Intensywna terapia

My młodzi, których Jan Paweł II nazywał nadzieją świata, potrzebujemy wsparcia, by tych nadziei nie zawieść. Choć czasem jesteśmy przekorni, dziękujemy Panu Ministrowi, że troszczy się o nas i robi dużo, byśmy czuli się w szkole bezpiecznie. Życzymy mocy i wiary w nas – wyrecytowała uczennica łódzkiego gimnazjum na Gali Strojów Szkolnych zorganizowanej przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w łódzkiej hali Expo tuż po wręczeniu wicepremierowi i ministrowi edukacji Romanowi Giertychowi kwiatów przez delegację uczniów łódzkich szkół.

Jeśli ktoś czytając tego newsa w Gazecie Wyborczej nie umarł, a jedynie doznał palpitacji serca, to polecam się uspokoić i przypomnieć sobie, jak skończyły pomniki historycznych postaci, do których zwracano się tymi samymi albo bardzo podobnymi słowami. A teraz głęboki wdech, zamykamy oczy i…




Oby nasi uczniowie nigdy nie dziękowali nam słowami wiernego poddanego czytanymi z kartki.

Pomniki i święci

Jerzy Kędziora jest jednym z najwybitniejszych artystów mieszkających obecnie w Częstochowie. Jego wiszące rzeźby są znane i podziwiane w całej Europie, chociaż instalacje w rodzimym mieście nie zagościły długo. Od jedenastu lat Kędziora wytrwale walczy o uznanie w Częstochowie nie dla samego siebie, ale dla legendarnego założyciela grodu, przypuszczalnie autentycznego, bo wspominanego w dokumentach z XII wieku Częstocha.
Niestety, Częstochowa okazuje się zbyt mała i ciasna (pewnie nie tylko przestrzennie), by znaleźć miejsce dla wróżebnej rzeźby praprzodka siedzącego nad misą pokrytą tajemniczymi znakami, do której turyści i mieszkańcy mogliby wrzucać monety, a te z kolei odbijałyby się od systemu dzwonków i wygrywałyby melodie. O ile bowiem w przysłowiowym Szczebrzeszynie, którego lokalizacja dla większości Polaków jest pewnie wielką tajemnicą, znalazło się miejsce dla pomnika przysłowiowego chrząszcza, o tyle Częstochowa ma w kwestiach pomników zupełnie inną politykę.
Z jasnogórskich wałów z bastionu od strony ulicy Wieluńskiej spogląda na Częstochowę monumentalny (i moim skromnym zdaniem niezbyt urodziwy) pomnik Jana Pawła II. Stoi tyłem do pomnika rodziców polskiego papieża zdobiącego plac przed Domem Pielgrzyma im. Jana Pawła II, ale za to przodem lub bokiem do kilku innych miejsc poświęconych Karolowi Wojtyle. Najbliższy znajduje się na dziedzińcu redakcji „Niedzieli”, przy ulicy 3 Maja. W Wyższym Seminarium Duchownym przy ul. Św. Barbary stoi w holu naturalnej wielkości rzeźba przedstawiająca Jana Pawła II, podobna rzeźba znajduje się także w nawie głównej Archikatedry Św. Rodziny. Plac przed katedrą nosi imię Jana Pawła II, a większą część drogi między katedrą a Rynkiem Wieluńskim kierowca pokonuje jadąc Aleją Jana Pawła II. O takich tablicach pamiątkowych wspominających Jana Pawła II, jak ta upamiętniająca nocleg papieża w częstochowskiej kurii archidiecezjalnej w III Alei, lepiej już nie wspominać, bo trzeba by policzyć niejeden kamień węgielny pod budowę kościoła poświęcony przez Jana Pawła II.
Wydawałoby się, że to niemożliwe, a jednak rajcy miejscy postanowili uhonorować Jana Pawła II pomnikiem w kolejnym miejscu Częstochowy, w sercu Starego Miasta, przed najstarszym, starszym od Jasnej Góry częstochowskim kościołem, kościołem św. Zygmunta, na pl. Daszyńskiego. Kilkaset metrów od częstochowskiej katedry, w połowie drogi między placem Jana Pawła II a Aleją Jana Pawła II. Pomnik ma stanąć w tym roku, by można go było odsłonić w Dzień Papieski w październiku.
Pomysł kolejnego pomnika papieża w Częstochowie uważam – prawdę mówiąc – za niesmaczny i nie rozumiem, dlaczego przeciwko temu pomnikowi nie zaprotestuje Kościół, dlaczego nie zaprotestuje Jasna Góra, dlaczego nie zaprotestują ludzie, którym nauczanie Jana Pawła II jest bliskie. Przecież idea tego pomnika w oczywisty dla mnie sposób ośmiesza Kościół i ośmiesza samego Jana Pawła II. Wszak uznawanie jego autorytetu powinno się przekładać nie tylko na budowanie pomników, ale przede wszystkim na postawy i czyny.
Jeśli Częstochowa koniecznie już ma być miastem pomników papieskich, to przecież można by postawić pomnik wielkich poprzedników Jana Pawła II – Pawła VI, Jana XXIII… Zwłaszcza pontyfikat tego ostatniego zapisał się złotymi zgłoskami w historii Kościoła i także dla polskiego papieża Jan XXIII był wielkim autorytetem.
Co więcej, nowy pomnik ma powstać z pogwałceniem wszelkiej logiki – miejsce budowy pomnika na środku placu Daszyńskiego zostało wyłączone z rozpisanego niedawno konkursu na zaprojektowanie I i II Alei oraz placów Daszyńskiego i Biegańskiego, przez co zamiast stać się integralną częścią przemyślanej na nowo głównej ulicy miasta, pomnik stanie po swojemu, a architekci mają do tego pomnika dostosować koncepcję przebudowy czy reorganizacji Śródmieścia. A przecież stawiając pomnik trzeba racjonalnie przemyśleć jego lokalizację, by pomnik nie utrudniał funkcjonowania otoczeniu, a jednocześnie by był godnie eksponowany. Gdy dwóch absolwentów naszej szkoły odwiedziło mnie ostatnio i wysłałem ich na poszukiwania Kopca ku czci Ofiarom Totalitaryzmu, jaki od 1999 roku, gdy zdali maturę, usypaliśmy przed szkołą, ich długotrwałe poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu, a gdy wreszcie w dołku między krzakami pokazałem im kopiec, długo tarzali się ze śmiechu.

Moim zdaniem to smutne, że jesteśmy tak leniwi w poszukiwaniu autorytetów. Że autorytetów nam potrzeba, to oczywiste i każdy się z tym zgodzi. Ale gdy w każdej dziedzinie autorytetem jest ta sama osoba, gdy umiemy stawiać pomniki tylko jednemu człowiekowi, ocieramy się o śmieszność. Szacunek i wdzięczność dla autorytetów w niepokojący sposób graniczą z bałwochwalstwem, kultem jednostki i karykaturą.
W poszukiwaniu wzorców dla młodzieży przesadzili ostatnio także ci politycy, którzy próbowali wynieść na ołtarze zwykłą i prostą dziewczynę z podczęstochowskich Żarek, która własnym życiem przypłaciła życie swojego dziecka. Nie przeczę, że postawa Ani budzi podziw i szacunek, ale wokół nas jest wielu żywych ludzi, o których warto pamiętać i których warto doceniać, niekoniecznie przez budowanie pomników czy wynoszenie na ołtarze. W moim sercu jest miejsce na monumentalny pomnik Arka, który ukończył w tym roku technikum mechaniczne i który ani razu przez cztery lata nie zgłosił nieprzygotowania, chociaż był uczniem o przeciętnych możliwościach i nauka angielskiego przychodziła mu z trudem. Jest miejsce dla wielu innych uczniów, znajomych, dla rodziny. Dla wybitnych polityków, władców, twórców – bez względu na ich przynależność do partii, narodu, wspólnoty religijnej. Wierzę, że większość ludzi ma więcej niż jeden wzór do naśladowania.
Najbardziej niebezpiecznym rozmówcą jest podobno ten, który przeczytał tylko jedną książkę. Mam wrażenie, że równie niebezpieczni są ludzie, którzy uznają tylko jeden autorytet.

Obawiajmy się września




Gdy ten film pojawił się w internecie, można się było z niego śmiać i mnie samemu wydawał się zabawny. Minister Giertych pełnił urząd od niedawna i wiele moich koleżanek mówiło, że nie ma co go tak atakować, zbierać podpisów przeciwko niemu, protestować. Znajomi, którzy dzisiaj łapią się za głowę na wieść o każdym nowym pomyśle Giertycha i Orzechowskiego, powtarzali rok temu spokojnie, że trzeba dać facetom szansę, pozwolić im się wykazać.
Najgorsze jest to, że panowie ministrowie są bardzo sumienni i w czasie, gdy większość nauczycieli jest latem na urlopie, oni pracują intensywnie. Tak przynajmniej było w ubiegłym roku. Czym nas zaskoczą tego lata? Co zastaniemy w szkole we wrześniu? Na samą myśl o tym odechciewa mi się wracać do szkoły po wakacjach.
I chociaż trudno już na coś liczyć, popieram takie akcje:

List otwarty do Romana Giertycha: wyrażamy nauczycielski sprzeciw
„Nieposłuszeństwo jest prawdziwą podstawą wolności, posłuszni muszą być niewolnicy” – Henry David Thoreau
Szanowny Panie Ministrze!
Wyrażamy sprzeciw wobec działań Ministerstwa Edukacji Narodowej godzących w takie wartości jak wolność sumienia, tolerancja, otwartość i swobodna wymiana myśli – wartości, które powinna szanować nowoczesna europejska szkoła.
Z niepokojem stwierdzamy, że działania Ministerstwa pod Pana kierownictwem tworzą klimat, w którym promuje się w szkołach jedynie słuszne poglądy, oparte na pseudonaukowych teoriach, populistycznych opiniach i krzywdzących stereotypach. Zabrania się prezentowania odmiennego punktu widzenia.
Przykładem zakaz wstępu do szkół niektórych organizacji – pacyfistycznych, ekologicznych, wolnościowych, prawoczłowieczych itp. – choć działają legalnie i w żaden sposób nie głoszą treści sprzecznych z Konstytucją RP. Zakazy wprowadzane są często przez zastraszonych kuratorów i dyrektorów, którzy bezbłędnie wyczuwają oczekiwania ze strony Ministerstwa.
Innym rażącym przykładem takich poczynań był zakaz korzystania z podręcznika „Kompas” i usunięcie szefa CODN Mirosława Sielatyckiego.
Ograniczana jest wolność głoszenia poglądów opartych na idei równych praw i wolności oraz niezbywalnej godności każdego człowieka. Zmiany w kanonie lektur i wliczanie oceny z religii do średniej ocen uważamy za przejaw faworyzowania jednej opcji światopoglądowej.
Sprzeciwiamy się ideologicznemu ujednoliceniu polskiej szkoły. Akceptowaniu uczniów i nauczycieli myślących zgodnie z „nową poprawnością” i pozostawianiu poza nawiasem myślących niezależnie. Przypominamy, że ludzie są różni, wierzą w różne prawdy i nie zmienią tego żadne nakazy i zakazy. Różnijmy się mądrze, różnijmy się pięknie Panie Ministrze!
Sprzeciwiamy się retoryce nienawiści i pogardy wobec odmienności, której nie sposób zakwalifikować inaczej niż jako agresję słowną – niedopuszczalną zwłaszcza u tych, których zadaniem jest edukacja.
Sprzeciwiamy się pozornym reformom oświaty obliczonym na uzyskanie poklasku i zbicie, kosztem uczniów, kapitału politycznego. Za takie reformy uważamy, m.in. wprowadzenie mundurów szkolnych, amnestię maturalną i obowiązek wybierania podręcznika na trzy lata nauki w szkole.
Sprzeciwiamy się modelowi polskiej szkoły, z której w świat wyjdzie uczeń pełen uprzedzeń wobec inności, bojący się wyrażania własnych poglądów, idący pokornie i bezrefleksyjnie za głosem większości. Nie tak rozumiemy misję szkoły w Europie, na początku XXI wieku.

Podpis pod tym listem otwartym można złożyć w tym miejscu.

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Bez kategorii Tagi ,

Predyspozycje dyrektorskie

Wbrew oczekiwaniom kilku moich absolwentów nie przystąpiłem do konkursu na dyrektora szkoły. Próbowałem im sygnalizować, że nie mam ukończonego zarządzania oświatą, więc nie spełniam nawet warunków formalnych, ale mimo to kilka dni temu dostałem o bladym świcie SMS-a z wykrzyknikiem na końcu, w którym pewien prawie – że – technik – mechanik przypominał mi, że zaczyna się właśnie ostatni dzień na składanie papierów do konkursu.
Praca dyrektora jest bardzo odpowiedzialna, trudna i pełna wyzwań. Decydując się na pracę w szkole oczekiwałem jednak zupełnie innych wyzwań i czerpię olbrzymią satysfakcję z tego, co robię na stanowisku dydaktycznym. Jestem niezmiernie wdzięczny tej grupie tegorocznych absolwentów, którzy w ostatnim czasie przypomnieli sobie o mnie i oczami wyobraźni ujrzeli mnie w gabinecie z przepastnym fotelem na pierwszym segmencie naszej szkoły, ale powiedzmy sobie otwarcie, że nie byłbym w tym gabinecie szczęśliwy.
Przez ostatnie cztery lata spędziłem olbrzymią ilość czasu z czterema męskimi grupami technikum, dzięki czemu poznałem panów w sposób, który byłby dla mnie nieosiągalny jako dla dyrektora. Prawie – że – technik mechanizacji rolnictwa Michał napisał ostatnio w jednym z SMS-ów, że nikt inny nie poświęciłby jemu i jego kolegom tyle czasu, co ja przez te cztery lata, i że warto mi było zaufać. Jako dyrektor na pewno nie miałbym dla nich tego czasu. Gdybym był dyrektorem, na pewno nie doznałbym wielu wzruszeń, a o tym, co się dzieje na lekcjach angielskiego i innych przedmiotów dowiadywałbym się tylko z plotek lub donosów. Nie dostąpiłbym także tego zaszczytu, by dziś po południu kopać na szczęście w tyłki idącą gęsiego na egzamin potwierdzający kwalifikacje zawodowe grupę absolwentów Technikum Mechanizacji Rolnictwa.
Dyrektor musi być osobą rzeczową, energiczną, z autorytetem. O autorytet ten musi dbać nie zamykając innym usta, ale hamując własne słabości i nie popełniając gaf na każdym kroku. Musi umieć pogodzić sprzeczne interesy uczniów, rodziców i nauczycieli i twardą ręką (ale bez chaotycznego wymachiwania na oślep) kierować szkołą. Powinien inspirować innych do działania i świecić przykładem. Powinien być konsekwentny, sprawiedliwy i nie może ulegać wpływom. W jednym palcu musi mieć prawo oświatowe, dziesiątki procedur i formularzy. Powinien umieć ciekawie mówić, wysławiać się w sposób godny podziwu, być elegancki i nie tracić panowania nad sobą. Jeśli popełni błąd, powinien umieć przeprosić. Tylko taki dyrektor spełni oczekiwania wszystkich uczniów i nauczycieli i zdobędzie sobie ich szczery szacunek. Trudno mi dostrzec w sobie te wszystkie niezbędne atrybuty i dlatego w ogóle nie brałem pod uwagę starania się o stanowisko dyrektora. O wiele lepiej sprawdzę się znęcając się nad kolejnymi, cztery lata młodszymi umysłami przyszłych techników mechaników i techników mechanizacji rolnictwa.
Trzymam mocno kciuki za moją koleżankę, Basię, która ma wizję swojej szkoły i która pragnie zostać jej dyrektorem. Basia rozumie, że bycie dyrektorem to pełnienie służby oraz ma w życiu cele i ambicje wykraczające także poza dyrektorowanie.
Wpis ten dedykuję wszystkim nowo wybranym Dyrektorom z zaprzyjaźnionego forum OSKKO i załączam życzenia udanych wakacji.

Co promuje Laura Bush?

Resolv’d to sing no songs to-day but those of manly attachment,
Projecting them along that substantial life,
Bequeathing hence types of athletic love,
Afternoon this delicious Ninth-month in my forty-first year,
I proceed for all who are or have been young men,
To tell the secret of my nights and days,
To celebrate the need of comrades.

(In Paths Untrodden, Walt Whitman)

Laura Bush podarowała Marii Kaczyńskiej oprawiony w skórę tom poezji Walta Whitmana, dziewiętnastowiecznego poety amerykańskiego będącego symbolem amerykańskiej demokracji i… homoerotyzmu. Czyżby podczas rodzinnej wizyty na polskim Helu amerykańska para prezydencka promowała homoseksualizm? Mam nadzieję, że żaden z naszych najgenialniejszych polityków nie wpadnie na taki pomysł i nie zorganizuje konferencji prasowej na ten temat, bo oglądając zagraniczną telewizję i tak głupio już się przyznawać do tego, że się jest Polakiem. W lipcu, kiedy Prezydent Kaczyński poleci z wizytą do Stanów Zjednoczonych, może powinien podarować Bushowi dzieła Gombrowicza albo Witkacego?



Back on his pillow the soldier bends with curv’d neck and side falling head,
His eyes are closed, his face is pale, he dares not look on the bloody stump,
And has not yet look’d on it….

I am faithful, I do not give out,
The fractur’d thigh, the knee, the wound in the abdomen,
These and more I dress with impassive hand, (yet deep in my breast a fire, a burning flame.)
Thus in silence in dreams’ projections,
Returning, resuming, I thread my way through the hospitals,
The hurt and wounded I pacify with soothing hand,
I sit by the restless all the dark night, some are so young,
Some suffer so much, I recall the experience sweet and sad,
(Many a soldier’s loving arms about this neck have cross’d and rested,
Many a soldier’s kiss dwells on these bearded lips.)

(The Wound-Dresser, Walt Whitman)

Kombatanci i Czesio

Przy okazji dyskusji o moim blogu rada pedagogiczna zmarnowała trochę swojego cennego czasu debatując nad problemem, który już nie istnieje, a o którym pisałem bez ogródek jeszcze w 2005 roku. Problem nie istnieje, bo klasa technikum mechanicznego, której uczniowie – a przynajmniej spora ich część – przez prawie cztery lata zwracali się do mnie po imieniu, ukończyła już szkołę i odebrała świadectwa, a młodsi panowie, których uczę obecnie, nie widzą niczego niestosownego w fakcie, że zwracam się do nich per „pan”. Nie było więc naprawdę wielkiego sensu debatować nad tym, że uczniowie powinni się do nauczyciela zwracać w formie grzecznościowej.
Sensu nie było tym bardziej, że przez te niespełna cztery lata formuła bezpośredniego zwracania się do siebie nie przeszkadzała jakoś ani mnie, ani panom z byłej czwartej mechanika, ani ich wychowawczyni. Nie widzieliśmy niczego niestosownego w tej formule i chłopaki zwracali się do mnie po imieniu przy innych nauczycielach, przy dyrektorze, przed maturą z języka polskiego przy zespole nadzorującym, w skład którego wchodziła nauczycielka z innej szkoły… Nie wiedzieć czemu mój autorytet w tej klasie szczególnie nie ucierpiał, a taką atmosferę pracy chciałbym mieć w każdej grupie i życzyłbym jej każdemu nauczycielowi. Jedyną osobą, jaka podniosła wokół tej sprawy larum, okazał się uczeń, którego pogróżek ani pleców się nie wystraszyłem i któremu nie pozwoliłem ukończyć technikum za darmo, a który to uczeń jest nota bene żywym przykładem na to, że bycie na ty z panami w jego klasie nie zmieniło wcale moich oczekiwań w stosunku do uczniów i nie doprowadziło do żadnego spoufalenia.
Tak więc problemu wprawdzie nie ma, ale zostałem zobligowany do dbania o własny autorytet poprzez niepozwalanie uczniom na spoufalanie się ze mną. Zastanawiałem się od kilku dni, jak wobec tego powinni się do mnie zwracać uczniowie, by wystarczająco podkreślać mój autorytet. Czy wystarczy „panie magistrze”, by było zgodnie z prawdą? Czy powinno być jednak zwyczajowe „panie profesorze” (którego – nawiasem mówiąc – prawie wszyscy uczniowie w stosunku do mnie używają, chyba że się zapomną). Czy uraziłbym czyjeś uczucia religijne, gdyby uczniowie otrzymali instrukcję zwracania się do mnie per „Nauczycielu” albo „Mistrzu”? A może wskazane byłoby użycie któregoś ze staropolskich wyrażeń: „Wielmożny Panie”, „Waćpanie” czy też użycie któregoś z powalających na kolana epitetów: „czcigodny”, „wielebny”, „najjaśniejszy” itp.?
Niestety nadal, podobnie jak dwa lata temu, uważam, że to są wszystko bzdury i piernik nie ma nic wspólnego z wiatrakiem. W parlamencie brytyjskim najwięksi oponenci polityczni na każdym kroku zwracają się do siebie per „honourable member” i w sposób zupełnie nienaturalny dla języka angielskiego podkreślają wzajemny szacunek do siebie, chociaż w żadnym stopniu nie wykracza to poza werbalne deklaracje. Mam zamiar zachowywać się tak, by jeszcze chociaż raz usłyszeć w życiu to, co usłyszałem ostatnio od byłego ucznia, Grzegorza, który wyznał mi, że jestem dla niego największym w życiu autorytetem. Ale autorytetu nauczyciela nie budują niestety normy socjolingwistyczne, lecz rzeczy o wiele trudniejsze do opisania. Staram się je chociażby w niewielkim stopniu opisać na moim blogu, nawet jeśli nie do każdego to dociera i nie każdego przekonuje.
Wczoraj miałem koleżeńskie zastępstwo i lekcję w pierwszej klasie technikum mechanicznego. Ponieważ przymierzam się już do klasyfikacji końcowej, a chciałbym być świadomy ewentualnego uniemożliwienia któremuś z tych panów zdawania egzaminu poprawkowego (można takowy zdawać z maksymalnie dwóch przedmiotów), więc na przerwie przejrzałem oceny z innych przedmiotów. Z notatek poczynionych przez nauczyciela na stronie z ocenami z historii dowiedziałem się, że uczniowie tej klasy „uczestniczyli w pierwszej wojnie światowej i polsko – radzieckiej w 1920 roku, otrzymali dach nad głową i kromkę chleba”. Pomyślałem od razu, że to wielki zaszczyt uczyć angielskiego takich kombatantów i że do takich czcigodnych i doświadczonych w boju patriotów trudno by było mieć żal, nawet gdyby nazywali mnie „gnojkiem”.
Dlatego gdy Mateusz spytał mnie, czy gniewałbym się, gdyby nazywali mnie swoim „Czesiem”, bez wahania odparłem, że to dla mnie nieistotne. Będę umiał zadbać o swój autorytet w przyszłorocznej drugiej mechanika bez względu na to, jak będą o mnie mówić. Jeśli panowie chcą, mogę być i Czesiem. It will be an honour.

Rzeczpospolita dorosła

Z okazji osiemnastej rocznicy wyborów czerwcowych 1989 roku wszystkim czytelnikom życzę, by zawsze rozpierała ich radość i duma z osiągnięć Trzeciej Rzeczpospolitej. Bądźmy radośni niczym ta piosenka – rówieśniczka polskiej demokracji. Smutasy i przygłupy lansujący nieistniejący i nikomu niepotrzebny byt państwowy odejdą dawno w cień historii, a my będziemy nadal równie radośni jak Madonna 18 lat temu.



Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Bez kategorii Tagi ,

Pod rękę z Gombrowiczem i Kafką

By nie przynosić dłużej hańby mojej szkole, a jednocześnie nie zamykać bloga, usunąłem z tytułu i z tagów nazwę szkoły, a stopniowo przejrzę wszystkie posty i usunę inne informacje pozwalające na zidentyfikowanie hańbionej przeze mnie placówki oświatowej. Strata to będzie niewielka, bo wiadomo mi jest tylko o jednym uczniu naszej szkoły, który trafił do nas tylko dlatego, iż w gimnazjum był moim zapalonym czytelnikiem. Niezbyt mu się zresztą udało, bo angielskiego uczy go jedna z moich koleżanek (na szczęście dla mnie).
Okazuje się, że moja wizja szkoły odbiega dalece nie tylko od tego, co wyobraża sobie kierownictwo resortu edukacji, ale – co ostatnio boleśnie odczułem – jest na tyle rozbieżna z wizją mojego szefa (startował do wyborów z ramienia partii koalicyjnej), że myślałem przez weekend nad tym, czy w ogóle nie powinienem zrobić w szkole miejsca dla ludzi, którzy z prawdziwą pasją zaczną tu zaprowadzać porządki według wytycznych ministra Giertycha. Pocieszająco bardzo podziałała na mnie myśl, że odchodząc teraz ze szkoły miałbym szansę opuścić ją w bardzo zacnym, chociaż nie każdemu miłym, towarzystwie. Ministerstwo rozważa bowiem pomysł, by ze szkolnego kanonu lektur usunąć Goethego, Kafkę, Witkacego i Gombrowicza. Z listy lektur proponowanych w ich miejsce widać wyraźnie, że zamiast zachęcać młodzież do szukania wartości i stawiania pytań, będzie się jej dawać gotowe rozwiązania problemów, które zresztą nie zawsze będą jej dotyczyć. Zamiast zachęcać do interpretacji, myślenia, analizowania, zamiast pomagać w zrozumieniu kpiny, farsy, dystansu, zamiast przyzwyczajać do samokrytycyzmu, serwować się będzie przepisy na łatwostrawne dania i recepty na wszystko. Rozumienie tekstu czytanego ucierpi, a tym samym przybędzie błędnych interpretacji treści na moim blogu, ale cóż. Gdy odejdę ze szkoły, może nie będę go już pisał.
W projekcie konsultowanym przez ministerstwo widać nawet pewien sens. Po cóż w Orwellowskiej IV RP czytać „Proces” Kafki? Jak książki o upupianiu używać do upupiania? Z drugiej strony, takie indices librorum prohibitorum tak naprawdę dają autorom i tytułom nieśmiertelność, osiągają skutek odwrotny do zamierzonego. Dwaj tegoroczni absolwenci naszego mechanika, którzy dostali od swojej wychowawczyni kupione za jej własne prywatne pieniądze powieści Umberto Eco, pewnie nigdy by ich nie przeczytali, gdyby szef nie wezwał fundatorki nagród na dywan z powodu nietrafnego – jego zdaniem – doboru tytułów.
Niektórych pomysłów obecnego kierownictwa resortu edukacji nie da się komentować.
Trzeba po prostu powiedzieć: „Nie”. Trzeba się podpisać:

Gorączka konkursowa a blogi nauczycielskie

Ostatnio cień jakiś padł na blogi nauczycieli w sieci. Ja wprawdzie w przeciwieństwie do wybitnego pedagoga Dariusza Chętkowskiego, wykładowcy Wyższej Szkoły Pedagogicznej i nauczyciela w XXI Liceum Ogólnokształcącym w Łodzi, nie zadenuncjowałem mojego szefa ogłaszając publicznie, iż organizuje na szkolnym boisku imprezy zakrapiane alkoholem (Chętkowski zresztą tak naprawdę też nie, bo twierdzi, iż jego wpis „Beczka piwa” był jedynie żartem). Mimo to pojutrze rada pedagogiczna ma debatować nad celowością pisania przeze mnie bloga i nad treściami w nim prezentowanymi. W przedkonkursowej gorączce okazuje się, że mój blog staje ością w gardle potencjalnym kandydatom albo służy osobom nieżyczliwym do wynajdywania haków na tychże kandydatów.
Myślę sobie, że będę musiał mocno popracować nad stylem i klarownością wypowiedzi, skoro mimo zachowywania przeze mnie olbrzymiej powściągliwości w wyrażaniu opinii, blog staje się źródłem skandalu i z rosnącą intensywnością spływają skargi na treści w nim prezentowane. Wydawało mi się zawsze, że pokazuję naszą szkołę z dobrej strony, nawet jeśli nie mam złudzeń co do rzeczywistości.
Niektórzy czytelnicy mojego bloga w ogóle nie dostrzegają w nim treści, które staram się w nim prezentować i dla których w ogóle zacząłem go pisać. Wydawało mi się, że eksponuję w nim to, że szkoła jest dobra i coraz lepsza, że młodzież to nie jakieś dzikie hordy barbarzyńców, lecz normalni ludzie, a nauczyciele nie są zastraszonymi nieudacznikami z przerażeniem wyczekującymi wsadzenia im kubła na głowę. Że nauczyciel i uczeń nie muszą być po dwóch stronach barykady, a nawet nie powinni.
W tej nagonce na rzekomo skandaliczne treści w moim blogu odnajduję otuchę w sygnałach świadczących o tym, że niektórzy jednak doczytują się w mojej pisaninie właśnie tych treści, jakie staram się przekazać. Ostatnio otrzymałem miłego maila od studentki trzeciego roku nauczycielskiego kolegium, początkującej nauczycielki, Iwony, która pisze, iż mój blog to „taka reklama bycia nauczycielem, ale reklama prawdziwa”. Zdaniem Iwony zarażam optymizmem i pokazuję, że praca nauczyciela jest w porządku. Iwona pisze, iż receptę na porozumiewanie się z uczniami znalazła nie na lekcjach metodyki w kolegium, ale na moim blogu.
Dziękuję Ci, Iwono, za te ciepłe słowa. Dziękuję wszystkim innym, którzy decydują się komentować to, o czym piszę. Można mieć różne wizje szkoły, ale warto o tym rozmawiać. Z pożytkiem dla siebie, dla młodzieży i dla szkoły. Z merytorycznej rozmowy (która zakłada uważne wysłuchanie drugiej strony i nie wywyższanie się przez żadną ze stron) można zaś czerpać równie wielką satysfakcję, jak z bycia nauczycielem.

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Szkoła Tagi

Puste gniazdo

Ostatnio przez kilka dni obserwowaliśmy z zapartym tchem przez żaluzje, jak za oknem naszej klasy wykluwają się, a następnie rosną i pokrywają się piórkami trzy maleńkie istotki.
Obserwowaliśmy to podczas spotkań z grupą panów, którzy wprawdzie ukończyli już szkołę i odebrali świadectwa, ale przyszli jeszcze na kilka fakultetów, by poćwiczyć przed ustną maturą. Umawialiśmy się przeważnie w godzinach wieczornych, ponieważ wcześniej chłopaki robią w polu.
Atmosfera tych spotkań była zupełnie wyjątkowa, ogólna wesołość i rozluźnienie nie przeszkadzały w ogóle w owocnej pracy.
Cieszę się bardzo, że w przeciwieństwie do ptaszków, które w nocy z czwartku na piątek zostały pożarte przez jakiegoś drapieżnika i nie zdążyły opuścić gniazda, panowie z Technikum Mechanizacji Rolnictwa opuszczają naszą szkołę i idą na podbój świata. Ale te wspólnie spędzone cztery lata będę wspominał z równym sentymentem i będą mi się wydawały równie krótkie, jak te kilka dni ornitologicznych obserwacji zza okna pracowni. A mając na uwadze optymizm i entuzjazm, jaki panów cechował na tych naszych ostatnich spotkaniach, nie martwię się jakoś wcale jutrzejszą maturą ustną z angielskiego w tej grupie. I mam nadzieję, że te ptaszki – nie tylko na maturze – zalecą bardzo daleko.

Za tytuł tego wpisu także dziękujemy Janinie.