Podbijemy sąsiadów

Ministerstwo Obrony uznało, że młodzież niezbyt licznie opuszcza nasz kraj i że potrzebny jest jakiś dodatkowy bodziec, żeby wygnać stąd już naprawdę wszystkich. A metoda jest bardzo prosta. Żaden dziewiętnastolatek nie będzie się już odraczał od służby wojskowej. Czy chce studiować, czy jest żywicielem rodziny, nieważne. Po maturze w kamasze, na cztery miesiące, każdy. Wtedy będziemy mieli armię dwustytysięczną i będziemy w końcu mogli ruszyć na zachód i zrobić porządki w tej zepsutej Europie, która nabija się z naszych najświętszych stereotypów, uprzedzeń, obsesji i fobii.
Nie będzie nam żaden Niemiec pluł w twarz, mamy w naszej historii godne wzorce walki z wykolejeńcami, co własne gniazdo kalali! Już towarzysz Gomułka groził, że jak ktoś rękę na władzę ludową podniesie, to niech uważa, żeby mu władza tej rączki nie ucięła.
Prasa całej Europy nabija się z naszej Głowy Państwa, Parlament Europejski kwestionuje naszą tradycję tolerancji (coż z tego, że tolerancja u nas umarła, to od nas Europa jej się nauczyła). Ludzie pana prezydenta czytają niewiele prasy, nie zauważyli obraźliwych lub nieprzyjaznych dla Naszej Głowy Państwa artykułów w większości europejskich tytułów, dojrzeli nagle w niskonakładowym berlińskim Tageszeitung. Z niezrozumiałych względów na próby interwencji naszych dyplomatów rzecznik rządu federalnego Niemiec Ulrich Wilhelm powiedział, że rząd federalny z zasady nie ingeruje w wolność prasy, więc najpierw Minister Spraw Zagranicznych Najświętszej Rzeczpospolitej nie rozumiejąc za bardzo o czym mówi przyrównał wolną niemiecką prasę do hitlerowskiej gadzinówki (ach, cóż za elokwencja i wyczucie taktu u ministra rządu Rzeczpospolitej), po czym klub parlamentarny Jedynej i Najwspanialszej Partii postanowił poprosić swojego gwiazdora Ministra Sprawiedliwości o to, by jako prokurator generalny ściągnął dziennikarza niemieckiego, któremu się nie podoba Nasza Głowa Państwa. Niech go ściągnie jakimś europejskim listem gończym i ukarze.
Jacyś niedorobieni byli ministrowie spraw zagranicznych naszego kochanego kraju ośmielili się także skrytykować Naszą Głowę Państwa. Biedny Pan Prezydent tak się zdenerwował, że aż publicznie powiedział, że są wszyscy gnojkami, którym nie ma obowiązku odpowiadać na jakieś tam listy otwarte. Że nie mogą być dumni ze swoich życiorysów. I raczył odpowiedzieć jednemu. Szkoda, że pozostałych obraził nie zważając na fakt, że w dyplomacji każdy z nich mógłby być dla niego mistrzem.
Dlatego dzięki niech będą Ministerstwu Obrony. Nie każdy jest taki inteligentny, by patrząc na to, jak Prawo i Sprawiedliwość z braćmi Kaczyńskimi kompromitują ten kraj na lewo i na prawo, spakował się i wyjechał. Ale gdy nad każdym moim absolwentem zawiśnie widmo tej obowiązkowej służby wojskowej, zostanie garstka. I z tą garstką bracia Kaczyńscy ruszą na Zachód podbijać Europę, wicepremier Roman Giertych ze swoim ojcem Maciejem, który ostatnio w Europarlamencie wygłosił pochwałę dyktatury Franco, naprawią moralnie wszystkich tych pomylonych Europejczyków. I będziemy mieli Polskę od morza do morza, i będzie można ją znowu przemianować, z Czwartej Rzeczpospolitej na Rzymskie Cesarstwo Polskie. Ci wszyscy obywatele, co uciekli już z kraju (2 miliony podobno od wejścia do Unii) to też tak naprawdę będzie forpoczta polskości na tych terenach. Jak się tam wejdzie z wojskiem, to się ich poustawia z powrotem na właściwym miejscu. A kto rączkę będzie podnosił jak nie trzeba, to mu się ją odrąbie.

Teczki i inne bzdety

Polski komunizm przez większą część swojego krótkiego żywota był bardzo zepsuty. Funkcjonował gdzieś tam w teorii i na górze, natomiast na dole każdy kombinował jak mógł (uwaga, konkurs – jak jest „kombinować” w innych językach niż polski?).
Niczym policjant z drogówki, który musi ileś tam tych mandatów wystawić co miesiąc, tak i esbecy na wsi, żeby mieć na wino, musieli coś tam na kogoś nasmarować od czasu do czasu. Można się było na przykład wybrać na cmentarz i pospisywać trochę nazwisk z nagrobków i coś tam na każdego wymyślić, jakieś tam zeznania spisać. Najlepiej, jak to byli niedawno zmarli.
A mogło się i dwóch esbeków we dwójkę spotkać i jakieś papiery na sąsiadów potworzyć.
W PRL-u co mądrzejsi i aktywniejsi ludzie starali się jakoś obejść system i mimo wszystko wyjechać na stypendium studenckie na zachód czy na pielgrzymkę do Rzymu albo do Lourdes. Ale paszport w PRL-u to nie była taka prosta sprawa. Czasami trzeba było podpisać lojalkę dla bezpieki, żeby dostać paszport i zgodę na studia w Ameryce. Niejeden ksiądz, zanim pojechał do Rzymu, podpisał jakieś głupawe zobowiązanie, do którego nie przykladał wielkiej wagi, a po powrocie spotykał się z jakimś szeregowym oficerem by zdać mu raport. Raport, który stanowiły na przykład wycinki z ogólnie dostepnych gazet włoskich na temat audiencji papieskich. To była cena, którą warto było zapłacić.
To były czasy, kiedy nie dało się wejść na stronę internetową New York Timesa i przeczytać całą zawartość dzisiejszego numeru. To były czasy, kiedy można było zachować pozory donoszenia i szpiegowania na rzecz komunistycznej władzy poprzez dostarczenie tej władzy informacji, do których dostęp ma każdy, kto kupi brukowca w nowojorskim newsstandzie.
Po tych czasach zostały kilometry papieru.
Dzisiaj tymi kilometrami papieru straszy się ludzi.
Dzisiaj z naruszeniem prawa i zdroworozsądkowego poczucia sprawiedliwości szantażuje się ludzi, których nazwiska widnieją w tych papierach. Bez względu na to, czy są konfidentami rzeczywistymi, czy pozorantami, czy laureatami pokojowej nagrody Nobla.
W dniu, w którym Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wypowiedział się krytycznie i ostatecznie na temat łamania praw człowieka poprzez stworzenie enklawy bezprawia w Guantanamo Bay na Kubie przez administrację amerykańską, Wiadomości w polskiej telewizji publicznej przez pierwsze dziesięć minut zajmowały się w swoim głównym wydaniu bzdurnymi gierkami teczkowymi między wicepremier i minister finansów Zytą Gilowską a jakimiś bliżej nieokreślonymi jej wrogami. Tego dnia Wiadomościom zabrakło czasu na to, by powiedzieć o Guantanamo. Zajmowały się teczkami i pomówieniami.
Grający teczkami politycy biegają dzisiaj po urzędach i zakładach pracy i budzą grozę. Budzą grozę wśród ludzi, którzy od lat solidnie robią swoją robotę bez względu na to, kto jest u władzy. Terroryzują ludzi, którym w gruncie rzeczy niejednokrotnie zawdzięczają to, że żyją w wolnym, demokratycznym kraju i mogą działać. I tak naprawdę gorsze z nich w tym momencie świnie, niż z tych komunistycznych aparatczyków dwadzieścia kilka lat temu, którzy pozorowali tylko wierność systemowi.

Napady złości

Mam dość realistyczne podejście do tego, co może mnie spotkać ze strony moich uczniów i nie ponoszą mnie nerwy o to, o co niektórzy moi koledzy i koleżanki kruszą kopie. Czasami nie mogę wyjść z podziwu, ile energii traci kilka moich koleżanek na wnikliwe analizowanie stroju swoich uczennic, towarzystwa w jakim się obracają na przerwach uczniowie, a nawet – jeśli ktoś mieszka w ich parafii – obserwowania ich zachowania w niedzielę w kościele czy pod kościołem.
Pamiętam jeden swój taki wybuch złości, zupełnie niekontrolowany, w technikum mechanicznym. Trafiło na grupę panów w laboratorium komputerowym, którzy mieli za zadanie przerobić pewną porcję materiału w programie Supermemo, ale jak jeden mąż robili to tak bezmyślnie, byleby tylko pasek postępu się posuwał, klik klik myszą, enter, bez refleksji. Ponieważ robili bezmyślnie, pasek postępu się posuwał do przodu, ale i przybywało błędów, więc każda rzecz przez nich zrobiona powracała za moment w powtórkach i do poprawy. A oni oczywiście od razu pretensje do całego świata, tyle że przelewane na komputery i na mnie.
I w końcu nie wytrzymałem i wydarłem się na nich okropnie. Że chłopy dorosłe, a uprawiają taką intelektualną masturbację. I czy z dziewczynami też tak robią bezmyślnie, że tylko w nie klikają, a potem enter i enter, a jak wolno któraś reaguje to ją resetują od razu? Oj głośno było.
Po przerwie jeden z uczniów przyniósł mi batona chałwy i kazał mi sobie zjeść, żebym tak ludzi nie straszył. Ale prawdę mówiąc trochę pomogło – i mnie, i uczniom. Każdy nauczyciel powinien sobie zjeść coś słodkiego, zanim go nerwy poniosą.

Cenzura i blokada

Nasza nowa wodzowska partia rządząca, nowa aczkolwiek w dialektyce niezbyt daleko odbiegająca od Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, doprowadzi wkrótce do powstania nowego prawa oświatowego. Jak to w naszym kraju zresztą, zamiast poprawiać prawo istniejące, uchwala się ciągle nowe – dziurawe i wypaczone.
Jednym z obowiązków nałożonych na szkoły w myśl jednego z projektów nowej ustawy ma być stosowanie oprogramowania blokującego młodzieży dostęp przez internet do treści, które Partia uważa za niepożądane. Od paru tygodni na stronach Ministerstwa Edukacji jest nawet wprost polecany pewien program, którego Bogu dzięki nie da się zainstalować na moim komputerze (używam Linuxa), a który na podstawie wykrywanych w tekście stron słów będzie blokował dostęp do całych stron i całych domen internetowych. Ma to bronić przed dostępem do pornografii i demoralizacją.
Nie do końca rozumiem, dlaczego Minister Edukacji demokratycznego państwa roszczącego sobie prawo do nauczania demokracji Irakijczyków i innych nacji promuje stosowanie produktu instytucji, w której nazwie widnieje przymiotnik „katolicki”. Ale nie czepiając się już nawet tego wyraźnego nadużycia, wyraźne i rażące jest pewne niedopatrzenie metodologiczne.
Na stronie producenta zrzuty ekranowe pokazują nam, jak to łatwo można zablokować dzieciom dostęp do stron internetowych zawierających słowo „Szatan” i „satanizm”. Ale wystarczy być odrobinę myślącym człowiekiem, by zrozumieć, że w takim razie zablokujemy dzieciom dostęp do większości stron poświęconych religii i religioznawstwu, w tym nie tylko stron instytucji kościelnych, ale nawet fundacji i stowarzyszeń broniących przed sektami.
Mohammed Atta i jego koledzy planujący zamach na World Trade Center 11 września 2001 w przeddzień zamachu bawili się w barze ze stripteasem o wdzięcznej nazwie „Pink Pony” – „Różowy Kucyk”. Nie sposób, by opierający swoje działanie na słowach kluczowych program polecany przez Ministra Edukacji zablokował stronę takiego klubu, prawda? Podobnie jak nie dopatrzy się treści pornograficznych na stronie „niewinnej Zuzi o pracowitej buzi”.
Z testów przeprowadzonych przez dziennikarzy jednego z dzienników wynika, że program blokuje dostęp do pewnych treści, ale ogólnie wydaje się zupełnie bezradny i bezsensowny. Bez większego trudu można bowiem mimo stosowania programu przeglądać strony z pedofilią albo strony propagujące ideologię faszystowską (które w Polsce używają przecież przede wszystkim takich pięknych słow jak ojczyzna, honor, krzyż, Bóg, tradycja, a dostępu do tych słów nikt nie chce chyba dzieciom blokować).
Od kilku lat pracuję w pracowni komputerowej, która ma dostęp do internetu na każdym stanowisku. Moi uczniowie dość szybko nauczyli się, że w logach serwera widać dokładnie, co który z nich robił o której godzinie. Poza tym wystarczy zadbać o to, by mieli co robić na lekcji, a nie będą w stanie poświęcać czasu na wykorzystywanie szkolnych komputerów do nieodpowiednich celów. No i na koniec dodajmy, że większość z nich ma na tyle bogate życie erotyczne i na tyle wyrobiony światopogląd, że jedynymi „nielegalnymi” rzeczami jakie ich interesują podczas lekcji, są aukcje internetowe i bramki SMS krajowych operatorów telefonii komórkowej. No tak, ale skąd o tym ma wiedzieć minister, któremu się wydaje, że w takiej pracowni komputerowej to dzieci nic innego nie mają czasu robić, tylko dupy oglądać.
Powiem więc głośno wszystkim zwolennikom monitorowania internetu w szkołach i nie tylko. Nauczyciele włączają komputery w pracowniach komputerowych wówczas, gdy ma to jakiś cel dydaktyczny i do czegoś prowadzi. Tym celem nie jest nigdy powiedzenie: „Róbta se dzieci, co chceta”. I kompetentny nauczyciel nadzorujący pracę w takiej pracowni jest o wiele cenniejszy dla zapewnienia tego, co pan minister chce osiągnąć, niż jakieś nieudolne tandetne rozwiązania software’owe.
P.S. W tym wpisie znalazł się wyraz „dupy”. Program polecany przez ministra przypuszczalnie zablokuje tą stronę i cały ten serwer z uwagi na treści niemoralne.

Kara śmierci najlepsza w niedzielę

Jak powiedział pewien polityk, „Niedziela to jednak dzień święty i należałoby ją jakoś inaczej uczcić niż chodzeniem do kina.” Nie minęło parę godzin, a inny polityk zaproponował prace legislacyjne nad karą śmierci dla morderców pedofilów.
Nie będę komentował bezkresnej głupoty ani jednej, ani drugiej wypowiedzi. Ale pomyślałem sobie, że jak już uda się Lidze Polskich Rodzin zrealizować wszystkie jej cudowne pomysły legislacyjne, to może niech egzekucje tych pedofilów odbywają się właśnie w niedzielę. Czyż to nie będzie odpowiedni i lepszy od pójścia do kina sposób uczczenia dnia świętego?
Oczywiście dla czystości sytuacji Liga Polskich Rodzin powinna doprowadzić do wyburzenia wszystkich pomników Jana Pawła II w Polsce i wystąpienia Polski z Unii Europejskiej i Rady Europy.

Wychowanie patriotyczne

Miesiąc temu tegoroczni maturzyści zdający na maturze język angielski usiedli nad arkuszem matury podstawowej i napisali w liście, że wyjeżdżają na rok do Londynu. Mieli za zadanie uzasadnić swoją decyzję i większość z nich nie miała z tym wielkiego problemu.
W pracach napisanych przez maturzystów dominowały argumenty czysto ekonomiczne: muszę zarobić na studia, muszę kupić sobie samochód, muszę się ustawić. Ale wielu sięgnęło po argumenty bardzo kategoryczne: nienawidzę tego kraju i muszę go opuścić, nie wytrzymam w tym kraju, Polska jest do dupy, wstydzę się tego, że jestem Polakiem, nie ma tu dla mnie życia, nie czeka mnie tutaj żadna przyszłość.
Minister edukacji na konferencji prasowej zdiagnozował dzisiaj braki w miłości do ojczyzny u młodego pokolenia i ogłosił lekarstwo na te bolączki w postaci wprowadzenia nowego przedmiotu szkolnego – wychowania patriotycznego. Jak rozumiem, minister wprowadzając taki przedmiot zwolni nauczycieli wszystkich przedmiotów z obowiązku realizowania wychowania patriotycznego przez międzyprzedmiotowe ścieżki edukacyjne, a etatowy magister patriotyzmu wyręczy odtąd wszystkich nauczycieli w organizowaniu apeli i akademii. Młodzież zacznie robić ściągi z miłości do ojczyzny, a czyja miłość będzie niewystarczająca, ten nie dostanie promocji do następnej klasy. Oczywiście trzeba będzie opracować kryteria obiektywnej oceny patriotyzmu i wynegocjować jego definicję. Co to jest bowiem patriotyzm w XXI wieku? Wyzwania współczesnego świata przewróciły do góry nogami wartości polskiego patriotyzmu dziewiętnastowiecznego. To, co w dobie rozbiorów było bohaterstwem, w dzisiejszych realiach jest donkiszoterią i warcholstwem.
Pan minister podkreślił, że w ramach wychowania patriotycznego młodzież należy uczyć o tym, co w naszej historii dostarcza powodów do dumy. Czyli – powiedzmy sobie szczerze – indoktrynować. W historii Polski, jak i w historii każdego kraju czy w historii Kościoła, są karty chlubne i są karty haniebne. Nauczanie historii i wychowanie patriotyczne powinno wskazywać wzorce godne naśladowania, ale i powinno przestrzegać przed błędami przodków.
Gdy skończę ten wpis w blogu, jestem umówiony na rozmowę konferencyjną przez telefon do Irlandii. Mam pomóc byłemu uczniowi dogadać się z pracodawcą, do którego jedzie drugi rok z rzędu do pracy na wakacje. I zastanawiam się nad patriotyzmem Artura i tym, czy jeśli śpiewałby codziennie rano hymn Rzeczpospolitej i pisał raz w miesiącu klasówkę z wychowania patriotycznego, oprowadzałby teraz w wakacje wycieczki Polonii Amerykańskiej po Wawelu zamiast zasuwać na irlandzkim polu mieszkając kilka miesięcy w przyczepie. I czy gdyby nie zdecydował się jeździć do Irlandii na zarobek, byłby to w ogóle jakiś namacalny dowód jego patriotyzmu. Póki co, Artur wraca do Polski i studiuje na polskiej uczelni.
Nie jestem pewien, co mogę zrobić dla wychowania patriotycznego moich uczniów. Ale czasami wydaje mi się, że wbrew wszystkiemu odwalając swoją robotę tutaj na miejscu i nie wyjeżdżając do Szkocji czy północnej Anglii robię dużo więcej dobrego, niż zrobi magister patriotyzmu na swoich lekcjach. Gdy pójdę zagłosować w najbliższych wyborach, także zrobię coś by pobudzić ten patriotyzm. Nie oddam głosu na nikogo, kto pragnie z Polski robić skansen Europy, przydupasa Ameryki i pośmiewisko świata. Mój głos nie liczy się wiele, ale będzie odrobinę mądrzejszy niż dzisiejszy głos pana ministra.

Stu osiemdziesięciu czterech nauczycieli

Stu osiemdziesięciu czterech nauczycieli, głównie nauczycielek w zasadzie, pracowało w weekend w szkole, w której nie było dzieci. Stu osiemdziesięciu czterech nauczycieli to właściwie taka mała szkoła, tak jakby sześć klas podstawówki.
W niedzielę wieczorem okazało się, że po tych trzech dniach spędzonych przez nauczycieli w szkole w zasadzie jest dokładnie tak samo, jak po wyjściu ze szkoły dzieci. Komuś tak bardzo przeszkadzał kwiatek na parapecie, że wydłubał z doniczki całą ziemię i rozsypał ją wokół. Ktoś inny wpadł na genialny pomysł włożenia do sedesu półlitrowej plastikowej butelki po wodzie mineralnej i próbował się jej pozbyć spuszczając wodę – próba na tyle nieskuteczna, że butelka niestety nie spłynęła do ścieków, ale na tyle skuteczna, że jej wyjęcie sprawiło woźnemu spory kłopot. A w męskim pisuarze ktoś ustawił brudne szklanki – to chyba miała być jakaś artystyczna prowokacja, a w każdym razie trudno zrozumieć, cóż by to miało innego oznaczać.
Zabawne, kiedy się pomyśli, że pewnie ci sami ludzie, którzy w dość beztroski sposób podeszli do pracy woźnego w goszczącej ich szkole, na codzień egzekwują od swoich uczniów i uczennic wystawianie krzeseł na ławki po zakończonych lekcjach i uczą ich szacunku do pracy innych ludzi.

Jak pani ładnie poprosi

Studentka drugiego roku studiów poszła zaliczyć ćwiczenia z metodyki nie mając przy sobie indeksu. Zaliczyła, wszystko w porządku.
Tydzień później idzie do pana magistra prosić o wpis do indeksu. W odpowiedzi słyszy: „No nie wiem, musze się zastanowić, proszę przyjść za tydzień”.
Tydzień później kolejna rozmowa i pan magister mówi: „No nie wiem. Może pani dam ten wpis, jak pani ładnie poprosi”. Studentka czuje, że nie ma wyboru, więc mówi: „No to ja pana magistra bardzo, bardzo proszę…”
Pan magister stosuje jeszcze jakieś kilka uników na przetrzymanie, w rodzaju „chwileczkę, muszę gdzies zadzwonić”, „zaraz poszukam notatek”, „proszę przyjść za 10 minut, bo muszę na moment wyjść”. Wreszcie podpisuje.
Pan magister metodyk powinien pójść na praktykę do szkoły i nauczyć się trochę prawidłowego podejścia do ludzi. Jakiś czas temu przyszedł do mnie uczeń technikum, Rafał, spytać się o możliwość zaliczenia kilkunastu prac, których mi nie oddał, bo po prostu je olał. Teraz chce to wszystko pooddawać i pyta, czy mu to przyjmę. Mój mały wewnętrzny diabełek podsunął mi do powiedzenia nienajszczęśliwsze „Jak ładnie poprosisz, to czemu nie”.
Powiedziałem tym samym coś nieszczególnie mądrego. I zdaję sobie z tego sprawę. Szkoda mi tylko pana magistra na uczelni, że jego studenci nie mają odwagi powiedzieć pod nosem, ale wystarczająco głośno, by usłyszał, tego, co Rafał wymamrotał po tej mojej gafie: „Co, może mam ci laskę zrobić?”.
Można się oczywiście oburzać na to, co Rafał powiedział i w jaki sposób. Natomiast nie przyszłoby mi do głowy mieć do niego osobiście pretensje, bo to w końcu ja go do tego sprowokowałem gadając bzdury i nie stawiając sprawy jasno. Słowa, które z siebie wyartykułował w tej sytuacji, były bardzo zdrową reakcją na moją gafę. To są słowa, które warto usłyszeć, ale udać, że się nie usłyszało. Ale warto usłyszeć i zrozumieć, dlaczego padły. Jeśli się nie zrozumie, można skończyć jak niechlubnie słynny pedagog z Torunia, któremu uczniowie wkładali kosz na głowę i kopali go po głowie.

Upadek wartości

Moja dwudziestokilkuletnia koleżanka nauczycielka opowiada mi o tym, jak pełni dyżury w męskiej toalecie pilnując, żeby jej siedemnasto- czy osiemnastoletni uczniowie nie palili w szkole papierosów. Jest oburzona, bo ostatnio któryś z nich oddawał mocz do pisuaru, gdy weszła do toalety, przez co utrudniał jej pełnienie dyżuru.
To straszne, że oni nic sobie z niej nie robią. Do czego to doszło, żeby uczeń nie krył się z tym, że pali papierosy. Oni powinni przecież udawać, że nie palą, powinni się z tym kryć, nie mówić o tym. A w ogóle tym gnojom to się w głowach poprzewracało. Wcale im nie przychodzi do głowy tuszować tego, że mają w kieszeni na tyłku paczkę papierosów, jej kształt wyraźnie się przebija przez spodnie. A jak się składają na wycieczkę to widać u nich w portfelach bardzo różne rzeczy – zdjęcia jakichś lafirynd tam mają, albo prezerwatywy. No przecież to się w głowie nie mieści.
A jakie żarty czasami się ich trzymają, o jakiej tematyce! Jak można się odezwać przy nauczycielu na takie dorosłe i kontrowersyjne tematy! No to już trzeba w ogóle wartości nie mieć żadnych.
Dlatego moja koleżanka bardzo to wszystko przeżywa, bo przecież gdzie jak gdzie, ale w szkole muszą być w końcu jakieś wartości.
Nie palę i bywa, że mnie odpycha smród papierosów od któregoś z moich uczniów. Zdarzyło mi się parę razy spytać w takiej sytuacji, co pali i czy zdaje sobie sprawę, że śmierdzi. Spytałem się kiedyś jednego dziewiętnastolatka, który wszystkie przerwy spędza prowadzając się po korytarzu z dziewczyną, a czasem zajmując się czym innym niż prowadzanie, czy nie wydaje mu się, że zmusza ją do całowania się z popielniczką.
Rozumiem też, że szkoła nie może pochwalać nałogów ani pozwolić na to, by niepalący nie byli się w stanie wysikać. Ale czy ten palący uczeń to naprawdę regenerat wyprany z wszelkich wartości?
Piotr nie wyparł się tego, że pali, przyznał, że dziewczynie to przeszkadza i ogranicza mu ona to palenie. I mówi, że może nawet dla niej przestanie.
Artur nosi w portfelu zdjęcie Jana Pawła II, a w tej samej przegródce ma prezerwatywy. Zwykle nie zaglądam do portfeli moich uczniów, ale mieszkałem z Arturem przez tydzień czasu podczas praktyki i zdarzało się nam czasem za coś razem płacić. Odbyliśmy nawet dość długą rozmowę na temat tego, czy papież i prezerwatywy w jednym portfelu nie kłócą się ze sobą. I to nie była rozmowa z człowiekiem bezmyślnym ani z człowiekiem całkowicie wypranym z wszelkich wartości.
Myślę, że życie to nie laboratorium, w którym ostrożny naukowiec pooddzielał od siebie wszystkie substancje i w hermetycznie zamkniętych naczyniach posegregował je bezpiecznie i poopisywał. Dobro i zło występują w życiu na przemian, a czasami trudno je od siebie odróżnić. Bywa, że jest mniejsze zło, albo zło konieczne, bywa że cel uświęca środki, a przynajmniej ktoś tak twierdzi.
Wierzę mocno, że każdy człowiek ma jakieś wartości, a także w to, że większość z tych wartości wszyscy mamy takie same. Norbert, który parę lat temu podczas seansu w Teatrze Bagatela po paru piwach zwymiotował, był bardzo porządnym uczniem i większość nauczycieli tak go pewnie wspomina.
Gdybyśmy nigdy nie popełniali błędów życie nie miałoby większego sensu. Popełnianie błędów jest przecież bardzo, bardzo dydaktyczne. Rozmowa na ten temat także.

Między piaskownicą a siłownią

Czasami zdarzało się w tym roku szkolnym, że mieliśmy lekcje w dziwnych miejscach. Najpierw we wrześniu była wyburzana ścianka działowa w pracowni INT4, kiedyś kolega zwinął do domu wszystkie trzy komplety kluczy do pracowni 40, teraz instalowana jest nowa pracownia komputerowa w 27. A że szkoła u nas obecnie przeżywa prawdziwy renesans i nabór z roku na rok był w ostatnich latach coraz lepszy, w takich sytuacjach nie ma się gdzie podziać, nie ma wolnych pracowni.
Dzisiaj z dwoma grupami technikum mechanicznego odbyliśmy lekcje na siłowni, bo akurat była wolna. Nie taka zła ta siłownia zresztą do prowadzenia lekcji, niejednemu siedzi się tu na jakimś atlasie wygodniej, niż w zwykłej klasie na krześle. A jak się trochę przy okazji różnymi mięśniami porusza, to i mózg lepiej pracuje, i koncentracja bywa niezgorsza. A Tomek na przykład jak się na ławeczce położy to już w ogóle jest nie do poznania – sprawia wrażenie, jakby nie tylko rozumiał, co się do niego mówi, ale i sam coś od siebie sensownie powie.
Tadzia poznałem na takiej właśnie nietypowej lekcji na początku roku szkolnego. Nie zdał i dołączył razem z Pawłem do grupy panów, których uczyłem już od dwóch lat. Był początek września, ciepły piątkowy poranek, nie było wolnej pracowni. Niedaleko naszej szkoły jest przedszkole, a koło niego plac zabaw i piaskownica. W tej piaskownicy spędziliśmy lekcję z grupą Tadzia, czytając głośno poezję Roberta Frosta i rozmawiając o niej. Nie mieliśmy kserokopii, więc wiersz The Road Not Taken podyktowaliśmy sobie do zeszytów. Nie mieliśmy tablicy, by zapisać trudniejsze słowa, ale była piaskownica, która świetnie w tej roli się spisała. Tadziu i Paweł zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie – rozumieli ten wiersz i mieli wiele do powiedzenia na jego temat.
Teraz jest już prawie lato, a Tadziu ma wystawioną długopisem ocenę niedostateczną z angielskiego. Wszystko wskazuje na to, że był z nami tylko przez rok. Ciekawe, czy gdyby wszystkie lekcje angielskiego odbywały się w piaskownicy, stałoby się inaczej? Może przychodziłby częściej, może miałby jakieś pozytywne oceny?
Po drodze w ciągu roku szkolnego było tyle skrzyżowań, tyle razy staliśmy na rozstaju dróg. Za każdym razem wchodziliśmy w coraz gęstsze chaszcze, kluczyliśmy po labiryncie programu nauczania. Tadziu po drodze gdzieś nam zginął, Paweł idzie na czele grupy i toruje drogę.
Two roads diverged in a yellow wood,
And sorry I could not travel both
And be one traveler, long I stood
And looked down one as far as I could
To where it bent in the undergrowth;

Then took the other, as just as fair,
And having perhaps the better claim,
Because it was grassy and wanted wear;
Though as for that the passing there
Had worn them really about the same,

And both that morning equally lay
In leaves no step had trodden black.
Oh, I kept the first for another day!
Yet knowing how way leads on to way,
I doubted if I should ever come back.

I shall be telling this with a sigh
Somewhere ages and ages hence:
Two roads diverged in a wood, and I–
I took the one less traveled by,
And that has made all the difference.