Kolce w Krakowie i w Londynie

Miałem mieszane uczucia, gdy pierwszy raz zobaczyłem na nowym dworcu głównym albo na nowym Rondzie Mogilskim kolce, mające uniemożliwić gołębiom i innym ptakom siadanie na różnych poziomych powierzchniach konstrukcji budynków, tuneli i schodów. Do tej pory dziwnie się czuję, gdy mój wzrok przypadkowo padnie w jednym z tych miejsc na gęsto ustawioną siatkę ostrych drutów. Niby rozumiem, czemu je zamontowano, zgadzam się z tym, że nie odbiera to ptakom możliwości przesiadywania gdzie indziej, nie umiem też zaproponować żadnego skutecznego alternatywnego rozwiązania, które pomogłoby utrzymać gzymsy, parapety i inne powierzchnie płaskie w czystości (nigdy się zresztą nad tym nie zastanawiałem, nie taka moja rola i brak mi kompetencji).
Czuję się w każdym razie niezręcznie wobec gołębi i z tym większym niedowierzaniem, maszerując sobie z busa do pracy, słuchałem lokalnego londyńskiego radia (swoją drogą, jakie to wspaniałe czasy, że można mieć w Krakowie stacjonarny londyński numer telefoniczny albo słuchać radia z Londynu, idąc przez rozkopane Rondo Czyżyńskie). W LBC toczyła się dyskusja o kolcach, które jeden z developerów pomontował przy wejściach do klatek schodowych swoich bloków, by zniechęcić bezdomnych do koczowania. Od kilku dni na Twitterze i w mediach tradycyjnych brytyjskiej stolicy trwają spory, czy taki pomysł to bezduszne i pozbawione szacunku dla człowieka traktowanie uprawiających tzw. „rough sleeping” (poznałem ciekawe nowe wyrażenie) czy racjonalne, pragmatyczne rozwiązanie problemu czystości i bezpieczeństwa w sąsiedztwie budynku mieszkalnego.
Wydaje mi się, że osoba, która zaprojektowała londyńskie kolce przeciw bezdomnym, musiała mieć odrobinę wyrzutów sumienia, bo okazuje się, że wyglądają one nieco lepiej niż te krakowskie, mające odstraszać gołębie. Gdyby nie to, że w tej sprawie także mam mieszane uczucia, powiedziałbym nawet, że wyglądają estetycznie. A w każdym razie dużo lepiej niż betonowe klocki-piramidki pod wiaduktami w Chinach, jakie odkryłem, szukając zdjęć z Londynu, wokół których rozpętała się cała ta burza.

Ślub kościelny

Nad Wisłą trwa zażarta dyskusja nad odrzuconymi hurtowo projektami ustawy o związkach partnerskich. I chociaż adresatami tych projektów były pary wszelkiego rodzaju, nie tylko homoseksualne, a doświadczenia innych krajów wskazują na to, że związki partnerskie są zawierane przede wszystkim przez pary mieszane, przytłaczająca część argumentów używanych w tej dyskusji w Polsce to mniej lub bardziej wyraźnie wygłaszane homofobiczne tezy.
Dlatego długo nie mogłem dziś rano wstać z łóżka, gdy ustawiony na wczesną godzinę radiobudzik włączył się, a z jego głośników popłynęła poranna dyskusja na antenie lokalnego londyńskiego radia. Jakże inna to była dyskusja od tej, którą – chcąc nie chcąc – za sprawą burzy w polskim parlamencie mamy u siebie na co dzień.
Brytyjski konserwatywny premier, chcąc bronić tradycyjnych wartości i wzmocnić instytucję małżeństwa, lansuje obecnie projekt zrównujący prawa małżeństw hetero- i homoseksualnych. Jego zdaniem, kochający się ludzie – bez względu na płeć – powinni mieć dokładnie takie same możliwości, w tym prawo do nazywania się żonami, mężami, a nie tylko partnerami, a odbieranie tego prawa związkom homoseksualnych czyni rzekomo krzywdę nie tylko parom jednopłciowym, ale także osłabia małżeństwo i deprecjonuje wartości rodzinne.
W porannej audycji stacji BBC London słuchacze będący w związkach partnerskich, także wychowujący dzieci, opowiadali o czymś, co przez kilkanaście minut nie pozwoliło mi w ogóle wstać – ani lewą, ani prawą nogą, i przez co o mało nie spóźniłem się do pracy. Opowiadali o tym, dlaczego zależy im na możliwości zawierania małżeństw przed ołtarzem. Zgodnie z zamysłem premiera, i w pewnym uproszczeniu, państwo ma uznawać śluby kościelne par homoseksualnych na podobnej zasadzie, jak polskie śluby konkordatowe. Związki wyznaniowe nie będą wprawdzie zmuszane do sankcjonowania takich małżeństw (obawa dość realna w brytyjskich warunkach, gdzie nie tak dawno toczyła się wojna związana z tym, że katolickie sierocińce zostały zmuszone do uznawania prawa do adopcji dzieci przez homoseksualistów, a kryterium orientacji seksualnej potencjalnych rodziców nie może być brane pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o oddaniu dziecka do adopcji), ale religijne ceremonie zaślubin będą miały oficjalny charakter i moc prawną.
Kolejni słuchacze i słuchaczki dzwonili do stacji i opowiadali o tym, jak bardzo im zależy na ślubie przed ołtarzem, jak bardzo wiara stanowi integralną część ich życia, i jak bardzo czują się dyskryminowani przez fakt, iż nie mogą uczestniczyć w funkcjonowaniu swoich wspólnot religijnych na tych samych zasadach, jak ich heteroseksualni sąsiedzi. Wypowiadający się na antenie słuchacze, w większości geje i lesbijki, powoływali się bez przerwy na wielkie słowa i idee, a z ich słów wynikało dość jasno, że uważają się za osoby broniące słusznej racji, za którymi stoi Pan Bóg, Chrystus i chrześcijaństwo w ogóle.
Byli pewni, że Pan Bóg jest ich sojusznikiem. Mniej więcej tak samo, jak przekonana o swoich racjach jest posłanka jedynej słusznej partii, pani Krystyna Pawłowicz, przez niektórych zwana profesorem, a przez wielu uważana za dużo mniej kobiecą, niż nazywana przez nią „chłopem” Anna Grodzka, transseksualna kandydatka na zajęte póki co stanowisko wicemarszałka Sejmu.
Wstając wreszcie z łóżka zastanawiałem się, czy od Londynu dzielą mnie tylko tysiące kilometrów, czy może lata świetlne.