Studenci pierwszego roku informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, Dominik Smoszna i Błażej Szczurek, nadali nowy blask stworzonej przez ich starszych kolegów bazie językowej English for Forestry. Jest to kurs zawierający słownictwo przydatne dla leśników, drwali, ekologów, miłośników przyrody i wielu innych. Twórcami oryginalnej wersji byli ówcześni studenci drugiego roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej im. T. Kościuszki, Tobiasz Kiszka i Wojciech Krzysiek.
Ta obszerna, polsko – angielska baza słownictwa związanego z leśnictwem, podzielona jest na kilkanaście działów, obejmujących rozmaite aspekty leśnego życia – faunę, florę, ochronę i eksploatację. Jest obecnie dostępna jako:
Studenci pierwszego roku informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, Jakub Miczek i Jakub Proszek, tchnęli nowe życie w kurs leksykalny, którzy Sylwia Lechowicz i Paweł Rachtan, ich starsi koledzy, wykonali sześć lat temu. Kurs to wieloplatformowa pomoc w opanowaniu słownictwa dotyczącego montażu dźwięku i obrazu, elementarnych pojęć z muzyki, filmu, telewizji i innych pokrewnych dziedzin, ujętych m. in. w angielsko-polskim słowniku terminologii nagrań dźwiękowych Krzysztofa Szlifirskiego.
Dwujęzyczna, polsko – angielska baza leksykalna „Pro AUDIO – angielsko-polska terminologia nagrań dźwiękowych” jest obecnie dostępna jako:
Student I roku informatyki stosowanej, Jakub Bizoń, dał nowe życie kursowi leksykalnemu stworzonemu 6 lat temu przez starszych kolegów z Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej. Dostępny dotąd na Supermemo, Memrise i Quizlet bardzo obszerny kurs leksykalny, wspierający naukę z podręcznika Technical English 3 wydawnictwa Pearson, jest teraz także dostępny na Anki. Baza jest dwujęzyczna, polsko – angielska, z definicjami w języku angielskim, w pełni udźwiękowiona i ilustrowana. Hasła uporządkowane są zgodnie z chronologią ich pojawiania się w kolejnych rozdziałach podręcznika Technical English 3.
Na „liście płac” znaleźli się – na lata przed Jakubem – studenci informatyki stosowanej Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej: Darek Kowalczyk, Szymon Konieczny, Arek Kukuła, Michał Pytlik i Jacek Siwek, którzy zajęli się sprawami technicznymi, zarówno edycją bazy danych, jak i obróbką dźwięków, oraz Monika Świkszcz, Radek Urbanik i Patryk Wyczesany, którzy udźwiękowili tę bazę, występując – bardzo profesjonalnie – w roli lektorów.
Kurs Technical English 3 jest obecnie dostępny jako:
Pracując z podręcznikiem „English for Mathematics” wydanym przez Akademię Górniczo – Hutniczą w Krakowie nie raz i nie dwa ze zdumieniem odnotowałem, że wśród studentów zdarzają się sporadycznie tacy, którzy z większym zapałem mówią po angielsku o tym, dlaczego podzbiór liczb wymiernych może być ograniczony z dołu lub z góry liczbą niewymierną, albo jakie są konsekwencje tego, że liczba π jest liczbą przestępną, niż o pogodzie, podróżach albo gotowaniu. Autorki (Agnieszka Krukiewicz-Gacek i Agnieszka Trzaska) odwaliły kawał porządnej roboty i chociaż nie obyło się bez drobnych wpadek i błędów, czy to z ich strony, czy to na etapie składu i druku, wyłapywanie tych pomyłek przez studentów dostarcza im i lektorowi satysfakcji intelektualnej niespotykanej przy nauce języka ogólnego.
Jeszcze więcej frajdy sprawia praca ze skryptem, którego autorką jest moja koleżanka, Agnieszka Łyczko, i który został wydany w 2015 roku przez Studium Języków Obcych Politechniki Krakowskiej. Najlepszą rekomendacją dla tego skryptu jest moim zdaniem to, że pomagający przy jego pisaniu matematycy mówili, że sami się z niego dowiedzieli tego i owego… Do podręcznika dołączona jest płyta z nagraniami, a teksty wykorzystane w zadaniach sprawdzających rozumienie tekstu czytanego są naprawdę wciągające i pełne matematycznej pasji.
Rozdziały poświęcone słownictwu matematycznemu zawiera również nowy skrypt wydany przez Studium Języków Obcych PK, „An Engineer’s Companion To Professional English Vol. 1”, w którego powstaniu mam także współudział, a nawet – a co, pochwalę się – jestem pomysłodawcą jego tytułu.
Już 11 lat minęło, odkąd stworzyliśmy ze studentami pierwszą wersję dwujęzycznej (angielsko-polskiej) bazy słownictwa matematycznego i udostępniliśmy ją w popularnym wówczas jeszcze programie Supermemo. Dzisiaj, gdy Politechnika Krakowska obchodzi swój jubileusz 80-lecia, ukończyliśmy ze studentami kolejny etap prac nad rozwijaniem i doskonaleniem naszego glosariusza, czego owocem są udźwiękowione i zilustrowane kursy słownictwa matematycznego na Anki, Quizlet i Memrise dla rodzimych użytkowników języka polskiego, rosyjskiego i ukraińskiego.
Kursy na Anki są dostępne pod następującymi adresami:
Sztuczna inteligencja pomogła mi ostatnio, postanowiłem więc skorzystać z jej usług ponownie. Tym razem dla zilustrowania czegoś, co często tłukę studentom do głowy i bywa, iż mam wrażenie, że z niewielkim skutkiem. Poniżej łamigłówka z wygenerowanymi przez Groka wizualizacjami czegoś, co pada z ust moich studentów co rusz, ale różnie im wychodzi. Wczoraj na przykład, podczas skądinąd bardzo dobrze zaplanowanej i wygłoszonej prezentacji, opisując w bardzo profesjonalny sposób szczególny przypadek zagrożenia, mówiący płynnie po angielsku prezenter uparcie powtarzał frazy, która – zastosowana do sformułowania prompta – zaowocowała takim oto pięknym obrazem wygenerowanym przez Groka.
Wygląda groźnie, trzeba przyznać, ale związek z tym, o czym Illia mówił, ma raczej znikomy. Nie ulega też wątpliwości, że w wymowie zamierzonej frazy Illia i tak pamiętał o czymś, o czym wielu studentów notorycznie zapomina, a mianowicie o zachowywaniu dźwięczności spółgłosek dźwięcznych na końcu wyrazu w języku angielskim. Wielu studentom usiłującym powiedzieć tę samą frazę wychodzi coś, co Grok pokazuje na kolejnym, poniżej wygenerowanym obrazie.
Rozwiązanie łamigłówki jest proste. Frazą, o którą chodzi, jest „malicious code” (złośliwy kod). Pierwsza ilustracja przedstawia złośliwego dorsza, po angielsku cod, co artykułuje niechcący student, który pamięta o dźwięcznym „d” na końcu wyrazu, ale przekręca samogłoskę. Na drugiej ilustracji mamy „malicious coat” (złośliwy płaszcz), co wyrzuca z siebie student, który stosuje właściwą samogłoskę (a właściwie dyftong), ale ubezdźwięcznia „d” na końcu wyrazu. A tak oto Grok wyobraża sobie „malicious code” (obraz poniżej).
Można się oczywiście spierać, że każde słowo i zdanie pada w jakimś kontekście i słuchacz zrozumie, że nie mówimy o dorszu ani płaszczu, tylko o kodzeniu, ale większość moich studentów dobrze mówi po angielsku, więc torturuję ich takimi niuansami, by byli jeszcze bardziej perfekcyjni. Poza tym nawet te drobne różnice bywa, że całkowicie zmieniają znaczenie lub wprowadzają dwuznaczności i z kontekstu wcale nie wynika, o które znaczenie chodzi. We wczorajszej prezentacji padło na przykład:
I understand what this comment means.
Zamiast:
I understand what this command means.
Cudzoziemcom uczącym się języka polskiego wiele kłopotów sprawiają nasze spółgłoski szeleszczące (właśnie uzmysłowiłem sobie, że „szeleszczące” to niemalże cudowna onomatopeja), a wyrazy „szyszka” i „czaszka” mogą się komuś wydawać podobne. A przecież jakże makabryczne byłoby zdanie, w którym babcia mówi do wnuczka:
Chodź, dziecko, pozbieramy czaszeczek pod tymi drzewkami!
Jeśli do kogoś nie trafiają te moje ciągle powtarzane suche tłumaczenia, ale te stworzone przez sztuczną inteligencję obrazy jednak przemówią mu do wyobraźni, to czuję się spełniony. Non frustra vivere vitam meam.
Kilka miesięcy temu na przystankach tramwajowych w Krakowie królowała reklama koreańskiego serialu na jednej z platform streamingowych, który to serial okazał się dla mnie bardzo cenną pomocą dydaktyczną w nauczaniu języka angielskiego. Wprawdzie angielski dubbing w koreańskich serialach do najlepszych nie należy, ale ta scena z serialu The 8 Show okazała się być tą potężną bronią, której mi brakowało w walce z modą na to, że trzeba być komunikatywnym, a poprawność to sprawa drugorzędna.
Większość moich studentów, nawet tych ze słabszych grup, świetnie mówi po angielsku. Są tacy, którym płynności, swobody wyrażania się i elokwencji mogę co najwyżej pozazdrościć. Dlatego, chociaż zdarzają się też tacy, którym do mojego poziomu znajomości języka jednak co nieco brakuje, kładę jako lektor języka angielskiego dość duży nacisk na doprowadzanie do perfekcji wymowy i intonacji, które – jak dla mnie – bywają jedyną przeszkodą w uznaniu angielskiego moich studentów za idealny, a w każdym razie przyzwoity, porównywalny z angielskim przeciętnego rodzimego użytkownika tego języka.
Osoby postronne zarzucają mi w związku z tym często, że tłamszę komunikację i zniechęcam moich studentów do mówienia, choć opinie samych studentów bywają zupełnie odwrotne. Trudno jednak zaprzeczyć dość powszechnemu trendowi, że błędy w wymowie są w sumie nieistotne, bo przecież zawsze jest kontekst, i nie ma większego znaczenia, czy powiesz „robe” czy „rope”, „kid” czy „kit”, „card” czy „cart”, „bug” czy „buck”, „coat” czy „code”.
Dotąd działami o najcięższym kalibrze, jakie wytaczałem do studentów, gdy mówili mi o tym kontekście i komunikacji, był przykład nawiązujący do języka polskiego i do podobieństwa – w uszach Anglika czy Amerykanina – wyrazów „czaszka” i „szyszka”. Mówiłem im, żeby sobie wyobrazili zdanie „Idź dziecko nazbieraj czaszek pod tym drzefkiem”. Janina pamięta ze studiów ciekawy przykład z wyrazami „babuszka” i „papużka”. Przykład o tyle dobitny, że dla Polaka chyba bardziej zrozumiały. Ubezdźwięcznianie spółgłoski na końcu wyrazu jest dla nas tak naturalne, że niektórzy dopiero słysząc spółgłoski bezdźwięczne zamiast dźwięcznych w środku wyrazu zrozumieją, o co chodzi.
Koreański serial „The 8 Show” i ta jedna konkretna scena dostarczyły mi przykładu, który sam nie wiem, czy jest bardziej skuteczny i przekonujący, ale po minach niektórych studentów w ostatnim tygodniu zajęć w semestrze letnim widziałem, że jednak do nich przemawia. Jeśli na końcu wyrazu jest spółgłoska dźwięczna, to ma po angielsku pozostać dźwięczna – jest to zasada równie ważna, jak prawidłowe wymawianie samogłosek. Czyli nie ma po angielsku uproszczeń typu „kot pocztowy”, tylko ma być „kod pocztowy”, inaczej nie ma sensu. A jeśli nie rozumiecie o co chodzi, zastanówcie się nad wyrazem „digs” w tym zdaniu, w dodatku w nieco szerszym ujęciu planu zdjęciowego z serialu „The 8 Show”.
W 1995 roku Bill Gates, jako gość Davida Lettermana w programie na antenie CBS, mówił o internecie jako o tej „kolejnej wielkiej rzeczy”, jaka nas czeka. Oglądając dzisiaj tę rozmowę trudno się zdecydować, czy jest wizjonerska, czy infantylnie śmieszna, trywialna (w końcu Late Show with David Letterman było programem rozrywkowym), ale nie ulega wątpliwości, że dla nas w latach dziewięćdziesiątych internet to było coś. Było to coś tak ważnego, że nikt wówczas nie miał wątpliwości, że trzeba słowo „internet” pisać wielką literą.
Nic dziwnego, że w takiej atmosferze całe pokolenie filologów, encyklopedystów i dziennikarzy jednogłośnie, bez większej dyskusji i bez cienia wątpliwości przyzwyczaiło nas do tego, że piszemy „Internet”, a nie „internet”. Pytanie, czy nadal tak jest, i czy aby na pewno jest tak w języku angielskim. Wielu moich studentów trafia na studia informatyczne z wyniesionym z liceum lub technikum przekonaniem, że tak. Pisownię małą literą uważają za błędną. Tymczasem sprawa nie jest wcale tak oczywista, a pisownia wielką literą, aczkolwiek dopuszczalna i nadal spotykana, staje się coraz rzadsza. Zwolennicy takiej pisowni stoją poza tym tak naprawdę na przegranej pozycji, bo pisownia „Internet” z czasem odejdzie do lamusa, podobnie jak mało kto pamięta dziś o tym, że rzeczownik „radio” w języku polskim pierwotnie uważany był za nieodmienny i nie podlegał deklinacji.
Wydaje się, że nie ma żadnych logicznych przesłanek, by słowo „internet” pisać wielką literą. Najczęściej używamy tego słowa w znaczeniu bardzo analogicznym do słów „radio” czy „telewizja”, dla określenia środka przekazu informacji. „Znalazłem coś w internecie”, podobnie jak „usłyszałem w radiu” czy „zobaczyłem w telewizji”. Nie ma zatem żadnego racjonalnego powodu, by wyrazy „internet”, „web” czy „net” pisać wielką literą. Dał temu bardzo mocno wyraz Tony Long na łamach Wired jeszcze w 2004 roku. Wprawdzie wyprzedził nieco swoje czasy, bo po przejęciu Wired przez Condé Nast w 2006 roku magazyn powrócił do pisowni „Internet”, nie trwało to jednak długo. Dziś internetu pisanego wielką literą na próżno byłoby szukać nie tylko w Wired, ale w większości prasy technicznej i komputerowej
W tradycyjnym ujęciu, słowo „internet” powinno być pisane wielką literą, aby wyjaśnić różnicę w znaczeniu między Internetem (globalną siecią, która wyewoluowała z ARPANET, wczesnej sieci Pentagonu), a jakimkolwiek ogólnym internetem lub siecią komputerową łączącą wiele mniejszych sieci. Z taką interpretacją można się do dzisiaj spotkać w niektórych słownikach. Z czasem jednak „internet” i „web” zmieniły się – poprzez powszechne użycie – z rzeczowników własnych – unikalnych, nazwanych jednostek – w rzeczowniki ogólne. Większość osób spoza wtajemniczonego kręgu specjalistów nie jest w ogóle świadoma istnienia jakiegokolwiek internetu innego niż ten, którego wszyscy codziennie używamy – to rozróżnienie nie ma już znaczenia. A dla wielu młodszych ludzi, którzy dorastali z tą technologią, internet sam w sobie jest czymś zwyczajnym, takim jak telefon, telewizja czy radio. Niektórzy komentatorzy uważają, że pisownia słowa „internet” małą literą stała się bardziej naturalna dla większości Amerykanów (i nie tylko) poprzez świadome i celowe użycie małej litery „i” w produktach marki Apple (iPhone, iPad, iOS itd.).
W języku angielskim mnóstwo jest przykładów dekapitalizacji i uproszczenia pisowni pospolitych wyrazów, które pierwotnie weszły do języka jako nazwy własne, oznaczające coś unikalnego. Procesom tym ulegają nie tylko wchodzące do powszechnego użytku słowa z dziedziny technologii, jak „homepage”, „online”, „email”, „website” (niegdyś „Home page”, „on-line”, „E-mail”, „Web site”), ale także ogólne terminy pochodzące od dawnych nazw marek, jak frisbee, bandaid, velcro, czy też od akronimów (mało kto pewnie wie czy pamięta, że „scuba” pochodzi od „Self-Contained Underwater Breathing Apparatus”).
Gwóźdź do trumny Internetu wbito chyba w roku 2016. W artykule z 1 czerwca tego rokuNew York Times ogłasza oficjalny „koniec Internetu” i nadejście „internetu”. Nie jest to zresztą jednostronna, odosobniona decyzja tego dziennika, ale reakcja na ogłoszoną przez Associated Press zmianę w ich wytycznych dla dziennikarzy w dorocznie aktualizowanym przewodniku stylistycznym. Korpusy językowe od dawna pokazywały już wówczas tendencję wypierania pisowni wielką literą przez pisownię małą literą, Associated Press usankcjonował tylko to zjawisko i przyspieszył tempo zmian, bo za rekomendacjami AP poszły nie tylko New York Times, The Wall Street Journal, The Verge czy Wired, ale właściwie wszystkie media głównego nurtu.
Następnym razem, gdy przyjdzie Ci do głowy napisać słowo „internet” wielką literą i nie będzie to ani na początku zdania, ani w zbitce „Internet of Things” czy „Internet of Everything”, przypomnij sobie wiersz Adama Asnyka:
Trzeba z żywymi naprzód iść, Po życie sięgać nowe, A nie w uwiędłych laurów liść Z uporem stroić głowę
Wy nie cofniecie życia fal! Nic skargi nie pomogą: Bezsilne gniewy, próżny żal! Świat pójdzie swoją drogą!
Dawno nie aktualizowaliśmy naszych baz leksykalnych i specjalistycznych kursów językowych na różne platformy, ale z końcem tego semestru się to zmienia i ruszy fala udostępnień nowych rzeczy na Anki, Memrise i Quizlet. Chyba obudziliśmy się na dobre po pandemii.
Na początek zupełnie nowy, polsko-angielski zbiór słówek związanych z drukiem 3D. Autorami są Tomasz Dudara i Paweł Gałusza, studenci I roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej. W zebranej przez nich bazie znajdują się 422 hasła związane z trójwymiarowym projektowaniem i drukowaniem, polecenia z oprogramowania CAD i słownictwo związane z własnościami materiałów.
To pierwsza wersja tej bazy, nie ma więc w niej bajerów w postaci nagrań czy ilustracji, ale jeśli okaże się komuś do czegoś przydatna, być może będzie w przyszłości udoskonalana. Baza jest dostępna na następujące platformy:
Jak co roku, kilka tygodni temu zalała mnie na LinkedInie fala powiadomień o ukończeniu studiów pierwszego stopnia przez moich byłych studentów i uzyskaniu przez nich tytułu inżyniera. I oczywiście, jak co roku, chociaż mówimy o tym na zajęciach z każdą grupą, wielu z nich zapomniało, że „engineer” to wcale nie jest po angielsku tytuł uzyskiwany po ukończeniu studiów pierwszego stopnia, tylko po prostu zawód. I że w tym znaczeniu inżynierem można być niezależnie od poziomu posiadanego wykształcenia. Pracę inżynierską może wykonywać inżynier po politechnice, magister inżynier, doktor, doktor habilitowany, profesor, ale równie dobrze można pracą inżyniera nazwać fizyczną pracę robotnika mniej wykwalifikowanego. Ba, określenie „sanitary engineer” bywa żartobliwie używane jako eufemistyczne określenie zawodu sprzątaczki lub śmieciarza.
Po studiach pierwszego stopnia w krajach anglojęzycznych otrzymuje się tytuł „bachelor”, wywodzący się z łacińskiego „baccalaureus”. W zależności od rodzaju ukończonych studiów może to być BA (bachelor of arts, studia humanistyczne) lub BSc (bachelor of science, studia ścisłe). W niektórych krajach można się (obecnie lub w przeszłości) zetknąć z tytułami dla zawężonych dziedzin nauki, np. „bachelor of engineering”, „bachelor of technology”, a także „bachelor of education”, „bachelor of laws”, „bachelor of medicine” itp.
Tytułem po ukończeniu studiów drugiego stopnia jest – odpowiadający polskiemu magistrowi – master. Master of Arts, Master of Science itd.
Ale tak jak nikt w Polsce nie powie o sobie, że otrzymał po studiach inżynierskich czy licencjackich bakalarat, tak nikt w krajach anglojęzycznych nie chwali się ukończeniem studiów i otrzymaniem tytułu „engineer”. Brzmiałoby to równie dziwacznie, jak po polsku określanie absolwenta studiów pierwszego stopnia tytułem „kawalera nauki” (dosłowne tłumaczenie angielskiego tytułu).
Warto też wiedzieć, że ponieważ w różnych krajach ustawodawca zdefiniował różne tytuły naukowe, a uniwersytety stosują rozmaite skale ocen na dyplomach, w tłumaczeniach oficjalnych (przysięgłych czy też w odpisach wydawanych przez uczelnie w językach obcych) tytułów i ocen nie tłumaczymy. Dlatego na wydanym przez Politechnikę Krakowską w języku angielskim dyplomie ukończenia studiów inżynierskich nie należy się spodziewać tytułu „engineer”, a znajdujący się tam tytuł „inżynier” nie jest niczyim błędem czy przeoczeniem.
Polecam filmy Daniela, jest rodzimym użytkownikiem języka angielskiego i aż miło go posłuchać. Znalazł na swoim dyplomie błąd w miejscu, w którym go nie ma, ale ciekaw jestem, czy zauważył, że na dyplomie naprawdę jest pewna usterka, którą część moich studentów była w stanie wytropić. Ba, jest to coś, co w jednym miejscu dyplomu jest napisane poprawnie, a w innym z błędem.
Kilkadziesiąt lat po śmierci Johna Lennona (zamach na niego, obok pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski i zamieszek na ulicach Częstochowy w sierpniu 1980, stanowi jedno z historycznych wydarzeń, które są najwcześniejszymi wspomnieniami z mojego dzieciństwa) doczekaliśmy się w tym tygodniu premiery najnowszej i pewnie ostatniej piosenki zespołu The Beatles. Psychodeliczna ballada „Now and Then” została nagrana w domowych warunkach na kasecie magnetofonowej w 1977 roku w Nowym Jorku i była jedną z piosenek, których Lennon nigdy nie ukończył ani nie wydał komercyjnie.
Przekazana przez wdowę po Lennonie, Yoko Ono, kaseta stała się przedmiotem zainteresowania pozostałych członków zespołu The Beatles w roku 1995, ale kiepska jakość nagrania i brak możliwości odseparowania ścieżki dźwiękowej fortepianu od ścieżki wokalnej sprawiły, że prace nad wypuszczeniem singla wstrzymano, a wreszcie odłożono na półkę. Dopiero technologiczna rewolucja, jakiej świadkami jesteśmy w ostatnim czasie, i zastosowanie sztucznej inteligencji, pozwoliły doprowadzić nagranie do takiego stanu, w którym można je było wreszcie opublikować – z udziałem Paula McCartneya i Ringo Starra, ostatnich żyjących członków zespołu, z wykorzystaniem nagrań George’a Harrisona z 1995 i z dodatkowymi słowami autorstwa McCartneya.
Ale nie pisałbym o tym tutaj, gdybym nie chciał poruszyć pewnej kwestii językowej. Zauważyłem w polskich mediach, że zachwycający się niezaprzeczalnym fenomenem tej nieco infantylnej, ale miłej piosenki zza grobu i w gruncie rzeczy majstersztykiem w rodzącej się na naszych oczach sztuce deep fake’ów dziennikarze, w tym także najbardziej cenieni dziennikarze muzyczni, dopatrując się mistycznych i profetycznych talentów u Lennona, zdają się nie rozumieć tytułu piosenki albo nie zwracają uwagi na jej słowa. „Now and Then” to wprawdzie dosłownie „Teraz i wtedy”, albo – jak twierdzi Google Translate – „Teraz i później”, ale wystarczy się wsłuchać w tekst piosenki, by zrozumieć, że tutaj ma znaczenie podobne, jak we frazie „every now and then”, czy też „every now and then and again”, czyli „czasami”, „od czasu do czasu”, „sporadycznie”.
Wysłałem wczoraj moim studentom pytanie, jak rozumieją tytuł piosenki „Now and Then” i jak by go przetłumaczyli na język polski. W ciągu minuty otrzymałem odpowiedź, że „od czasu do czasu”. Może legendom polskiego dziennikarstwa muzycznego przydałaby się lekcja angielskiego u Olafa lub innego studenta Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej? A może po prostu nie wsłuchali się w słowa piosenki, której wypuszczenie komentowali dla wszystkich polskich mediów?
Co ciekawe, DeepL radzi sobie z tym idiomem i jako pierwsze sugerowane tłumaczenie, bez podania kontekstu, proponuje „od czasu do czasu”. Ba, chociaż zwykle się pastwię nad Bingiem, tym razem Bing się w ogóle nie bawi w dwuznaczności i podaje właściwe tłumaczenie.
We use cookies on our website to give you the most relevant experience by remembering your preferences and repeat visits. By clicking “Accept”, you consent to the use of ALL the cookies.
This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. These cookies ensure basic functionalities and security features of the website, anonymously.
Cookie
Duration
Description
cookielawinfo-checkbox-analytics
11 months
This cookie is set by GDPR Cookie Consent plugin. The cookie is used to store the user consent for the cookies in the category "Analytics".
cookielawinfo-checkbox-functional
11 months
The cookie is set by GDPR cookie consent to record the user consent for the cookies in the category "Functional".
cookielawinfo-checkbox-necessary
11 months
This cookie is set by GDPR Cookie Consent plugin. The cookies is used to store the user consent for the cookies in the category "Necessary".
cookielawinfo-checkbox-others
11 months
This cookie is set by GDPR Cookie Consent plugin. The cookie is used to store the user consent for the cookies in the category "Other.
cookielawinfo-checkbox-performance
11 months
This cookie is set by GDPR Cookie Consent plugin. The cookie is used to store the user consent for the cookies in the category "Performance".
viewed_cookie_policy
11 months
The cookie is set by the GDPR Cookie Consent plugin and is used to store whether or not user has consented to the use of cookies. It does not store any personal data.
Functional cookies help to perform certain functionalities like sharing the content of the website on social media platforms, collect feedbacks, and other third-party features.
Performance cookies are used to understand and analyze the key performance indexes of the website which helps in delivering a better user experience for the visitors.
Analytical cookies are used to understand how visitors interact with the website. These cookies help provide information on metrics the number of visitors, bounce rate, traffic source, etc.
Advertisement cookies are used to provide visitors with relevant ads and marketing campaigns. These cookies track visitors across websites and collect information to provide customized ads.