Restauracja wyznaniowa

Znam parę osób, które drażni myśl o koszernych barach na krakowskim Kazimierzu. Jest to myśl dla nich niepokojąca, ponieważ – chociaż pewnie by się do tego nie przyznały – dręczą je lekkie, podświadome fobie antysemickie. Z olbrzymim zaskoczeniem natknąłem się dzisiaj na przykład, który pewnie te same osoby uznałyby za mniej bulwersujący, choć – w gruncie rzeczy – sytuacja jest analogiczna.
Bywa, że jadę do pracy środkami transportu publicznego. Czekając na swój autobus, zaglądam wówczas często do centrum handlowego w Czyżynach, a jeśli nie mam żadnych zakupów do zrobienia, a burczy mi delikatnie w brzuchu, posilam się w lokalu na pasażu. Dziś miałem tam ochotę zjeść trochę zieleniny i wyjątkowo dobrego kurczaka w cieście, który zawsze jest tam dostępny, ale – ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu – zostałem przez personel pouczony, że mamy Środę Popielcową, obowiązuje post i w związku z tym mam do wyboru kilka rodzajów ryb, przyrządzonych na różne sposoby.
Lubię ryby. Lubię surówki. Lubię ten lokal, ale nigdy już tam nie zajrzę. Po drugiej stronie korytarza jest KFC. Bez mrugnięcia okiem mnie i kilku klientom przede mną wydano różne wersje dań z kurczaka, nie komentując naszego wyboru ani nas nie pouczając. Wydałem około 10 zł mniej, niż zwykle wydaję u serwującej po katolicku konkurencji, a pojadłem do syta i nie gorzej niż zwykle. Zajadając, przypomniałem sobie, że przecież parę dni temu spędziłem przy sąsiednim stoliku pół godziny z kimś bardzo bliskim, kto wolał jeść tu, niż tam, gdzie ja zwykle. Potem dotarło do mnie, że prawie każdy mój maturzysta, który jest na wagarach, zalicza podczas nich właśnie KFC – w Plazie, na osiedlu Niepodległości, na Andersa, w Krokusie albo właśnie w Czyżynach. I że z KFC – tym na Andersa – mam parę naprawdę miłych, intymnych wspomnień.
Jestem pewien, że od sklepów, punktów usługowych i restauracji nie oczekuję, by mnie pouczały o dogmatach religijnych. Jestem pewien, że stojąc w korku na Matecznym nie spodziewam się, że do mojego samochodu podejdzie ksiądz i będzie posypywał moją głowę popiołem, niczym bezdomni myjący szyby na skrzyżowaniach czy inwalidzi wciskający reklamy. Od handlowców i usługodawców spodziewam się, że będą się starali zarabiać pieniądze sprzedając mi takie towary i świadcząc mi takie usługi, jakich ja sobie zażyczę. Nawet jeśli będą próbować sprzedać nowego Kindle Paperwhite za kilkaset złotych więcej, niż kosztuje on na Amazonie, tak jak próbują to zrobić właściciele stoiska w Galerii Krakowskiej znajdującego się piętro pod stoiskiem, gdzie pracują Kasia i Sylwia. W galeriach handlowych jest miejsce na ekonomię, nie na rekolekcje.

Ślub kościelny

Nad Wisłą trwa zażarta dyskusja nad odrzuconymi hurtowo projektami ustawy o związkach partnerskich. I chociaż adresatami tych projektów były pary wszelkiego rodzaju, nie tylko homoseksualne, a doświadczenia innych krajów wskazują na to, że związki partnerskie są zawierane przede wszystkim przez pary mieszane, przytłaczająca część argumentów używanych w tej dyskusji w Polsce to mniej lub bardziej wyraźnie wygłaszane homofobiczne tezy.
Dlatego długo nie mogłem dziś rano wstać z łóżka, gdy ustawiony na wczesną godzinę radiobudzik włączył się, a z jego głośników popłynęła poranna dyskusja na antenie lokalnego londyńskiego radia. Jakże inna to była dyskusja od tej, którą – chcąc nie chcąc – za sprawą burzy w polskim parlamencie mamy u siebie na co dzień.
Brytyjski konserwatywny premier, chcąc bronić tradycyjnych wartości i wzmocnić instytucję małżeństwa, lansuje obecnie projekt zrównujący prawa małżeństw hetero- i homoseksualnych. Jego zdaniem, kochający się ludzie – bez względu na płeć – powinni mieć dokładnie takie same możliwości, w tym prawo do nazywania się żonami, mężami, a nie tylko partnerami, a odbieranie tego prawa związkom homoseksualnych czyni rzekomo krzywdę nie tylko parom jednopłciowym, ale także osłabia małżeństwo i deprecjonuje wartości rodzinne.
W porannej audycji stacji BBC London słuchacze będący w związkach partnerskich, także wychowujący dzieci, opowiadali o czymś, co przez kilkanaście minut nie pozwoliło mi w ogóle wstać – ani lewą, ani prawą nogą, i przez co o mało nie spóźniłem się do pracy. Opowiadali o tym, dlaczego zależy im na możliwości zawierania małżeństw przed ołtarzem. Zgodnie z zamysłem premiera, i w pewnym uproszczeniu, państwo ma uznawać śluby kościelne par homoseksualnych na podobnej zasadzie, jak polskie śluby konkordatowe. Związki wyznaniowe nie będą wprawdzie zmuszane do sankcjonowania takich małżeństw (obawa dość realna w brytyjskich warunkach, gdzie nie tak dawno toczyła się wojna związana z tym, że katolickie sierocińce zostały zmuszone do uznawania prawa do adopcji dzieci przez homoseksualistów, a kryterium orientacji seksualnej potencjalnych rodziców nie może być brane pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o oddaniu dziecka do adopcji), ale religijne ceremonie zaślubin będą miały oficjalny charakter i moc prawną.
Kolejni słuchacze i słuchaczki dzwonili do stacji i opowiadali o tym, jak bardzo im zależy na ślubie przed ołtarzem, jak bardzo wiara stanowi integralną część ich życia, i jak bardzo czują się dyskryminowani przez fakt, iż nie mogą uczestniczyć w funkcjonowaniu swoich wspólnot religijnych na tych samych zasadach, jak ich heteroseksualni sąsiedzi. Wypowiadający się na antenie słuchacze, w większości geje i lesbijki, powoływali się bez przerwy na wielkie słowa i idee, a z ich słów wynikało dość jasno, że uważają się za osoby broniące słusznej racji, za którymi stoi Pan Bóg, Chrystus i chrześcijaństwo w ogóle.
Byli pewni, że Pan Bóg jest ich sojusznikiem. Mniej więcej tak samo, jak przekonana o swoich racjach jest posłanka jedynej słusznej partii, pani Krystyna Pawłowicz, przez niektórych zwana profesorem, a przez wielu uważana za dużo mniej kobiecą, niż nazywana przez nią „chłopem” Anna Grodzka, transseksualna kandydatka na zajęte póki co stanowisko wicemarszałka Sejmu.
Wstając wreszcie z łóżka zastanawiałem się, czy od Londynu dzielą mnie tylko tysiące kilometrów, czy może lata świetlne.

Mitologia

Tomek Łysakowski, pokazując na swoim blogu poniższy film ze statystykami o kosztach finansowania kościołów i wyznań w Rzeczpospolitej, komentuje bardzo dobitnie przedstawione dane i daje wyraz swojemu jednoznacznie negatywnemu stosunkowi do polityki sponsorowania „ciemnoty i nienawiści” przez „państwo Tuska”.
Obejrzałem poniższy film z zainteresowaniem, ale nie wydaje mi się, by Donald Tusk był w tym kontekście gorszy niż kilku jego poprzedników. W ogóle mnie śmieszy, gdy ktoś uważa, że premier jest odpowiedzialny za wszystko – od fiaska negocjacji policji z bandytą w mieście powiatowym w Podkarpackim po przykry dla mnie i dla moich rozmówców fakt, że dzisiaj rano zaspałem i – nie chcąc się spóźnić na autobus – nie umyłem sobie zębów.
Oglądając ten film, zastanawiam się, czy ktoś faktycznie poda do sądu jego autora – łatwego chyba do zidentyfikowania. A jeśli tak, to za co. Bo przecież podane przez niego liczby są pewnie zaczerpnięte z jakiegoś wiarygodnego źródła i trudno będzie im zaprzeczyć. Ja bym stawiał na to, że prędzej komuś nie spodoba się zdjęcie użyte jako tło pod napisami w drugiej części filmu. Bo na to, że słowo „mitologia” używane wielokrotnie jako synonim wiary katolickiej, może obrażać czyjeś uczucia religijne, czytelnicy „Frondy” pewnie nie wpadną. Ciężko by zresztą chyba było obronić takie stanowisko w sądzie.
Idąc w tych rozmyślaniach o jeden krok dalej, zastanawiam się nad tym, jak daleko sięga nieszczęsny artykuł 196 kodeksu karnego. Czy przedstawienie w złym świetle postaci mitologicznej, na przykład karykatura Zeusa, który – po kilku głębszych – ma problemy z ciskaniem gromami i trafia nie tam, gdzie zamierza, stanowiłoby obrazę uczuć religijnych? Albo – jeszcze dalej – czy każda postać mitologiczna jest w równym stopniu chroniona, bez względu na to, czy jest bogiem, półbogiem, człowiekiem czy jeszcze kimś innym? Na przykład, czy równej ochronie podlegają Zeus, Syzyf i Helena Trojańska?
Im dłużej myślę o artykule 196, tym bardziej boli mnie głowa.

O artykule 196 pisałem już kilkakrotnie, między innymi tu:
Pussy Riot;
Artykuł 196 KK.

Żal za grzechy

Zapał do nauki na kilka dni przed świętami stygnie. Czy to wskutek zbliżającego się wolnego, czy pod wpływem klimatu adwentowego i nauczania na roratach, ale jedno jest pewne. Szkoła musi ustąpić miejsca doznaniom bez wątpienia głębszym, może nawet ezoterycznym.

Święconka

Nie licząc coraz rzadszych ślubów i coraz częstszych pogrzebów, byłem dziś po raz pierwszy od wielu lat w kościele, z wielkanocną święconką moich rodziców. W pierwszej chwili miałem ochotę skłamać i po krótkim spacerze z koszyczkiem wrócić do domu nie odwiedzając parafii, ale jakoś zagłuszyłem w sobie te pokusę do kłamstwa i z nadzieją i ufnością wszedłem do świątyni pod wezwaniem św. Maksymiliana Kolbe w Częstochowie.
Mój szczery zapał dość szybko zgasił wyglądający na całkiem normalnego młody ksiądz, który – przed przystąpieniem do święcenia pokarmów – przez kilkanaście minut sadził potworne farmazony na temat tego, jak to większość Polaków ulega Szatanowi i wybiera do parlamentu partie, które otwarcie szerzą zło. Straszliwa wizja Szatana, którą roztaczał, miała chyba przerażać, mnie jednak na przemian bawiła i denerwowała. Nasłuchawszy się o tym, jak to zło wkracza do naszego życia w majestacie prawa, jak to Szatan przez rozwiązania legislacyjne próbuje zmusić ludzi do życia w grzechu, jak to Kościół w Polsce jest prześladowany, a wraz z nim wszyscy katolicy, nie mogłem się zdecydować, czy śmiać się, czy płakać. Czułem politowanie i zażenowanie słuchając idiotyzmów o aborcji i in vitro, świadczących o kiepskiej kondycji intelektualnej młodego kapłana i przesadnej ambicji do wypowiadania się na tematy, o których nie ma pojęcia. Trzeba nie mieć żadnego szacunku dla życia i dla rodziny, trzeba nie znać żadnej pary, która od lat nie może doczekać się potomstwa, by z taką pogardą mówić o in vitro. Trzeba być pełnym nienawiści do świata i cywilizacji, by tak przekreślać wybory polityczne i światopoglądowe 80% społeczeństwa i nazywać je uleganiem Szatanowi, który jest zdesperowany, by w czasach ostatecznych, w których żyjemy, przyciągnąć jeszcze do siebie jak najwięcej grzeszników.
Ksiądz, który święcił pokarmy podczas mojej wizyty w świątyni, jest przekonany, że koniec świata jest bliski. Z tego co zrozumiałem, na święta nie ma dla nikogo żadnych dobrych życzeń, umie tylko postraszyć. Widocznie Duch Święty dawno już go opuścił, mimo młodego wieku, i żyje w strasznej desperacji. Patrząc na pokazujący dziesięciotygodniowe płody Grób Pański na Jasnej Górze mam wrażenie, że Duch Święty opuścił nie tylko tego jednego księdza.
W przeciwieństwie do tych nieszczęśliwców życzę wszystkim stałym czytelnikom i przypadkowym gościom mojego blogu wszystkiego, co najlepsze. Z niecierpliwością i radością czekam, aż za kilka tygodni z pewnego ślicznego jajeczka wykluje się mój pierwszy wnuczek i mam nadzieję, że – gdy dorośnie – będą go otaczać ludzie mniej rozgoryczeni i bardziej pozytywnie nastawieni do świata.
A mnie na długo przeszła ochota na odwiedzanie kościoła. Wyszedłem stamtąd w pośpiechu natychmiast po pokropieniu wodą święconą, bo miałem wrażenie, że za moment ksiądz będzie rozdawał deklaracje wstąpienia do partii, do której miłośników akurat się nie zaliczam.

Niepotrzebne tarcia

Jednym z najbardziej przykrych doświadczeń w pracy nauczyciela jest dla mnie niezręczna sytuacja, w jakiej jesteśmy stawiani – nauczyciele i uczniowie – podczas szkolnych rekolekcji wielkopostnych. Staram się nie zwracać uwagi, kto z uczniów mających ze mną lekcję podczas mszy świętej na sali gimnastycznej udaje się na nią, a kto zostaje w pracowni. Podczas dyskusji czy oceniając wypowiedzi pisemne bez większego trudu ignoruję różnice światopoglądowe pomiędzy moimi uczniami, a okazując stale pewną dozę otwartości i zaufania, spotykam się niejednokrotnie z wzruszającymi wręcz przykładami odwzajemniania tej postawy.
Czuję jednak zawsze pewien niepokój, czy uczniowie, którzy nie idą się modlić, robią tak dlatego, że autentycznie nie mają ochoty, czy może podlizują się mi, bo wiedzą, że mnie rekolekcje nieszczególnie obchodzą? Niepokój ten pojawia się zawsze zaledwie na ułamek sekundy, a ustępuje nie tylko na widok grupek młodzieży unikających pójścia na mszę i ukrywających się w parku, na parkingu czy po korytarzach, ale za sprawą potężnej satysfakcji, jaką czerpię z codziennych kontaktów z uczniami bez względu na to, czy przestrzegają postu albo jakiej długości mają włosy, i wielu przykładów na to, że nie boją się mi powiedzieć, co myślą, ani nie wstydzą się przede mną swoich przekonań. Panowie z trzecich klas na pewno umieliby jednym tchem dać wiele przykładów na to, że bardziej ufam Adrianowi, Kamilowi, Tomkowi czy każdemu innemu z nich, niż niejeden nauczyciel, a konstruktywną krytykę z ich strony jestem w stanie przyjąć z pokorą i zastosować się do zadanej mi przez nich pokuty oraz wdrożyć wskazane mi przez nich zalecenia poprawy.
Dyrekcja zachowuje wprawdzie wzorową bezstronność i zaprasza na rekolekcje na sali tylko tych, którzy mają takie życzenie, ale niektórym z nas brakuje trochę tego dystansu i spokoju. Z niedowierzaniem patrzę na niektórych moich młodszych kolegów nauczycieli, którzy ze srogą miną zaganiają swoich wychowanków na rekolekcje albo besztają uczniów, którzy specjalnie przyszli do szkoły dwie godziny później, by nie iść na mszę, a jednocześnie nie szwendać się bezsensownie po korytarzach czy w inny sposób nie marnować czasu. W moim odczuciu uczniowie tacy zasługują wręcz na pochwałę – uszanowali powagę rekolekcji i nie zakłócili ich przeżywania tym, którzy byli szczerze zainteresowani. Zachowali się z całą pewnością lepiej niż ja i kilku kolegów nauczycieli, którzy opowiadaliśmy sobie podczas mszy dowcipy nieświadomi tego, jak cienka ściana dzieli nas od ołtarza na sali gimnastycznej.
Nie rozumiem zupełnie, po co ktoś miałby nas próbować skłócić ze sobą dzieląc nas na wierzących i niewierzących, praktykujących i niepraktykujących, mających dystans do instytucji kościelnych i ufających im. Przecież naprawdę nieźle sobie radzimy i dogadujemy się. Umiemy ze sobą rozmawiać mimo różnic światopoglądowych, szanujemy sie wzajemnie i potrafimy współistnieć, nie przeszkadzając sobie, a wręcz wzajemnie się wzbogacając. I chyba o taką Polskę walczyli nasi rodzice i dziadkowie, gdy nie godzili się na wychowywanie nas przez szkołę w duchu jedynej słusznej doktryny. Co więcej, przecież chyba im się udało.

Na drodze do świętości

Gdy ostatnio wspomniałem artykuł sprzed pięciu lat z „Guardiana”, Janina uznała, że ten artykuł to przegięcie i że autor mija się z rzeczywistością. Nie próbuję oceniać, kto bardziej mija się z rzeczywistością – Terry Eagleton czy Marcin Cytrycki, mój znajomy ksiądz z portali społecznościowych.
Ale warto w Polsce, w której otacza nas wszechobecny kult zmarłego papieża, zdać sobie sprawę, że kult ten nie jest wcale tak powszechny, jak wydawałoby się po spędzeniu kilku godzin przed telewizorem czy radiem nadającym po polsku, i że czasem nawet dostojnicy kościelni wypowiadają się o Janie Pawle II z dezaprobatą. Niektórzy zarzucają mu tylko gwiazdorstwo i powiązane z talentami aktorskimi umiejętności manipulowania tłumem, a inni stawiają mu zarzuty wręcz kryminalne, jak tuszowanie przestępstw popełnianych przez kapłanów, czy wręcz promowanie tych, którzy się takich przestępstw dopuszczali. Jeśli wierzyć artykułowi w irlandzkim „The Independent”, sam Watykan – biorąc w obronę Benedykta XVI – jest skłonny zrzucić winę za tarapaty, w jakich obecnie się znalazł, na Jana Pawła II.
Jeżeli komuś obcy jest ten liberalny dziennik i woli inne gazety, może się mocno zdziwić, a może i rozczarować, gdy odkryje o wiele bardziej ostrymi słowami napisany artykuł w „Timesie”. Już sam tytuł tego opublikowanego w piątą rocznicę śmierci papieża artykułu – John Paul ‘ignored abuse of 2,000 boys’, wydaje się bluźnierstwem. A jeszcze bardziej zaskakuje odkrycie, że autor powołuje się nawet na opinie komentatorów w Polsce na poparcie swojej tezy, iż trudno sobie wyobrazić beatyfikację czy kanonizację Jana Pawła II w sytuacji, w której na cały jego pontyfikat padł złowrogi cień skandalu. Obszerne fragmenty tłumaczenia tego artykułu opublikowane zostały nawet w Onecie.
Mam nieodparte wrażenie, że aby lepiej się rozumieć, powinniśmy się otwierać na innych i na to, co wokół nas. Dlatego ateiści powinni znać Biblię i Koran, każdy ksiądz powinien czytywać Dawkinsa, a mieszkając w diecezji krakowskiej, rodzimej diecezji biskupa Wojtyły, warto poczytać, co o nim sądzą jego przeciwnicy i jak to argumentują.

Krew na rękach papieża

Ten intrygujący tytuł to bynajmniej nie znak, że mam zamiar poświęcić post atakom na kościół katolicki w modnej ostatnio wojnie z pedofilią wśród księży czy krytykować instrukcję watykańskiej Kongregacji Doktryny Wiary „Crimen Sollicitationis”, która kilku kolejnych papieży postawiła w złym świetle, jako współwinnych ukrywania przestępstw.
„The Pope has blood on his hands” – taki tytuł pojawił się w brytyjskim „Guardianie” pięć lat temu, podczas gdy Polacy – ogarnięci wielkim zbiorowym uniesieniem – żegnali się z Janem Pawłem II po jego śmierci. Pamiętam, że obecność tego nagłówka i treść artykułu w poważnym, renomowanym dzienniku, skontrastowane z narodową żałobą wokół mnie – mimo stosunkowo otwartego, jak mi się nieskromnie wydaje, umysłu – budziła we mnie pewien niepokój i niesmak. Ciekawie jest teraz, po pięciu latach, uwolniwszy się od emocji tamtego czasu (nie piszę o sobie, bo ja po Janie Pawle II nie płakałem), będąc bogatszym o rozmaite doświadczenia, przeczytać ponownie ten artykuł, który profesor Terry Eagleton z Uniwersytetu w Manchesterze zamieścił w Guardianie 4 kwietnia 2005. Intrygująca konkluzja tego artykułu, jakoby Jan Paweł II był największą katastrofą, jaka spotkała kościół katolicki od czasów Karola Darwina, kłóci się ze stereotypowymi, mniej lub bardziej elokwentnymi peanami na cześć papieża, jakie zwykle słyszymy, wydaje mi się więc, że warto ten artykuł przeczytać.
Odkrywcze dla niektórych może być już samo odwrócenie przez Eagletona roli, jaką zwykle przypisujemy Janowi Pawłowi II, roli człowieka nowoczesnego i postępowego. Dla Eagletona Karol Wojtyła jest – wręcz przeciwnie – częścią przemiany kościoła Soboru Watykańskiego II, kościoła emancypacyjnych lat sześćdziesiątych, w kościół „ciemnej nocy politycznej Ronalda Reagana i Margaret Thatcher”. Polski papież to dla niego osoba „dobrze przeszkolona w technikach zimnej wojny”, obarczona piętnem „ckliwego kultu maryjnego, nacjonalistycznego ferworu i zażartego antykomunizmu”. Kościół katolicki w Polsce, z którego Karol Wojtyła się wywodził i w którym stał na „najbardziej reakcyjnym posterunku”, przerodził się zdaniem Eagletona w organizację wytrawnych działaczy politycznych i bywał – jako instytucja zamknięta, dogmatyczna, cenzorska i hierarchiczna – trudny do odróżnienia od biurokracji stalinowskiej. Podobnie jak ideologia komunistyczna, opływał kultami jednostki, a ukształtowany w takiej atmosferze Wojtyła był – zdaniem Eagletona – zbawieniem dla konserwatywnego skrzydła kościoła. Powstrzymał i próbował odwrócić posoborowe, odwołujące się do wczesnych tradycji chrześcijańskich, tendencje decentralistyczne w kościele, w myśl których papież nie miał być już traktowany jako capo di tutti capi, ale jako pierwszy wśród równych. W burzeniu zasady kolegialności miała Janowi Pawłowi II pomagać „wygórowana wrodzona wiara we własną potęgę duchową i intelektualną”. Zdaniem Eagletona, autorytarny papież osłabił znaczenie kościołów lokalnych, a tym samym niestety utrudnił im – albo i uniemożliwił – poradzenie sobie ze skandalami obyczajowymi, jakie wybuchły za jego pontyfikatu ze szczególną siłą.
Oddawano honory i wynoszono na ołtarze skrajnie prawicowych mistyków i zwolenników dyktatury generała Franco, a kanonizacje karykaturalnej ilości świętych doprowadziły do tego, że pisarz Graham Greene wymarzył sobie nawet nagłówek prasowy donoszący o tym, iż Jan Paweł II kanonizował Jezusa. Papież – Polak miał również „neandertalski stosunek do kobiet”.
Największą jednak „zbrodnią pontyfikatu” Jana Pawła II jest – zdaniem profesora Eagletona – „groteskowa ironia, z jaką Watykan potępił prezerwatywy, jako część cywilizacji śmierci”. Mogły one bowiem ocalić niezliczonych katolików trzeciego świata, cierpiących na AIDS, przed śmiercią w męczarniach. I to krew tych ludzi ma na swoich dłoniach Jan Paweł II w tytule artykułu.
Po pięciu latach Terry Eagleton nie szokuje już tak, jak kiedyś. W polskim internecie łatwo jest znaleźć negatywne głosy na temat Jana Pawła II, ironicznie o jego kulcie pisze często na swoim blogu jedna z polskich europosłanek. Spora część komentarzy cytowanych w rocznicowym artykule Onet.pl, zatytułowanym – nomen omen – „Dziś Doda jest autorytetem”, dystansuje się od Jana Pawła II.
Już od kilku osób, w tym z ust jednego katolickiego księdza, usłyszałem w tym tygodniu, że wybierają się na nabożeństwo drogi krzyżowej „ku czci Jana Pawła II w piątą rocznicę jego śmierci”. Przedziwne. Zawsze mi się wydawało, że Misterium Męki Pańskiej poświęcone jest śmierci i zmartwychwstaniu niejakiego Jezusa Chrystusa i nie potrzebuje innych bohaterów, a kontemplowanie przy jego okazji śmierci jakiegokolwiek innego człowieka w niesmaczny sposób ujmuje śmierci Jezusa wyjątkowego znaczenia w wymiarze zbawienia ludzkości, albo też – w równie niesmaczny sposób – czyni z innego niż Jezus człowieka przedmiot boskiego kultu.
I chyba na tym to wszystko polega – jedni dojrzale i odpowiedzialnie studiują nauczanie papieża i czerpią z niego natchnienie, inni kupują w kioskach i sklepach z dewocjonaliami albumy opowiadające o rzekomych cudach, jakich dokonał, a jeszcze inni patrzą na niego krytycznie. Tym samym dyskurs trwa, a Jan Paweł II – za sprawą tego dyskursu – żyje. Po przeczytaniu artykułu w „Guardianie”, warto – dla porównania i z innej, bardziej naszej perspektywy – przeczytać komentarz Szostkiewicza w najnowszej „Polityce”. W jego ocenie Jan Paweł II był postacią pozytywną, promującą ekumenizm, dialog z innymi religiami i z niewierzącymi, ciekawość świata, sprzeciw wobec wojny w Iraku. Jednak pięć lat po jego śmierci jego nauki i idee odchodzą w zapomnienie, papież jest postacią z brązu na cokole pomnika, ale w rzeczywistości odbywa się coś, co Szostkiewicz nazywa „pełzającą de-wojtylizacją”. I odbywa się to także za sprawą kościelnych elit, katolickich działaczy świeckich i prawicowych środowisk opiniotwórczych, dla których Jan Paweł II przestaje być twarzą kościoła w Polsce.

Zaniepokojeni cudem w Sokółce

Geniusz ludzkiego sceptycyzmu i dociekliwości nigdy nie przestaje mnie zadziwiać. 1 października w Krakowie Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów zredagowało, a następnie wysłało mailem i listem poleconym do Prokuratury Rejonowej w Sokółce pismo następującej treści:

Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów reprezentuje osoby o światopoglądzie racjonalnym, a co za tym idzie w przeważającej części świeckie. Mając to na uwadze, w związku z doniesieniami medialnymi dotyczącymi znalezienia fragmentów ludzkich szczątków w hostii w kościele św. Antoniego w Sobótce domagamy się wyjaśnień co do podjętych przez Prokuraturę czynności w tej sprawie. Jednocześnie, proszę traktować niniejsze pismo jako zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Informujemy również, że zapytanie to zostanie przez nasze Stowarzyszenie upublicznione. Podejrzenia co do prawdopodobnie popełnionych przestępstw zawarte są w niżej przedstawionych pytaniach.
Pytanie 1
Zgodnie z treścią opublikowanego przez Gazetę Wyborczą artykułu ks. Andrzej Dębski, rzecznik prasowy Białostockiej Kurii Metropolitalnej, oświadczył, że przeprowadzono dwie niezależne ekspertyzy medyczne sugerujące, że tkanka znaleziona w hostii jest fragmentem ludzkiego mięśnia sercowego. Mając na względzie fakt, że fragmenty ludzkiego mięśnia sercowego z rzadka wydostają się z organizmu człowieka za jego życia, pytamy czy Prokuratura wszczęła dochodzenie mające ustalić pochodzenie tych szczątków?
(O domniemanym cudzie piszą także inne gazety i wypowiada się o nim telewizja. Poszukiwania tych źródeł zostawiamy dociekliwości Prokuratury.)
Pytanie 2
Mając na względzie fakty przedstawione w pytaniu pierwszym domagamy się odpowiedzi na pytanie, czy Prokuratura przesłuchała osoby zlecające i dokonujące wspomnianych ekspertyz oraz wszystkie osoby mające styczność ze wspomnianymi szczątkami (chcąc pomóc Prokuraturze sugerujemy przesłuchanie na wstępie wspomnianego ks. Andrzeja Dębskiego i ks. Edwarda Ozorkowskiego, który powołał kościelną komisję badającą rzekomy cud)? Zachodzi bowiem podejrzenie, że doszło do zbeszczeszczenia ludzkich zwłok (przyjmując oczywiście, że są to szczątki ludzkie, nie zaś zwierzęce) i tym samym popełnienia przestępstwa wskazanego w artykule 262 §1 Kodeksu Karnego.
Pytanie 3
Mając na względzie powyżej przedstawione fakty, domagamy się odpowiedzi na pytanie, czy Prokuratura podjęła kroki zmierzające do ujawnienia tożsamości człowieka, którego szczątki ponoć odnaleziono. Jako że infinitezymalnie mało prawdopodobnym się wydaje, iż wspomniane fragmenty mięśnia sercowego należą do żydowskiego proroka ukrzyżowanego dwa tysiące lat temu, możliwym jest, że należą do osoby żyjącej do niedawna. Istnieje zatem podejrzenie, że osoba ta zmarła z przyczyn nienaturalnych. Póki nie dojdzie do ustalenia jej tożsamości, nie będzie można z całą pewnością stwierdzić, że nie doszło do zabójstwa. Co zatem zrobiła Prokuratura celem ustalenia, czy właściciel znalezionych w hostii tkanek umarł śmiercią naturalną i nie doszło do popełnienia przestępstwa wskazanego w art. 148 §1 Kodeksu Karnego?
Pytanie 4
Jeżeli wspomniane wcześniej szczątki są szczątkami człowieka zachodzi możliwość, iż za ich pomocą zostaną rozprzestrzenione choroby dotykające ludzi. Szczególnie, jeśli szczątki te zostały np. ukradzione z prosektorium lub podobnej placówki medycznej (motyw kradzieży również powinien zostać zbadany, jeśli stwierdzone zostanie pochodzenie szczątków od człowieka). Nawet, jeśli szczątki są pochodzenia zwierzęcego, ich obecność w produkcie spożywczym, spożywanym masowo podczas nabożeństw może powodować zagrożenie rozprzestrzenieniem chorób odzwierzęcych przenoszonych na człowieka (BSE, ptasia grypa – wirus H5N1, świńska grypa – wirus A/H1N1). Istnieje zatem spore zagrożenie epidemiologiczne. Czy w związku z powyższym Prokuratura zabezpieczyła wspomnianą hostię i przesłała ją do zanalizowania przez wyspecjalizowane jednostki? Czy Prokuratura zbadała, czy doszło do popełnienia przestępstwa wymienionego w art. 165 §1 pkt.1 Kodeksu Karnego?
Pytanie 5
W doniesieniach medialnych na temat rzekomego cudu w Sokółce wielokrotnie wspominano w powołanej przez arcybiskupa kościoła katolickiego Edwarda Ozorkowskiego komisji mającej na celu zbadanie znalezionych szczątków i interpretację zjawiska na kanwie wyznawanego światopoglądu. Tymczasem nie znaleźliśmy żadnej wzmianki na temat czynności wykonywanych przez organy powołane do działań w przypadku podejrzenia odnalezienia szczątków ludzkich. Domagamy się zatem odpowiedzi na pytanie, czy urzędnicy państwowi Prokuratury i innych instytucji powołanych do takich zadań zaniechaniem działań popełnili przestępstwo wskazane w art. 231 § 1 Kodeksu Karnego?
Żyjemy w XXI wieku i zdajemy sobie sprawę z mechanizmów światem rządzących. Nie zaobserwowano dotychczas żadnych mechanizmów, których pochodzenie można by przypisać bytom nadprzyrodzonym. Jednocześnie od dawna wiadomo, że Ziemia kręci się wokół Słońca, kobiety nie zachodzą w ciążę bez uczestnictwa męskiego nasienia, a hostia jest wypiekiem z ryżowej mąki. Niezależnie od mitów religijnych organy państwowe muszą opierać się na zdobyczach nauk empirycznych i ścigać przestępstwa wymienione w ustawach karnych bez względu na przynależność religijną osób w nie zamieszanych.
Domagamy się niezwłocznej odpowiedzi na postawione pytania, którą również opublikujemy.

Z poważaniem,

dr Małgorzata Leśniak
Prezes Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów

Na szczęście nie pracuję w prokuraturze.
Zastanawiam się też, czy pojawiająca się w liście „Sobótka” to niezamierzona pomyłka autorów, czy element ironii. I jeszcze to słowo: „infinitezymalnie”. No niesamowite jest.

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Bez kategorii Tagi ,

Nieopodal Jasnej Góry

W zamierzchłych czasach, kiedy wierzyłem jeszcze głęboko, że Kościół katolicki podczas nabożeństw i mszy ma mi do zaoferowania coś więcej niż usługi telefonii komórkowej, dekodery telewizji satelitarnej, kredyty w SKOK-u, wystąpienia partyjne albo płyty z autografami artystów, uczestniczyłem jako przedstawiciel sąsiedniej parafii w jakiejś ważnej uroczystości w kościele, który obecnie wygląda tak, jak na poniższym zdjęciu.
I pomyśleć, że w tym mieście katolickie świątynie nadal rosną jak grzyby po deszczu…