Monitor Edukacji – noworoczne życzenia

Na stronie Monitora Edukacji pojawiła się nowa, elektryzująca wiadomość, iż wraz z Nowym Rokiem 2007 Monitor wkracza w nowy etap swojej historii.
Dzięki wsparciu Fundacji Batorego portal stanie się lepszy, będzie miał jasno określone kierunki i metody działania i będzie mógł energicznie dążyć do osiągania wytyczonych celów.
Abstrahując od garści newsów i aktualizacji Monitor rozpoczyna nowy rok od dwóch spektakularnych akcji. 2 stycznia w Biurze Podawczym Kancelarii Premiera redakcja Monitora złożyła pismo w sprawie listu otwartego podpisanego przez blisko sto czterdzieści tysięcy osób, na które ani ówczesny premier, ani premier obecny nie raczyli odpowiedzieć. Sygnatariusze listu domagali się odwołania Romana Giertycha ze stanowiska Ministra Edukacji Narodowej. Upominając się o odpowiedź, redakcja Monitora przypomina premierowi, że jako były działacz opozycji demokratycznej powinien z własnego doświadczenia wiedzieć, co to znaczy apelować do władz i być przez nie ignorowanym. Cóż, miejmy nadzieję, że nie będzie to głos wołającego na puszczy ani że w odpowiedzi redakcja nie usłyszy ryku lwa.
Następnie 3 stycznia redakcja Monitora i Gazeta Wyborcza uruchamiają plebiscyt Giertychy Roku, w którym wybrane zostanie najbardziej kuriozalne wydarzenie edukacyjne roku 2006. Do konkursu stanęły plan obniżenia cen podręczników ogłoszony przez Romana Giertycha 30 maja 2006, nadawanie religii większej wagi w szkole, pomysł na nowy przedmiot szkolny – wychowanie patriotyczne, nieinformowanie szkół o prawach człowieka (w kontekście zwolnienia Sielatyckiego z jego funkcji w CODN za wydanie podręcznika promowanego przez Radę Europy), świadectwa dojrzałości dla osób, które maturę oblały, wprowadzenie mundurków szkolnych w drodze zarządzenia, tryb mianowania łódzkiego kuratora oświaty, przyznanie odznaczeń za brak przynależności do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, zakwestionowanie teorii ewolucji, fakt niewywiązania się z obietnicy podania się do dymisji przez ministra Giertycha, jeśli nie uda się mu przeforsować siedmioprocentowych podwyżek dla nauczycieli, wizytacje tak zwanych „trójek Giertycha” w szkołach, statystyka ciążowa. Prawie wszystkie wydarzenia związane są z postacią aktualnego ministra, stąd chyba nie ma wątpliwości, że nazwa plebiscytu jest trafna.
Fundacja im. Stefana Batorego jest organizacją pozarządową o charakterze niezależnej, niedochodowej organizacji pożytku publicznego. W swoich działaniach wspiera tworzenie aktywnego społeczeństwa obywatelskiego, propaguje poszanowanie swobód obywatelskich i zasad państwa prawa, przestrzeganie przejrzystości w życiu publicznym, broni praw mniejszości, kobiet, dzieci, niepełnosprawnych, imigrantów i uchodźców. Wśród wartości chronionych przez Fundację jest demokracja i ochrona praw indywidualnych przed wszelkimi formami nadużyć ze strony władzy.
Że Monitor Edukacji otrzymał wsparcie Fundacji to wiadomość z jednej strony radosna, ale z drugiej – krępująca. Bo że 18 lat po upadku muru berlińskiego, a więc wraz z osiągnięciem pełnoletniości przez Trzecią Rzeczpospolitą, z działalności Ministerstwa Edukacji Narodowej ułożyć można taki plebiscyt, to naprawdę trudno się cieszyć. Dobrze tylko, że wsparto inicjatywę, która będzie bacznie obserwować działania Ministra Edukacji Narodowej, kuratorów oświaty, parlamentarzystów, władz lokalnych a także skutki tych działań dla edukacji. Daj nam Boże, by Monitor szybko mógł się zająć problemami rzeczywistymi, które da się opisywać, badać i rozwiązywać, a nie walką z propagandą i donkiszoterią. Daj Boże, by zapał do pracy nad szczytnymi celami stawianymi sobie przez Monitor nie przeminął wraz ze zmianą ekipy w Ministerstwie Edukacji Narodowej, bo cele te są ponadczasowe i uniwersalne, a bolesną potrzebę istnienia takich inicjatyw odczuwamy w ostatnim czasie szczególnie mocno.
Do tych serdecznych życzeń dla Monitora dołączam pozdrowienia dla Fundacji Batorego, na konto której w tym roku przeznaczę 1% mojego podatku.

R.I.P., Saddam.

W przeddzień politycznej próby między Republikanami a Demokratami, w świetle niezbyt korzystnych dla prezydenta Busha notowań i całkowitej klapy kampanii irackiej, w której celowość i sens mało kto już wierzy, jak można było inaczej spróbować na krótko podreperować sobie i rodakom humor, niż serwując Amerykanom w wieczornych dziennikach wiadomość o pozornym sukcesie, to jest o straceniu byłego irackiego dyktatora. Następnie naiwni Amerykanie mogli wysłuchać pięknie mówiących po angielsku parlamentarzystów i członków rządu irackiego mówiących o tym, jak to dobrze się stało i jak to dochowano wszystkich procedur międzynarodowych i religijnych w trakcie procesu i egzekucji. Wolę się nie zastanawiać nad tym, dlaczego tak wielu irackich oficjeli tak dobrze włada językiem angielskim.
Dziś w okolicach godziny szóstej rano naszego czasu Saddam zamieniwszy kilka słów ze swoimi katami, w spokoju i ciszy, z Koranem w ręku, pozwolił sobie założyć pętlę na szyję. Odmówił założenia na głowę kaptura, za to jeden z katów obwinął szyję Saddama tym kapturem niczym szalem, by sznur nie dotykał bezpośrednio skóry.
Z niesmakiem wysłuchałem dziś rano wiadomości. Z niesmakiem patrzyłem na zestawienie zdjęć martwego ciała irackiego dyktatora ze skręconym karkiem i tańczących z radości ludzi na ulicach Bagdadu i w Stanach.
Saddam Hussein został skazany za zgładzenie stu czterdziestu ośmiu Szyitów po nieudanej próbie zamachu na jego osobę w 1982 roku. Skazano go za czyn, o którym doskonale wiedziała administracja amerykańska, kiedy w 1984 roku Donald Rumsfeld w przyjaznych gestach witał się z Saddamem, wówczas sojusznikiem i kontrahentem Stanów Zjednoczonych.
Wiarygodność i niezależność procesu, w którym skazano Husseina, jest podważana przez międzynarodowe autorytety. Zbrodnia z 1982 roku była niezaprzeczalnie okropna, niemniej jednak stanowiła ona maleńki ułamek tego, co Saddamowi Husseinowi zarzucano i co prawdopodobnie miał na sumieniu. Niestety, ofiary innych jego przestępstw nie doczekają się zadośćuczynienia w sprawiedliwym wyroku niezależnego sądu, ponieważ Saddama stracono uznając go winnym za coś, co w porównaniu z ciężką artylerią oskarżeń wytaczaną przeciwko Husseinowi w chwili inwazji na Irak wydaje się być – jakkolwiek by to makabrycznie nie zabrzmiało – drobnostką. Skazano go, chociaż za miesiąc miał zostać wznowiony kolejny proces Saddama, wyczekiwany przez Kurdów, w którym Saddam oskarżony był o zgładzenie tysięcy ich rodaków.
Wybrano także przedziwny termin egzekucji, Eid al-Adha. Zdecydowano się zgładzić irackiego tyrana w jedno z największych świąt muzułmańskich, w dzień, w który sam Saddam tradycyjnie uwalniał więźniów i ułaskawiał skazańców. Taka niezręczność w wyborze terminu egzekucji może paradoksalnie kosztować Amerykanów utratę poparcia dla zmian w Iraku u części muzułmanów, którzy z samego faktu egzekucji się cieszą. Wymierzamy kolejny bezmyślny policzek islamowi, nie zważając na krótkowzroczność takiego postępowania. Zupełnie jak wtedy, gdy biskupowi Kordoby wydaje się bardziej ekumenicznym skłonienie miejscowych muzułmanów do wybudowania sobie kopii meczetu, niż pozwolenie im na jednorazowe modły w tej zajmowanej obecnie przez katolików świątyni.
Iran gratuluje Irakijczykom wspólnego zwycięstwa, Europa potępia barbarzyńską egzekucję, a prezydent USA nazywa ją kamieniem milowym na drodze do irackiej demokracji. Tymczasem z żywego symbolu Saddam dzisiaj właśnie zmienił się w symbol kto wie, czy nie o wiele groźniejszy, stał się męczennikiem, który na pewno znajdzie swoich wyznawców. Podczas gdy Szyici wiwatują, Kurdowie narzekają, że nie doczekali się wyroku w sprawie swoich ofiar reżimu, niektórzy Sunnici otwarcie kontestują wyrok sądu, a pielgrzymi w Mecce spodziewają się jedynie eskalacji przemocy. W Strefie Gazy i w reszcie świata arabskiego odzywają się głosy wzywające do żałoby. Sztampowe w takiej sytuacji słowa „spoczywaj w pokoju” w przypadku Saddama Husseina nabierają szczególnego znaczenia. Pokój z Tobą, a przede wszystkim pokój niech będzie między nami – żywymi.

Troska o stan błogosławiony

Pan Wojciech Wierzejski wzruszył mnie dziś do łez na konferencji prasowej Ligi Polskich Rodzin poświęconej inicjatywie referendum w sprawie wycofania polskich wojsk z Iraku i Afganistanu. Odpowiadał na wszystkie pytania dziennikarzy i cały czas mówił na temat zupełnie nie związany z powodem zwołania konferencji. Mówił o tym, dlaczego wicepremier Roman Giertych, szef resortu edukacji, za pieniądze resortu zamieszcza w prasie regionalnej reklamę swojej osoby i swoich „osiągnięć”.
Pan Wojciech Wierzejski oznajmił, że skoro po roku funkcjonowania w ministerstwie prasa nie napisała ani jednego pozytywnego artykułu o działalności ministra, nikt się o nim pochlebnie nie wypowiadał, to dla zapewnienia pewnej równowagi minister musi wykupić płatną powierzchnię reklamową, na której będzie można przeczytać o nim coś dobrego.
Zdumiała mnie ta linia obrony, a jednocześnie zrobiło mi się tak jakoś żal mojego niemalże rówieśnika Ministra i postanowiłem o nim napisać jakieś pochlebstwo.
Otóż jestem niezmiernie wdzięczny Panu Ministrowi Romanowi Giertychowi za troskę, jaką okazuje ciężarnym uczennicom. Jeśli naprawdę zdarzają się przypadki rzucania takim dziewczynom kłód pod nogi i utrudniania im kończenia edukacji, najnowsza inicjatywa Pana Ministra jest jak najbardziej na miejscu – takim dziewczynom trzeba koniecznie udzielić wsparcia i miejmy nadzieję, że na zapowiedziach pomocy się nie skończy, a realizacja planów ministerialnej pomocy posunie się w krótkim czasie daleko bardziej niż program „Tani Podręcznik” czy tworzenie Narodowego Instytutu Wychowania.
Zapewniam jednocześnie, że ciężarne dziewczyny i matki zawsze traktujemy w naszej szkole z należytym szacunkiem i otaczamy opieką. Niektóre z nich korzystają z tego zresztą w sposób pozbawiony wszelkich skrupułów. Nie dalej jak w tym roku kalendarzowym zupełnie za darmo dałem oceny dopuszczające z angielskiego dwóm paniom, które nie raczyły mnie ani razu odwiedzić. Jeśli jakąś młodą matkę skrzywdziłem, to chyba tylko Monikę, której postawiłem z języka obcego w agrobiznesie dopuszczający, podczas gdy oczekiwała oceny dobrej. Proponowałem jej wykonanie w dowolnym terminie w ciągu całego semestru jednego maleńkiego projektu leksykalnego, ale jej zdaniem ocena dobra należała jej się – tutaj cytuję – za straszliwe męki porodu.
Z pewną dozą nieśmiałości chciałbym natomiast prosić Pana Ministra o zwrócenie uwagi nie tylko na ciężarne uczennice i matki, ale także na młodych ojców. Im również należy się szczególna opieka. Nasz ubiegłoroczny maturzysta, Marcin, często drzemał na lekcjach po całonocnych zmaganiach z płaczącym niemowlęciem. Gdyby udało się takim uczniom zapewnić w klasach jakieś tapczany czy kozetki, na pewno ułatwiłoby to im funkcjonowanie w szkole w takim zakresie czynności, jaki jest dla nich możliwy.
Opieką i czułością należałoby także otoczyć niemowlęta poczęte przez nasze uczennice. Problem wprawdzie jest ilościowo marginalny, ale można by się zastanowić nad uruchomieniem żłobków przy dużych zespołach szkół średnich, albo przynajmniej zorganizować jakieś dyżury w klasach i odciążyć nieco młodych rodziców w godzinach lekcyjnych angażując w opiekę nad dziećmi kolegów i koleżanki z klasy. Nawet jeśli moje pomysły nie należą do najszczęśliwszych, pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że w swoich planach pomocy ministerstwo nie zapomni o potrzebach tych właśnie maleńkich dzieci.
Uczniowie pytali mnie kiedyś, dlaczego w internacie nie można zamontować automatu z prezerwatywami. Udzieliłem im wtedy jakiejś wymijającej odpowiedzi powołując się na promowanie wstrzemięźliwości seksualnej i zwracając im uwagę na to, że średnia wieku mieszkańców internatu wcale nie wynosi lat dwadzieścia (po tyle mieli moi próbujący mnie wprawić w zakłopotanie rozmówcy), tylko znacznie, znacznie mniej. Gdyby zadali mi to pytanie teraz, miałbym jeszcze jeden argument. Po co ułatwiać dostęp do środków antykoncepcyjnych, skoro ciąża to stan błogosławiony w tak wielu aspektach, także szkolnym, a ciężarne uczennice otacza się tak troskliwą opieką?

Małpa w czerwonym

Pan Prezydent podczas konferencji prasowej w Brukseli nieostrożnie popełnił mało istotną w gruncie rzeczy gafę. Powiedział trochę za głośno do swojego asystenta coś, co wielu ludzi na co dzień mówi o innych, tyle że zwykle pod ich nieobecność i słowa te raczej nie są elektronicznie rejestrowane. Pan Prezydent nazwał kogoś obecnego na sali „tą małpą w czerwonym”.
Media rzuciły się na biednego prezydenta i oskarżyły go o wrogi stosunek do dziennikarzy, padało imię i nazwisko pracownicy jednej ze stacji telewizyjnych jako rzekomej obrażonej przez prezydenta „małpy”.
Dość długo się zastanawiałem, dlaczego obrażona dziennikarka nie zabiera głosu. Nie czuje się obrażona? Czy może po prostu ma szacunek do prezydenta i uznaje jego prawo do tego, by darzyć sympatią jednych ludzi, a antypatią innych?
Ale potem proszony o komentarz prezydent powiedział coś, co wprawiło mnie w prawdziwe osłupienie. Prezydent oznajmił, że użyty przez niego epitet nie był „kwalifikacją urody”. Myślałem długo nad tym, czym w takim razie było powiedzenie o tajemniczej osobie na sali, że jest małpą w czerwonym. I czy wyjaśnienie, iż nie odnosiło się to wcale do urody tej osoby, nie czyni wypowiedzi jeszcze bardziej obraźliwą.
Tymczasem okazuje się, że zachowałem się pochopnie nie ufając Panu Prezydentowi. Odwiedziła mnie ostatnio osoba, podająca się za Małpę w Czerwonym. Rzeczywiście trudno przez ten czerwony kostium rozpoznać, czy to człowiek, czy małpa. Na temat urody tej osoby też nie da się nic powiedzieć przez to przebranie. I w związku z tym nie ma sensu doszukiwać się jakichkolwiek pejoratywnych podtekstów w określeniu „małpa w czerwonym”, jeśli odnosiło się ono do tej osoby.
Panu Prezydentowi życzę szczęśliwego nowego roku i samych sukcesów, zwłaszcza w kontaktach z mediami.

Próba poloneza, próba ojcostwa

Od kilku tygodni klasy maturalne żyją już bynajmniej nie wynikami matur próbnych, bynajmniej nie klasyfikacją semestralną, ale zbliżającą się… Nie, nie maturą, skądże. Żyją – a jakże by inaczej – nadchodzącą wielkimi krokami studniówką. Jako szkoła staramy się ich zresztą dobrze przygotować do funkcjonowania w życiu społecznym także w jego towarzyskich aspektach, organizując bezustanne próby poloneza i walca. I pewnie dobrze, niech naszą szkołę sławią absolwenci okrzesani, błyskotliwi i umiejący się kulturalnie zabawić.
Arek i Marcin nie trafili dziś jednak na próbę poloneza, postanowili sprawdzić się w zupełnie innej roli. Przyszli do mnie na hospitację do pierwszej klasy. Sprawdzali się jako wychowawcy, sprawdzali się jako ojcowie.
Arek i Marcin są uczniami najlepszej grupy z wszystkich moich obecnych grup, tak zwanej grupy lajcikowej czwartej klasy technikum mechanicznego. Przynależność do tej grupy oznacza z jednej strony splendor i zaszczyty (na przykład cotygodniowe jedzenie na angielskim ptasiego mleczka), a z drugiej strony obowiązki. W grupie lajcikowej nie do pomyślenia są uchybienia, które uczniom w innych grupach uchodzą czasem na sucho, a ewentualna kara (która raczej się nie zdarza) jest nieporównanie surowsza. Od uczniów w tej elitarnej grupie oczekuję, że będą świecić przykładem wszystkim innym, że będą wykonywać wiele dodatkowej pracy ponad to, co stanowi ich ramowe obowiązki. Z panami z tej grupy zdarza się rozpocząć lekcję na kilka minut przed dzwonkiem, z panami z tej grupy zdarza się nie usłyszeć dzwonka na koniec, z tą grupą nie odkłada się klasówek i nie przesuwa terminów wykonania zadania.
Arek i Marcin za kilka miesięcy wraz z całą grupą opuszczą mury naszej szkoły i zaszczytny tytuł grupy lajcikowej się zwolni, więc będzie go trzeba przekazać potomnym. Dziewczyna Arka ma żałobę i nie idą na studniówkę, Marcinowi też widać te próby już wystarczyły, więc dzisiaj postanowili się przyjrzeć pierwszakom, spośród których w najbliższych dniach wyłonią swoich następców.
Panowie z pierwszych klas przeszli w czasie tej hospitacji sami siebie. Wiedzą już doskonale, o co chodzi, i robią wszystko co w ich mocy, by znaleźć się w tej wybranej grupce nieszczęśliwców, na których skupiam całą moją konsekwencję i surowość, obdarzając ich jednocześnie dokładnie taką samą – nie licząc ptasiego mleczka – słodyczą i czułością, co wszystkich innych. Przez bite trzy godziny chyba tylko raz usłyszałem jakieś dwa słowa nie na temat powiedziane pod nosem do kolegi, kreatywność w wymyślanych przez nich problemach wprawiła mnie w nieustanne kilkugodzinne osłupienie, a dwaj z nich tak się przyłożyli do przydzielonego sobie zadania, że czterokrotnie przekroczyli normę, którą mieli wykonać. Wizytujący lekcję seniorzy byli wyraźnie pod wrażeniem, bo Marcin nagrodził postawę pierwszaków stawiając im na koniec trzy pizze (akurat była pora obiadowa).
W całej tej sytuacji jest coś, co pozytywnie zaskakuje. Arek i Marcin dla większości tych chłopców z pierwszych klas byli naprawdę wielkimi autorytetami. Nie staraliby się bardziej, gdyby lekcję hospitował dyrektor, nie staraliby się bardziej, gdyby przyjechał minister. Bardziej nie dało się już starać. Zależało im na uznaniu Arka i Marcina w niepojęty sposób.
A ja cieszyłem się bardzo patrząc na to, bo rozumiałem, że coś mi się tu bardzo udało. Gdy przestanę się z Arkiem i Marcinem spotykać na tych kilku lekcjach angielskiego w tygodniu, ich miejsce zajmą inni młodzi faceci, dla których warto chodzić do pracy. I oby tak dalej, taka jest kolej rzeczy.

Mundurek Pottera


W Wielkiej Brytanii mundurki są zupełnie naturalnym elementem rzeczywistości szkolnej. Między innymi dlatego już w pierwszej części cyklu powieści o Harrym Potterze J. K. Rowling wysyła Harry’ego z Hagridem na ulicę Pokątną celem kupienia odpowiedniego dla adepta sztuki magicznej stroju. Nie budzi to zdziwienia czytelników i należy do jednego z bardziej oczywistych i przewidywalnych epizodów w książce.
Od pięciolatków do szesnastolatków, przytłaczająca większość brytyjskich uczniów chodzi do szkoły w mundurkach. Zdarza się to także w przypadku młodzieży starszej, chociaż im wyższy szczebel edukacji, tym częściej mundurek czy jednolity strój zostaje wyparty przez ogólne przepisy dotyczące ubioru w szkole, na przykład zabraniające noszenia odzieży reklamującej narkotyki czy alkohol albo ograniczające stosowanie makijażu czy noszenie drogiej biżuterii.
Co ciekawe, model szkolnego umundurowania zmieniał się z czasem pod wpływem pewnych czynników, zupełnie jak kreacje na pokazie mody. Zmiana cen i dostępności materiałów, a nawet wprowadzenie centralnego ogrzewania w latach pięćdziesiątych odbiły się drastycznie na tym, w czym brytyjscy uczniowie chodzą do szkoły.
Szkolny mundurek może przybrać wersję perwersyjną, na przykład na wieczorze w klubie nocnym, a w brytyjskich nocnych klubach zdarza się organizować takie bale przebierańców. Raczej kontrowersyjna postać na muzycznej scenie, Angus Young z zespołu AC/DC, również często występuje na koncertach w szkolnym mundurku.
Hogwarts, do którego chodzi Harry Potter, to bardzo elitarna szkoła. Wszyscy przestrzegają surowych zasad dotyczących ubioru i dyscypliny. Mimo to niektórzy uczniowie, jak Neville Longbottom, są niezdarni i nic im nie wychodzi, na każdym kroku udowadniają tylko, że są fajtłapami i nieudacznikami. Inni, jak Draco Malfoy, ubrani w przepisowy, pachnący świeżością strój z najdroższego materiału, są ubóstwiani przez koleżanki i otoczeni gronem wielbicieli, a jednocześnie zafascynowani są złem i służą siłom wrogim szkole i ludzkości.
Problemem Hogwartsu, Dumbledore’a, całego grona pedagogicznego, uczniów i reszty świata magicznego nie jest Bogu dzięki to, czy Ron będzie miał szaty nowe czy używane i czy w ogóle uczniowie będą przestrzegać przepisów dotyczących stroju. Problemem Hogwartsu jest Lord Voldemort, który odradza się w każdej kolejnej powieści cyklu ze zdwojoną mocą. Lord Voldemort, którego imienia wszyscy boją się tak bardzo, że starają się go nie wymawiać. Częstym strapieniem Harry’ego jest to, że nawet pracownicy ministerstwa boją się mówić o tym rzeczywistym problemie i nazywać go po imieniu.
Biedny Harry nie przypuszcza nawet, że tak jest nie tylko w świecie magii. Nie wie, że są państwa w Europie, w których resorty edukacji zajmują się fikcją, a są takie państwa, gdzie taki resort w ogóle nie istnieje. Tak jak Harry w walce z Voldemortem pozostaje często zdany na własne siły, tak i w niektórych państwach dyrektorzy, rodzice, nauczyciele i uczniowie muszą sobie radzić bez żadnej pomocy ze strony ministerstwa.

Źle o Polsce

Bardzo przeze mnie ceniony dziennik The Independent po raz kolejny pisze dzisiaj o Polsce w bardzo ostrych słowach. Już tytuł straszy o cierpieniach Polaków pod rządami nowego reżimu, artykuł pełen jest ciemnych słów i przerażających wizji.
Nasz resort spraw zagranicznych oburza się i urządza afery o teksty satyryczne w niskonakładowych lokalnych gazetach, takich jak berliński Tageszeitung, tymczasem Polskę tak naprawdę należałoby bronić przede wszystkim dlatego, że nienajlepszy wizerunek wyłania się z poważnych artykułów w poważnych dziennikach.
To przerażające, gdy The Independent pisze o Polsce, że walka z totalitaryzmem zatoczyła tu koło i że są grupy społeczne wykluczone z życia publicznego i prześladowane na tej samej zasadzie, na której prześladowano opozycję demokratyczną w państwie komunistycznym. To straszne, gdy pisze się o rzucaniu kamieniami, szczuciu ludzi, ponurych groźbach i ultranacjonalizmie jako codziennych elementach życia publicznego w Polsce. Albo co może sobie pomyśleć przeciętny czytelnik The Independent czytając o bezlitosnym rozliczaniu się z osobami o nieprawomyślnych poglądach? Co może sądzić o kraju, w którym wiceminister edukacji pogardliwie się wyraża o wartościach uważanych w cywilizowanym świecie współczesnym za elementarne, takich jak tolerancja?
Jeszcze bardziej przerażające jest jednak to, że o Polsce źle pisze nie tylko liberalny The Independent. Gdy przed współczesnym polskim faszyzmem na łamach konserwatywnego brytyjskiego dziennika The Telegraph ostrzega osiemdziesięciosiedmioletni powstaniec z warszawskiego getta, a Kate Connolly w odredakcyjnym komentarzu wypomina polskiemu wicepremierowi fascynację Hitlerem, przestaje to być zabawne.
Nie sposób się bronić przed krytyką, kiedy artykuł z renomowanego dziennika brytyjskich konserwatystów zarzuca polskim władzom nietolerancję wprawiającą w zakłopotanie liderów unijnej ekspansji, a Polskę postrzega jako gniazdo ekstremizmu i nacjonalizmu.
Dość groteskowe byłoby twierdzenie, że za atakami na polski rząd w konserwatywnym dzienniku The Telegraph stoi tajemniczy układ broniący porządku sprzed 1989 roku i chroniący interesy komunistów czy postkomunistów.
Trzecia Rzeczpospolita objawiła się na kartach historii jako zjawisko chlubne i godne zapisania złotymi zgłoskami. Narodziny polskiej demokracji dały przykład całemu regionowi i zasiały ziarno, z którego Europa i świat zebrały obfity plon.
Możemy być dumni z kompromisowej preambuły do Konstytucji, zaproponowanej przez Tadeusza Mazowieckiego:

W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej,
zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary,
a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł,
równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski, wdzięczni naszym przodkom za ich pracę, za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach, nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, zobowiązani, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponadtysiącletniego dorobku, złączeni więzami wspólnoty z naszymi rodakami rozsianymi po świecie, świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej, pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane, pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem lub przed własnym sumieniem,
ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym oraz na zasadzie pomocniczości umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot.
Wszystkich, którzy dla dobra Trzeciej Rzeczypospolitej tę Konstytucję będą stosowali, wzywamy, aby czynili to, dbając o zachowanie przyrodzonej godności człowieka, jego prawa do wolności i obowiązku solidarności z innymi, a poszanowanie tych zasad mieli za niewzruszoną podstawę Rzeczypospolitej Polskiej.

Moim zdaniem nie warto słuchać nikogo, kto na tak piękne słowa pluje i wylewa morze nienawiści na najwspanialsze, najbardziej chlubne karty polskiej historii współczesnej. Uważam, że nie warto było psuć dobrego imienia naszego kraju nie odcinając się jednoznacznie od poglądów, postaw i zachowań nieprzystających do współczesnej kultury politycznej. W obronie dobrego imienia Rzeczpospolitej musimy dbać w przyszłości o to, by populistyczna retoryka nie przysłoniła nam rzeczywistego znaczenia słów. Polskę powinno się utożsamiać z ludźmi stabilnymi, odpowiedzialnymi, umiejącymi ważyć słowa. Ludźmi, z których możemy być wszyscy dumni, a nie z ludźmi, którzy – tolerowani na eksponowanych stanowiskach – pozwalają całemu światu wytykać nas palcami, śmiać się z nas, albo co jeszcze gorsze – obawiać się zagrożenia z naszej strony.

Niespodzianki

Moja koleżanka obwieściła nam ostatnio w pokoju, że doprowadziła do zawieszenia w prawach ucznia jakiegoś chłopca ze swojej klasy, który kazał jej się od siebie „odpieprzyć”. Nie interesowałem się już dalej tą sprawą, bo nie znam klasy, a musiałem wyjść na lekcję. Pewnie za zawieszeniem stoi coś więcej niż samo odezwanie się w ten sposób do nauczyciela, ale sprowokowało mnie to do rozmyślań.
Ostatni raz, kiedy zdarzyło mi się usłyszeć od ucznia, żebym się od niego odpieprzył, miał miejsce jakieś dwa tygodnie temu i był w gruncie rzeczy bardzo konstruktywny. Omawiałem wyniki matury próbnej z języka angielskiego w grupie panów, w której egzamin wypadł w miarę nawet dobrze, i skupiłem swoją uwagę – w bardzo pejoratywnym kontekście – na Rafale, który na egzamin przyszedł, wystrzelał od góry do dołu wszystkie zadania zamknięte i nie przystąpił w ogóle do zadań otwartych, które ćwiczyliśmy intensywnie przez ostatnie parę tygodni.
Jestem daleki od pochwalenia postawy Rafała, którą uważam za lekkomyślną, krótkowzroczną i dalece nieodpowiedzialną. Ale właściwie go rozumiem, bo po tym, jak kazał mi się od siebie odpieprzyć, rzeczowo wyjaśnił swoje zachowanie. Rafał żałuje, że przyszedł do technikum mechanicznego, bo jest i będzie rolnikiem, ma gospodarstwo i potrzebne mu są uprawnienia rolnicze. Jak tylko skończy technikum, musi iść gdzieś na jakiś kurs albo do szkoły policealnej, żeby te uprawnienia zdobyć. To się dla niego liczy. Wie już, gdzie i za ile można to załatwić. Żałuje, że poszedł to technikum, bo gdyby wybrał zawodówkę, miałby już z głowy, a gdyby jeszcze wybrał taką, która daje uprawnienia rolnicze, zaoszczędziłby sobie ładnych kilka lat. Na maturze mu nie zależy, bo do niczego mu ona niepotrzebna. Jakby nawet trzeba kiedyś w przyszłości mieć maturę aby się starać o jakieś dofinansowanie (co raczej nie jest zbyt prawdopodobne), to jego dziewczyna – a w niedalekiej przyszłości żona – maturę ma i się to jakoś załatwi.
Rafał z jednej strony rozumie, że mnie denerwuje, iż ma zamiar zdawać maturę z angielskiego, a jednocześnie otwarcie mówi, że nie będzie nic z angielskiego robił, bo nie ma na to czasu ani ochoty. Uważa, że na ten dopuszczający jakoś zasłuży, a ja nie mogę go zmuszać do nauki tylko dlatego, że chce spróbować zdawać egzamin. Ma dość precyzyjnie przemyślane, że skoro już zmarnował te pięć lat na technikum (powtarzał trzecią klasę), to spróbuje tę maturę mieć, może „jakoś się fuksnie”. Jeden przedmiot może oblać, bo obejmie go giertychowska „amnestia”, z języka obcego będzie próbował na pisemnym „ustrzelać” – na próbnej się udało, to może i na prawdziwej – a na ustnym coś tam na tą jedną trzecią punktów wyduka. Z polskiego jakoś sobie może poradzi, czytać ze zrozumieniem umie. A ustny z polskiego o wiele lepsi od niego uczniowie mają już dawno kupiony na giełdzie w internecie albo pisze im ktoś za kasę.
Rafał mówi, że jak w ten sposób nie uda mu się matury dostać, to trudno, wcale mu nie zależy. Ale skoro już chodził tyle lat do tej szkoły i skoro jeden egzamin można oblać, to czemu ktoś ma go zmuszać do nauki albo czemu miałby „nie spróbować szczęścia”.
Można się oczywiście zastanawiać nad tym, czy ostatnie rozporządzenie o ocenianiu nie przyniosło szkody systemowi egzaminów zewnętrznych i szkole w ogóle, ale trudno nie przyznać Rafałowi, że w istniejącej sytuacji zachowuje zdrowy – na swój sposób – rozsądek i umie się odnaleźć. Właściwie ma rację, że jego świętym prawem jest nie przystąpić do zadań otwartych, a we wszystkich, nawet tych najprostszych zadaniach zamkniętych, udzielić odpowiedzi na chybił – trafił. Ma rację, że nie mam prawa mu tego zabronić. To on ryzykuje i to on poniesie konsekwencje tak obranej taktyki.
Często jest tak, że nauczyciel robi coś z takimi czy innymi intencjami i nie zdaje sobie sprawy z tego, że z perspektywy ucznia ten sam problem może wyglądać zupełnie inaczej. Spodziewamy się takiej czy innej postawy, takiej czy innej oceny faktów, a uczeń nas zaskakuje.
W minionych tygodniach spotkały mnie dwie takie wielkie niespodzianki. Jedna ma na imię Dawid, druga Michał.
Dawid powtarza w tym roku szkolnym klasę, ponieważ wystawiłem mu ocenę niedostateczną na koniec roku i nie zdał egzaminu komisyjnego w sierpniu. W takiej sytuacji czuję się wobec ucznia niezręcznie, nie umiem się w stosunku do niego zachować na korytarzu i cieszę się, jeśli przejmuje go któraś z koleżanek i gość nie musi kolejny rok mieć ze mną tego samego przedmiotu, z którego go oblałem. Po Dawidzie spodziewałbym się tego samego – że będzie mnie unikał, omijał z daleka. Nie gniewałbym się w sumie na niego, gdyby mi się nie kłaniał czy w inny sposób okazywał mi jakąś nieszkodliwą arogancję dla odreagowania braku promocji. Tymczasem Dawid nie ma ze mną najmniejszych problemów. Przychodzi do mnie z różnymi sprawami, w pokoju nauczycielskim z tłumu kolegów i koleżanek zawsze wybiera mnie, jeśli czegoś tam potrzebuje, z własnej inicjatywy – z nudów albo dla czystej przyjemności przejechania się cudzym samochodem – odstawił kiedyś moje auto z warsztatów pod blok.
Druga z tych niespodzianek jest poniekąd związana ze sprawą Rafała, którą opisywałem na początku. Gdy w kilku ewidentnych przypadkach wystawiłem na semestr oceny niedostateczne i kilkunastu osobom powiedziałem, że od tej pory oczekuję, że będą chodziły na fakultet, który dotąd omijali, uważałem, że gości zmuszam. Dlatego byłem mocno zdziwiony, kiedy po dodatkowym sobotnim spotkaniu Michał podziękował mi kilkakrotnie za to, że poświęcam dla niego i dla innych czas w sobotę rano, żeby nadgonić to, co z sumiennymi uczniami zrobiliśmy na fakultecie od początku września.
Uczeń czasami się nie gniewa i przechodzi do porządku dziennego nad rzeczami, z powodu których my mamy wyrzuty sumienia. Inny potrafi być wdzięczny za to, co nam się wydaje, że na nim wymuszamy. A jeszcze inny ma wszystko gdzieś i do nauki się go nie przekona. Ale w sumie to jeśli taka jest jego świadoma decyzja i jeśli umie ją logicznie przedstawić i uzasadnić, to za samo powiedzenie nauczycielowi, żeby się odpieprzył, nie ma go w sumie sensu karać. Uczciwie stawia sprawę, a decyzje o własnym życiu rzeczywiście ma prawo podejmować sam i wara mi od tego.
Kolega Rafała, Damian, uciął naszą dyskusję na temat egzaminu bardzo prawdziwym stwierdzeniem. Kazał mi się zastanowić, po co ja się tak denerwuję i przeżywam, skoro jemu czy Rafałowi ta matura „i tak zwisa” i choćbym sobie żyły wypruwał, to oni to i tak „mają w dupie”. Poradził, żebym „wrzucił luz”, bo „szkoda zdrowia”.
Rzeczywiście. Dla zdrowia warto czasami posłuchać, jak wyglądają nasze i uczniów wspólne problemy z ich perspektywy.

Ekshibicjonizm moralny

Londyńska stewardessa sądzi się z British Airways o to, że przełożeni nie pozwalają jej na noszenie krzyżyka na wierzchu stroju służbowego, a może użyjmy dobitniejszego słowa, na wierzchu służbowego munduru.
Stewardessa uważa, że w wielokulturowym społeczeństwie, w firmie obsługującej przedstawicieli różnych kultur, narodów i wyznań z całego świata, nikogo nie powinno razić to, że utożsamia się ona z katolicyzmem.
Zastanawiam się czasem, na ile to charakterystyczne raczej dla nastolatków obwieszanie się symbolami wyznawanych poglądów i ostentacyjne obnoszenie się z nimi ma u dorosłego człowieka pokrycie w dojrzałej i konsekwentnej wierności tym ideałom. I czy wiara w te ideały jest wprost proporcjonalna do wielkości noszonych symboli i intensywności ich eksponowania.
Nadzorowałem niedawno przebieg matury próbnej w grupie moich mechaników. Egzamin odbywał się w sali, w której nigdy nie bywam. Moją uwagę oraz uwagę kolegi wuefisty, który ze mną ich pilnował, przykuł natychmiast monstrualnych rozmiarów krzyż wiszący nad tablicą. Krzyż miał około 80 centymetrów wysokości, sama figura Chrystusa na tym krzyżu była chyba dwukrotnie wyższa niż orzeł na wiszącym pod krzyżem godle państwowym.
Poczułem się dziwnie i odetchnąłem z ulgą, że siedzimy tam akurat w takim gronie, w jakim siedzimy. W jednej z klas zwrócono mi kiedyś uwagę, gdy do jednej z uczennic powiedziałem „Bóg zapłać!”. Było mi wówczas bardzo głupio, tym bardziej, że generalnie zgadzam się z uczniami i uczennicami uważającymi, że w wielu szkołach trafiają się nauczyciele, którzy indoktrynują ich religijnie tak samo, jak dziesiątki lat temu indoktrynowano socjalistycznie ich rodziców czy dziadków.
W Poznaniu odbył się niedawno Marsz Równości, w którym organizacje homoseksualne starały się zademonstrować swoje przywiązanie do ideałów tolerancji, wolności i demokracji poprzez postawienie znaku równości między swoimi rzekomymi prześladowaniami a prześladowaniami politycznymi z zamierzchłej historii Wielkopolski, wykorzystując cudzą symbolikę do przedstawiania swoich racji. Tymczasem powiedzmy sobie szczerze: co wiemy o najbardziej znanych działaczach ruchu gejowskiego i lesbijskiego w Polsce poza tym, że obnoszą się ze swoją przynależnością do mniejszości seksualnej? Czy wiemy, czym się interesują, co robią w czasie wolnym, albo czym się zajmują zawodowo? Czy da się polubić człowieka, o którym niczego się nie wie poza tym, że jest homoseksualistą?
Zasadniczo nie mam nic przeciwko temu, by ktoś obwieszał siebie i swoją własność dowolnymi znakami, symbolami czy napisami, dopóki będzie to zgodne z prawem i dopóki nie będzie to się działo z naruszeniem prywatności i wolności sumienia innych osób (eksponowanie symboli religijnych w szkole publicznej jest dla mnie takim naruszeniem). Jestem także zwolennikiem wolności zgromadzeń i wszelkiego rodzaju marszów, parad, pielgrzymek pieszych, pochodów i manifestacji, o ile zostaną dochowane wszystkie wymogi bezpieczeństwa w przypadku imprez o charakterze masowym i odpowiednie służby czuwać będą nad ograniczeniem stopnia uciążliwości tych imprez dla osób nie biorących w nich udziału.
Ten olbrzymi krucyfiks w klasie i działalność niektórych aktywistów gejowskich są dla mnie jednak w równym stopniu niesmaczne. Nie jestem pewien, czy ucząc spod takiego olbrzymiego krzyża umiałbym zadbać o komfort psychiczny uczniów, których ten symbol niepokoi. Wydaje mi się, że uniwersalne i piękne wartości chrześcijańskie mieszczą się w zupełności w sercu człowieka i nie ma potrzeby rozwieszać ich symboli na lewo i na prawo w miejscach, w których niekoniecznie będą uszanowane. Podobnie – działalność niektórych aktywistów ruchu homoseksualnego, którzy uzurpują sobie prawo do historycznych symboli narodowych, społecznych i religijnych, może przeciętnemu gejowi czy lesbijce bardziej zaszkodzić, niż pomóc.
Wspomniana przeze mnie na początku stewardessa zakładając mundur zobowiązuje się jednakowo obsługiwać wszystkich możliwych klientów British Airways. Większości z nich, tak jak moim panom mechanikom, będzie zapewne obojętne, czy i jakiej wielkości krucyfiks wisieć będzie na jej szyi. Niektórzy muzułmanie czy Żydzi pewnie tego krucyfiksu nie zauważą. Ale czy krzyż ukryty pod mundurem naprawdę oznaczałby jednoznacznie mniejszą więź z Chrystusem w pracy? Czy bez tego krzyża naprawdę trudniej byłoby jej kochać Chrystusa?
Mam wrażenie, że zdarzają się przypadki, w których przywiązanie do ostentacyjnie okazywanych idei bywa równie powierzchowne, jak powierzchowne jest założenie, że pewien program zalecany przez Ministerstwo Edukacji ochroni komputery w szkołach przed niepożądanymi treściami. Wśród stron blokowanych przez ten program jest, na przykład, witryna poświęcona wczesnej historii muzyki rockowej, a jedynym powodem jej zablokowania wydaje się być informacja, iż bluesmani od dziesiątków lat używali wyrazów rock i roll nawiązując w tekstach piosenek do stosunków płciowych.
W szkołach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej pełno było nauczycieli z powołaniem, którzy robili dobrą robotę niezależnie od ustroju politycznego państwa. Z kolei to, że w klasach, w których indoktrynowano dzieciaki w tamtych czasach, powieszono krzyże, niekoniecznie sprawiło, że ta dobra robota zagościła wszędzie.
Nie broniąc nikomu prawa do ekspresji, cenię sobie raczej głęboko przeżywane i świadome przekonania, poglądy i opinie, niż powierzchowne stwarzanie pozorów. Obawiałbym się też bardzo, że tak jak stosowanie wspomnianego programu może w jakiejś szkole uśpić czujność nauczycieli, tak obnoszenie się z symbolami na zewnątrz może ułatwić nam zapomnienie o faktycznej wierności ideom, które one reprezentują.