Totalitaryzm

Podczas spaceru z psem zbliżam się do Kopca Ofiar Totalitaryzmu i z pewnym zainteresowaniem odnotowuję, że obok płyty z nazwiskami osób, ku czci których wzniesiono kopiec, leży jakaś kartka. Podchodzę bliżej. Przez moją głowę szybko przebiegają skojarzenia z wierszami fanów zostawianymi na grobie Haliny Poświatowskiej na częstochowskim Cmentarzu św. Rocha i Sebastiana, które to wiersze czytywałem z zainteresowaniem jako licealista.

Podchodzę bliżej i podnoszę kartkę. Zdumiony, odczytuję z niej setki razy ten sam komunikat, każda linijka ponumerowana: „Nie będę mówił PIER****SZ na lekcji”. O tej rewolucyjne metodzie pedagogicznej ostatnio nawet wspominałem. Taka kartka na Kopcu ku czci Ofiar Totalitaryzmu. No tak. Szkoła, od wieków przysłowiowa forma opresji, synonim totalitaryzmu, broni uczniom wolności słowa.

Ten wpis, wbrew pozorom, ma bardzo dużo wspólnego z bieżącymi wydarzeniami politycznymi, na temat których nie zabieram słowa, bo sobie na to zupełnie nie zasłużyły.

Podaj łapę

Kiedyś byłem na jakimś szkolnym meczu siatkówki. Siedziałem razem z kolegą nauczycielem na końcu całego rzędu kibicujących uczniów. W pewnym momencie przyszła do nas się dosiąść grupa świeżych kibiców w postaci kilku kolejnych uczniów. Chłopcy, przeciskając się między rzędami, witali się po kolei z wszystkimi swoimi kolegami, by wreszcie w końcu wylądować z ręką wyciągniętą do mnie, pewnie bez większego zastanowienia się i raczej z rozpędu. Wymieniłem z każdym z nich krótki uścisk dłoni i nie byłoby w tym chyba nic szczególnego, gdyby nie to, że każdy z nich wyciągał następnie rękę do mojego kolegi nauczyciela, tymczasem jego reakcja z przyczyn zupełnie dla mnie niezrozumiałych była całkowicie odmienna od mojej.
Kolega nie podał ręki żadnemu z tych chłopców, za to każdemu z nich powiedział jakimś dziwnym, zawierającym nutkę pretensji tonem, „Dzień dobry”.
W ten sposób z raczej oklepanego i ogólnie przyjętego gestu, do którego w zasadzie żaden z nas nie przywiązywał większej wagi, kolega zrobił coś ważnego, wymagającego rozwagi, a co najzabawniejsze, kontrowersyjnego. Reakcja chłopców, których dłonie trafiły w próżnię, była mieszanką konsternacji i rozbawienia.
Zastanawiałem się potem trochę nad tym, który z nas popełnił błąd. Ja – bo spoufaliłem się z grupą uczniów podając im dłoń i nie podkreślając przez to dystansu, jaki dzieli mnie od nich i od ich kolegów, a moich uczniów, siedzących ze mną na ławce? A może Andrzej – wyolbrzymiając ten gest i jego znaczenie?
Niektórzy z moich uczniów w technikum – i nie ma tu znaczenia ich średnia ocen – mają w zwyczaju witać się ze mną podaniem dłoni. Szczególnie dotyczy to przypadku, gdy zbierają się w pracowni przed pierwszą lekcją. Ja coś tam sobie szykuję, odpalam sprzęt, a oni się schodzą jeden po drugim i witają ze sobą, a część z nich także ze mną. Nie wiem, może niektórzy z nich robią to w przekonaniu, że to mi się podoba i żeby mi się podlizać. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że raczej robią to właśnie tak bezrefleksyjnie i z rozpędu. Witają się z całą grupą kolegów, to i ze mną. W sumie może i głupio by było mnie ominąć.
Ja prawdę mówiąc nie zwracam specjalnie uwagi na to, który z nich jak się ze mną wita. Gdybym miał teraz wymienić tych, którzy mi podają rękę, albo tych, którzy mi nie podają ręki, nie umiałbym. Nie pamiętam. Bywa, że to podawanie ręki mi przeszkadza trochę, bo na przykład akurat coś uzupełniam w dzienniku albo poprawiam jakieś prace pisemne, a tu ktoś do mnie wyciąga rękę i muszę sobie przerwać. Ale nigdy by mi chyba nie przyszło do głowy, że odmawiając komuś podania mu ręki mogę sobie podreperować swój wizerunek czy podkreślić swój autorytet.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed ośmiu lat.

Bilety do następnej klasy

Od lat w grupach, które tylko rok dzieli od matury, rozdaję bilety do ostatniej klasy. Stało się to już pewną tradycją, a jak wielką, uświadomiłem sobie dzisiaj, gdy zobaczyłem panów z trzeciej mechanika w marynarkach, koszulach i pod krawatem. W tym roku po raz pierwszy miałem też przyjemność poprowadzić tę wyjątkową lekcję w dwóch trzecich klasach technikum w całości po angielsku, odpowiadając na zadawane mi w tym języku pytania i z uznaniem odnotowując błyskotliwe reakcje ze strony Krystiana, Marcina, Łukasza i kilku innych uczniów.
Postanowiłem, wzruszony poniekąd rangą, do jakiej tegoroczni trzecioklasiści podnieśli tę happeningową ceremonię, przypomnieć wpis, który umieściłem na blogu po rozdaniu biletów w maju 2006, gdy oni byli jeszcze w podstawówce.

W ostatnich tygodniach pożegnałem się z maturzystami i zostały mi tylko cztery grupy panów, którzy matury zdawać będą za rok. Pozwoliłem sobie z każdą tych grup na spacer po szkole w ramach lekcji języka angielskiego. To była jedna z trudniejszych lekcji w tym roku szkolnym i nie wszyscy ją zrozumieli.
Na przepastnych korytarzach naszej szkoły wiszą tablice z fotografiami absolwentów, na które zwykle nikt specjalnie nie zwraca uwagi. Pokazałem im wszystkie klasy, które dotąd uczyłem, a oni znaleźli nawet ze zdziwieniem paru swoich znajomych na tych fotografiach.
Uczę od 10 lat, a jednak jest na tych tablicach wiele ciekawostek. Jest jedna dziewczyna, która obecnie jest żonatym mężczyzną. Jest jeden drągal, który obecnie ma obywatelstwo amerykańskie i mieszka w Nowym Jorku, jest kilkadziesiąt osób, które mieszka w tej chwili i pracuje w Anglii, Irlandii, Hiszpanii. Jest parę osób, które już nie żyją, zmarły lub zginęły, w tym jedna tuż przed maturą, a jedna tuż po maturze.
Po tym spacerze po szkole wróciliśmy do klasy i powiedziałem moim panom, że większość z nich też trafi w przyszłym roku na te ściany i niewiele po nich poza tym w tej szkole zostanie. I że życie to ulica w jednym kierunku, na której się nie zawraca. Że każdy, kto pójdzie do maturalnej klasy, już nie wróci.
Następnie sporej części z nich wręczyłem bilet w jedną stronę do czwartej klasy technikum. Kazałem go nie zgubić, bo w maturalnej klasie może być jakiś kanar, który będzie sprawdzał bilety. Na biletach napisałem po angielsku „one way ticket” i jak mimo to któryś z nich nie pamięta dalej, jak się nazywa bilet po angielsku, to w tej czwartej klasie go chyba uduszę.
Bilety, jak wiadomo, najlepiej rezerwować jak najwcześniej. Im później się je dostaje, tym więcej za nie trzeba zapłacić. Naszykowałem te bilety dla wszystkich, ale nie wszyscy je jeszcze odebrali. Na początku niektórzy zostawali po lekcjach, żeby zdobyć ten bilet, dzisiaj dziewięciu panów z różnych grup przyszło po bilet po południu. Niestety, nadal mam siedem biletów, a kilka musiałem potargać.
Miałem na początku i nadal mam pewne wyrzuty sumienia, czy tych biletów nie powinienem był rozdać wszystkim za darmo, po promocyjnej cenie, na miejsca przy oknie. Adrianowi zmarł ojciec i od tej pory nie przychodzi on prawie wcale do szkoły, może zasłużyłby sobie dawno na ten bilet, gdyby nie śmierć ojca jesienią. Łukasz siedzi z matką w domu i niańczy dzieci swoich starszych braci, którzy wyjechali za granicę do pracy. Też mu pewno niełatwo z tym wszystkim. Każdy taki niewydany bilet do czwartej klasy to wielka rozterka i niepewność. I mam nadzieję, że każdy ten bilet w końcu odbierze, jak nie teraz, to w sierpniu.
Ale pociesza mnie jedno. Że jeśli nawet większość tych biletów przetrzymuję niesłusznie, krzywdząc kogoś, to co najmniej jeden jest sprawiedliwy. Ten ktoś, kto uznał, że niszcząc mi w nocy lakier na masce samochodu zapewni sobie bilet za darmo, nie dojrzał jeszcze, by skręcić w tę jednokierunkową ulicę. Nie można puścić w taką ulicę kogoś, kto nie zna znaków drogowych, i kto – jadąc nią – nie będzie zważał na innych kierowców, pieszych, krawężniki. By daleko zajechać, trzeba paliwo lać do swojego baku, a nie upuszczać innym. I wierzę, że ci panowie, z którymi się w tym roku, niestety, pożegnam nie wydawszy im biletu, też się tego nauczą.

Dzisiaj rozdałem bilety do ostatniej klasy w III A. Marcin, który był nieobecny na tej wyjątkowej lekcji, przeprosił mnie za nieobecność, gdy spotkaliśmy się na szkolnym parkingu. Dwa tygodnie temu Łukasz, który skończył szkołę rok temu (a więc był wśród tych ubranych w garnitur, o których mówi wstęp do tego wpisu), pokazał mi swój – do niczego już niepotrzebny bilet do klasy maturalnej. Nadal go ma, nosi go w portfelu i zalaminował go sobie, ponieważ z biegiem czasu bilet zaczął się niszczyć. Spytałem się Łukasza, po co mu ten bilet w rok po ukończeniu szkoły, w przeddzień wyjazdu do pracy do Norwegii, a w odpowiedzi usłyszałem, że to najlepsza pamiątka, jaka mu została ze szkoły.
Panowie z III A patrzyli na mnie dzisiaj z lekkim politowaniem, gdy rozdawałem im bilety. Ale mam wrażenie, że ta lekcja nadal do czegoś się przydaje.

 

To trzecia publikacja tego wpisu (wzbogacona o kolejny komentarz), pierwsza miała miejsce w 2006 roku.

Liberalizm wiedzy

W ubiegłym tygodniu jak zwykle przyszedłem w czwartek rano trochę wcześniej do szkoły z uwagi na dyżur w holu internatu. Są tam wówczas pustki, więc zazwyczaj idę sobie spokojnie do pracowni, robię kawę, włączam przez internet lokalne radio z Londynu i słucham, gdzie to w Londynie i okolicach są korki, a gdzie nie ma.
Na zewnątrz jakaś klasa ogólniaka czeka na lekcję z moją koleżanką w sąsiedniej pracowni, moi panowie z drugiej grupy Technikum Mechanizacji Rolnictwa przychodzą czasem wcześniej, a czasem równo z dzwonkiem. Jeśli są wcześniej, sprawdzają sobie pocztę albo ceny komórek na Allegro. W ubiegłym tygodniu nikogo jeszcze nie było, gdy parzyłem sobie tę moją kawę. I oto robię sobie kawę i słyszę, jak na korytarzu ogólniak rozmawia.
Panie i panowie, chociaż głównie panowie, bardzo podekscytowanymi głosami, prawie że przekrzykując się, mówią po kolei o różnego rodzaju bombach. Jak skonstruować taką, jak taką, jak jeszcze inną. Padają jakieś wzory chemiczne, jakieś tajemniczo brzmiące stwierdzenia o przewodzeniu, o metalach, o reakcjach. Taka bomba za droga? No to taką można zbudować za kilkadziesiąt złotych. Robi się tak a tak. Taka bomba za czasochłonna? To można zbudować w 15 minut. Robi się tak a tak. Ale co, mały zasięg? To robi się tak a tak…
Słucham, słucham… Nie wiem już, gdzie jest korek przy wyjeździe z Londynu. Nie wiem, o czym rozmawiają na 94,9FM w Londynie. Nie umiem też zbudować bomby. Myślę o czymś innym.
Zastanawiam się nad tym, co wolę. Czy wolę mieć uczniów, którzy potrafią zbudować bomby różnego rodzaju, ale ich nie budują, bo nie mają po co, czy uczniów, którzy nie mają pojęcia jak zbudować bombę, ale za pół litra zbuduje im ją kolega z osiedla.
I wolę jednak mieć tych, którzy wiedzą, ale nie mają po co. I dlatego jak uczeń mi mówi „No chyba Cię ch**u po***ało!”, to pytam się „Dlaczego?”, a nie robię afery z formy  wypowiedzi skierowanej pod moim adresem czy z doboru słów. I nieskromnie myślę, że podobna odrobina zdrowego rozsądku przydałaby się możnym tego świata.
Zresztą zauważyłem, że jak parę razy zareaguje się w ten sposób w podobnej sytuacji, to zrozumienie wzajemne mocno wzrasta i te problemy przestają się pojawiać.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed dziewięciu lat.

Poprzeczka

Młodzież, jak powszechnie wiadomo od pradawnych czasów, z roku na rok jest coraz gorsza, coraz bardziej roszczeniowa, a i na rodziców podobno nie ma co liczyć. Już Sokrates narzekał, że młode pokolenie kocha luksus, ma złe maniery i nie szanuje autorytetów, sprzeciwia się rodzicom, zakłada nogę na nogę i tyranizuje nauczycieli.
Ze strachu przed nimi bywa, że próbujemy ich na śmierć zagłaskać, a tymczasem – patrząc na to, jak świetnie sobie radzą – wydaje się, że poprzeczka ustawiona na odpowiedniej wysokości nie tylko im nie przeszkadza, a potrafi zainspirować.
Kiedy patrzymy na nich przez pryzmat umiejętności, które potrzebne były w ubiegłym wieku, w czasach naszej młodości, wydają się głupsi i gorsi. A może to właśnie wina perspektywy? Może to nasza ułomność nie pozwala nam zauważyć, jak biją nas o głowę w tym, co dla nas tak niepojęte, że aż niedostrzegalne?
Maturzyści z klasy „D” przyszli dzisiaj do szkoły w garniturach zupełnie bez powodu, co wywołało sensację wśród nauczycieli. Spodziewaliśmy się najgorszego. Że pewnie będą się zwalniać z lekcji, żeby sobie robić zdjęcia do lokalnej gazety albo na tableau z absolwentami do powieszenia na szkolnym korytarzu. Powstała teoria, że ubrali się tak ze strachu przed koleżanką matematyczką, miała też miejsce wymiana zdań na temat tego, czy strach przed nauczycielem jest wyrazem autorytetu, czy też nie.
Są rzeczy, w których ci faceci są lepsi ode mnie. Do najdrobniejszych z nich należą wiązanie krawata i pastowanie butów. Są poprzeczki, przez które oni dadzą po prostu większego kroka, a ja nawet o tyczce bym ich nie przeskoczył. I dlatego, zupełnie jak za czasów Sokratesa, świat idzie niezmiennie do przodu.

Niepostrzeżenie

W tym roku szkolnym uczę tylko w klasach trzecich i czwartych technikum. Moi uczniowie mają po osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia lat. Czasami na nich narzekam, mam do nich o coś tam pretensje, ale ostatnio przypadkowo odkryłem coś zaskakującego. Zupełnie przypadkiem.
Musiałem coś zrobić w pracy i przez to kilka godzin spędziłem w pracowni, w której kolega i koleżanka prowadzili lekcje z młodszymi klasami – pierwszymi i jedną drugą. Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, były jakieś takie dziecięce buzie panów w pierwszej klasie mechanicznej. W pierwszej chwili nawet myślałem, że to jakaś grupa dzieci odwiedzających naszą szkołę w ramach wycieczki. Potem jeszcze ze zdziwieniem zwróciłem uwagę na parę bardzo szczeniackich odzywek kilku dziewcząt z jakiegoś ekonomika.
I naszła mnie wtedy refleksja, że Ci moi panowie też tacy musieli być, kiedy się po raz pierwszy z nimi spotkałem. I nagle zrobiło mi się tak ciepło na myśl o nich. Że co by nie mówić, nie muszę już ich prosić, żeby nie gadali głośno podczas lekcji, żeby nie włazili ukradkiem na strony pornograficzne… Żeby, jak coś robimy, nie robili czegoś zupełnie innego, a jak już nawet robią coś innego, to przynajmniej robią to po kryjomu, dyskretnie, nie przeszkadzając innym. Że nie mają dziwnych odruchów w postaci nagłych wrzasków, podskoków, nie biją się ze sobą, nie puszczają nagle na cały regulator muzyki. Że zasadniczo nie ma z nimi takich bezpłodnych dyskusji. Że może nie pałają do mnie miłością, zwłaszcza jak ich zmuszam do czegoś, ale przez te trzy lata poznaliśmy się w takim stopniu i na tyle wypracowaliśmy jakieś metody współdziałania, że co najmniej dziesięć minut gadania i działań dyscyplinujących na lekcji kolegi i koleżanki u nas po prostu już nie ma miejsca.
I poczułem się nagle taki szczęśliwy, że ci moi uczniowie już są tacy dorośli i poważni… Oby mi się nie odmieniło, jak pojutrze wejdę do pracowni na lekcję z nimi.

Ten wpis to odgrzewany kotlet sprzed sześciu lat.

Daniel Troskliwy

Daniel rzadko przychodzi na zajęcia, ale nic w tym dziwnego, ma wiele innych spraw na głowie. To podobno dusza, nie człowiek. Koledzy z klasy mówią, że Daniel troszczy się o każdego – o obcych i o znajomych, o młodych i starych. Myśli o każdym bez wyjątku i każdemu pragnie pomóc.
Podobno wystarczy do niego podejść na mieście, a od razu – z groźną miną – pyta:
– Masz problem?
A do niektórych to nawet sam podchodzi…

Wpatrzeni w ekrany

Panowie z technikum informatycznego siedzą przez kilka minut na ławce na korytarzu, nie odzywając się do siebie ani słowem. Dwaj z nich wstukują coś na klawiaturze leżących im na kolanach netbooków, jeden stoi z boku, przy oknie, i przesuwa – zamyślony – palcem po ekranie tabletu. Większość, wpatrzona intensywnie w smartfony, okazuje od czasu do czasu uczucia rozbawienia, zaskoczenia, złości, zmieniając wyraz twarzy i robiąc rozmaite grymasy.
Nagle, po kilku minutach, jeden z nich wymachuje ramionami i sprawia wrażenie zniecierpliwionego. Pokazuje swój smartfon sąsiadowi, a ten zerka na niego na moment, kiwa głową i znowu odwraca wzrok do swojego netbooka. Wygląda na to, że chłopaki świetnie się rozumieją i są w stałym kontakcie, chociaż – patrząc na nich z boku – przypominają grupę obcych ludzi jadących tramwajem. Scena zupełnie jak z poniższego filmiku.

Przejazdem przez Majkowice

Gdy Dominik zauważył, że często przejeżdżam przez jego maleńką, położoną – chciałoby się powiedzieć – z dala od szosy miejscowość, nastąpiła konsternacja. W końcu czego może taki ciul jak ja szukać w wiosce, w której wszyscy się znają, jeśli nie ucznia, którego jest wychowawcą. A może węszy i knuje, śledzi i kombinuje? Może chce porozmawiać z mamą?
Przez jakiś czas siedzący pod sklepem panowie patrzyli na mnie podejrzliwym wzrokiem i natychmiast w konspiracji przede mną informowali Dominika, że właśnie znowu się zatrzymałem, kupiłem kolejnego zielonego lizaka i pojechałem dalej. Po jakimś czasie ten ruch oporu przeciwko podejrzanym wizytom ciula wychowawcy zmienił się na tyle, że dziś zaledwie zdążyłem pomyśleć, czy idący ciemnym poboczem gość, z którym się mijałem, to nie Dominik, a już Dominik dzwonił mi na komórkę sprawdzić, czy jadący na obcych numerach samochód z psem na tylnym siedzeniu to czasem nie ja.
Dziwne uczucie, gdy przekonujesz się nagle, że ten pieprzony belfer ze szkoły, którego zdaje się nie interesować nic poza synonimami przymiotników, gramatyką, ściganiem palenia w szkolnych toaletach i wpisywaniem ucieczek do dziennika, ma też jakieś życie, jakichś ludzi, których kocha i do których jeździ. Jakiegoś brzdąca, któremu kupuje lizaki i dla zabawy z którym kładzie się na podłodze. I że właściwie wszystko mu jedno, jakim jeździsz autem, z kim sypiasz, albo co sądzisz o nim lub o koleżance polonistce.

Hymn zakazany

Z blogu kolegi belfra dowiedziałem się o inicjatywie posłów jedynej słusznej partii, polegającej na zobowiązaniu wszystkich szkół podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, by każdy dzień w szkole rozpoczynał się od uroczystego odśpiewania hymnu państwowego, oraz o decyzji Ministerstwa Edukacji Narodowej, które uznało, iż brak jest przesłanek merytorycznych do zobligowania szkół do takiej formy edukacji historycznej i patriotycznej. Tak kolega, jak i portal fronda.pl rwą włosy na głowie i dopatrują się w decyzji ministerstwa kolejnego przykładu na celową depolonizację naszej szkoły.
Przeczytałem uważnie, o co chodzi. Podobno „decyzją MEN zdumieni są wychowawcy, nauczyciele, historycy oraz członkowie organizacji kombatanckich i niepodległościowych.” Przypadkowo jestem i wychowawcą, i nauczycielem, i historykiem, jednak decyzja rządu zupełnie mnie nie zaskoczyła, jestem natomiast zdumiony tym, że komuś mógł przyjść do głowy pomysł, by wycierać sobie gębę „Mazurkiem Dąbrowskiego” i robić sobie farsę w postaci sprowadzania go do jakiegoś cyklicznego bezmyślnego ceremoniału rozpoczynającego każdy dzień w szkole. Na taki pomysł mógł wpaść tylko ktoś, kto szkołę widuje jedynie z daleka, z ósmego piętra swojego wieżowca, przesłoniętą parkiem i kilkoma blokami, i kto w dodatku wyobraża sobie, że szkoła jest tubą propagandową i nie ma do spełnienia żadnych innych funkcji poza przyklaskiwaniem pomysłom polityków. Nie wspominając już o takich drobiazgach jak fakt, że klasy potrafią zaczynać lekcje o różnej porze, a zdarza się nadal, że szkoły pracują na zmiany – często na siebie nachodzące.
Już widzę, jak zastanawiamy się nad powagą obligatoryjnego hymnu w sytuacji, w której ktoś spóźnia się na lekcję, bo nie dokończył papierosa, musiał dać popis palenia gumy na parkingu szkolnym, nie zdążył zjeść kebaba albo miał inny, mniej lub bardziej poważny powód, by nie stawić się punktualnie na rozpoczęcie lekcji. Jeszcze mi w zmaganiach z tymi patologiami hymn państwowy potrzebny…
Ale prawdziwym majstersztykiem jest akcja propagandowa mająca przekonać Polaków, że tą decyzją rząd zakazuje śpiewania hymnu w szkołach. Cóż to za gimnastyka logiczna, by z odmowy wprowadzenia obowiązku rozpoczynania dnia od śpiewania hymnu zrobić akt depolonizacji i przedstawiać ją jako formę zakazywania używania hymnu! Tak jakby hymnu nie śpiewano podczas szkolnych uroczystości, w momentach ku temu stosownych i naprawdę podniosłych. Cóż, może właśnie o taki zamęt w głowach chodziło. Bo przecież chyba nikt tak naprawdę nie wyobrażał sobie, że inicjatywa obowiązkowego zbiorowego śpiewania hymnu przez wszystkich uczniów codziennie rano ma jakiś sens.