Na zawsze zdalnie

Dopiero co pisałem o zaletach nauczania zdalnego i o tym, że po powrocie na kampus pewnych rzeczy będzie mi brakowało. Dziś chciałbym dać przykład czegoś, co już na zawsze powinno pozostać na uczelni zdalne, a w każdym razie – powinna być taka opcja dla zainteresowanych.

Dzisiaj odbyliśmy egzamin doktorski z języka angielskiego z kandydatem, który był podczas egzaminu w Warszawie, gdzie mieszka i pracuje (aczkolwiek sporo czasu – z uwagi na obowiązki zawodowe – spędza także w Niemczech). Jednocześnie ja i reszta komisji byliśmy na Politechnice Częstochowskiej, Politechnice Krakowskiej, w Krakowie, Nowej Hucie i na wsi pod Krakowem. Gdyby nie pandemia, musielibyśmy wszyscy razem spotkać się w jednym pomieszczeniu na około pół godziny. W tym konkretnym przypadku ludzie z trzech różnych województw – mazowieckiego, śląskiego i małopolskiego – musieliby się umówić i spotkać w Czyżynach.

Naukowcy związani z naszym Wydziałem rozsiani są na codzień na wielu kontynentach, co najmniej od Kalifornii po Chiny. Odkąd zmagamy się z pandemią COVID-19, egzaminy doktorskie z języka angielskiego zdarzyło mi się prowadzić z doktorantami łączącymi się z różnych krajów, a nawet kontynentów. Zastanawiam się, czy na egzamin z języka angielskiego naprawdę ludzie muszą przyjeżdżać na Politechnikę Krakowską, jak to było przed pandemią, czy też może jednak możemy zacząć korzystać z możliwości technologicznych, jakie są teraz udziałem każdego studenta i każdego nauczyciela akademickiego, a o których ludzie renesansu czy oświecenia nie mogli nawet marzyć, bo wykraczało to poza ich możliwości pojmowania?

To było – moim zdaniem – pytanie retoryczne.

Zalety zdalnego nauczania

Od połowy marca prowadzę zajęcia zdalne w czasie rzeczywistym, w godzinach wynikających z harmonogramu. Wszystko wskazuje na to, że to trudne wyzwanie, przed którym stanęliśmy u zarania pandemii, będzie trwało dłużej niż rok (przymierzamy się już do układania planu zajęć na semestr letni i zakłada on, że lektorat nadal będzie się odbywać przez internet). Zarówno w debacie publicznej, jak w rozmowach prywatnych przeważają głosy krytyczne, kwestionujące jakość i skuteczność zajęć online – czy to z naturalnej skłonności do narzekania, czy to ze związanych z sytuacją stresów, napięć czy wręcz depresji, czy to w oparciu o rzeczywiście negatywne doświadczenia. Niejako dla kontrastu, dla pocieszenia, a może ku refleksji postanowiłem się podzielić kilkoma pozytywnymi spostrzeżeniami. Pewnie, że chciałbym, jak wszyscy, aby ta przeklęta pandemia jak najszybciej się skończyła i żebyśmy wszyscy wrócili na kampus i uczyli w klasie, ale są pewne aspekty uczenia online, których mi będzie brakowało, gdy już wrócimy. Może warto sobie zdać sprawę z tego, że there’s a silver lining even to this pandemic cloud.

Na początek muszę zastrzec, że moje spostrzeżenia są charakterystyczne dla określonej grupy wiekowej – studentów pierwszego i drugiego stopnia studiów – i mogą być zupełnie nietrafne dla innych grup wiekowych. Zdaję sobie sprawę z tego, że przed zupełnie innymi problemami stoją rodzice i nauczyciele dzieci w nauczaniu początkowym, i absolutnie tego nie porównuję, choć także i w ich sytuacji można pewnie znaleźć jakieś dobre strony na osłodę, ku pokrzepieniu. Nie bez znaczenia jest także fakt, że po depresyjnych i spirytystycznych doświadczeniach poprzedniego semestru, gdy część studentów włączała kamery, a część kryła się za awatarem (bywa że nie mającym wiele wspólnego z ich rzeczywistą fizjonomią) czy wręcz za ikoną z inicjałami, wprowadziłem od października bezwzględną zasadę, że na zajęciach wszyscy mamy włączone kamery i sprawne, prawidłowo skonfigurowane mikrofony. Gdyby nie to, część moich pozytywnych doświadczeń nie miałoby miejsca albo straciłoby na wyrazistości. Oto trzy przykłady, które jako pierwsze przyszły mi na głowy, na pozytywne aspekty uczenia przez sieć.

Przede wszystkim praca w parach i grupach, jakże naturalna metoda podczas nauki języka obcego. W klasie robi się hałas i rozgardiasz, ludzie wzajemnie się zakłócają, przekrzykują, podkradają też sobie pomysły. Gdy nawet podejdę do jakiejś grupy, nie zawsze rozumiem wszystko, o czym mówią, bo zakłóca mi to hałas z innych grup. Im bardziej zaawansowana grupa, a tym samym im bardziej ciekawe i autentyczne to, o czym mówią, tym jest gorzej. Online jest zupełnie inaczej. Sam podział na grupy jest łatwiejszy, nie wymaga przemieszczania się po klasie, przesuwania stołów i przestawiania krzeseł, automatycznie można to zrobić w kilka sekund. Następnie każda grupa pracuje sobie oddzielnie, ich rozmowa nie jest zakłócana hałasem z innych grup. Raz zdarzyło mi się na piątym roku wejść do grupy, w której właśnie wszyscy szczerze dzielili się radosną nowiną, że żaden z nich nie ma pojęcia, co było na zajęciach przed angielskim, gdyż każdy tylko wstał, zalogował się, żeby mieć obecność, a następnie poszedł spać (nie włączają tam kamer). Raz też wszedłem, a oni wszyscy o koronawirusie, bo okazało się, że – całkiem przypadkowo – przydzieliłem do czteroosobowej grupy samych chorych i przebywających na kwarantannie. Ale przeważnie rozmawiają na temat, robią to, co mieli robić, a jeśli mieli rozwiązać jakiś problem, to nie odgapiają pomysłów od innych, bo są w tym pokoju czy kanale sami (pewnie, że mogliby to obejść, ale nie zauważyłem, żeby kombinowali);

Druga sprawa – frekwencja. Nie wiem, jakie Wy macie doświadczenia, ale moi studenci po prostu chodzą na te zajęcia bardziej sumiennie, niż chodziliby, gdyby one były na Wydziale. Wiosną zwróciłem uwagę studentce, że nie wypada leżeć w łóżku na angielskim, na co się dowiedziałem, że ma gorączkę 38.5 i leży w łóżku, bo jest chora. Gdy jej powiedziałem, że nie musi w takim razie przecież być na angielskim, zaparła się, że jak najbardziej musi, bo jej się bardzo nudzi, a poza tym chciała się z nami zobaczyć. Od tamtej pory nie zwracam już nikomu uwagi na leżenie w łóżku na angielskim (co zresztą rzadko się zdarza). W ubiegłym tygodniu spytałem się studenta chorego na COVID-19, czy naprawdę chce pisać klasówkę w tej sytuacji, na co natychmiast padło zapewnienie, że da radę i że w ogóle już się dobrze czuje. Kilka dni temu dostałem maila od studentki z pytaniem, czy może następnego dnia o 12:00 wyłączyć na chwilę kamerę, bo ma teleporadę u lekarza. Oczywiście odpisałem jej, że nie musi w ogóle przychodzić w tej sytuacji na zajęcia, albo może z nich zwyczajnie wyjść wcześniej, ale przecież Ci wszyscy ludzie w normalnych warunkach, poza pandemią, w ogóle by nie przyszli na angielski. Leżeliby chorzy w domu albo byliby u lekarza. W ubiegłym roku na drugim stopniu pod koniec każdy już sobie wykorzystywał te swoje przysługujące mu nieobecności, więc bywało, że wiatr hulał po sali między mną i nielicznymi gośćmi, którzy mieli jeszcze coś do załatwienia. I w sumie się nawet im nie dziwię ani nie mam żalu, bo skoro np. Kamil musiał półtorej godziny jechać autem na moje poranne zajęcia, po czym wracał do domu, to piątek był dla niego dniem straconym z punktu widzenia pracy. W tym roku na drugim stopniu jest kilka osób, które chodzą na zajęcia i ze swoją grupą, i z grupą równoległą, która chodzi z nimi na zmianę. Większość z nich pracuje zdalnie, elastycznie regulują swój czas pracy, więc jeśli ktoś ma ochotę, przychodzi na angielski w obu grupach. Tak nigdy nie było, gdy zajęcia odbywały się na kampusie.

I wreszcie kontakt. Paradoksalnie, ja mam z moimi studentami lepszy kontakt na zajęciach przez internet. Tutaj każdy siedzi w pierwszej ławce. Dosłownie każdy. W klasie niektórzy są schowani za filarem, siedzą w ciemnym rogu. Nie wiem, co robią, gdy się odwrócę tyłem do nich. Przez internet widzę każdy gest, uśmiech, złość, skrzywienie twarzy. Pracuję na dwóch ekranach i na jednym z nich zawsze ich widzę, a z drugiego korzystam, jeśli coś razem piszemy albo jeśli coś sobie udostępniamy. Nie chodzi o to, żebym ich jakoś pilnował i terroryzował. Jak widzę, że któryś z nich odebrał telefon, zdjął słuchawki i rozmawia z dziewczyną czy współlokatorem, albo wyszedł na moment (te sytuacje zdarzają się, ale nie tak często, by utrudniało to pracę), nie próbuję mu zadawać pytania, bo wiem, że mnie w tym momencie nie słyszy. Dzięki temu nie mamy znanego z memów wywoływania duchów na naszych lekcjach. Widzę, kto łączy się z komputera, a kto ze smartfonu, więc nie proszę o niektóre rzeczy tych drugich, bo wiem, że im trudniej. Wiele rzeczy komunikujemy sobie bez włączania mikrofonu, takich organizacyjnych. Np. jak czekam, żeby wszyscy otworzyli książkę tam, gdzie trzeba, to pytam, czy już każdy ma, a oni kiwają albo kręcą głowami. W niektórych grupach spodobało im się to może infantylne trochę podnoszenie ręki przy pomocy myszy, jak się coś chce. 🙂

Są pewne rzeczy, na które nie ma co narzekać. W każdej sytuacji są pozytywy i to nauczanie zdalne, na które przeważnie utyskujemy, też takie ma. Ale fakt, oby się jak najszybciej skończyło. Mógłbym jeszcze wymienić kilka innych rzeczy, które przyszły mi do głowy, ale poprzestanę na tych zupełnie moim zdaniem bezdyskusyjnych i niezaprzeczalnych (choć rozumiem, że nie w każdej grupie wiekowej tak to wygląda i że każdy ma tu trochę inne doświadczenia).

Jednorożce w Czyżynach

Pisałem wielokrotnie (ostatnio tutaj), że Wydział Mechaniczny Politechniki Krakowskiej to krakowska szkoła magii i alma mater małopolskich naśladowców Harry’ego Pottera i Draco Malfoya. Wystarczy przespacerować się po kampusie z otwartymi oczami i widać to na każdym kroku. Jest wejście do komnaty tajemnic w budynku G, jest magiczny tramwaj „Pantograf” przy budynku D, jest magiczna nowa aula w budynku C i portal do CERN-u w budynku B.

Ale budynek A, czyli główny (po staremu „V”), nie jest wcale gorszy. Od kilku miesięcy stacjonarne zajęcia zawieszone, więc chodzę tam podlewać kwiaty w naszym pokoju od czasu do czasu. Od paru tygodni zupełnie niepotrzebnie, bo zdają podlewać się same, chodzę więc tylko się upewnić, czy nie schną. Gdy zbliżam się do budynku, z okna pokoju samorządu studenckiego wita mnie magiczna istota, tęczowy jednorożec. Patrzę na niego z szacunkiem, bo przecież krew jednorożca zapewnia życie każdemu, kto ją wypije, nawet jeśli będzie o cal od śmierci, aczkolwiek za straszliwą cenę. Zabicie jednorożca jest bowiem potworną zbrodnią, a kto zabije coś tak niewinnego i bezbronnego, zostanie na zawsze przeklęty i będzie wiódł nędzne pół-życie, nie życie nawet. Dlatego zawsze grzecznie pozdrawiam czyżyńskiego jednorożca na powitanie i wchodzę do budynku bez żadnych złych zamiarów.

Untitled Untitled

Studenci czasów zarazy

Od ponad miesiąca – w związku z pandemią koronawirusa, która dotarła na wszystkie kontynenty poza Antarktydą (i Atlantydą może jeszcze) – zajęcia ze studentami prowadzimy zdalnie, z jednymi lepiej nam to wychodzi, z innymi gorzej, ale to jedyne możliwe rozwiązanie. Dzisiaj poszedłem na Wydział przynieść sobie do domu trochę książek, z których regularnie korzystam podczas naszych zajęć, bo papierowa wersja to jednak papierowa wersja. Dziwnie się czułem idąc tam w dwuwarstwowej maseczce, z zachowaniem wytycznych sanitarnych dotyczących społecznego dystansu. Tak jakbym wybierał się na spacer po powierzchni Księżyca albo w ogóle w przestrzeni kosmicznej, a nie idąc na tętniący zwykle o tej porze roku życiem kampus w Czyżynach, na którym studiuje kilka tysięcy studentów. Przy okazji tej niespodziewanie wielkiej wyprawy podlałem te kwiatki w pokoju lektorskim, które jeszcze całkowicie nie uschły, porozmawiałem ze znajomymi z ochrony, wyjrzałem przez okno…

I właśnie podczas wyglądania przez okno naszła mnie wyjątkowo sentymentalna refleksja. Większość moich studentów w tym semestrze to studenci pierwszego roku pierwszego stopnia. Ci, którzy stawiają swoje pierwsze kroki w akademickiej wspólnocie i którzy poznają dopiero specyfikę funkcjonowania żakowskiej braci. Także na pierwszym roku drugiego stopnia spora część moich obecnych studentów to osoby, które ukończyły studia pierwszego stopnia na innych wydziałach i innych uczelniach. Zrobiło mi się ich żal, gdy uzmysłowiłem sobie, że oni w tym roku nie przekonają się, jak pięknie jest w Czyżynach wiosną.

Nie dowiedzą się też na pierwszym roku, co to jest Rajd Politechniki, Juwenalia, Czyżynalia i wiele innych rzeczy, które definiują tak naprawdę bycie studentem. Nie samym chlebem bowiem żyje człowiek i nie samą nauką powinien się zajmować student.

Zajęcia w czasie zarazy

Nagraliśmy wprawdzie nasze ostatnie zdalne* zajęcia w grupie 41K9, na drugim stopniu informatyki stosowanej, na których Krzysztof przedstawił prezentację na temat digital twin, ale nie będziemy tego nagrania może rozpowszechniać. Natomiast – co by nie mówić – nie było najgorzej. Frekwencja była przyzwoita, część osób regularnie się odzywała, zadawali pytania i odpowiadali sobie na nie, uzupełniali wzajemnie stan swojej wiedzy. Nie powiem, żebym rozumiał wszystko, o czym mówili (nie żeby źle mówili po angielsku, ale tematyka przerastała mnie nieco intelektualnie). Nie mniej nasze zajęcia wypadły chyba nieco lepiej, niż te, które podesłała nam właśnie dla rozweselenia koleżanka z pracy. Warto swoją drogą obejrzeć, nie tylko dla poprawy nastroju, ale także w ramach gimnastyki językowej.

*gwoli wyjaśnienia dla potomności, jeśli ludzkość przeżyje, w związku z pandemią koronawirusa od dwóch tygodni zajęcia na uczelni odbywają się przez internet

Głupszy od iPhone’a

Ten wpis ma na celu przede wszystkim wyrażenie skruchy wobec Arka. Choć przez ostatnie trzy semestry znalazłem kilka różnych sposobów na odróżnianie Arka od jego brata bliźniaka, Patryka, patrząc na zdjęcie zrobione przed naszym czyżyńskim Hogwartem przy ulicy Życzkowskiego, nie zdałem egzaminu i uznałem, że na zdjęciu jest Patryk. Jest mi potwornie wstyd, Arek, poniekąd także wobec Patryka, nawet jeśli nie ma go na tym zdjęciu. Okazałem się głupszy od iPhone’a nawet (albo równie głupi, zależnie od modelu).

Jednocześnie, ten wpis jest poniekąd kontynuacją wpisów o iPhonie XS Max Pro, tyle, że podpartym doświadczeniami z iPhonem 11 Pro Max. Po tym, jak w tym wpisie dałem wyraz swojemu rozczarowaniu pierwszym z tych telefonów i przypuszczałem, że może to być ostatni iPhone, na jaki się zdecyduję, a także po tym, jak opisałem ostatni eksperyment z tym telefonem w tym wpisie oraz ulgę po rozstaniu z tym modelem w tym wpisie, zdecydowałem się jednak krótko poeksperymentować z iPhonem 11 Pro Max.

Muszę przyznać, że bryła tego telefonu podoba mi się, wygodnie trzyma mi się go w ręku, odpowiada mi jego kształt, rozmiary i waga. Jest idealny dla mnie pod względem estetycznym, nie przeszkadza mi krytykowane przez niektórych rozmieszczenie tylnych aparatów w jednym rogu. Niestety, wszystkie bolączki, które miałem z iPhonem XS Max Pro, w iPhonie 11 także mi dokuczały. Jacek z V roku przez chwilę wierzył, że rozwiązał jedną z nich, okazało się jednak, że rozwiązanie było tylko częściowe. Mianowicie ograniczenie liczby języków dostępnych z klawiatury telefonu do dwóch dotyczyło faktycznie wybranej przeze mnie klawiatury Swiftkey. Wystarczyło doinstalować klawiaturę Google, Gboard, dostępną w AppStorze, by iPhone pozwalał na korzystanie z trzech języków. Ale trzech. Nie więcej. Jeśli ktoś zna rozwiązanie pozwalające na korzystanie na iPhonie z większej liczby języków, stawiam kawę.

Wiadomo, że każdy użytkownik ma inne oczekiwania i to, co dla jednego jest problemem, dla innego w ogóle nie ma znaczenia. Łukasz z V roku uważa na przykład za wyjątkowo denerwujące w iPhonie to, że nie da się zmienić domyślnej długości drzemki w systemowym budziku. Ponieważ nie używam alarmów i nie ustawiam ich, w ogóle tego nie zauważyłem, nie wiedziałem nawet, że na Androidzie ustawienia analogicznej funkcji można spersonalizować w większym stopniu. Mnie drażni to, że iMessage zupełnie nie radzi sobie z obsługą dwóch kart SIM w telefonie, a nie da się zmienić aplikacji do wysyłania SMS-ów w iOS. Dla kogoś, kto używa tylko jednej karty SIM, nie stanowi to najmniejszego problemu.

Jeśli ktoś szuka smartfona, który będzie robił świetne zdjęcia i będzie je można łatwo wrzucać w media społecznościowe, iPhone 11 Pro Max spełni jego oczekiwania w pełni. Jeśli ktoś szuka narzędzia pracy, które będzie dobrze współpracowało z laptopami czy komputerami o różnych systemach operacyjnych, także Mac OS, zdecydowanie lepszy będzie dla niego na przykład Samsung S10+, którego obecnie używam.

Nie miałem wielkich złudzeń, że iPhone 11 przypadnie mi do gustu. Jednym z powodów, dla których chciałem się nim trochę pobawić, była chęć powtórzenia eksperymentu z Arkiem i Patrykiem, jaki zrobiliśmy na iPhonie XS Max Pro. Sprawdzaliśmy wtedy, czy iPhone potrafi rozróżnić Arka i Patryka, chociaż są bliźniakami i wiele osób na roku ich nie rozróżnia. Rozróżniał, ale tylko w jedną stronę. Spodziewaliśmy się, że w związku z poprawą pod wieloma względami różnych parametrów aparatu iPhone 11 Pro Max poradzi sobie z tym zadaniem lepiej. Okazało się, że nie. Okazało się, że iPhone 11 Pro Max nie odróżnia ich w ogóle. Stąd tytuł tego wpisu, którym wyrażam skruchę wobec Arka i Patryka i krytykę samego siebie.

Zalogowani

Stary numer, a cieszy. Nie ma semestru, by coś takiego się nie stało. Starszy rok przychodzi na zajęcia w laboratorium komputerowym, a tu komputer niewylogowany, ba, przeglądarka otwarta, a w jej kartach otwarte portale społecznościowe, poczta i inne usługi kogoś z młodszego (przeważnie) roku, kto siedział tam chwilę temu.

I tak regularnie dostaję maile z adresów grupowych, w których – zazwyczaj – grupa prosi o jakieś dodatkowe testy, surowsze kryteria oceny, dodatkowe zadanie itp. Dzisiaj przeszedłem samego siebie, dostałem maila od studentów kierunku, którego w ogóle nie uczę.

To już nie pierwszy przypadek w tym roku, choć rok akademicki zaczął się dopiero dwa miesiące temu. Poprzedni przypadek był tak głośny, że dostałem od byłych studentów screeny i memy z moją konwersacją z innymi, tym razem faktycznie moimi studentami, którzy dostali lekcję od kolegów ze starszego roku. To bardzo miłe, że starsi studenci uczą młodszych podstaw bezpieczeństwa i prywatności. Jest to bardzo skuteczne.

Powiększenie maila z drugiego screenu:

Królewska sesja

Odbyliśmy wczoraj ostatnie normalne planowe zajęcia w tym semestrze w jednej z grup. Jesteśmy jeszcze umówieni, ale to już tak poza planem, z kilkoma innymi, ale to już takie niedobitki, studenci, którym czegoś brakuje do zaliczenia i potrzebne im są dodatkowe spotkania. Większość wczoraj była głęboko przekonana, że czeka ich sesja we wrześniu, choć prowadzący nazywa się Lipiec, ale jestem dobrej myśli i trzymam za nich kciuki, by jak najszybciej rozpoczęły im się wakacje, a także by we wrześniu mieli czas na pracę domową z angielskiego. Wydaje się, że niektórzy z nich też mają w sobie odrobinę optymizmu…

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Studia Tagi

Technical English 4

Po tym, jak niedawno udostępniliśmy udźwiękowioną wersję kursu słownictwa z podręcznika wydawnictwa Pearson, Technical English 3, z przyjemnością informuję, że studentki I roku informatyki stosowanej na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej, Marzena Bartyzel i Julia Korpała, zaktualizowały i zmigrowały na Anki (wraz z dźwiękiem i ilustracjami) analogiczny kurs dla korzystających z podręcznika Technical English 4.

Kilka lat temu używałem tego podręcznika ze studentami informatyki stosowanej i znaleźliśmy wówczas na Memrisie kurs zrobiony przez jakiegoś użytkownika, ale był niedokończony, a w dodatku pełen błędów, postanowiliśmy więc zrobić własny. Efekty przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Nie twierdzę, że przygotowane przez nas materiały są idealne i nie da się ich już poprawić ani rozbudować, ale Michał Hadwiczak i Konrad Szlagor, dzisiaj już absolwenci naszego Wydziału, wykonali wtedy ogrom roboty, olbrzymie podziękowania należą się też ówczesnym studentom z grup C1 i C2 na drugim roku informatyki stosowanej za ich wkład merytoryczny. Wszystkie hasła są udźwiękowione, a znakomicie lektorzy to byli studenci: Agnieszka Droździel, Michał Juchnowicz i Jakub Nowak.

Opracowane narzędzia wspomagają zapamiętywanie słownictwa z podręcznika Technical English 4 na rozmaitych platformach. Przygotowany został nie tylko kurs Memrise, ale także jedna z najpiękniejszych i najbardziej funkcjonalnych baz Supermemo UX, jaką kiedykolwiek wykonali moi studenci (tu szczególne ukłony dla Michała).

Uporządkowane rozdziałami, wzbogacone o kontekst przy użyciu anglojęzycznych definicji słownictwo z podręcznika Technical English 4 jest dostępne jako:

Seniors

Nasza wydziałowa stocznia zaczyna właśnie wodować kolejne statki, zaczynają się obrony prac inżynierskich studentów czwartego roku informatyki. Na bardzo szerokie wody wypłyną wkrótce jednostki naprawdę innowacyjne, wybitne, z których nasz politechniczny przemysł stoczniowy może być dumny. Jako anglista, z którym mieli lektorat, nie mam w tym dziele swojego wielkiego udziału, a jednak gotów jestem udzielić osobistej gwarancji na szczelność kadłuba każdego wypuszczanego w morza i oceany tegorocznego inżyniera.

Gdy kończyłem zajęcia z nimi na drugim roku, biurowca ze zdjęcia powyżej jeszcze nie było, wylewano dopiero pod niego fundamenty, co mogliśmy obserwować z wysokości naszego szóstego piętra. Serce mi pękało jak podczas rozstania z obecnymi sophomores, bo seniors byli pierwszym rokiem studentów, który – co teraz już stało się normą – podjął wyzwanie, by nauczyć mnie jak najwięcej i poszerzyć nieco moje ciasne horyzonty. Nie żeby starsi studenci niczego mnie nie nauczyli, ale od seniors nie trzeba tego było wyciągać na siłę, a niektórzy z nich czerpali wyraźną satysfakcję z łatania dziur mojej ignorancji albo wyprowadzania mnie z błędu.

Niektórym z nich zawdzięczam niezapomniane emocje, wzruszenia, doznania estetyczne. Z niektórymi zdarzyło mi się konstruktywnie i merytorycznie poróżnić, wiążę z nimi w pamięci przykłady zaufania i inspiracji. Studenci tacy, jak oni, przekonują mnie o tym, że praca wykładowcy akademickiego to wymarzone zajęcie, mistyczne obcowanie z ludźmi, którzy chcą się rozwijać i ciągną ciebie za sobą w ten ekscytujący skok na bungee, jakim jest stały rozwój, poszukiwanie nowych rozwiązań, rysowanie nowych schematów blokowych i debuggowanie zakamarków naszego umysłu.

Butelkę szampana rozbijam w burtę każdego okrętu, który wypłynie w najbliższych tygodniach w świat. Po pokładach części z nich powalczę z chorobą morską i innymi moimi słabościami na studiach drugiego stopnia (już się nie mogę doczekać, ci to dopiero znają mój „mały” język), ale wszystkim, bez względu na to, jakie mają plany po obronie, życzę, by nigdy nie dotarli do przystani, w której utkną na zawsze i pokryją się wodorostami. Już przerośliście mnie tak, jak budynek Podium przerósł nasze szóste piętro, rośnijcie dalej i pamiętajcie, że sky is the limit. Albo i nie jest.