest wpis zawierający słowa tegorocznej maturzystki, która z niewinną miną i – jak zakładam – zupełnie nieświadoma tego, co mówi, zwróciła się do mnie z prośbą: „Zrób mi dobrze, przeleć mnie”.
Pozwolę sobie w takim razie przedłożyć czytelnikom kolejny cytat. I doradźcie, czy zaliczyć takie zdanie jako zakończenie listu prywatnego? Oto ono: „I want to do you with all my family” („Chcę Cię przelecieć z całą moją rodziną”). Właściwie, wraz z następującym po tym zdaniu zwrotem grzecznościowym, jest to jeden z najbardziej zrozumiałych fragmentów listu.
Takie oto rzeczy muszą znosić nauczyciele języków obcych w wypowiedziach pisemnych i ustnych swoich uczniów i uczennic.

