Uczniowie ze spluwami

Pan Eugeniusz urodził się w 1931 roku, chociaż w zamęcie transgranicznej przeprowadzki doszło do jakiegoś przekłamania i we wszystkich dokumentach ma wpisany rok 1932. Jego życie toczyło się w zasadniczej swojej części pomiędzy wioską w województwie stanisławowskim a stolicą Dolnego Śląska, ale przedwczoraj wrócił właśnie z wczasów w Słowenii.
Odwiedzam pana Eugeniusza raz na kilka miesięcy, czasem i rzadziej, z psem. Tym razem ten starszy pan na powitanie zadaje mi pytanie, jak ja sobie teraz radzę w pracy z tym Giertychem nad sobą. Domyśla się, że pewnie mi niełatwo, bo przecież ja poszedłem do pracy w szkole z zamiłowania, a jak nauczyciel z powołaniem ma pracować w dzisiejszej szkole i czerpać z tego satysfakcję?
Po wojnie pan Eugeniusz chodził do gimnazjum w szkole, która po dziś dzień jest jednym z najlepszych i najbardziej znanych w Polsce częstochowskich liceów, rozsławionym u schyłku ubiegłego stulecia przebojem zespołu rockowego składającego się z jego absolwentów. Do pierwszej klasy gimnazjum chodził dość krótko, bo w czasie roku szkolnego przesunięto go szybko do drugiej, ale takie szarady z pominięciem wieku ucznia były wtedy całkowicie na porządku dziennym.
W klasie Eugeniusza razem z nim byli uczniowie dwudziestoletni, którym wojna przerwała normalny cykl kształcenia. Wspomina, że w pewnym okresie prawie każdy przychodził do szkoły z bronią palną, a kilku kolegów – “kombatantów” Armii Krajowej – nie wahało się tej broni użyć, jeśli nie strzelając w powietrze, to przynajmniej grożąc nią nauczycielom. Był taki nauczyciel, który tylko kilka razy ośmielił się spróbować postawić ocenę niedostateczną tym dziarskim kowbojom, na co oni natychmiast wyciągali spluwę i mówili mu: “Panie profesorze, pan wie, że ja jestem z Armii Krajowej. Mnie życie i śmierć jednakowo bliskie albo jednakowo straszne. I wszystko mi jedno, czy moje czy Pana. Niech Pan wybiera: albo strzelam do jednego z nas, albo zmienia Pan tę ocenę.” Po zmianie kilku ocen niedostatecznych na trzy z plusem profesor więcej już nie ryzykował, a po roku odszedł z pracy.
Co ciekawe, pan Eugeniusz wspomina także kilku profesorów, przy których żaden uczeń nie ośmieliłby się nawet odezwać bez pozwolenia, a co dopiero wymachiwać pistoletem. Na ich lekcjach słychać było przelatującą nad katedrą muchę. Jeden z tych profesorów był tak biedny, że uczniowie ze wsi przynosili mu masło, a pewnego dnia klasa kupiła mu pączka w ciastkarni.
Pan Eugeniusz mówi w pewnym momencie coś, z czym się zdecydowanie zgadzam. Uczniowie zawsze zakładali kosze na głowy nauczycieli i zawsze będą to robili, tyle że będzie to przybierało różne formy. I całe szczęście, że uczniowie to robią. Dają w ten sposób do zrozumienia niektórym nauczycielom, że lepiej zrealizują się zawodowo gdzie indziej. Opowiadano mi kiedyś o jednym takim panu, który jest bardzo wdzięczny uczniom z technikum za to, że rozpalili ognisko na jednej z jego lekcji. Pracuje teraz gdzie indziej, zarabia więcej i jest szczęśliwy.

Antyargument

Dziś w TVN24 minister Orzechowski był bardzo elegancko ubrany, grzeczny, uśmiechnięty. Właściwie niczego mu nie można zarzucić w dbałości o własny wizerunek poza tym, że korzystając z notatek ujawnił powody, dla których Gombrowicza on i minister Giertych nie akceptują. Było to smutne, bo zamiast uchylić się od odpowiedzi lub próbować się ograniczyć do jakichś (o ile takowe istnieją) sensownych argumentów, minister odczytał z kartki fragment Transatlantyku jako dowód na to, że nie można tą książką psuć młodzieży:

Mężczyznę, co mężczyzną będąc, mężczyzną być nie chce, a za mężczyznami się ugania…

Smutne, bo przecież niemożliwe, by homofobia była jedynym powodem, dla którego panowie ministrowie nie chcą Gombrowicza w kanonie lektur. A jeśli nawet, to mogliby chociaż udawać, że jest inaczej, a nie taki akurat cytat wyciągnąć z Transatlantyku. I tak świat ma już wyrobione zdanie o poglądach polskiego resortu edukacji w tej sprawie i nie trzeba ich w tych – mam nadzieję błędnych – przekonaniach utwierdzać.
Klasyczna beletrystyka ma – zdaniem Orzechowskiego – lepiej uczyć rozumienia tekstu czytanego, z czym – zwłaszcza na poziomie podstawowym – nawet bym nie polemizował. Ale nie rozumiem zupełnie tego antagonizmu między patriotyzmem Sienkiewicza a rzekomym antypatriotyzmem Gombrowicza. Pisane “ku pokrzepieniu serc” Potop czy Ogniem i mieczem, nawet jeśli są arcydziełami literatury polskiej, to niczego szczególnego nie wnoszą w wychowanie patriotyczne dzisiejszych młodych Polaków, którym przyszło żyć w wieku XXI, a nie XIX czy XVII, w zupełnie innych realiach geopolitycznych. Ci Polacy muszą stawać ze swoją polskością przed zupełnie innymi wyzwaniami i czasami lepiej dają wyraz swojemu patriotyzmowi odcinając się od pewnych wartości, niż pokazując przywiązanie do nich. Patriotyzm to nie tylko duma narodowa, ale także narodowy wstyd.
Inny cytat z Transatlantyku, a ściślej z autorskiego wstępu do książki, pokazuje ten rodzaj patriotyzmu, jaki o wiele bardziej jest potrzebny dzisiejszej młodzieży:

Przezwyciężyć polskość. Rozluźnić to nasze poddanie się Polsce! Oderwać się choć trochę! Powstać z klęczek! Ujawnić, zalegalizować ten drugi biegun odczuwania, który każe jednostce bronić się przed narodem, jak przed każdą zbiorową przemocą. Uzyskać – to najważniejsze – swobodę wobec formy polskiej, będąc Polakiem być jednak kimś obszerniejszym i wyższym od Polaka!

I jeszcze jeden cytat z Gombrowicza:

Czy ja, broniąc Polaków przed Polską, jestem, czy nie jestem patriotą? […] Cóż wart jest naród złożony z ludzi sfałszowanych i zredukowanych? Z ludzi, którzy nie mogą pozwolić sobie na żaden szczerszy, swobodniejszy odruch z obawy, by im się ten naród nie rozpadł?

Jeszcze trochę krzewienia mesjanizmu, mieszania terrorystów z powstańcami, a lekceważenia rzeczywistych i współczesnych problemów narodu, to i polski orzeł odleci do Londynu. Chociaż w Szkle kontaktowym Grzegorz Miecugow ostatnio powiedział, że ponoć już odleciał.

Kolejny żenujący spektakl

Byliśmy dzisiaj po raz kolejny świadkami żenującego spektaklu w wykonaniu ministra edukacji, który na konferencji prasowej próbował się uchylić od odpowiedzi na merytoryczne pytania dziennikarki. Zamiast tego, minister sam zadawał pytania, które w jego mniemaniu miały udowodnić niewiedzę i niekompetencję adwersarzy.
W moim odczuciu wypadło to odwrotnie. Pani Aleksandra Pezda, dziennikarka Gazety Wyborczej nie dała się wciągnąć w dyskusje o tym, jakich bohaterów Quo vadis? potrafi wymienić. Bardzo racjonalnie poinformowała ministra Giertycha, że Sienkiewicz nie jest jego prywatną własnością i że inni ludzie też go czytają. Na pytanie o bohaterów “Ferdydurki” (takie słowo padło z wiadomych ust na konferencji) zwróciła uwagę ministra na fakt, że znajomością tej książki wykazała się chociażby pisząc krytykowany właśnie przez niego artykuł.
Na odchodnym minister przypomniał pani Aleksandrze, że warto czytać Sienkiewicza, a następnie popisał się znajomością bohaterów powieści: Marka Winicjusza, Ligii i Petroniusza.
Mam wrażenie, że ten Petroniusz to jakoś tak nie pasuje do tego wszystkiego, co pan minister Giertych stara się wprowadzić do polskiej szkoły. Ten zdeklarowany epikurejczyk imponował mi, kiedy zdawałem do liceum. Pisałem o nim wypracowanie na egzaminie wstępnym, pamiętam do dzisiaj. Ale teraz chyba już nie wypada głośno mówić o Petroniuszu – toż on szczęścia w przyjemnościach doczesnych szukał! A przecież w Quo vadis? aż roi się od zacnych chrześcijan, a nawet apostołów się znajdzie! A tu Petroniusz, cholera.
Ale nie martwiłbym się szczególnie tym, czy Petroniusz to dobry czy zły przykład dla polskiej młodzieży. Nie martwiłbym się także w ogóle tym, co sobie jeszcze Roman Giertych powpisuje albo poskreśla z listy lektur. Przytłaczająca większość młodych ludzi nie czyta w ogóle, a ci nieliczni, którzy czytają, mają w nosie kanony lektur i umieją sami dobrać sobie swój własny, prywatny zestaw tytułów. I im głośniej największy minister Rzeczypospolitej będzie szkalował Gombrowicza, tym większa szansa, że ta giertychowa “Ferdydurka” przebije popularnością nawet Harry’ego Pottera (który też nawiasem mówiąc nie jest na liście lektur).

Ateiści z meczetów

Ostatni raz, gdy Krzysztof był w kościele, dowiedział się, że muzułmanie nie wierzą w Boga i nie mają żadnych wartości. Dobrze, że Krzysztof myśli, gorzej z tymi setkami ludzi, którzy usłyszeli tego dnia to samo.
Jeden z bloggerów, których często odwiedzam, dziwi się, że prasa relacjonująca zamachy terrorystyczne w Londynie określa zamachowców jako Azjatów, czyli unika nazywania rzeczy po imieniu. Nadal nie umiem pojąć celowości używania określenia “islamski terroryzm”, podobnie jak zdziwiłaby mnie informacja, że katolicy z Polski byli sprawcami jakiegoś przestępstwa na Wyspach.

Zdarzyło mi się też słyszeć księdza, który podczas homilii wymienił protestantów jako jedną z sekt, przed którymi należy chronić młodzież. A o Świadkach Jehowy jako o sekcie słyszę i czytam na okrągło.



Niewierzący

Właśnie się dowiedziałem z ust najbliższej rodziny, że jestem niewierzący, ponieważ przedkładam Jezusa nad Jana Pawła II. Tymczasem – mówi mi rodzina – któż to taki był ten Jezus Chrystus? Jakiś odległy i niekoniecznie prawdziwy człowiek, zwykle przedstawiany jako piękny, tak by każdy mógł się w nim zakochać, ale w gruncie rzeczy obcy. Nie widzieliśmy Jezusa, nie wiemy jak wyglądał, jest to postać fikcyjna. Tymczasem Jan Paweł II to postać autentyczna i bliska sercu każdego Polaka (bo rodak), jego pomniki pozwalają nam się naładować i dają nam siłę do życia. Widzieliśmy wszyscy Jana Pawła II i wiemy, że istniał i był święty. Widzimy sens w modlitwie do Jana Pawła II, bo wiemy, że on nam przysparza łask.
Wszystkie powyższe argumenty powtarzam za rodziną, która uważa mnie za niewierzącego, ponieważ się z nimi nie zgadzam. Odwieczny dylemat, co to jest wiara, a co to jest wiedza. Jakoś tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niewierzący jest zdaje się ten, kto nie daje wiary temu, czego nie zobaczył i nie dotknął.
Powstrzymam się – z trudem – od dalszych komentarzy.

Przywrócić ład i porządek w brytyjskiej szkole

W dzisiejszym numerze dziennika The Independent Anthony Seldon z Wellington College radzi nowemu brytyjskiemu premierowi Gordonowi Brownowi, by dał szkołom i nauczycielom większą wolność i autonomię, co ma się rzekomo przełożyć między innymi na większą dyscyplinę.
W tym miejscu The Independent wstawia się za nauczycielami, ponieważ zbyt wielu uczniów usuwanych dyscyplinarnie ze szkół średnich wraca do klasy po skutecznym odwołaniu.
Niedyskretni dziennikarze The Independent nie próbują też wcale przemilczać faktu, że biali chłopcy z rodzin robotniczych wypadają najgorzej w egzaminach zewnętrznych, a na dodatek martwią się wynikami jednych mniejszości etnicznych na tle innych.
Przedwczoraj z kolei ta sama gazeta martwiła się, że ponad 150 tysięcy uczniów jest w brytyjskich szkołach ofiarami homofobicznych docinków i prześladowań ze strony kolegów, w dodatku połowa nauczycieli nie czuje się na siłach, by stanąć w ich obronie. Dziennik obwinia między innymi obowiązujący w latach 1988 – 2003 zakaz promowania homoseksualizmu w szkołach i sugeruje, że wyraźne potępienie homofobii w szkołach mogłoby znacząco poprawić sytuację.
Oj, przydałby się tam jakiś elementarny ład i porządek w tej brytyjskiej szkole! Co oni tam sobie myślą? Swoboda i autonomia? Pochylanie się nad Turkami, Kurdami, gejami, lesbijkami i biseksualistami? No to już jest jakaś apokalipsa chyba. I pomyśleć, że oni tam w mundurkach chodzą…

Intensywna terapia

My młodzi, których Jan Paweł II nazywał nadzieją świata, potrzebujemy wsparcia, by tych nadziei nie zawieść. Choć czasem jesteśmy przekorni, dziękujemy Panu Ministrowi, że troszczy się o nas i robi dużo, byśmy czuli się w szkole bezpiecznie. Życzymy mocy i wiary w nas – wyrecytowała uczennica łódzkiego gimnazjum na Gali Strojów Szkolnych zorganizowanej przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w łódzkiej hali Expo tuż po wręczeniu wicepremierowi i ministrowi edukacji Romanowi Giertychowi kwiatów przez delegację uczniów łódzkich szkół.

Jeśli ktoś czytając tego newsa w Gazecie Wyborczej nie umarł, a jedynie doznał palpitacji serca, to polecam się uspokoić i przypomnieć sobie, jak skończyły pomniki historycznych postaci, do których zwracano się tymi samymi albo bardzo podobnymi słowami. A teraz głęboki wdech, zamykamy oczy i…




Oby nasi uczniowie nigdy nie dziękowali nam słowami wiernego poddanego czytanymi z kartki.

Pomniki i święci

Jerzy Kędziora jest jednym z najwybitniejszych artystów mieszkających obecnie w Częstochowie. Jego wiszące rzeźby są znane i podziwiane w całej Europie, chociaż instalacje w rodzimym mieście nie zagościły długo. Od jedenastu lat Kędziora wytrwale walczy o uznanie w Częstochowie nie dla samego siebie, ale dla legendarnego założyciela grodu, przypuszczalnie autentycznego, bo wspominanego w dokumentach z XII wieku Częstocha.
Niestety, Częstochowa okazuje się zbyt mała i ciasna (pewnie nie tylko przestrzennie), by znaleźć miejsce dla wróżebnej rzeźby praprzodka siedzącego nad misą pokrytą tajemniczymi znakami, do której turyści i mieszkańcy mogliby wrzucać monety, a te z kolei odbijałyby się od systemu dzwonków i wygrywałyby melodie. O ile bowiem w przysłowiowym Szczebrzeszynie, którego lokalizacja dla większości Polaków jest pewnie wielką tajemnicą, znalazło się miejsce dla pomnika przysłowiowego chrząszcza, o tyle Częstochowa ma w kwestiach pomników zupełnie inną politykę.
Z jasnogórskich wałów z bastionu od strony ulicy Wieluńskiej spogląda na Częstochowę monumentalny (i moim skromnym zdaniem niezbyt urodziwy) pomnik Jana Pawła II. Stoi tyłem do pomnika rodziców polskiego papieża zdobiącego plac przed Domem Pielgrzyma im. Jana Pawła II, ale za to przodem lub bokiem do kilku innych miejsc poświęconych Karolowi Wojtyle. Najbliższy znajduje się na dziedzińcu redakcji “Niedzieli”, przy ulicy 3 Maja. W Wyższym Seminarium Duchownym przy ul. Św. Barbary stoi w holu naturalnej wielkości rzeźba przedstawiająca Jana Pawła II, podobna rzeźba znajduje się także w nawie głównej Archikatedry Św. Rodziny. Plac przed katedrą nosi imię Jana Pawła II, a większą część drogi między katedrą a Rynkiem Wieluńskim kierowca pokonuje jadąc Aleją Jana Pawła II. O takich tablicach pamiątkowych wspominających Jana Pawła II, jak ta upamiętniająca nocleg papieża w częstochowskiej kurii archidiecezjalnej w III Alei, lepiej już nie wspominać, bo trzeba by policzyć niejeden kamień węgielny pod budowę kościoła poświęcony przez Jana Pawła II.
Wydawałoby się, że to niemożliwe, a jednak rajcy miejscy postanowili uhonorować Jana Pawła II pomnikiem w kolejnym miejscu Częstochowy, w sercu Starego Miasta, przed najstarszym, starszym od Jasnej Góry częstochowskim kościołem, kościołem św. Zygmunta, na pl. Daszyńskiego. Kilkaset metrów od częstochowskiej katedry, w połowie drogi między placem Jana Pawła II a Aleją Jana Pawła II. Pomnik ma stanąć w tym roku, by można go było odsłonić w Dzień Papieski w październiku.
Pomysł kolejnego pomnika papieża w Częstochowie uważam – prawdę mówiąc – za niesmaczny i nie rozumiem, dlaczego przeciwko temu pomnikowi nie zaprotestuje Kościół, dlaczego nie zaprotestuje Jasna Góra, dlaczego nie zaprotestują ludzie, którym nauczanie Jana Pawła II jest bliskie. Przecież idea tego pomnika w oczywisty dla mnie sposób ośmiesza Kościół i ośmiesza samego Jana Pawła II. Wszak uznawanie jego autorytetu powinno się przekładać nie tylko na budowanie pomników, ale przede wszystkim na postawy i czyny.
Jeśli Częstochowa koniecznie już ma być miastem pomników papieskich, to przecież można by postawić pomnik wielkich poprzedników Jana Pawła II – Pawła VI, Jana XXIII… Zwłaszcza pontyfikat tego ostatniego zapisał się złotymi zgłoskami w historii Kościoła i także dla polskiego papieża Jan XXIII był wielkim autorytetem.
Co więcej, nowy pomnik ma powstać z pogwałceniem wszelkiej logiki – miejsce budowy pomnika na środku placu Daszyńskiego zostało wyłączone z rozpisanego niedawno konkursu na zaprojektowanie I i II Alei oraz placów Daszyńskiego i Biegańskiego, przez co zamiast stać się integralną częścią przemyślanej na nowo głównej ulicy miasta, pomnik stanie po swojemu, a architekci mają do tego pomnika dostosować koncepcję przebudowy czy reorganizacji Śródmieścia. A przecież stawiając pomnik trzeba racjonalnie przemyśleć jego lokalizację, by pomnik nie utrudniał funkcjonowania otoczeniu, a jednocześnie by był godnie eksponowany. Gdy dwóch absolwentów naszej szkoły odwiedziło mnie ostatnio i wysłałem ich na poszukiwania Kopca ku czci Ofiarom Totalitaryzmu, jaki od 1999 roku, gdy zdali maturę, usypaliśmy przed szkołą, ich długotrwałe poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu, a gdy wreszcie w dołku między krzakami pokazałem im kopiec, długo tarzali się ze śmiechu.

Moim zdaniem to smutne, że jesteśmy tak leniwi w poszukiwaniu autorytetów. Że autorytetów nam potrzeba, to oczywiste i każdy się z tym zgodzi. Ale gdy w każdej dziedzinie autorytetem jest ta sama osoba, gdy umiemy stawiać pomniki tylko jednemu człowiekowi, ocieramy się o śmieszność. Szacunek i wdzięczność dla autorytetów w niepokojący sposób graniczą z bałwochwalstwem, kultem jednostki i karykaturą.
W poszukiwaniu wzorców dla młodzieży przesadzili ostatnio także ci politycy, którzy próbowali wynieść na ołtarze zwykłą i prostą dziewczynę z podczęstochowskich Żarek, która własnym życiem przypłaciła życie swojego dziecka. Nie przeczę, że postawa Ani budzi podziw i szacunek, ale wokół nas jest wielu żywych ludzi, o których warto pamiętać i których warto doceniać, niekoniecznie przez budowanie pomników czy wynoszenie na ołtarze. W moim sercu jest miejsce na monumentalny pomnik Arka, który ukończył w tym roku technikum mechaniczne i który ani razu przez cztery lata nie zgłosił nieprzygotowania, chociaż był uczniem o przeciętnych możliwościach i nauka angielskiego przychodziła mu z trudem. Jest miejsce dla wielu innych uczniów, znajomych, dla rodziny. Dla wybitnych polityków, władców, twórców – bez względu na ich przynależność do partii, narodu, wspólnoty religijnej. Wierzę, że większość ludzi ma więcej niż jeden wzór do naśladowania.
Najbardziej niebezpiecznym rozmówcą jest podobno ten, który przeczytał tylko jedną książkę. Mam wrażenie, że równie niebezpieczni są ludzie, którzy uznają tylko jeden autorytet.

Obawiajmy się września




Gdy ten film pojawił się w internecie, można się było z niego śmiać i mnie samemu wydawał się zabawny. Minister Giertych pełnił urząd od niedawna i wiele moich koleżanek mówiło, że nie ma co go tak atakować, zbierać podpisów przeciwko niemu, protestować. Znajomi, którzy dzisiaj łapią się za głowę na wieść o każdym nowym pomyśle Giertycha i Orzechowskiego, powtarzali rok temu spokojnie, że trzeba dać facetom szansę, pozwolić im się wykazać.
Najgorsze jest to, że panowie ministrowie są bardzo sumienni i w czasie, gdy większość nauczycieli jest latem na urlopie, oni pracują intensywnie. Tak przynajmniej było w ubiegłym roku. Czym nas zaskoczą tego lata? Co zastaniemy w szkole we wrześniu? Na samą myśl o tym odechciewa mi się wracać do szkoły po wakacjach.
I chociaż trudno już na coś liczyć, popieram takie akcje:

List otwarty do Romana Giertycha: wyrażamy nauczycielski sprzeciw
„Nieposłuszeństwo jest prawdziwą podstawą wolności, posłuszni muszą być niewolnicy” – Henry David Thoreau
Szanowny Panie Ministrze!
Wyrażamy sprzeciw wobec działań Ministerstwa Edukacji Narodowej godzących w takie wartości jak wolność sumienia, tolerancja, otwartość i swobodna wymiana myśli – wartości, które powinna szanować nowoczesna europejska szkoła.
Z niepokojem stwierdzamy, że działania Ministerstwa pod Pana kierownictwem tworzą klimat, w którym promuje się w szkołach jedynie słuszne poglądy, oparte na pseudonaukowych teoriach, populistycznych opiniach i krzywdzących stereotypach. Zabrania się prezentowania odmiennego punktu widzenia.
Przykładem zakaz wstępu do szkół niektórych organizacji – pacyfistycznych, ekologicznych, wolnościowych, prawoczłowieczych itp. – choć działają legalnie i w żaden sposób nie głoszą treści sprzecznych z Konstytucją RP. Zakazy wprowadzane są często przez zastraszonych kuratorów i dyrektorów, którzy bezbłędnie wyczuwają oczekiwania ze strony Ministerstwa.
Innym rażącym przykładem takich poczynań był zakaz korzystania z podręcznika “Kompas” i usunięcie szefa CODN Mirosława Sielatyckiego.
Ograniczana jest wolność głoszenia poglądów opartych na idei równych praw i wolności oraz niezbywalnej godności każdego człowieka. Zmiany w kanonie lektur i wliczanie oceny z religii do średniej ocen uważamy za przejaw faworyzowania jednej opcji światopoglądowej.
Sprzeciwiamy się ideologicznemu ujednoliceniu polskiej szkoły. Akceptowaniu uczniów i nauczycieli myślących zgodnie z “nową poprawnością” i pozostawianiu poza nawiasem myślących niezależnie. Przypominamy, że ludzie są różni, wierzą w różne prawdy i nie zmienią tego żadne nakazy i zakazy. Różnijmy się mądrze, różnijmy się pięknie Panie Ministrze!
Sprzeciwiamy się retoryce nienawiści i pogardy wobec odmienności, której nie sposób zakwalifikować inaczej niż jako agresję słowną – niedopuszczalną zwłaszcza u tych, których zadaniem jest edukacja.
Sprzeciwiamy się pozornym reformom oświaty obliczonym na uzyskanie poklasku i zbicie, kosztem uczniów, kapitału politycznego. Za takie reformy uważamy, m.in. wprowadzenie mundurów szkolnych, amnestię maturalną i obowiązek wybierania podręcznika na trzy lata nauki w szkole.
Sprzeciwiamy się modelowi polskiej szkoły, z której w świat wyjdzie uczeń pełen uprzedzeń wobec inności, bojący się wyrażania własnych poglądów, idący pokornie i bezrefleksyjnie za głosem większości. Nie tak rozumiemy misję szkoły w Europie, na początku XXI wieku.

Podpis pod tym listem otwartym można złożyć w tym miejscu.

Predyspozycje dyrektorskie

Wbrew oczekiwaniom kilku moich absolwentów nie przystąpiłem do konkursu na dyrektora szkoły. Próbowałem im sygnalizować, że nie mam ukończonego zarządzania oświatą, więc nie spełniam nawet warunków formalnych, ale mimo to kilka dni temu dostałem o bladym świcie SMS-a z wykrzyknikiem na końcu, w którym pewien prawie – że – technik – mechanik przypominał mi, że zaczyna się właśnie ostatni dzień na składanie papierów do konkursu.
Praca dyrektora jest bardzo odpowiedzialna, trudna i pełna wyzwań. Decydując się na pracę w szkole oczekiwałem jednak zupełnie innych wyzwań i czerpię olbrzymią satysfakcję z tego, co robię na stanowisku dydaktycznym. Jestem niezmiernie wdzięczny tej grupie tegorocznych absolwentów, którzy w ostatnim czasie przypomnieli sobie o mnie i oczami wyobraźni ujrzeli mnie w gabinecie z przepastnym fotelem na pierwszym segmencie naszej szkoły, ale powiedzmy sobie otwarcie, że nie byłbym w tym gabinecie szczęśliwy.
Przez ostatnie cztery lata spędziłem olbrzymią ilość czasu z czterema męskimi grupami technikum, dzięki czemu poznałem panów w sposób, który byłby dla mnie nieosiągalny jako dla dyrektora. Prawie – że – technik mechanizacji rolnictwa Michał napisał ostatnio w jednym z SMS-ów, że nikt inny nie poświęciłby jemu i jego kolegom tyle czasu, co ja przez te cztery lata, i że warto mi było zaufać. Jako dyrektor na pewno nie miałbym dla nich tego czasu. Gdybym był dyrektorem, na pewno nie doznałbym wielu wzruszeń, a o tym, co się dzieje na lekcjach angielskiego i innych przedmiotów dowiadywałbym się tylko z plotek lub donosów. Nie dostąpiłbym także tego zaszczytu, by dziś po południu kopać na szczęście w tyłki idącą gęsiego na egzamin potwierdzający kwalifikacje zawodowe grupę absolwentów Technikum Mechanizacji Rolnictwa.
Dyrektor musi być osobą rzeczową, energiczną, z autorytetem. O autorytet ten musi dbać nie zamykając innym usta, ale hamując własne słabości i nie popełniając gaf na każdym kroku. Musi umieć pogodzić sprzeczne interesy uczniów, rodziców i nauczycieli i twardą ręką (ale bez chaotycznego wymachiwania na oślep) kierować szkołą. Powinien inspirować innych do działania i świecić przykładem. Powinien być konsekwentny, sprawiedliwy i nie może ulegać wpływom. W jednym palcu musi mieć prawo oświatowe, dziesiątki procedur i formularzy. Powinien umieć ciekawie mówić, wysławiać się w sposób godny podziwu, być elegancki i nie tracić panowania nad sobą. Jeśli popełni błąd, powinien umieć przeprosić. Tylko taki dyrektor spełni oczekiwania wszystkich uczniów i nauczycieli i zdobędzie sobie ich szczery szacunek. Trudno mi dostrzec w sobie te wszystkie niezbędne atrybuty i dlatego w ogóle nie brałem pod uwagę starania się o stanowisko dyrektora. O wiele lepiej sprawdzę się znęcając się nad kolejnymi, cztery lata młodszymi umysłami przyszłych techników mechaników i techników mechanizacji rolnictwa.
Trzymam mocno kciuki za moją koleżankę, Basię, która ma wizję swojej szkoły i która pragnie zostać jej dyrektorem. Basia rozumie, że bycie dyrektorem to pełnienie służby oraz ma w życiu cele i ambicje wykraczające także poza dyrektorowanie.
Wpis ten dedykuję wszystkim nowo wybranym Dyrektorom z zaprzyjaźnionego forum OSKKO i załączam życzenia udanych wakacji.