Szkodliwy zakaz

Od lat toczy się debata o tym, czy telefony i inne urządzenia mobilne w klasie i szkole są lub mogą być przydatne, czy też konieczne jest wprowadzenie całkowitego zakazu korzystania z nich. W dyskusji tej, w której zabierałem parę razy głos (ostatnio chyba tutaj), padają argumenty i błahe, i ważkie, mniej i bardziej wyważone, nie zawsze celne, nie zawsze logiczne (dobry przykład daje tu Dariusz Chętkowski w jednym ze swoich ostatnich wpisów).
Wrzucę kolejny kamyczek do tej dyskusji po stronie przeciwników zakazu, w oparciu o autentyczną obserwację.
Szkoła pierwsza, w której obowiązuje całkowity zakaz korzystania z telefonów, nawet na przerwie, a chcąc zadzwonić do rodziców należy się udać do specjalnie wydzielonego pomieszczenia i dopiero tam – pod czujnym okiem nauczyciela – można włączyć urządzenie. Grupa gimnazjalistów pisze duży sprawdzian. Ci, którzy skończyli, oddają swoje prace, ale nie mogą wyjść z klasy. Zaczynają się nudzić, wiercić, mimo upominania hałasować, a tym samym przeszkadzać kolegom i koleżankom, którzy jeszcze nie skończyli.
Szkoła druga, w której przepisy dotyczące korzystania z urządzeń mobilnych nie są tak restrykcyjne. Podobny sprawdzian. Gimnazjaliści, którzy skończyli pisać i oddali swoje prace, wyciągają z plecaków kanapki, a z kieszeni smartfony. Przeglądają snapy i fejsa, uśmiechają się pod nosem albo robią miny wyrażające różnego rodzaju emocje, ale panuje cisza. Jedna dziewczynka autentycznie czyta na swoim smartfonie książkę. Ci, którzy jeszcze nie skończyli pisać sprawdzianu, w skupieniu pracują do końca lekcji.
Rozumiem niektóre argumenty zwolenników ograniczenia dostępu do smartfonów w szkole. Ale jak dla mnie, powyższa sytuacja jest dobrym przykładem na to, jak zakaz korzystania z telefonów przeszkadza w pracy i nauce i zupełnie nie osiąga celów zakładanych przez autorów restrykcyjnych przepisów.

Debata istotna

W końcu Sejm Rzeczypospolitej zajął się czymś, co naprawdę nas wszystkich dotyczy i co naprawdę nas wszystkich czeka.
To dość duża zmiana. Nie jestem pewien, czy dobra. Ale zmiana.

Bug tłumaczeniowy

Jak zauważono na jednym z moich ulubionych blogów językowych, translator Bing zaliczył kolejną zabawną wpadkę (celowo dodałem przymiotnik “zabawną”, bo kolejną wpadkę Bing zalicza właściwie za każdym razem, gdy próbuje coś przetłumaczyć).

Wygląda na to, że zdaniem Binga Macron zastąpi Trumpa na fotelu prezydenta USA.
Language Log sprawdził, że z tym samym tłumaczeniem translator Google radzi sobie dobrze.
To nie jest mój pierwszy wpis o wyższości translatora Google nad mechanizmem Microsoftu.

Triumf w walce z terroryzmem

Dzisiejszym wpisem chciałbym uspokoić wszystkich obywateli, a jednocześnie pogratulować rządowi Rzeczypospolitej i ministrowi Błaszczakowi w szczególności. W dniu święta narodowego rząd odniósł niewyobrażalny triumf w walce z terroryzmem, albowiem oto udało im się wyłączyć mój numer telefonu komórkowego. Wierzę, że społeczeństwo jest dzięki temu o wiele bezpieczniejsze.
Od kilku tygodni dostawałem od mojego operatora nerwowe SMS-y przypominające o konieczności zarejestrowania numeru pod groźbą jego wyłączenia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że numer… jest zarejestrowany. Został niedawno przeniesiony od innego operatora, a w celu przeniesienia musiałem się wylegitymować dowodem osobistym i wypełnić cały szereg dokumentów i formularzy. Mimo to, niepokojące ponaglenia przychodziły, bywa że kilka razy dziennie.

Pełen pokory i podziwu dla polskich władz, że wymyśliły tak wspaniały sposób na nasz komfort psychiczny, próbowałem dokonać rejestracji numeru. Niestety, każda próba w każdym punkcie, w którym próbowałem tego dokonać, kończyła się niepowodzeniem, gdyż numer jest już zarejestrowany i nie da się zarejestrować go ponownie. Mimo więc kilkudziesięciu prób w kilkunastu miejscach w trzech różnych miastach, a także kilku reklamacji u operatora drogą internetową oraz trzech rozmów z infolinią, nie udało mi się rozwiązać problemu. A że próbowałem, widać chociażby na tym zrzucie:

Każda z kilkudziesięciu prób kończyła się komunikatem o błędzie i pozostawiała mnie w niepewności, czy mój telefon będzie działał, a notyfikacje są jakimś systemowym błędem, czy też mój telefon zostanie za sprawą systemowego błędu wyłączony, a notyfikacje są w tej sytuacji zasadne. Im bliżej drugiego maja, tym bardziej wątpiłem w to, że uda mi się problem rozwiązać. A drugiego maja straciłem praktycznie wszelką nadzieję.

Pozostaje mi się pocieszać, że ma to swoje dobre strony. Mój przyjaciel sprzed lat, kolega z klasy w liceum, Arek, powiedział kiedyś na jednym z bardzo ostrych zakrętów swojego życia, że kupienie sobie nowej karty SIM z nowym numerem telefonu okazało się w najlepszy możliwy sposób zweryfikować to, które przyjaźnie są prawdziwe i warte tego, by je podtrzymywać, a które nie. Każdy, kto naprawdę chce się ze mną skontaktować, potrafi to zrobić, czy to przy użyciu telefonu stacjonarnego, czy na inne sposoby. Przemek, nie mogąc się do mnie dodzwonić, już kilkadziesiąt minut po wyłączeniu mojej komórki przez operatora dał mi znać, żebym przyjechał na majowego grilla, bo mamy swoje sposoby na to, by się porozumieć.
To, co jest w tym wszystkim smutne, to potworna naiwność bandy amatorów, którzy zajmują się obecnie legislacją w naszym parlamencie i wypuszczają w dziennikach ustaw kolejne oderwane od życia gnioty, w żaden sposób nie osiągające zamierzonych celów, a bywa że demolujące wszystko, co dotąd miało ręce i nogi. Pod sklepem dyskontowym, w którym robię po pracy zakupy, urzęduje na stałe paru panów mieszkających w kanałach. Na każdego z nich zarejestrowane jest po dwieście kart SIM w różnych polskich sieciach, które są stale doładowywane i intensywnie wykorzystywane. Zarejestrowaną na im podobnych panów aktywną kartę w dowolnej polskiej sieci można bez trudu kupić w każdym światowym serwisie aukcyjnym. Jeśli komuś się wydaje, że pozbawienie mnie telefonu komórkowego pomoże zwalczyć światowy terroryzm, bo co do absolutnej nieszkodliwości panów żebrzących pod sklepem nie mam wątpliwości, to ja nie wiem sam, czy polskiemu rządowi i parlamentarzystom gratulować pewności siebie, współczuć naiwności, czy po prostu czmychać z tak chronionego państwa gdzie pieprz rośnie…

Chodnik przetłumaczony

Wiem, o co chodzi, i wiem, że to pewien skrót myślowy, w dodatku zgrabnie wizualnie przedstawiony, a jednak – może z racji wykonywanego zawodu – patrząc na te wytyczające granice żydowskiego getta w Lublinie płytki w chodniku – odnoszę wrażenie, że rok 1941 po angielsku był rokiem 1942…

Poszarzała tęcza

Lublin to miasto bardzo urokliwe, jest tu parę zakątków, które bardzo sobie cenię, ale są też miejsca smutne, monotonne, przestarzałe – jak z minionej epoki. Jak lokal, w którym wczoraj jadłem obiad, a wokół mnie jedna z pracujących tam pań, przepasana fartuchem wyprodukowanym chyba w tej samej dekadzie, co ja sam, wywijała mopem po podłodze, nie przejmując się w ogóle, że jej energiczne ruchy wokół mojego krzesła i stołu w żaden sposób nie dodają pikanterii wyblakłemu smakowi potraw (jedyne, co było w nich wyraziste, to olbrzymia ilość tłuszczu). Klient, który miał pecha i przyszedł do lokalu kilka minut później, niż ja, a na 28 minut przed zamknięciem, oberwał wprawdzie tylko słownie, ale za to tak dobitnie, że mógł się śmiało poczuć, jakby dostał ścierką po twarzy za to, że próbuje zamówić coś do jedzenia teraz, jak panie ścierają już podłogę i zmywają.
Są ulice w Lublinie, które są tak szare i smutne, że nawet idący nimi ludzie niosą tęczowe parasole w różnych odcieniach szarości.
Są jednak także takie miejsca, gdzie na ścianach (i nie tylko) publikuje się wiersze, a paryski Montmartre ma schody wcale nie lepsze, niż te w Zaułku Hartwigów (a to nie jedyne lubelskie schody, wspinając się po których można czytać poezję).

Zmiany, zmiany

Gdy wczoraj wysiadłem z busa w Lublinie i wyszedłem z przycerkiewnego placu szumnie zwanego dworcem, moim oczom pokazał się obraz nędzy i rozpaczy widoczny na poniższym zdjęciu.

Dopiero po chwili przypomniałem sobie, co w tym samym miejscu stało równo rok temu i co zaskoczyło mnie wówczas w nie mniejszym stopniu, i co także sfotografowałem. Dziś moje zdjęcie ze straganami wzdłuż Alei Tysiąclecia ma charakter historyczny, a w tej ruinie, jaka przywitała mnie wczoraj w Lublinie, dostrzegam teraz twórczy bałagan, coś w rodzaju brzydkiego kaczątka, z którego potencjalnie może wyrosnąć jakiś łabędź.
Aż strach przyjechać do Lublina w przyszłym roku. A może właśnie trzeba bywać tu częściej, by nie dać się nabrać pozorom stwarzanym przez tak zwany pierwszy rzut oka? Moim znajomym z Lublina z całego serca życzę, by efekt świeżości, aureoli, kontrastu, tendencji centralnej, różowych i czarnych okularów trzymały się od nich z dala przez cały maj i nie tylko.

Monumentalna

Przyjeżdżam tu od tak dawna, że pamiętam, gdy budynek po lewej był monumentalną, szarą bryłą, górującą nad całą okolicą. Pozdrowienia z Rzeszowa dla wszystkich czytelników blogu i poranna kawa dla wszystkich moich przyjaciół z Podkarpacia.

Bany zaszczytne

Odkrywam, bywa że z wielkim zdziwieniem, że jestem zablokowany na Twitterze przez różnych ludzi.
Postanowiłem zacząć zbierać tutaj rekomendacje dla tych rozsądnych ludzi. Jako że jestem osobą niezrównoważoną, warto – jeśli masz konto na Twitterze – śledzić (po angielsku wyznawać, czyli follow) ludzi, którzy mnie blokują. A wśród nich są:

  • Patryk Jaki, przemiły i czarujący wiceminister sprawiedliwości z Opola;
  • Jacek Międlar, niegdyś ksiądz katolicki, ale obecnie znalazł nowe powołanie;
  • Eryk Mistewicz, autor wszystkiego, co najważniejsze;
  • Samuel Pereira, skromny imigrant z Portugalii, mieszkający w Polsce, wiceszef TVP Info;
  • Dominik Tarczyński, poseł jedynie słusznej partii, tak pięknie prezentujący się przed lustrem.
  • Łukasz Warzecha, który nie szanuje netykiety, więc wymyślił sobie własną i uważa, że wszyscy się mają do niej stosować.

Wpis będę rozszerzał w miarę kolejnych odkryć na Twitterze. Wszystkim powyższym osobom za zablokowanie mnie serdecznie dziękuję. To dla mnie prawdziwy zaszczyt! Mam nadzieję, że moje powyższe rekomendacje pomogą ludzkości podążyć w jedynie słusznym kierunku.